Droga ku glorii - Racing Club de Lens cz.3
Po meczu z Marsillie w szatni panowała euforia, czuć było, że w drużynie panuje świetna atmosfera. Nikt nie był samotny i niezadowolony. Ja sam, głęboko wzruszony oraz podbudowany determinacją i zaangażowaniem chłopców postanowiłem zaprosić wszystkich na piwo do pobliskiego klubu.
PS: Panowie, chcę wam wszystkim serdecznie podziękować za zwycięstwo (tu aplauz chłopaków) i zorganizować wypad na piwko! Ja stawiam!!!
Wśród moich podopiecznych zapanowała niesamowita radość i podniecenie.
PS: Tylko jak już się uchlejecie to uważajcie żebyście sobie krzywdy nie zrobili, bo za trzy dni wcale nie łatwy mecz z Auxerre.
Keita: Nie ma obaw, trenerze my nawet po pijaku wiemy, co i jak!
PS: Mam nadzieje Keita, a teraz zbierać się szybko i jeszcze raz dziękuje za postawę w dzisiejszym spotkaniu. Umawiamy się o 21.00 w clubie Toxic. Do zobaczenia.
Stawili się wszyscy zaproszeni, niektórzy wraz z osobami towarzyszącymi, a trunki lały się strumieniami. Ja osobiście nie miałem nic przeciwko, bo piłkarz też człowiek musi kiedyś odreagować. Muszę przyznać także, iż moi podopieczni mają bardzo wytrzymałe organizmy. Na szczęście po wspaniałej zabawie nikt nie odniósł poważnych obrażeń i wszyscy bezpiecznie wrócili do swoich domów...
"... Sobczak wykazał się nie lada instynktem oraz zademonstrował, że jest w stanie podjąć olbrzymie ryzyko, które jak się później okazało opłaciło się. Racing zawdzięcza 3 punkty nie tylko niezawodnemu Moreirze, ale przede wszystkim swojemu trenerowi. Kolejny raz zespól Lyonu..."
Tak brzmiał komentarz w wiadomościach sportowych. Widać było, że opinia publiczna przekonała się do mnie i polubiono bardzo przyjemny dla oka styl gry Lens. O dziwo, nawet Maxy w swoich wypowiedziach chwalił moją postawę, zdawkowo co prawda, lecz ważne są intencje.
W zespole panowała bardzo dobra atmosfera, ja miałem nadzieje, iż przełoży się to na wyniki sportowe naszego klubu oraz znaczny awans w ligowej stawce. Zwłaszcza, że następny mecz graliśmy przed własną publicznością, na Stade Felixa Boalertta. Naszym rywalem była jedenastka z Auxerre. Według mnie team ten posiadał niesamowite rezerwy, dużą zaletą było także doświadczenie Guy Rouxa. Takie nazwiska jak Mexes, Kapo, Boumsong oraz przede wszystkim Cisse mogą wiele znaczyć w przyszłości footballu. Jednak obecną formę zawsze weryfikuje boisko. Tak było i tym razem...
Oba teamy z dużą łatwością dochodziły do sytuacji strzeleckich. Niestety za niesportowe zachowanie boisko musiał opuścić już w 29 min Rod Fani. Znowu genialnie w polu karnym okazje bramkowe zdobywał Moreira, gorzej było ze skutecznością. Wynik 0:0 zupełnie nie pasował do tego szybkiego i obfitującego w szanse strzeleckie meczu. Po końcowym gwizdku na konferencji prasowej pochwaliłem Moreirę oraz Zonnewelda za bardzo przyzwoity występ. Na pewno stać nas na więcej, ale zważywszy na poprzedzającą mecz imprezę, uznałem wynik ten za satysfakcjonujący.
Przed nami było bardzo ważne spotkanie w ramach Pucharu UEFA, a mianowicie rewanż z belgijskim Lierse. Przed meczem niegroźnej kontuzji doznał Cheyrou, postanowiłem nie ryzykować, więc nie pojawił się w pierwszej jedenastce. Na jego miejsce wskoczył trochę już zapomniany przez kibiców Bouba-Diop. Pewne miejsce na stoperze obok Coulibaly`ego wywalczył nasz rodak - Jacek Bąk. Jak na razie nie zdarzały mu się głupie wpadki, lecz przed meczem z belgijskim klubem złapał go dziwny wirus. Ostatecznie jednak wystąpił w spotkaniu.
Na szczęście trybuny zapełniły się całkowicie i mogliśmy liczyć na doping naszych fanów. Odwdzięczyliśmy się im w stu procentach...
Od początku przejęliśmy inicjatywę, zamknęliśmy Lierse w obrębie ich szesnastki. Wreszcie po dobrym dośrodkowaniu z rzutu rożnego gola uzyskał Bąk. Potem poszliśmy za ciosem i po ładnej dwójkowej akcji miedzy Utaką, a Moreirą gola strzelił ten pierwszy. Tuż przed przerwą bramkę zdobywa Moreira po precyzyjnym strzale zza linii pola karnego. Znów Moreira, tym razem w 81min dobija rywala. Na trybunach szał radości. Mnie szczególnie cieszy styl w jakim odnieśliśmy to zwycięstwo oraz bardzo dobra postawa Bouby-Diopa. Zdawałem sobie jednak sprawę, iż Lierse to nie Real, ani Barcelona. Ważne było byśmy potwierdzili swoja dobrą formę w lidze i utrzymali pasmo zwycięstw.
Zadanie nie wydawało się arcytrudne, gdyż w lidze wyjeżdżaliśmy na mecz do Metz. Zespół ten walczył jedynie o utrzymanie we francuskiej ekstraklasie.
Zaczęło się bardzo źle. Już w 9 min nasi dwaj stoperzy nie upilnowali wchodzącego zza pleców Thiawa, który nie pomylił się z pięciu metrów.
Są pewni piłkarze bez których pewne zespoły nie istniałyby. Takimi zawodnikami są:
dla Wisły - Żurawski, dla Realu - Raul, czy też dla Romy - Totti. Niebywale u nas takim piłkarzem jest Moreira. To on po bardzo ładnej indywidualnej akcji w 23min doprowadza do wyrównania, następnie trzy minuty później ten sam piłkarz pada w szesnastce rywala i sędzia dyktuje jedenastkę!!! Do piłki podchodzi pewnym krokiem Cheyrou. Uważany jest za największego specjalistę w drużynie, jeśli chodzi o ten element gry. Bierze rozbieg, dochodzi do piłki, strzela i.... PRZENOSI futbolówkę nad poprzeczką. Bruno strzela bardzo dokładnie i precyzyjnie, ale ma bardzo słabą psychikę. Po przerwie usiadł na ławce, a na jego miejsce desygnowałem Boubę-Diopa.
Ten w 54 min doskonale znalazł prostopadłym podaniem Moreirę, a Francuz spokojnie umieścił piłkę w bramce rywala. W szatni polał się szampan - chłodzony na wszelki wypadek - wypiliśmy po jednym kieliszku za zdrowie Moreiry.
Nie mogliśmy za bardzo fetować marszu w górę tabeli, gdyż czekał na nas kolejny mecz, ty razem szlagier na Stade Felixa Boalertta z PSG. Przed meczem uciąłem sobie mała pogawędkę z Rigo Songiem (sprzedałem go na Stade de France latem).
RS: Dzień dobry panie trenerze jak tam się wiedzie, widzę, że dobrze pan przygotował zespół i chciałbym przeprosić za ten incydent, przez który nie ma mnie teraz z wami...
PS: Witaj Rigo, nie mam do ciebie żalu i przyjmuje przeprosiny, lecz szkoda mi również, iż pożegnaliśmy w takich dość nieprzyjemnych okolicznościach. Jak tam Ci w nowym otoczeniu?
RS: A dobrze, dobrze. Paryż to piękne miasto, mam stałe miejsce w obronie, ale tu w Lens zostawiłem wielu przyjaciół. Na szczęście od razu gracze PSG przyjęli mnie jak swojego i mam z nimi dobry kontakt. Przepraszam, ale musze już lecieć, bo trener ma coś nam powiedzieć przed meczem. Do zobaczenia, niech wygra lepszy.
Pomachałem mu ręką, a on oddalił się w stronę szatni...
"GGOOOOLL, Lens strzela bramkę po bardzo sprytnym strzale Utaki. Drużyna Piotra Sobczaka prowadzi od 19 minuty 1:0... "
Z takimi emocjami relacje prowadził komentator francuskiej TV. Niech wygra lepszy, czyli my. Panowaliśmy i dzieliliśmy w środku pola za sprawą Keity i Cheryou. Bardzo błyskotliwe akcje skrzydłami przeprowadzali Kristiansen oraz Thomert. Dobrze w obronie zagrali Bąk i Zonneweld. Komplet widzów na stadionie oraz piękna oprawa meczu, szkoda tylko, że wynik taki niski - 1:0. Ważne są 3 punkty...
Wróciłem zmęczony do domu. Włączyłem TV, w którym właśnie mówiono o metamorfozie 7 drużyny obecnego sezonu - Lens. Chwalono mnie oraz przede wszystkim Moreirę i Utakę. Gdy już miałem iść wziąć prysznic gdzieś pod stosem ubrań odezwał się dźwięk mojej komórki.
PS: Tak słucham.
N: Dzień dobry panie trenerze, to ja Nicole, pamięta mnie pan jeszcze?
PS: Oczywiście, nie łatwo o pani zapomnieć. Może będziemy mówić sobie na ty?
N: Nie mam problemu. Czy moglibyśmy się spotkać, by móc porozmawiać o klubie. Pasuje ci jutro o 20.00?
PS: Tak, nie mam wtedy żadnych zajęć. Proponuje restauracje Giorgio, mają tam świetną kuchnię włoską.
N: Ok. To w takim razie jutro 20.00, u Giorgia. Do zobaczenia.
PS: Będę czekał z niecierpliwością, dobranoc.
Następnego dnia nie odbył się żaden trening, gdyż na początku sezonu ustaliliśmy, iż w dzień po meczu zawodnicy mają wolne. Ułatwiło mi to przygotowania do wieczornego spotkania. Najpierw udałem się do kwiaciarni i zakupiłem bukiecik róż. Po zjedzeniu obiadu troszeczkę pracowałem nad naszym następnym rywalem - Toulouse, a potem wziąłem kąpiel. Bardzo dobrze przygotowany i ubrany w najlepszy garnitur stawiłem się u Giorgia o 19.55. Usiadłem przy stoliku i zamówiłem butelkę czerwonego wina. Nicole pojawiła się punktualnie, wyglądała bardzo ładnie. Miała na sobie długą, czarną, dosyć obcisła sukienkę z głębokim dekoltem i pięknie podkreślającą jej kobiece kształty. Na nogach ciemne rajstopki oraz szpilki. Przywitaliśmy się, a ja wręczyłem jej bukiet moich róż.
N: Och, dziękuje ci bardzo, jakie piękne!!!
PS: Nie ma za co, co zjesz? Zamówiłem właśnie butelkę wina.
N: A ty czego będziesz próbował, ja mam ochotę na włoskie kuleczki.
PS: Ja zamówię to samo.
Przez następne pół godziny mało rozmawialiśmy. Zajadaliśmy się specjałami przygotowanymi przez Mario, właściciela restauracji, emigranta włoskiego, którego poznałem niedawno, lecz wspólna miłość do footballu stworzyła miedzy nami więź przyjaźni. Potem już przy lampce wina omawialiśmy sprawy klubowe. Widać było, iż dziewczyna rzeczywiście znała się bardzo dobrze na footballu. O dziwo miała polskie korzenie. Okazało się iż jej dziadek - żołnierz - podczas wojny osiadł na stałe we Francji. Tam założył rodzinę, lecz swoim dzieciom i wnukom wpajał polskość. Dlatego też Nicole wypytywała mnie o nasz kraj. Wyraziła też chęć zwiedzenia naszej ojczyzny. Na rozmowach zeszło nam do 22.30. Następnie zaoferowałem jej, że podwiozę ją do domu. Wsiedliśmy do mojego auta, nadal kontynuując rozmowę. Nicole mieszkała na obrzeżach Lens. Gdy odchodziła obdarowała mnie soczystym buziakiem w policzek...
Mecz z Toulouse miał być potwierdzeniem naszej dobrej dyspozycji. Niestety nie było tak jak sobie wymarzyłem. Przegraliśmy 1:0, po golu Eduardo z rzutu rożnego. Mimo to w szatni panowała radosna atmosfera. W przeddzień meczu Moreirze urodził się dzieciak. Swoje szczęście uczcił po męsku. Może właśnie dlatego w meczu tak fatalnie kiksował. Nie miałem mu tego za złe ze względu na okoliczności. W innych przypadkach nie wyobrażam sobie by ktoś pil alkohol przed meczem. W tym jednak wypadku zrobiłem wyjątek. Do szatni po spotkaniu, wjechał ogromny tort przygotowany przez Mario. Odśpiewaliśmy "Sto lat", a ja kątem oka zauważyłem jak Moreira ociera łezkę...
W następnym meczu, znowu na wyjeździe, graliśmy z Guingamp. W pierwszej jedenastce nie wystąpił Bąk dlatego, że popełnił błąd w kryciu, przez który straciliśmy gola. Na jego miejsce wskoczył Jabi.
Zespół rywala postawił nam trudne warunki. Prowadzili już 2:0 po golach Andre i Dagano, lecz potem pięknym strzałem z dystansu popisał się Cheryou, a wyrównał już trzeźwy Moreira. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem arbitra, rozpędzonego Kristainsena na ziemię powala obrońca gospodarzy, a sędzia dyktuje zasłużoną jedenastkę. Do piłki podchodzi Cheryou i po raz drugi w ostatnim czasie przestrzela... Wracamy do Lens z jednym punktem...
Przed meczem z Hajdukiem rozgrywanym w ramach Pucharu UEFA było strasznie parno. Niebo przybrało ciemnoniebieska barwę. Wiatr zdawał się być coraz mocniejszy. W pewnym momencie zaczęło kapać. Niestety mały deszczyk przerodził się w olbrzymią burzę. W swoim życiu nie widziałem jeszcze takiego żywiołu. Czy jest możliwe aby w takich warunkach rozgrywać spotkanie europejskich pucharów? Według mnie NIE. Jednak mimo protestów obu stron mecz odbył się. Murawa naszego stadionu zamieniła się dosłownie w jezioro. Piłka stawała w kałużach wody...
Takie warunki były zabójstwem dla grającego techniczny i szybki football Lens. Natomiast preferująca siłową piłkę nożną drużyna Hajduka, czuła się jak ryba w wodzie. My atakowaliśmy, a oni przeprowadzili jedna zabójczą kontrę. Przegraliśmy 0:1...
Niestety, po spotkaniu znowu rozpoczęła się nagonka na mnie. Do ataku przystąpił Maxy, sugerujący by zwolnić mnie w trybie natychmiastowym. Na szczęście prezes zapewnił mnie, iż nie stracę pracy w tym sezonie na pewno chyba, że spuszczę Lens do 2.Ligue. Murem stanęli również za mną piłkarze.
"... trener Sobczak jest znakomitym fachowcem, rozumie nasze potrzeby. Szkoli nas nie tylko pod względem piłkarskim, ale stara się nas wychować, nauczyć gry fair play..."
Oto fragment wypowiedzi Roda Fani`ego. Pozostali wypowiadali się w podobnym tonie. Te wypowiedzi domknęły usta Maxy`emu, a spotkanie na szczycie z liderującym Monaco zamknęło ja całkowicie.
W tym momencie w czołówce tabeli znajdowały się drużyny Sochaux i Monaco. Za ich plecami PSG i Auxerre. My byliśmy na 8 lokacie, lecz niewiele dzieliło nas od czwartego Auxerre. Realnie, więc na czwarte miejsce.
Mecz z Monaco był szybki i ciekawy. Przez pierwsze trzy kwadranse, oba teamy grały cios za cios. Wreszcie gola do szatni uzyskał Utaka. Następnie w 50 min nerwy puściły Bernardiemu, który musiał opuścić boisko. Po tym osłabieniu Monaco nie było w stanie się już podnieść i wyjechali z Lens z zerowym dorobkiem.
Po spotkaniu podziękowaliśmy naszym fanom obecnym na meczu za wspaniały doping.
Postanowiłem udać się do domu na piechotę. Musiałem lepiej poznać pobliski park. Następnie miałem już prosta drogę do mojego mieszkania. Idąc jedną alejką dostrzegłem znaną mi osobę. Była tam Nicole wraz z dwójką małych dzieci i w objęciach nieznanego mi mężczyzny. Dopiero wtedy uderzyła we mnie brutalna prawda. Obiekt moich westchnień był już zajęty, a co najważniejsze Nicole była szczęśliwa. Nie chciałem zabierać jej tej radości i zrozumiałem, że właśnie ją straciłem...
Przez najbliższe tygodnie byłem mocno przybity stratą miłości. Chodziłem smętny i zamyślony. Nawet próba rozweselenia mnie na treningach przez Bąka i Itandje nic nie dawała. Straciłem chęć do życia, a co najgorsze zapał do piłki...
Nie ucieszył mnie nawet fakt, iż w ostatniej kolejce pokonaliśmy Strasbourg (2:1 Keita 20, Thomert 70).
Zbliżał się mecz rewanżowy z Hajdukiem. Deszczowa aura, panująca w Chorwacji wcale nie poprawiała mi nastroju. Wystawiłem najmocniejsza jedenastkę. Nie dało to żadnego efektu. Bramkarz rywali bronił jak w transie, a po jednej z kontr Hajduka straciliśmy gola. Marzenia o Pucharze UEFA prysły jak bańka mydlana... Z chodząc już do szatni do ucha wleciała mi jeszcze pewna melodia: "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy, co nam obca...". Och, jak dawno nie słyszałem naszego hymnu. Pieśń ta wlała we mnie ponowna nadzieje oraz przywróciła chęć do egzystencji. Zrozumiałem, że życie toczy się dalej. Mam jeszcze przecież Lens. Nie mogę stracić wszystkiego przez amory. Dzięki tej melodii zakasałem znowu rękawy i ruszyłem z nowym entuzjazmem do pracy...
W następnej części mecz z liderem - Sochaux, kolejne polskie akcenty w Lens oraz dalszy marsz mojej drużyny ku glorii...