Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Plymouth Argyle (cz. 5)

Poprzedni sezon był bardzo ciężki. 17 miejsce pozwoliło nam na utrzymanie, ale także gwarantowało pracę psychoanalitykowi, który przemyślnie zainstalował się w Plymouth. Teraz ważne było jednak tylko to, że ciągle gramy w Premiership. Plany na najbliższy sezon były jasne: jak najwyższe miejsce w lidze i powalczenie w pucharach. Marzyła mi się pozycja dająca prawo gry w Intertoto Cup, ale wiedziałem, że osiągnięcie tego celu będzie bardzo trudne.

Obawiałem się trochę zainteresowania moimi graczami, ale jak się okazało niesłusznie. W sumie racja - któż chciałby zatrudniać patałachów, którzy ledwo utrzymali się w lidze. Prawda była jednak nieco inna. W drużynie panowała świetna atmosfera i nikt nie chciał odchodzić jednak pewne zmiany w składzie były konieczne. Na listę transferową trafili Saliou Lassissi (pod moją wodzą 4 sezony, 136 meczy, 3 gole, 7 asyst, 3 MoM, śr. 7.07) i Stepan Vachousek (2 sezony, 47 meczy, 6 goli, 6 asyst, 1 MoM, śr. 6.87). Ten pierwszy miał fatalny ostatni sezon, zaś ten drugi w ogóle nie zachwycił. Początkowo nie było na nich żadnych chętny i obawiałem się czy sprowadzenie Czecha nie było przypadkiem moim najgorszym ruchem transferowym. Zapłaciłem za niego przecież Marsylii 3 mln euro. Na szczęście moje znajomości we Francji i obrotny menadżer Lassissiego sprawiły, że obaj gracze trafili ostatecznie do Troyes. Francuzi zapłacili nam za nich w sumie prawie 6 mln euro.

Bardziej imponująco wyglądały wzmocnienia. Przybyło 6 graczy. Z czterema z nich wiązałem naprawdę duże nadzieje. Pozostała dwójka to tylko potencjalne wzmocnienie i załatanie dziur na najsłabiej obsadzonych pozycjach. Byli to:

- Andrew Frampton (ENG), D/DM L, za 325 tys. euro z Nottm Forest;
- Garry Monk (ENG), D C, za 200 tys. euro z Barnsley;
- Bekim Kapic (SVN), D C, za 750 tys. euro z Kopera;
- Mike Duff (NIR), D RC, za 2.5 mln euro z Arsenalu;
- Scott Parker (ENG), M C, za 3.5 mln euro z Chelsea;
- Danny Szetela (USA), F C, za 3.4 mln euro z DC United.

Największą gwiazdą z nowoprzybyłych był oczywiście Scott Parker. Duże nadzieje wiązałem także z Duffem, Kapicem i Szetelą. Frampton miał być alternatywą na lewą obronę, podobnie jak Monk na środek defensywy.

Skład Plymouth w sezonie 2005/2006 prezentował się więc następująco:

Bramkarze:
- Nash, Carlo (ENG), 32 lata
- Royce, Simon (ENG), 33
- Evans, Rhys (ENG), 23

Obrońcy:
- Coughlan, Graham (IRL), 30, D C
- Upson, Matthew (ENG), 25, D LC
- Lovering, Paul (SCO), 30, D L
- Robinson, Paul (ENG), 27, D/DM LC
- Powell, Darren (ENG), 29, D C
- Lawrence, Matt (ENG), 31, D/DM RC
- Balde, Dianbobo (GUI), 29, D C
- Duff, Mike (NIR), 27, D RC
- Kapic, Bekim (SVN), 26, D C
- Monk, Gary (ENG), 26, D C
- Frampton, Andrew (ENG), 26, D/DM L

Pomocnicy:
- Walker, Justin (ENG), 30, M C
- Johnson, Seth (ENG), 26, DM LC
- Morris, Jody (ENG), 27, M C
- Bart-Williams, Chris (ENG), 31, DM RLC
- Babangida, Haruna (NIG), 22, AM/F R
- Parker, Scott (ENG), 24, M C

Napastnicy:
- Morris, Lee (ENG), 24, F LC
- Tudor, Shane (ENG), 22, F RC
- Graulund, Peter (DEN), 29, F LC
- Żurawski, Maciej (POL), 29, F RLC
- Niedzielan, Andrzej (POL), 26, S C
- Allback, Marcus (SWE), 32, S C
- Naylor, Richard (ENG), 28, S C
- Szetela, Danny (USA), 18, F C

Sezon rozpoczęliśmy od towarzyskiego zwycięstwa 3:0 nad Barrow AFC. Potem było tournee po Holandii, gdzie pokonaliśmy kolejno Spartę 5:1, Fortunę 4:0, NEC 4:0 i Rodę 2:1. Przygotowania do sezonu zakończyliśmy zwycięstwem 5:1 nad Southport. Wyniki sparingów były wielce obiecujące, choć oczywiście zdawałem sobie sprawę z faktu, że w lidze przyjdzie nam się spotkać ze znacznie mocniejszymi przeciwnikami. Niestety w ostatnim sparingu kontuzji doznał Scott Parker. Naderwanie mięśnia pachwiny i bezlitosne orzeczenie doktora Maxwella - 3 miesiące przerwy. Na debiut w barwach Plymouth będzie musiał jeszcze poczekać.

Na pierwszy ligowy mecz tego sezonu jechaliśmy na północ. No dobra - dość żartów - dokładnie do Londynu na White Hart Lane. Delegowałem na ten mecz następujący skład: Nash - Duff, Kapic, Upson, Frampton - Johnson - J. Morris - Babangida, Żurawski, J. Morris - Niedzielan. W zespole gospodarzy postrach siali głównie Robbie Keane i Helder Postiga. Założenie było takie, że nie dajemy rozwinąć skrzydeł graczom Tottenhamu i udało się je zrealizować od pierwszej minuty. Początki były jednak ciężkie. Gospodarze atakowali głównie skrzydłami, gdzie świetnie w defensywie radzili sobie Duff i Frampton. Zupełnie nie szło nam jednak w ofensywie. Johnson i Jody Morris, którzy mieli być motorami napędowymi zespołu zupełnie nie radzili sobie z tą rolą. Dopiero po pół godzinie gry coś zaczęło się ruszać. Pierwszy gol padł tuż przed przerwą. Nieudaną pułapkę ofsajdową wykorzystał Lee Morris i było 1:0 dla Plymouth. Druga połowa nie odbiegała znacznie od pierwszej. Ciągle to my byliśmy zespołem z inicjatywą, ale sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo. W 60. minucie nie wytrzymałem i za Jodiego Morrisa wszedł Justin Walker. Gra w ofensywie od razu się ożywiła jednak gospodarze bronili się dzielnie. W 80. minucie nadal słabo grającego Johnsona zastąpił Robinson, zaś za Babangide wszedł Tudor. Zwłaszcza ten drugi zawodnik rozruszał nieco nasz atak. W 85. minucie tuż przed polem karnym Ledley King faulował Lee Morrisa, a rzut wolny perfekcyjnie wykonał Duff zdobywając gola w swoim debiucie. Mecz zakończył się wynikiem 2:0 dla Plymouth. Była to spora niespodzianka, zwłaszcza, że graliśmy na wyjeździe.

Już cztery dni później przyszło nam gościć Arsenal. Plymouth wystąpiło w nieco zmienionym składzie w porównaniu do meczu z Tottenhamem. Johnsona zastąpił Bart-Williams, Jodiego Morrisa Justin Walker, Babangidę Tudor, a Lee Morrisa Graulund. Lepiej rozpoczęli kanonierzy, ale szybko odzyskaliśmy rezon. W 23. minucie dobrą sytuację miał Walker, ale świetnie w bramce zachował się Buffon, którego Arsenal sprowadził przed sezonem za rekordowe 37 mln euro. Włoch był jednak bezradny w 32. minucie. Po dośrodkowaniu Walkera z rzutu rożnego świetnie zachował się Upson, który pokonał Laurena w walce o górną piłkę i dał nam prowadzenie. Cieszyliśmy się z niego aż do 50. minuty. Świetny cross Joaquina wykorzystał Bellamy i było 1:1. Nasze zaciekłe ataki rozbijały się o Buffona lub Campbela. Aż nadeszła 74. minuta i swoiste kuriozum. Zamieszanie związane ze zmianą Framptona na Robinsona wykorzystał Wiltord strzelając gola. Sędzia o dziwo bramkę uznał i było 2:1 dla gości. Naciskaliśmy mocno, ale Kanonierzy nie dali już sobie wydrzeć zwycięstwa. Szkoda, bo było blisko. Prowadziliśmy wyrównany bój i przynajmniej remis nam się należał. Taka jednak jest piłka. Nie rozpieszcza. Na dodatek przed nami wyjazdowe pojedynki z Liverpoolem i Chelsea. O punkty będzie bardzo trudno.

Trzy dni później wybiegliśmy na murawę przy Anfield Road. W składzie nie było Upsona, który doznał lekkiego urazu. Chcieliśmy zagrać mądrze i spokojnie jak z Tottenhamem, ale między chcieć a móc czasami jest wielka przepaść. Liverpool miał na początku ogromną przewagę. Udokumentował ją w 10. minucie. Aimar prostopadłym podaniem wypuścił Owena i było 1:0. Potem gra trochę się wyrównała, ale nadal więcej do powiedzenia mieli gospodarze. W 37. minucie ponownie błysnął Owen wespół z Cheyrou. We dwóch ograli Kapicia, Owen dograł do Fowlera i było już 2:0. Do przerwy sytuacja nie wyglądała więc ciekawie. Tuż po przerwie znów pokazał się Owen. Prostopadłe podanie do takiego napastnika jest zawsze groźne, bo mało kto potrafi za nim nadążyć. Tym razem nie zdążył Powell i był zmuszony faulować. Sędzia nie miał wątpliwości, wskazał na jedenastkę, którą na gola bezbłędnie zamienił sam poszkodowany. Było 3:0 i zanosiło się na pogrom. Ale z nami nie tak łatwo. Dwie minuty później akcję meczu przeprowadził Mike Duff. Nasz prawy obrońca minął skrzydłem Cheyrou oraz Kewella i dośrodkował wprost na głowę Jodiego Morrisa. Ten wykorzystał swoją szansę i było 1:3. To przywróciło nam jeszcze wiarę w wywalczenie choćby jednego punktu. Szybkie ataki były coraz groźniejsze i bramka wisiała w powietrzu. Kluczowa była 73. minuta. Aimar faulował Żurawskiego, rzut wolny wykonywał Graulund. Żurawski główkuje i gol. Przegrywamy już tylko 2:3. Niestety Liverpool wziął się do roboty i w końcówce nie pozwalał już nam na zbyt wiele. Perfekcyjnie zagrał Kirkland i Owen i w zasadzie tym dwóm graczom gospodarze zawdzięczają trzy punkty.

Jakby mało było tego, że kontuzjowany jest Parker na treningu urazu doznał także Bart-Williams. Złamana miednica i 7 miesięcy rozbratu z futbolem. To oznacza, że być może Chris nie wróci już do końca sezonu, a biorąc pod uwagę fakt, że ma już 31 lat i jego kontrakt wygasa po tym sezonie to nie wiadomo czy spotkanie z Liverpoolem nie było jego ostatnim meczem dla Plymouth. Ale nie przesądzajmy. Może się okazać, że zdąży jeszcze wrócić na końcówkę sezonu i pomóc nam w osiągnięciu jak najlepszego miejsca. Nasz zespół opuścił także Ian Stonebridge. Do stycznia będzie on grał na wypożyczeniu w Colwyn Bay.

Wrzesień. Wyjazdowy mecz z Chelsea. W spotkaniu tym zadebiutował od pierwszej minuty Danny Szetela. Pierwsza połowa zadziwiająco spokojna. Gospodarze grali jakby ospale, co pozwoliło nam przeprowadzić kilka groźnych akcji, ale Petr Cech był na posterunku. Szał radości w sektorach kibiców Pielgrzymów wybuchł za to tuż po przerwie. Świetne dośrodkowanie Tudora z rzutu rożnego wykorzystał Szetela strzelając gola w swoim debiucie. To rozwścieczyło gospodarzy. Ruszyli do przodu bardzo agresywnie. Perfekcyjnie grali na skrzydłach Grey i Zennoni. Mimo to świetnie broniliśmy się aż do 84. minuty. Wtedy to Joe Cole minął Kapicia, dograł do Robbena i Holender strzelił wyrównującego gola. Chwilę później stadion wybuchł krzykiem radości gdy Ehiogu po raz drugi pokonał Nasha głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Byłem załamany. Prawie mieliśmy 3 punkty na gorącym londyńskim terenie The Blues, a w ciągu sześciu minut pozbawiono nas wszystkiego. Jedynym światełkiem w tunelu był świetny debiut Szeteli i dobra gra Nasha. W następnym spotkaniu musi być lepiej.

Mecz z Aston Villą miał pokazać czy jesteśmy w stanie powalczyć w Premiership w tym sezonie. Jeśli chcemy liczyć się w batalii o środek tabeli musimy wygrywać takie spotkania, zwłaszcza na własnym boisku. Wyszliśmy więc z postanowieniem - wygrać! Początek był jednak tragiczny. Już w 4. minucie dośrodkowanie Blomqvista wykorzystał Wanchope strzelając swego pięćdziesiątego gola dla Villi. Dziesięć minut później złe wybicie Nasha przechwycił Belkevich, dograł do Moora i było już 0:2. Tak dalej być nie mogło. Krzyczałem do moich graczy, żeby grali bardziej agresywnie i szybciej. Ponadto nakazałem Morrisowi indywidualne krycie Cahilla, który niemożliwie rozpanoszył się w środku pola. Te uwagi szybko przyniosły skutek. Zaczęliśmy przejmować inicjatywę. W 31. minucie podanie Żurawskiego wykorzystał Allback, ale sędzia dopatrzył się spalonego. Naciskaliśmy jednak dalej i tuż przed przerwą kontaktowego gola strzelił Tudor. W drugiej połowie goście nie mieli już wiele do powiedzenia. W 50. minucie Szetele faulował Mills i sędzia wskazał na jedenasty metr. Karnego pewnie wykorzystał sam poszkodowany. Ten chłopak jest niesamowity. Wygląda na to, że będzie tu w Plymouth wielką gwiazdą - drugi mecz, drugi gol. Nie odpuszczaliśmy, ale Villa broniła się dzielnie. Minuty uciekały. Graliśmy jednak do końca. Już w doliczonym czasie świetnym podaniem w uliczkę popisał się Jody Morris, był gdzie trzeba Tudor i strzelił na 3:2. Plymouth pokonuje Aston Villę. Kolejne trzy punkty i po 5 kolejkach mamy 6 oczek i 12. miejsce w tabeli. Na 9 bramek dotychczas strzelonych aż cztery padły ze stałych fragmentów gry. Dwie po rzutach rożnych, jedna bezpośrednio z rzutu wolnego i jedna po rzucie wolnym pośrednim. Trzeba popracować nad skutecznością z akcji i grą obronną, bo te dwa elementy kuleją najbardziej.

Dwa dni później podejmowaliśmy w drugiej rundzie Pucharu Ligi grające w Second Division Rochdale. Rezerwowy skład nie miał problemów z pokonaniem rywala. Strzeliliśmy 4 gole (Naylor, 2x Lee Morris, Graulund) tracąc jednego i pewnie awansowaliśmy do dalszych rozgrywek. Dzień później klub opuścił Paul Lovering (3 sezony, 51 meczy, 2 gole, 2 asysty, śr. 7.01) - lewy obrońca, któremu skończył się kontrakt. Nie uznałem za celowe go przedłużać, gdyż już w minionym sezonie Szkot pokazał, że nie radzi sobie na poziomie Premiership. 25. września nadszedł czas na ligowy wyjazd do Birmingham. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się osiągnąć podobny wynik jak z Aston Villą. Mecz zaczął się od trzeciej bramki w trzecim meczu Dannyego Szeteli. Szkoda tylko, że było to trafienie samobójcze. Młody Amerykanin z polskim paszportem tak niefortunnie przeciął podanie Purse`a, że piłka wylądowała w siatce Nasha. Birmingham zadziwiająco mocno naciskało. Moi pomocnicy byli jacyś tacy niemrawi. W ogóle tempo meczu nie należało do najszybszych. Aż do 37. minuty nie działo się na boisku nic ciekawego. Dopiero wtedy gospodarze przeprowadzili drugą groźną akcję w tym meczu i od razu podwyższyli na 2:0 dzięki Millerowi. Cholera by to wzięła. Czy zawsze musimy stracić dwie bramki? Pocieszałem się tylko tym, że podobnie było w meczu z Villą, który mimo to potrafiliśmy wygrać. Niestety - tuż przed przerwą doskonałe sytuacje marnowali najpierw Tudor (świetna parada Scotta), a później Szetela. Po przerwie zaznaczyła się nasza wyraźniejsza przewaga. Częściej dochodziliśmy do sytuacji strzeleckich, ale gole ciągle nie padały. W 55. minucie boisko opuścił kontuzjowany Jody Morris. Jak się później okazało skręcona kostka wyeliminowała go z gry na przynajmniej 3 tygodnie. Przełomem była 69. minuta. Świetną indywidualną akcję przeprowadził Niedzielan i w końcu trafił do siatki strzelając swojego pierwszego gola w sezonie. Mam nadzieję, że to go odblokuje i zacznie trafiać regularnie, bo jeśli nie, to chyba straci miejsce w pierwszej jedenastce na rzecz Allbacka, którym zaczął interesować się Tottenham. Ostatnie minuty to nasze rozpaczliwe ataki, ale na świetnie broniącego Bena Scotta, dla którego był to dopiero 13. występ w Premiership nie było już tego dnia sposobu. Ostatecznie ulegliśmy 1:2. Nieciekawie, bo czeka nas teraz mecz z obrońcą mistrzowskiego tytułu, czyli Leeds.

Pawie zaczęły bardzo ostro. Już w 1. minucie groźnie uderzał Vieri. Nash sparował piłkę, ale wprost pod nogi Włocha, który za drugim razem nie zmarnował okazji i od samego początku musieliśmy nadrabiać straty. Dziesięć minut później sytuacja się powtórzyła, z tą różnicą, że tym razem na raty gola strzelał Agathe. Znów 0:2 i chyba znów czeka nas porażka. Ruszamy do ataku, nawet wychodzi nam kilka akcji, ale świetnie broni Robinson. Jednak w 34. minucie jest bezradny przy strzale Niedzielana i mamy 1:2. Świta nadzieja. Nie na długo jednak. Trzy minuty później Watson mija Żurawskiego, dogrywa do McPhaila i jest już 1:3. Druga połowa to nasze próby zmiany wyniku. Niewiele one jednak dają. Perfekcyjnie obroną kieruje Watson, a na bramce spisuje się Robinson. W 69. minucie kontrę wyprowadzoną przez Agathe kończy Viduka i już jest po meczu. Przegrywamy 1:4 bardzo pechowo. Przebieg spotkania nie wskazywał bowiem na taką dużą przewagę gości. Widać jednak różnicę klasy. Oni z 12 sytuacji wykorzystali 4. My z 13 tylko jedną. Po meczu byłem zły, ale niewiele mogłem poradzić. Słabo spisali się Nash i Balde, ale i reszta drużyny nie błysnęła. Jedynie Niedzielan notował rosnącą formę. Na początku października wypożyczyłem do Chesham Utd. golkipera Grahama Stacka. Irlandczyk i tak nie miał u nas szans na grę w pierwszej drużynie, więc niech się ogrywa przynajmniej wśród amatorów. I tak zapewne odejdzie po sezonie, bo kończy mu się kontrakt.

Mecz z Fulham miał być naszą szansą na odrobienie strat, ale tak się nie stało. Gol Savy w końcówce pierwszej połowy dał gościom prowadzenie, a czerwona kartka dla Johnsona za brutalne wejście dwiema nogami pozbawiła nas większych szans na odrobienie straty. Przegraliśmy 0:1 i spadliśmy na 17. miejsce w lidze. Był to pierwszy mecz w tym sezonie, w którym nie zdołaliśmy strzelić gola. A wszystko przez świetną grę linii obronnej Fulham, która 15 razy łapała moich zawodników na spalonym (rekordzista Babangida - 5 razy). Zaczęło być naprawdę gorąco. W tej sytuacji spotkanie z Man City trzeba było koniecznie wygrać. Nie chciałem utknąć w strefie spadkowej. Zaczęło się jednak źle. Balde nie upilnował Anelki i od 18. minuty przegrywaliśmy 0:1. Na szczęście trwało to tylko kilka minut. W 21. świetną kontrę wyprowadził Niedzielan, który znalazł się sam na sam z bramkarzem. Strzelił, ale Stuhr Ellegard obronił. Do piłki dopadł jednak Szetela i było 1:1. Nie minęły kolejne trzy minuty a już prowadziliśmy. Upson dośrodkował prosto na głowę Żurawskiego. Strzał Polaka obronił oczywiście Duński bramkarz, ale przy dobitce Tudora nie miał już szans. Z prowadzenia cieszyliśmy się jednak tylko do 32. minuty. Tym razem na raty pokonali Nasha Anelka i Heskey. Prawdziwy dramat miał miejsce jednak w drugiej połowie. Koszmarny błąd popełnił przy rzucie rożnym Nash i Anelka strzelił swoją drugą, a trzecią dla Fulham bramkę. Przegraliśmy 2:3 i spadliśmy na pozycję 18. Niżej są już tylko Watford i Newcastle.

Szansą na odrobienie strat punktowych miało być spotkanie z Manchesterem City. Zaczęło się jednak po raz kolejny niedobrze. W 18. minucie Anelka urwał się obrońcom i było 0:1. Co prawda chwilę później Niedzielan ładnie obsłużył Szetelę w polu karnym, a młody Amerykanin wyrównał, ale remis długo się nie utrzymał. Nie minęły 3 minuty a prowadziliśmy po golu Tudora, jednak gospodarze zdołali wkrótce wyrównać. Na przerwę schodziliśmy z wynikiem 2:2. Druga połowa była spokojniejsza niż pierwsza. Tempo trochę siadło. Nadal były okazje bramkowe, zarówno dla nas, jak i dla City, ale gole nie padały. Aż do 82. minuty. Rzut rożny dla Manchesteru, najwyżej skacze Anelka i przegrywamy 2:3. Była to oczywiście zwycięska bramka. Świetnie w drużynie gospodarzy zagrał strzelec dwóch goli Anelka, oraz szalejący po skrzydle Jacek Krzynówek. U nas największe pretensje miałem do Kapica, który nie upilnował Anelki przy pierwszym golu. Była to nasza czwarta z rzędu porażka i zaczynało się robić groźnie. A równo za tydzień przyjeżdżał do nas Manchester United - o punkty będzie jeszcze trudniej.

Czerwone Diabły zagrały w najsilniejszym składzie i od razu zaczęły od mocnego uderzenia. W 2. minucie gola strzelił Gallas. Widocznie jednak było im mało, bowiem dalej naciskali. Na szczęście jedna z kontr udała się wyśmienicie i wyrównującą bramkę strzelił Niedzielan. Nieoczekiwanie chyba dla wszystkich na przerwę schodziliśmy prowadząc, bowiem w 39. minucie Gary Neville zagrał w polu karnym ręką, a jedenastkę na gola zamienił Szetela. Jak można się było spodziewać druga połowa to szaleńcze ataki Man Utd. Broniliśmy się dzielnie, ale na uderzenie w 58. minucie van Nistelrooya nie było mocnych. Nie było jednak w sumie tak źle, bowiem przed meczem remis wziąłbym w ciemno. Na tym się jednak nie skończyło. W samej końcówce pięknym rajdem zakończonym bramką popisał się Giggs i znów przegraliśmy 2:3. Niedobrze.

Cztery dni później gościliśmy Millwall w trzeciej rundzie Pucharu Ligi. Wystąpiła druga jedenastka, a w bramce dałem szansę Rhysowi Evansowi. Mecz zaczął się od gola Allbacka, dla którego było to pierwsze trafienie w sezonie. Chwilę później podwyższył Babangida. Nie minęły jednak dwie minuty jak kontaktowego gola dla gości zdobył Doudou. Na przerwę schodziliśmy jednak prowadząc. Na drugą połowę za Allbacka wszedł Naylor, ponieważ jak się okazało Szwed nabawił się urazu kolana. Millwall zagrało w drugiej odsłonie bardzo ambitnie i w 53. minucie Sharps wyrównał. Tym razem jednak nie pozwoliliśmy sobie wydrzeć zwycięstwa, a gola na miarę awansu do 4 rundy strzelił właśnie Naylor. Miałem nadzieję, że to zwycięstwo natchnie moich graczy i zaczną oni także wygrywać w lidze. Okazja była ku temu dogodna, bo zbliżał się mecz z Bradford. Przywitał nas deszcz i 25 tysięcy kibiców. Gospodarze grali raczej defensywnie i tylko wielkiemu szczęściu zawdzięczali fakt, że na początku drugiej połowy zdołali strzelić gola. Nasza przewaga była jednak wraz z upływem czasu coraz większa i wreszcie w 76. minucie wyrównał Niedzielan, a tuż przed końcem strzelił drugiego gola dającego nam zwycięstwo. Radość była ogromna. Przerwaliśmy pasmo pięciu porażek ligowych z rzędu. Teraz musiało być lepiej zwłaszcza, że postanowiłem skorzystać z okazji i wzmocnić drużynę. Do zespołu dołączyło dwóch graczy. Za 3.2 mln euro przyszedł z Aston Villi lewy obrońca lub skrzydłowy Paul Konchesky, zaś za kolejne 2 mln euro sprowadziłem z Nantes francuskiego defensywnego pomocnika Matthieu Bersona.

Potwierdzeniem wyjścia z kryzysu miał być mecz z okupującym ostatnie miejsce w tabeli Newcastle. Był to zespół nieobliczalny, który w zasadzie nie wiadomo dlaczego grał słabo. Były przecież tam takie nazwiska jak Melchiot, Bramble, Jenas, Dyer, czy Marlet. Zaczęliśmy perfekcyjnie - od bramek Tudora w 5. i 12. minucie. W 17. trzeciego gola dorzucił Żurawski i było praktycznie po meczu. Później nie sililiśmy się już na ataki, tylko spokojnie kontrolowaliśmy sytuację. Sroki były bezradne. Dość powiedzieć, że pierwszy strzał na bramkę Nasha oddały w 62. minucie meczu. W 76. świetną kontrą dobił jeszcze gości Niedzielan i skończyło się na 4:0. Zarząd był wniebowzięty. Ja zresztą też. Świetny debiut zaliczył Berson, który czyścił wszystkie górne piłki przed polem karnym. Trzy dni później drugi skład rozgromił na podobnym gazie w 4 rundzie Pucharu Ligi Wimbledon 3:0. Bramki strzelali Babangida, Naylor i Żurawski, który pojawił się na murawie w końcówce spotkania. Powoli wszystko zaczynało się układać. Po 12 kolejkach zajmowaliśmy 14 miejsce z dorobkiem 12 punktów. Przed nami wyjazdowe spotkanie z ósmym Sunderlandem. Do debiutu szykował się w tym meczu Konchesky, który wcześniej nie zagrał, bo leczył lekki uraz stopy. Powrócił już także do składu po kontuzji Scott Parker. Jedynym graczem, którego mi brakowało był Szetela, który wyjechał na mecze reprezentacji USA.

To, co się działo 12. listopada na Stadionie Światła w Sunderlandzie zakrawało na cud lub kpinę. Po 30 minutach prowadziliśmy pewnie 2:0 po dwóch golach Niedzielana i całkowicie kontrolowaliśmy sytuację. Do czasu. Tuż przed przerwą kontaktowego gola strzelił Cosgrove. Tuż po przerwie wyrównał Defoe i mecz zaczął się w zasadzie od początku. W 51. minucie trzeciego gola strzelił dla nas Tudor, ale chwilę później wyrównał kolejnym strzałem Cosgrove. Nie odpuściliśmy jednak i w 75. minucie kolejne prowadzenie dał nam Żurawski. Jednak tylko na 5 minut. Wyrównał Arca i zrobiło się 4:4. Na tym się jednak nie skończyło. W 84. minucie piątego gola dla gospodarzy strzelił Defoe i zrobiło się bardzo groźnie. Niewiele myśląc kazałem chłopakom ruszyć ostro do ataku. Dobrą sytuację miał Graulund, ale jej nie wykorzystał. Na domiar złego w 88. minucie Sunderland nas skontrował i swojego trzeciego gola w tym meczu strzelił Cosgrove. Skończyło się na naszej porażce 4:6. Świetnie w ekipie gospodarzy zaprezentowali się Cosgrove (MoM), Defoe i Arca, a także Wes Brown i Piper. U mnie koszmarnie zagrał między słupkami Nash za co pożegnał się z tygodniówką. Niewykluczone też, że w następnych spotkaniach dostanie szansę między słupkami Rhys Evans, zaś Nash troszkę sobie odpocznie. Z nienajlepszej strony pokazał się też w debiucie Konchelsky. Wielka szkoda, bo mogliśmy wygrać to spotkanie. Wszystko przez to, że mamy problemy z odbiorem piłki. Tylko 36% wygranych pojedynków w defensywie w tym meczu mówi samo za siebie. Najlepszymi graczami w mojej ekipie byli w tym spotkaniu Berson, Niedzielan i Tudor. To jednak nie wystarczyło. Oczywiście wynik 6:4 został nowym rekordem Premiership ilości strzelonych bramek w meczu.

Tydzień później gościliśmy Middlesbrough i był to ciąg dalszy tragedii. W 34. minucie prowadzenie dał nam Babangida i wydawało się, że dobry wynik jest możliwy, ale końcówka meczu należała do gości. Dwa razy do bramki trafił rezerwowy Ricketts i przegraliśmy 1:2. Pechowo, bo praktycznie przez cały mecz to my kontrolowaliśmy sytuację. Lepiej było w Boltonie. Świetnie Niedzielana zastąpił Allback strzelając 2 bramki. Trzecią dorzucił Szetela i wygraliśmy 3:0. Wreszcie jakieś przekonywujące zwycięstwo.

Gorzej było w ostatnim meczu listopada. Liczyliśmy na zwycięstwo z Tottenhamem w Pucharze Ligi, ale od początku nam się nie układało. W 2. minucie Scott Parker przestrzelił karnego, a 4 minuty później czerwień ujrzał Żurawski i było praktycznie po meczu. Do przerwy przegrywaliśmy 0:2. W 59. minucie kontaktowego gola strzelił Upson, ale odsłonięcie się w końcówce londyńczycy wykorzystali bezbłędnie strzelając jeszcze dwa gole. Tym sposobem odpadliśmy w ćwierćfinale z wynikiem 1:4. Mówi się trudno. Trzeba walczyć w lidze. Pierwszą okazją było spotkanie z Blackburn. Cisnęliśmy ich całą pierwszą połowę, ale bronili się doskonale groźnie kontratakując. W drugiej połowie nie było lepiej aż do 68. minuty, gdy czerwoną kartkę zobaczył pomocnik gości - David Thompson. Nacisnęliśmy jeszcze mocniej i w 90. minucie doczekaliśmy się... kontry, która dała Blackburn zwycięską bramkę. Nastroje w szatni były grobowe, ale nie mogłem pozwolić chłopakom na rozklejanie się. Zbliżał się mecz z Southampton, a nam były potrzebne punkty. Zaczęło się od bramki dla gospodarzy, ale w drugiej połowie wyrównał Szetela i mimo czerwonego kartonika dla Monka udało nam się dowieźć remis do końca. Niestety - straciliśmy Upsona i Bersona, którzy odnieśli kontuzje.

Ogromną niespodzianką był mecz z Liverpoolem. Goście z miasta Beatelsów byli murowanym faworytem tego meczu, ale na boisku zupełnie nie było tego widać. Atakowaliśmy non-stop, ale bezbłędnie bronił Kirkland. Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. W drugiej odsłonie znów pech. W 50. minucie jedna z nielicznych akcji Liverpoolu i Diouf strzela bramkę. Nie zatrzymało nas to jednak. W 70. minucie wyrównał Duff, a dziesięć minut później zwycięstwo zapewnił nam Seth Johnson. Cztery dni później znów mieliśmy okazję pogrążyć drużynę z Liverpoolu, ale tym razem nam się nie powiodło. Everton, bo to o nim mowa w pełni wykorzystał swoją gwiazdę - Rooneya i wygrał 2:1. Bramkę dla nas strzelił Niedzielan. Gol ten wpłynął chyba na niego budująco, bo w następnym meczu z Watford strzelił dwa. Po jednym dorzucili Kapic i Graulund i wynik 4:2 stał się faktem.

Faktem stało się także przyjście do Plymouth kolejnych dwóch graczy. Pierwszym był szwedzki lewy obrońca Mikael Gustavsson, który trafił do nas na prawie Bosmana z IFK Goteborg, zaś drugim stoper Ipswich Paul Reid, za którego przyszło nam zapłacić 1.9 mln euro. Te wzmocnienia miały bezpośredni związek z faktem odejścia Paula Loveringa (nie przedłużyliśmy kontraktu) i Darrena Powella (sprzedany do Leicester za 1.3 mln euro).

Euforia po zwycięstwie nad Watford nie wystarczyła jednak na Arsenal. Mimo bramki Żurawskiego już w 3. minucie przegraliśmy 1:3, a autorem naszej klęski byli Robert Pires i Carlo Nash (grr...). Wzięliśmy za to odwet na Tottenhamie za porażkę w Pucharze Ligi. Odwet bardzo dokładny, bowiem wygraliśmy równo 4:1. Dwa gole strzelił Niedzielan, a po jednym dorzucili Babangida i Parker. W FA Cup nie daliśmy szansy Boltonowi gromiąc go 5:0. Tym razem dwie bramki wbił Allback, a po jednej strzelili jeszcze Żurawski, Graulund i Lee Morris. W lidze na drodze stanęła nam Aston Villa i... nieoczekiwanie dla wszystkich komentatorów na wyspach poległa 1:3, a gole znów strzelali Niedzielan, Żurawski i Graulund. Te pierwszy strzelił także bramkę w przegranym tylko 1:2 spotkaniu z Chelsea. Szansa była nawet na lepszy wynik, ale czerwoną kartkę dostał Rhys Evans prokurując przy okazji rzut karny. Po tych meczach wylądowaliśmy na 11. miejscu w lidze. Był to chyba jednak niemal szczyt naszych możliwości. W zasięgu mieliśmy jeszcze miejsce 10., ale do 9. Liverpoolu traciliśmy już 6 punktów, a do 8. Fulham 9. Znacznie lepiej niż w zeszłym sezonie prezentował się Niedzielan, który z dorobkiem 15. goli ustąpował w Premiership tylko van Nistelrooyowi. Bardzo dobrze wprowadzili się też do drużyny Mike Duff i Mathieu Berson. Coraz częściej szansę w bramce zamiast Nasha dostawał Rhys Evans. Nastroje były optymistyczne.

Minął tydzień i ponownie spotkaliśmy się z Chelsea. Tym razem okazją była 4 runda FA Cup. Zaczęło się od świetnego gola Szeteli w 36. minucie, ale tuż przed przerwą wyrównał Carlton Cole. W drugiej połowie do ataku przeszli gospodarze co zakończyło się golem Djordjica w 52. minucie, a chwilę później rzutem karnym po faulu na Hasselbainku wykorzystanym przez Gunnarssona. Wydawało się, że już po meczu, ale raz jeszcze Szetela dał nam nadzieję strzelając drugą bramkę w 66. minucie. Na więcej Chelsea już nam jednak nie pozwoliła i musieliśmy pożegnać się z pucharem. Świetnie zagrał w bramce gospodarzy Petr Cech, zaś w pomocy brylowali Bobby Petta i Bojan Djordjic.

Powrót do ligi był bolesny. Wyjazdowy mecz z Fulham zaczął się całkiem nieźle. W 14. minucie czerwoną kartkę za brutalny faul na Parkerze zobaczył Damien Duff, co pomogło nam w strzeleniu gola, a dokonał tego już 3 minuty później Graulund. Tuż przed przerwą wynik podwyższył Tudor i wydawało się, że kolejne 3 punkty mamy już w kieszeni. Gospodarze jednak nie zrezygnowali mimo gry w dziesiątkę. Bardzo gorąco zrobiło się w końcówce. W 78. minucie kontaktowego gola strzelił Boa Morte, a 5 minut później z boiska wyleciał nasz bramkarz Rhys Evans, a karnego wykorzystał Nosworthy i nagle zrobił się remis. Byłem wściekły. Kazałem moim zawodnikom ruszyć do ataku. Nie było sensu się bronić, bowiem w momencie wyrzucenia z boiska Evansa limit zmian był już wykorzystany w wyniku czego między słupkami stanął... Maciek Żurawski. Nie minęły jednak 3 minuty i już przegrywaliśmy. Szybka kontra, Facundo Sava i było 3:2 dla Fulham. Wynik na 4:2 ustalił w ostatniej minucie znów z karnego Boa Morte. Był to mecz przegrany na własne życzenie w ostatnich 10 minutach. Tragedia.

Kolejny mecz - z Birmingham u siebie - zaczął się źle, bo od bramki gości w 16. minucie. Szybko jednak wyrównał Szetela, a chwilę później prowadzenie dał nam Monk. Druga połowa całkowicie należała już do nas, co udokumentowaliśmy golami Żurawskiego i ponownie Szeteli. Z dobrymi nastrojami przystępowaliśmy więc do meczu z Man Utd, ale to nie wystarczyło. Mimo dobrej gry przegraliśmy 0:2 i dodatkowo kontuzji nabawił się Żurawski. Mimo braku Maćka i świetnej postawy Jimmiego Walkera pokonaliśmy Bradford 1:0 po golu Niedzielana. Nie udało się nam to jednak w Leeds, gdzie polegliśmy 0:1. U siebie nie dał nam za to rady Man City. Bramkę dającą zwycięstwo strzelił tym razem Szetela. Wyjazdowe spotkanie z ostatnim w tabeli Newcastle miał przynieść nam kolejne 3 punkty. Tymczasem Sroki zagrały bardzo ostro i skutecznie. Po 15 minutach przegrywaliśmy już 0:2 i długo nie potrafiliśmy sami strzelić gola. Udało się to dopiero Graulundowi w 82. minucie, ale chwilę później dobił nas Jenas strzelając trzeciego gola dla gospodarzy. Skończyło się więc porażką 1:3. W meczu z Sunderlandem postanowiłem zagrać dwójką napastników i jak się okazało nie było to dobre posunięcie. Mimo gry z przewagą zawodnika od 31. minuty przegraliśmy 0:2. Należało coś zmienić. Kolejna korekta ustawienia - teraz gramy 4-4-2.

Wyjazdowy mecz z Blackburn był pierwszym sprawdzianem nowej taktyki. Przez 90 minut żadna z drużyn nie miała klarownej sytuacji do strzelenia gola. Dopiero w doliczonym czasie gry Reid faulował wchodzącego w pole karne Bersona i sędzia podyktował "jedenastkę". Do piłki podszedł Kapic i... dał nam 3 punkty. Zachęcony dobrym, choć szczęśliwym, wynikiem po niewielkich modyfikacjach kontynuowałem grę systemem 4-4-2. Zaowocowało to efektownym zwycięstwem 3:0 nad Boltonem, a hat-tricka, choć nie klasycznego, ustrzelił Żurawski. Motorem napędowym drużyny był jednak grający na lewym skrzydle Graulund. Kolejny mecz i znów niespodzianka. Tym razem pokonujemy Sunderland 2:0. Znów świetny mecz rozgrywa Graulund, a bramki strzelają Duff i Niedzielan. Ale to były mecze w Plymouth. Na wyjazdach jest już znacznie gorzej. Mimo świetnej gry w bramce Nasha, który zostaje doceniony otrzymując powołanie do reprezentacji Anglii, przegrywamy 0:2 z Middlesbrough. Wszystko przez to, że jeszcze lepiej od Nasha zagrał jego odpowiednik w drużynie gospodarzy czyli Mark Schwarzer. Spotkanie wyjazdowe z Watford to tylko remis 1:1 po golu Niedzielana. I znów bramkarz gospodarzy zatrzymał praktycznie w pojedynkę całą naszą drużynę a był nim... Zbigniew Małkowski. W ostatnim meczu sezonu - z Evertonem w Liverpoolu - także daliśmy plamę. Porażka 0:2 była efektem doskonałem gry gospodarzy w defensywie i naszych błędów indywidualnych (Reid i Kapic).

Ostatecznie zajęliśmy w lidze 11 miejsce z dorobkiem 47 punktów. Zanotowaliśmy 15 zwycięstw, 2 remisy i 21 porażek. Strzeliliśmy 62 gole tracąc o jeden więcej. Cała tabela wyglądała następująco:


1. Man Utd 87 pkt (Mistrz)
------------------------------
2. Chelsea 84 pkt
3. Leeds 78 pkt
4. Sunderland 78 pkt
5. Arsenal 72 pkt
6. Liverpool 66 pkt
...
10. Aston Villa 50 pkt
11. PLYMOUTH 47 pkt
12. Tottenham 43 pkt
...
17. Blackburn 32 pkt
------------------------------
18. Birmingham 29 pkt (spadek)
19. Watford 28 pkt (spadek)
20. Bradford 23 pkt (spadek)

Królem strzelców z dorobkiem 27 goli został Ruud van Nistelrooy, drugi był Thierry Henry z wynikiem 21 bramek na koncie, zaś na miejscu trzecim z 18 golami uplasowali się Hernan Crespo i Andrzej Niedzielan. Najlepiej asystującym został Steed Malbranque. Graczem ligi wybrano Ruuda van Nistelrooya (śr. 8.46). Mój najlepszy gracz znalazł się na 45. miejscu z wynikiem 7.43, a był nim Mike Duff. W siedemdziesiątce piątce najlepszych graczy na przedostatnim miejscu zmieścił się jeszcze Carlo Nash (śr. 7.29). Jest to i tak niezły wynik biorąc pod uwagę fakt, że w zeszłym roku nie było w zestawieniu żadnego zawodnika z Plymouth.

Najlepszymi graczami Plymouth w sezonie 2005/2006 byli:

1. Mike Duff, D RC, 39 meczy, 3 gole, 5 asyst, śr. 7.43
2. Marcus Allback, S C, 19 meczy, 5 goli, 3 asysty, 3 MoM, śr. 7.37
3. Garry Monk, D C, 7 meczy, 1 gol, 1 asysta, śr. 7.29
4. Peter Graulund, F LC, 18 meczy, 6 goli, 6 asyst, 2 MoM, śr. 7.25
5. Bekim Kapic, D C, 36 meczy, 2 gole, 1 asysta, 1 MoM, śr. 7.25
6. Danny Szetela, F C, 30 meczy, 11 goli, 4 asysty, 3 MoM, śr. 7.23
7. Carlo Nash, GK, 36 meczy, 59 puszczonych bramek, 1 MoM, śr. 7.19
8. Andrzej Niedzielan, S C, 34 mecze, 18 goli, 4 asysty, 3 MoM, śr. 7.18
9. Dianbobo Balde, D C, 24 mecze, 4 asysty, 1 MoM, śr. 7.17
10. Haruna Babangida, AM/F R, 31 meczy, 4 gole, 3 asysty, śr. 7.13
Mathieu Berson, DM C, 24 mecze, 3 asysty, śr. 7.13

Nieźle spisywali się też Maciej Żurawski (śr. 7.06, 11 goli, 2 asysty) i Shane Tudor (śr. 7.09, 7 goli, 7 asyst), a także Rhys Evans (śr. 7.00, 10 meczy, 11 puszczonych bramek, ale 2 czerwone kartki). Poniżej oczekiwać spisywał się Scott Parker (śr. 6.95, 1 gol, 5 asyst). Najsłabiej, pomijając Chrisa Bart-Williamsa, który w tym sezonie zagrał tylko w 4 meczach z powodu kontuzji i Matta Lawrence`a, który głównie wchodził z ławki, zagrali Andrew Frampton (śr. 6.56) i Paul Reid (śr. 6.57). Słabiutko także Paul Konchelsky (śr. 6.64), z którym wiązałem spore nadzieje po lewej stronie obrony. Co będzie dalej - jeszcze nie wiadomo. Na pewno kilku graczy opuści Plymouth. Postaram się też kilku sprowadzić, ale to już w następnym sezonie.

Dodatek 1. Największe transfery 2005 (w euro):

1. Dede (Dortmund -> Man Utd) 44.5 mln
2. Gianluigi Buffon (Juventus -> Arsenal) 37 mln
3. Sidney Govou (Lyon -> Juventus) 29 mln
4. Roni (Sao Paulo -> Juventus) 24 mln
5. Gaizka Mendieta (Milan -> Roma) 23 mln
6. Javier Zanetti (Inter -> Barcelona) 20.5 mln
7. Fabio Cannavaro (Liverpool -> Milan) 19.25 mln
8. Clarence Seedorf (Milan -> Valencia) 19 mln
9. Samuelle Dalla Bona (Milan -> Sampdoria) 18.25 mln
10. Andres D`Alessandro (Wolfsburg -> Celtic) 18 mln
11. Alessandro Del Piero (Juventus -> Milan) 17.5 mln

Dodatek 2. Mistrzowie 2004/2005:

Anglia: Man Utd przed Chelsea
Francja: Bordeaux przed Monaco
Hiszpania: Barcelona przed Realem Madryt
Niemcy: Bayern przed Leverkusen
Włochy: Milan przed Romą

Dodatek 3. Puchary 2004/2005:

Liga Mistrzów: Celtic (pokonał Sporting)
Puchar UEFA: Chelsea (pokonała Real Madryt)
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: CM 01/02
Dodano: 02.03.2008

Liczba wyświetleń: 770

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu