CM-owy Matrix cz.2
-Drogę przebył bez szwanku, i nie zabił się jak 34 kandydatów w tym miesiącu, może być nie zły.
-Ja się prawie nigdy nie mylę.
-Masz brudne okulary
-Chupa-Chupsa, bo zabiję.
A ja się obudziłem na czymś miękkim, przypominającym w pierwszej chwili królewskie łoże. Ale gdy wstałem, przeciągnąłem się, zauważyłem, że to nie jest żaden materacyk z pałacyku, tylko… trupy. Włosy stanęły mi dęba i zacząłem biegać i krzyczeć z szoku (tak, tak, taki ze mnie twardziel). Biegałem tak jak oszołom, gdy nagle zza góry trupów odezwał się głos, a raczej głosik:
-A te co? Nowy? Siadaj tutaj koło mnie to opowiem ci gdzie jesteś- powiedział ktoś strasznie piskliwym głosikiem- no chodź, siadaj, nie bój się.
Ja nie wiedziałem, co zrobić, ale cóż miałem do stracenia, wkładałem sobie w kakaowe oczko kolorowe czopy, to i do „tego czegoś” podejdę.
-O, widzę, żeś świeżo upieczony, pewno przez Bambeusza… kawał gnoja z niego…- odezwało się „to coś” co okazało się starym dziadem z jedną przeszczepioną nogą, która była koloru fioletowego, z fają między resztkami zębów oraz słomianym kapeluszem na głowie.
-Znasz go?
-A gdzie tam znasz… Pół mojego zakichanego życia z nim spędziłem. Mieszkałem z pierunem w jednym pokoju w akademiku… Co to był za kawał bydła... Gdybym go w swoje łapska dorwał normalnie to bym go… Grrr, szkoda słów na takiego gnoja.
- A co on ci takiego zrobił?
- Co?! I ty się pytasz, co on mi zrobił?! Już ci mówię… ten skurczybyk kiedyś dla żartów, bo on wszystko dla żartów robił, zabrał mi kiedyś materac z mojego łóżka i zgadnij co z nim zrobił?
-Nie wiem, osrał?
-Jakby osrał to bym pod sufit skakał. Ten idiota wziął mój materac, poszedł cholera na targ i… Sprzedał, sprzedał mój kochany materac, za dwie dyszki jakiemuś cieciowi z kulawym psem… Grrrr
-To ci cwaniak…
-Cwaniak?! To był cham nad chamy. A zgadnij, co sobie kupił za tą forsę?-
-Nie mam zielonego pojęcia
-Lizaki, cholera pełno lizaków. Później mi cały miesiąc cmokał nad uchem i powtarzał: „Moje kochane chupa-chupsy, co ja bym bez was zrobił, oj co ja bym bez was zrobił…”. Mówię ci – unikaj tego człowieka jak ognia…
-Co za idiota- pomyślałem sobie, ale oczywiście nie wierzyłem w to co ten stary piernik mówi, tylko się zastanawiałem, gdzie ja jestem. Siedziałem sobie na stercie trupów, obok jakiegoś oszołomionego dziadka, co opowiada mi niestworzone historie, w jakimś dużym wiadrze z wielką czarną rączką na górze, która zaczepiona była na jakimś haku. Ogółem syf. Nie wiedziałem, co mam robić, gdy nagle wiadro się zatrzymało, a stary dziadzio się spieprzył z siedzenia i dupnął głową prosto w ścianę wiadra
-Cholerne wiadro, zawsze zapominam złapać się za rączkę jakiegoś trupa, aby nie spaść, no cholera jasna, kurka wodna, a wszystko przez tego Bambeusza… - i w tym momencie stary dziad spojrzał w górę i jakby spanikowanym głosikiem powiedział: -Cholera, idzie stróż, ja się chowam, a ty morda w kubeł bo mnie tu nie było-
I w tym momencie dziadzio skitrał się w głąb trupów gdzieś niżej…
Zza mgły wyłaniała się powoli postać w kapturze, a z dala widziałem jej tylko świecące wielkie oczy. Postać zbliżała się do mnie w niesamowicie szybkim tempie, a ja nie wiedziałem gdzie uciec, gdyż byłem otoczony „ścianami” z trupów i nie miałem możliwości ucieczki. To coś ze świecącymi oczami podeszło do mnie na odległość jednego metra i nagle odezwał się strasznie niski głos:
-Ty iść ze mną, ja przyjaciel, ja od Bambeusz.
-Skąd mam wiedzieć, że ty przyjaciel? A może ty wróg?
-Widziałeś tego starego dziada?
-Tak, a co?
-On też nie chciał ze mną iść 30 lat temu, a teraz zgrywa cwaniaczka i się chowa na mój widok
-Co mu zrobiliście?
-A jak myślisz? Skąd ma taki piskliwy głosik?
-No chyba nie powiesz mi, żeście go wykastrowali.
-To idziesz ze mną czy wybierasz tą drugą opcje?
-Idę, idę.
„Tutaj nie ma żartów” – pomyślałem sobie i nie pewnym krokiem zmierzałem za zakapturzoną postacią, która zmierzała ku jakiejś wielkiej maszynie.
-Wsiadaj, co prawda to nie Cadillac, ale lepsze to niż nic.
I wsiedliśmy do czegoś co nie było ani samolotem, ani samochodem, ani nawet tramwajem. Przypominało to raczej skrzyżowanie metalowego kontenera z poduszkowcem, była to kwadratowa skrzynia z metalu, obita jakimś miękkim materiałem, z wydłużonym początkiem, który był chyba z drewna. Wsiedliśmy do tego wehikułu i polecieliśmy w stronę czegoś, co przypominało ścieki, w każdym razie była to dziura na ziemi, która prowadziło w ciemną otchłań
-Przygotować kabinę, bo nowy do nas zmierza. Wiele źródeł mówi, że jest wybrańcem, więc położyć mu czyste, uwaga powtarzam czyste prześcieradło i pościel. Rititi, przygotuj dla niego żarcie, a ty Jack przygotuj dla niego krzesełko
-Ale my nie mamy czystego prześcieradła na pokładzie Bambeuszu.
-Mam to gdzieś, ma być czyste i koniec. A ty co tak stoisz? Chupa-Chupsa mi przynieś!
-Już, już…
Po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy do jeszcze większego statku, który wydawał się jeszcze bardziej syfiasty. Nieznajomy pilot podleciał do tej rudery, a dokładnie do jakiegoś włazu, który najprawdopodobniej prowadził do celu naszej wycieczki. Gdy podleciał już na metr odległości, otworzył jakąś klapę na dole i zatrzymał pojazd.
-Wskakuj, na co czekasz?
-Yyy, no dobra już, tylko gdzie? Do tego czegoś, co przypomina ścieki?!
-A czegoś się spodziewał? Pałacyku? Wskakuj i się zamknij!
I wskoczyłem. Wskoczyłem do jakiegoś kanału, a raczej podłużnej rury, na której dnie leciała raczej syfiasta woda, oraz biegały szczury i tym podobne stworzonka. Ślizgałem się po tej rurze i ślizgałem, po drodze omijając stary kibel nie wspominając o innych, mniej ciekawych przedmiotach. Gdy dojechałem do końca, wpadłem dupą w kałuże, o co najmniej pół metrowej głębokości, która zalała mi całe spodnie (które pachniały kisielem oraz starymi trupami). Wstałem, obejrzałem się w jakiejś kałuży i pomyślałem, że wyglądam jak śmieciarz: koszula podarta, spodnie całe umorusane i mokre, na ciele cały brudny od nie powiem czego. Gdybym wybrał ten drugi czopek…
-No chodź, a nie się oglądasz!
-No już idę. Daleko jeszcze?
-Nie.
-Zawsze tak dużo gadasz?
-Nie, ja cię po prostu nie lubię.
-Aha, dobrze wiedzieć, ja też za tobą nie przepadam.
-Goń się z kozami idioto!
-Sam jesteś idiotą, idioto głupi!
-Lepiej być takim idiotą jak ja niż taki debilem jak ty.
-Fajnie, a znasz coś lepszego?
-Nie.
I tym o to inteligentnym akcentem zakończyliśmy naszą znajomość, gdyż doszliśmy już do bramy, równie zasyfiałej jak ten cały syf tutaj.
-Właź… idioto!- powiedział na pożegnanie niemiły pilot
-Papa kochanie- pożegnałem go również miło a na dodatek zrobiłem mój firmowy kwadratowy uśmiech.
I przelazłem przez wielka bramę, szedłem wielką ścieżką, która prowadziła do wielkich drzwi, na których napisane było: Enter the Matrix. „Uuuuuu, bracie w coś ty się wpakował” pomyślałem sobie, ale oczywiście bez namysłu wlazłem w te drzwi. I co tam zastałem? Nic ciekawego – następne drzwi, tylko tym razem z napisem ”Enter the Matrix (ale na serio)”. Wlazłem tam i ujrzałem ten sam ryj co w tym starym domku – facjatę Bambeusza. Patrzył się na mnie spod tych swoich magicznych okularków, a w ryju miał chupa – chupsa.
-Jednak udało ci się tutaj dotrzeć, moje gratulacje. Dobra, przejdźmy do rzeczy, to jest moja załoga: Kloc, Szmelc, Kibel, Betoniara, Pyrun, Zdzich, Wiech oraz Landryna_17.
Ta załoga nie przypominała raczej drużyny pierścienia, albo załogi appolo 17 czy jak mu tam. To była banda śmierdzących potem (octem), brudnych prymitywów, z których tylko Bambeusz i Rititi wydawali się normalni, Reszta wyglądała prawie tak samo: wielcy, czarne okularki, rozróżniały ich tylko koszulki – każdy miał na niej napisane swoje imię, albo pseudonim.
-Dobra- ciągnął dalej Bambeusz- ściągnęliśmy cię tu na prośbę wyroczni, która uważa cię za wybrańca, więc nie daj dupy na sprawdzianie.
-Na jakim sprawdzianie?
-Na srakim. Zaraz cię podłączymy do krzesełka i będziesz musiał przejść test, który będzie polegał na sprawdzeniu twoich umiejętności menadżerskich.
-Ale ja się na tym nie znam!
-Rititi…
I w tym momencie ta babka podeszła do mnie, złapała mnie za fraki i posadziła na jakimś śmiesznym fotelu. Gdy usiadłem złapała jakiś wężyk ze strasznie ostrą końcówką. Wzięła ów wężyk i wsadziła mi go prosto pod lewą pachę i tylko głośne „ała” rozbrzmiało po całym pomieszczeniu. Poczułem tylko strasznie mocny ból i zemdlałem…
Obudziłem się siedząc w skórzanym fotelu, w jakiejś białej przestrzeni. Sam się zdziwiłem, gdyż fotel, na którym siedziałem jakby wisiał w przestrzeni. Bałem się z niego zejść, miałem dość niespodzianek jak na jeden zakichany dzień.
-Te, co się gapisz na dół?- powiedział nasz kochany lizakożerca – Bambeusz
-No nie, znowu ty, rzygam tobą, źle mi się kojarzysz, co znowu chcesz?-
-Przyprowadziłem cię tutaj gnoju na sprawdzian. Zaraz obudzisz się w swoim łóżku, w swoim apartamencie, w zajefajnej piżamce z egipskiej bawełny, i wskoczysz sobie w ciepłe bambosze. Oczywiście nie będziesz się tam błogo opieprzał. Nasz kochany programista od Matrixa namieszał trochę ludziom w głowach, i tak jakoś wyszło, że zostałeś menadżerem Le Havre, w skrócie – będziesz przetestowany na tym właśnie klubie, pasuje?
-Nie.
-No jak nie?
-No nie.
-Jak powiesz jeszcze raz, że nie to dostaniesz w ryj.
-No nie.
I po tych słowach zniknąłem gdzieś w przestrzeni, w otchłani, w dziurze, czy jak to poprawnie nazwać. Leciałem tak i leciałem, tak długo, że aż zasnąłem. Obudziłem się tak jak mówił Bambeusz – w zajefajnym apartamencie, w zajefajnej piżamce, a na nóżkach mięłam zajefajne królewskie bambosze. Wstałem, rozejrzałem się po pokoiku i byłem mile zaskoczony. W sumie to chałupka jak ta lala, nic nie trzeba, tylko ile ja tu wytrzymam? Mam nadzieje, że krótko, że przejdę ten sprawdzianie i pojadę do domciu. Ale to odbiega jeszcze daleko w przyszłość, na razie musze obczaić co się tutaj dzieje, wiec najpierw pójdę do kibla. Gdy wróciłem usłyszałem dźwięk telefonu. Podszedłem do dzwoniącego pudła i odebrałem podłużną słuchawkę.
-Halo, leż a la menedżere de la Le Havrę?
-Co?
-Ależą jak hus bid ?
-Jo, fajnie masz - I odłożyłem słuchawkę.
Ten kto do mnie dzwonił najwidoczniej gadał po francusku, a ja tu biedny polak siedzę, w szkole nie uważałem, nawet podstaw angielskiego nie umiem.
Tymczasem na pokładzie statku…
-Rititi, naucz tego gnoja francuskiego, i uświadom mu kim on jest, bo własnie spławił swojego prezesa.
-Już się robi Bambeuszu…
-No szybciej, bo zaraz zadzwoni drugi telefon!
-Już, już zrobione.
-Zrobiłaś?
-Nie.
-No jak nie?
-No nie.
-Nie?
-Nie.
-To nie.
-Żartuję, zrobiłam.
-Kiepskie żarty, lepiej daj chupa –chupsa
A u mnie w apartamencie
Właśnie się schylałem, do dolnej półki lodówki po whisky, gdy nagle coś strzeliło mi w karku. Przewróciłem się, i walnąłem głową w kafelki. Leżałem tak oparty twarzom o zimne kafelki i czułem straszny ból głowy, jakby ktoś mi nasypał tam śniegu. Nagle ból przeminął, a ja czułem się jak trup. Łeb mnie bolał, więc wstałem i nalałem sobie whisky. Wypiłem drinka zwanego Word Trade Center – czyli szklanka taka wysoka i cała zalana whisky – mój ulubiony drink, bo najłatwiejszy do sporządzenia. Wypiłem owego drinka i położyłem się na skórzaną kanapę. Leże sobie, dumam, marze, a tu nagle dzwoni telefon. Szybko pobiegłem i odebrałem.
-Le ża menedżere Le Havre?
-Le ża, ja ja, natyrlich, że pierdę, lam żem viva polotne?
-Ży la tre me nestelaoux?
-Mersi buku, ciao-*
• W skrócie dzwonił prezes i mam przyjechać na konferencje prasową
Tak więc, nie czekając na nic, wziąłem kluczyki z półki i poszedłem na parking. Wszystko byłoby pięknie gdybym wiedział który samochód jest mój. Tak wiec spojrzałem na kluczyk na którym było pełno guzików i skąd człowiek ma wiedzieć, który jest który. Tak więc na oko kliknąłem w ten guzik na samym środku kluczyka i bagażnik jednego z samochodów się otworzył. Był to jakiś stary rupieć, który wyglądem przypominał jakiegoś starego Cadillaca…
Konferencja prasowa, Le Havre
(…)
Dziennikarz: Jak pan mógłby ocenić przygotowania do zeszłego sezonu?
Ja: Najważniejszym na pewno wydarzeniem było przyjście paru moich rodaków: Pawła Brożka, Remigiusza Chajewskiego, Artura Faranczuka oraz Łukasza Tyczkowskiego. Ale to nie były ostatnie wzmocnienia, nasz klub zasilili również Jose Soto oraz Jose Julian de la Cuesta.
Wszycy oni pasowali idealnie do mojej koncepcji taktycznej. Po przejrzeniu składu, wyłoniła się żelazna jedenastka: Kameni – de la Cuesta, Henin, Faranczuk, Chechelski – Luiz Fernando, Beuzelin, Ducrocq, Chajewski – Tyczkowski, Brożek.
Nasze sparingi nie miały na celu grania z czwartoligowcami białoruskiej ligi i wygrywanie po 10:0. chleliśmy zmierzyć się z dobrymi zespołami w celu sprawdzenia naszego potencjału. Pierwszy nasz sparing zagraliśmy przeciwko Auxerre. Łatwo skóry nie sprzedaliśmy, i pomimo licznych ataków gości, w drugiej połowie to my pokazaliśmy ząbki i po dwóch udanych kontrach prowadziliśmy już 2:0 po bramkach Brożka i Roufosse. Bardzo dobry mecz rozegrał skrzydłowy – Chajewski zaliczając dwie asysty.
Dziennikarz: A kolejne sparingi także wyglądały tak kolorowo?
Ja: No muszę przyznać, że w kolejnych sparingach wesoło nie było, chociaż w meczu przeciwko Lens Tyczkowski trafił dwa razy w poprzeczkę, ale pomimo wielu prób mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym, a na dodatek nie groźnej kontuzji nabawił się Brożek.
Do kolejnego spotkania przygotowaliśmy się szczególnie, gdyż zaklepaliśmy sobie sparing z wielkim Arsenalem. W pierwszej połowie było widać, że nasz plan taktyczny zaczął działać. Udało nam się nawet strzelić bramkę na Highbury autorstwa Pawła Brożka, po indywidualnej akcji. Do przerwy wynik nie uległ zmianie, jednak w drugiej połowie na boisku rządził tylko jeden piłkarz – Thierry Henry. Ten skurczybyk najpierw wbił nam bramę z 25 jardów, a na dokładkę wyminął sobie Henina i strzelił w samiutkie okienko. Jednak my nie odpuściliśmy – w 78 minucie Brożek minął Ashley Cole’a i podał na Tyczkowskiego a on trafia prosto w… słupek. Taki rezultat utrzymał się do końca. Po przeprawie z Arsenalem, postanowiliśmy pozostać trochę w Angli i przy okazji Liverpool zgodził się na sparing więc zawitaliśmy i na Anfield Road. Tym razem postawiliśmy na twardą grę, w sumie to Anglia, a co? Skutki naszej taktyki były widoczne już w trzeciej minucie, gdy kontuzji doznał Michael Owen, sfaulowany przez Faranczuka. W pierwszej połowie obie drużyny nie wypracowały sobie wielu sytuacji, jedynie strzał Gerrarda trafił prosto w słupek. W drugiej połowie ponownie pokazaliśmy nasze najostrzejsze ząbki i po dwójkowej akcji Brożka i Tyczkowskiego, ten drugi wykończył akcje pięknym strzałem w długi róg, pokonując swojego rodaka Jurka Dudka. Staraliśmy się utrzymać wynik już do końca, lecz gospodarze naciskali i naciskali i w końcu w 87 minucie rzut karny na bramkę zamienił Gerrard. Jednak my nie odpuszczaliśmy…