Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Droga ku glorii - Racing Club de Lens cz.4

Wracając czarterowym samolotem z niegościnnej dla naszego zespołu Chorwacji, z nową ochotą do pracy, rozmyślałem nad moim zachowaniem w czasie ostatnich kilkunastu dni. Zdawało mi się wtedy, iż straciłem bardzo bliską mi osobę, z którą wiązałem już plany na przyszłość, marzyłem o wspólnym domu rodzinnym z Nicole, wraz z dwójką małych dzieci, niezapomnianych wieczorach przy świecach. Wszystko to dokładnie już ułożyłem w swojej świadomości, lecz rzeczywistość potraktowała mnie strasznie. Spóźniłem się z miłością do niej. Nadal, siedząc w wygodnym fotelu na pokładzie czułem ból, lecz nie był on tak mocny jak jeszcze przed wysłuchaniem Mazurka na stadionie Hajduka. Cóż, miałem nadzieję, że czas będzie najlepszym lekarzem i na moje szczęście miałem rację...

Moje myśli nie ominęły oczywiście naszego następnego rywala - Sochaux. Zespół ten przewodził rozgrywkom 1.Ligue i był zdecydowanie na fali. Niebywałą gwiazdą tamtej ekipy był Benoit Pedretti, który zyskiwał już nawet uznanie u selekcjonera reprezentacji Trójkolorowych. Co ciekawe Sochaux wykreowało także inną gwiazdę, - Dos Santosa, który w przeciwieństwie do Pedretti`ego nie załapał się do kadry swojej ojczyzny i musiał zmienić obywatelstwo, by móc grać dla reprezentacji Tunezji. Ach, dziwny jest ten świat...
Bardzo imponowała mi postawa trenera Sochaux. Stworzył on z niczego zespół, który prowadzi w 1.Ligue oraz potrafi pokonać takie firmy jak Lyon, czy PSG.
Po kilku godzinach wreszcie postawiłem nogę na francuskiej ziemi, która przywitała nas słońcem i cieplutkim powiewem powietrza. Miłym zaskoczeniem dla nas była dosyć liczna grupa naszych fanów, czekająca by nam podziękować za walkę z Hajdukiem. Ja byłem im za to cholernie wdzięczny...
Zainteresowanie naszym meczem z liderem było ogromne. Napięcie przed spotkaniem sięgało już niebios, fachowcy już dzieli 3 punkty i robili liczne analizy taktyczne.
Komplet publiczności na stadionie naszego rywala wcale nas nie przerażał. W tunelu cała nasza jedenastka była niezmiernie skupiona. Przyznam się szczerze, że serce biło mi bardzo szybko, niewątpliwie za szybko. Po licznych uprzejmościach na placu boju zostali już tylko piłkarze - gladiatorzy tego wieczoru. Niestety znów było strasznie parno, a murawa pozostawiała wiele do życzenia. Przez pierwsze 15 minut mieliśmy wyraźną inicjatywę, gol wysiał na włosku. Potem Sochaux przebudziło się i rozpoczęło nieustępliwe ataki na bramkę Itandje. Pierwsza połowa zakończyła bezbramkowym rezultatem. Niestety czułem się fatalnie i zwróciłem się do mojego asystenta.
- Mam prośbę Georges. Mógłbyś poprowadzić w przerwie odprawę, bo ja czuję się tragicznie. Jestem pewny, że zrobisz to wzorowo. Przekaż im to, co uważasz za najważniejsze. Ja zaś udam się wypić wodę mineralną, chyba już dłużej nie wytrzymam tej duchówki...
- Oczywiście Piotrze, dla ciebie wszystko. Właśnie miałem ci mówić, że kiepsko wyglądasz. Coś się stało?
- Nie wszystko ok... - skłamałem i przypomniałem sobie Nicole - to pewnie wszystko przez tą cholerną Chorwację i pogodę.
- Faktycznie ja też mam małego kaca moralnego, ale mam nadzieję, że to minie, tylko szkoda pucharu UEFA. Dobrze nie traćmy czasu. Do zobaczenia za 15 minut.
Po tych słowach pożegnaliśmy się i obaj ruszyliśmy w inne strony. Popijając wodę mineralną w barku, zastanawiałem się nad przyczyną mojego słabego samopoczucia. Nigdy przecież nie miałem poważnych problemów zdrowotnych. Odstawiłem już pustą szklankę i nie przejmując się swoim stanem udałem się na drugą połowę.
Niestety druga odsłona spotkania przyniosła lepszą grę Sochaux. Efektem tego był gol zdobyty w 52 minucie przez Fraua. Coś się popsuło w naszej grze. Za dużo strat, nie celnych podań. Gospodarze natomiast uskrzydleni zdobyciem prowadzenia poszli za ciosem. Ładna wymiana podań, piłka przed naszą szesnastkę, tam jest Pagis, podaje w pole karne do jednego z napastników, ten odgrywa z klepki i w biegu cudownym lobem bramkę strzela Pagis... Gdy Itandje wyjmuje piłkę z siatki mnie nagle przeszywa potworny ból w okolicach serca, czuje jak moje ciało robi się coraz luźniejsze, wokół ciemność.... osuwam się na ziemie... chyba tracę przytomność.... ból nie ustępuje... wreszcie mdleje....

Moje powieki są strasznie ciężkie, ale trudem unoszę je do góry. Uderza we mnie fala białego światła. Dostrzegam panią pielęgniarkę. Nagle wraca świadomość i krzyczę:
- Wypuśćcie mnie!!! Co z meczem?! Jaki wynik?
- Niech pan się tak nie rzuca, bo będę zmuszona zwiększyć dawkę leków na uspokojenie - odzywa się z kąta miły głos pielęgniarki - Zemdlał pan w czasie meczu, który przegraliśmy zresztą - tu się skwasiła - ledwo pana uratowaliśmy, nie był to bardzo poważny zawał, ale istniało poważne zagrożenie życia, musi pan zdecydowanie mniej pracować, ach i te stresy związane z piłką...
- Nigdy nie zrezygnuje z piłki - od razu rozwiałem wszelkie wątpliwości - prędzej chyba bym umarł, kiedy wychodzę?
- No właśnie już się o mały włos panu udało przejechać się na tamten świat. To nie zależy ode mnie, ale podejrzewam, że zostanie pan tu jeszcze około tygodnia. Pójdę spytać ordynatora...
Tak, wiec miła pani pielęgniarka zostawiła mnie samego z natłokiem myśli oraz dopiero, co znalezionym przeze mnie stosem pomarańczy...
Atmosfera szpitalna pozwalała na przemyślenia. Miałem mnóstwo czasu, aby się wyciszyć i wszystko jeszcze raz przeanalizować. Po spotkaniu z ordynatorem dowiedziałem się, że zostaje tu jeszcze osiem dni. Z tego wynikało, iż w następnym meczu z Toulouse zespół poprowadzi mój asystent. Jednak w dwóch następnych meczach, Lens będę prowadził ja. Są to mecze z Rennes i Montpellier. Po tych spotkaniach czekała nas trzynastodniowa przerwa w grze. Nie była to żadna przerwa między rundami, lecz po prostu tak ułożył się terminarz. Zaplanowałem sobie, że w tych dniach dam piłkarzom wolne i sam także wyskoczę na krótki urlop do Polski. Miałem tam kilka spraw do załatwienia. Pomyślałem również o wzmocnieniach, lecz doszedłem do wniosku, że drużyna ma dużą kadrę, a ja nie chciałem mocno rzucać pieniędzmi na prawo i lewo. Oczywiście w planach miałem transfery mało kosztowne, ale chyba przydatne.

Podczas pobytu w szpitalu poznałem wielu ciekawych ludzi. Dowiedziałem się jak wygląda życie prostego kibica Lens. Spotkałem mechanika ze złamaną nogą, prawnika ze złamanymi żebrami oraz bardzo miłą panią z zatruciem pokarmowym. Czas wolny głównie spędzałem właśnie na rozmowach z tymi ludźmi. Trzeba przyznać, że wspólnie przemieniliśmy szpital w jeden wielki stadion. Dzięki temu podczas transmisji meczu Lens - Toulouse, sala telewizyjna wypełniła się po brzegi. Mi sporą niespodziankę sprawiły odwiedziny mojego przyjaciela, fana piłki nożnej oraz mistrza kuchni włoskiej - Mario. Wspólnie, wraz z całym szpitalem usiedliśmy, by podziwiać graczy Lens.
" Witam państwa na kolejnym meczu francuskiej 1. Ligue, w którym to Lens podejmuje na własnym stadionie zespół Toulouse... na ławce rezerwowych drużyny gospodarzy zabraknie charyzmatycznego szkoleniowca - Piotra Sobczaka, pozdrawiamy gorąco, ale wróćmy już do wydarzeń na boisku... piłka dla Toulouse, 29 minuta, rzut rożny, dośrodkowanie... skaczą obrońcy, jest także Gieresse, zdecydowane wyjście w górę, Gieresse i..... GOOL, proszę państwa zespół Toulouse otwiera wynik tego spotkania, po pół godzinie gry: gospodarze 0 goście 1.... sporo widzów kupiło wejściówki na ten jakże interesujący pojedynek, teraz głośne: Lens, Lens, rusza Cheyrou, niesiony dopingiem tysięcy ludzi, 30 metr, zwiódł balansem ciała obrońcę, ma trochę miejsca, strzela...... bramkarz gości z najwyższym trudem paruje piłkę, dopada do niej Moreira i.... GOOOLL, niespełna 3 minuty po stracie bramki zespół Jacka Bąka wraca do gry, ale trzeba podkreślić fantastyczną akcję wypożyczonego z Liverpoolu - Bruno Cheyrou.... zespół wznawia grę od środka boiska, lecz chyba zbyt pochopnie tracą piłkę, Keita, ładnie holuje futbolówkę, przy nodze, na prawo do Kristiansena, ten ładnie zgrywa do Cheyrou, na jeden kontakt, akcja znowu na prawej flance, wysokość pola karnego, jest Kristiansen dośrodkowanie, skacze Moreira i pakuję piłkę do siatki, Lens obejmuje prowadzenie..."
Skoczył Moreira i również cała sala telewizyjna uniosła się w geście triumfu i radości.
- Brawo Moreira, brawo - rzekłem do Mario i dodałem - mój chłopak!!!
- Faktycznie ładnie się znalazł, będą z niego ludzie - pochwalił Włoch.
- Ładnie??? To było genialne, bez niego daleko byśmy nie zaszli - przyznałem
Taki wynik utrzymał się już do końca zawodów i gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni poczułem dużą ulgą i niezmierną radość. Realne wydawało się zajęcie czwartego miejsca jeszcze przed przerwą. Wystarczyło osiągnąć bardzo przyzwoite wyniki w następnych dwóch meczach.
Po meczu każdemu pacjentowi zrobiono badania kontrolne, ciśnienie miałem na szczęście w normie...
Mario został jeszcze tylko przez chwilę, by omówić ze mną całe spotkanie. Niestety pojawiła się pielęgniarka i wygoniła Włocha...
- Pacjent potrzebuje spokoju i odpoczynku po takim stresie i emocjach, chcę pan, aby znowu mu serce wysiadło? - tłumaczyła właścicielowi Giorgia.
Mario doskonale zrozumiał, tylko jeszcze pomachał mi przez szybkę i tyle go widziałem...

Następny dzień był tym dniem, w którym wreszcie będę mógł zakosztować smaku wolności. Wypisywani mnie po południu, natomiast przed czekała na mnie miła niespodzianka...
Najpierw moją uwagę zwróciły dosyć spore hałasu na korytarzu, potem głośne puk, puk i... przez drzwi wlewa się cała ekipa Lens wraz z trenerami oraz lekarzami i prezesem.
- A co wy nie na treningu - przywitałem ich - widzę, że beze mnie się obijacie - rzuciłem spojrzenie na mojego asystenta.
- Nie ma mowy trenerze - rzekł Bouba Diop - dzisiaj już trenowaliśmy wcześnie rano, by móc się z panem spotkać.
- No to w takim razie jesteście rozgrzeszeni - odparłem z uśmiechem - mówcie, co u was słychać?
Całe spotkanie potoczyło się już potem szybko i miłej rodzinnej atmosferze. Po kilku godzinach razem z kadrą wyszliśmy ze szpitala, a oni jeszcze odprowadzili mnie do domu...

Następny mecz rozgrywaliśmy na trudnym terenie - w Rennes. Zespół był w dobrym stanie, mój asystent odwalił kawał dobrej roboty. Były regularnie prowadzone treningi, nikt nie doznał poważnych urazów, a co najważniejsze wygrane było jedno spotkanie.
W Rennes warunki nie były może fantastyczne, ale nie było przynajmniej jeziora na boisku. W 32 minucie stało się coś dziwnego i rzadko spotykanego na europejskich boiskach. Oliver Thomert przeprowadza ładną, błyskotliwą akcję lewą flanką, już na wysokości pola karnego dośrodkowuje, lecz piłka ewidentnie schodzi mu z nogi. Ku zaskoczeniu obrońców i publiczności futbolówka wpada do bramki zdezorientowanego bramkarza gości. Po przerwie niestety oddaliśmy inicjatywę. Efektem tego była strata bramki w 74 minucie. Zaczęło robić się gorąco. Powinniśmy wyjechać stąd z kompletem punktów. Na szczęście, od czego mam piłkarza od spraw beznadziejnych - Moreira, bo to o nim mowa w 83 minucie przejmuje piłkę na trzydziestym metrze, rozpędza się mija na pełnej szybkości kilku rywali i precyzyjnym strzałem tuż zza linii szesnastu metrów pokonuje bramkarza gości...
Do końca trwało już oblężenie naszej bramki, lecz rywale nie byli w stanie zwalczyć naszej determinacji i woli walki.
W szatni strzelił szampan... Wskoczyliśmy na czwartą lokatę...

W następnej kolejce zmierzyliśmy się ze stosunkowo słabym zespołem, jakim jest Montpellier.
Niestety już w 15 minucie prowadzenie dla gości uzyskał Mezague. Rywale wcale nie tanio postanowili sprzedać skórę. Postawili nam wyrównane warunki. Na szczęście 7 minut później Utaka wyrównuje. Kolejnym ciosem dla naszych przeciwników była strata strzelca gola, - Mezague, który wyleciał z boiska za brutalną grę. Wtedy ciężar rozgrywania piłki przejął w zespole Montpellier Moke. To głównie dzięki niemu oraz naszym rozprężeniu, rywale wywieźli z Lens jeden punkt.
Teraz czekała nas trzynastodniowa przerwa. Pierwszą lokatę, ku zaskoczeniu wszystkich posiadało Sochaux. Tuż za tą ekipą plasowały się drużyny Lyonu oraz Monaco. Następni byliśmy my, a za nami jeszcze liczyły się jedenastki PSG i Auxerre. Zdecydowanie poniżej oczekiwań spisywała się drużyna Marsillie.
Przy dobrej kolejnej fazie rozgrywek mieliśmy realna szanse na mistrzowski tytuł. Jednak, aby to uczynić należało przede wszystkim pokonać u siebie Monaco, Lyon i Sochaux. Wszystko było możliwe...

Na zasłużony urlop postanowiłem udać się do Polski. Przede wszystkim musiałem pozałatwiać kilka spraw, ale również chciałem odwiedzić stare, znajome miejsca.
Tak więc w dwa dni po meczu postawiłem swoją stopę na płycie lotniska Okęcie. Pogada jaka mnie przywitała była taką jaką lubię. Nieśmiało świeciło słońce, ale panował lekki mróz. W pierwszej kolejności wsiadłem do taksówki, by odwiedzić siedzibę PZPN. Miałem tam zaplanowane spotkanie z Michałem Listkiewiczem. Znaliśmy się dobrze, byliśmy na "ty" oraz oboje darzyliśmy się sympatią mimo, że miałem inne poglądy na temat reform, które "Listek" wprowadził w polskim footballu.
Po przeciśnięciu się przez warszawskie korki punktualnie stawiłem się w biurze prezesa. Trzeba przyznać, że gdyby nie te siwe włosy to nadal sądziłbym, iż jest to mężczyzna co najmniej trzydziestoletni.
Pogawędka trwała godzinę. Wspominaliśmy niezapomniane imprezy związkowe oraz rozmowy spędzone przy piwie. Listkiewicz pytał mnie także o sprawy organizacyjne. Radziłem mu, aby unowocześniał polskie piłkarstwo i wzorował się na zachodnich drużynach, jak choćby Lens. Z nadzieją na poprawę uścisnęliśmy sobie dłonie i obaj udaliśmy się w inne kierunki. On do domu, a ja do Bytomia, by poznać Kamila Locha.
Gdy dotarłem na miejsce byłem świadkiem cudów jakie wyczyniał młody Polak. Razem z jego ojcem i trenerem Polonii Bytom uznaliśmy, że w Lens będzie miał lepsze warunki rozwojowe. Tym samym kupiłem go za symboliczne 150K$.
Resztę urlopu postanowiłem spędzić w rodzinnym Lublinie. Zamieszkałem w hotelu i przez kilka następnych dni miałem odwiedzać starych znajomych i stare zakamarki.
Drugiego wieczoru, gdy już miałem kłaść się spać moje oczy natrafiły na serwis sportowy. W jednym z newsów opisano koniec sezonu w Szwecji, gdzie królem strzelców został Igor Sypniewski. Zwierzył się on także dziennikarzowi, że gdyby pojawiła się jeszcze jakaś konkretna oferta kontraktu z zachodu to chciałby spróbować swych sił, nawet jako zmiennik. Widać było po skrótach akcji Igora, że rzeczywiście był w wyśmienitej formie. Nie czekając długo uruchomiłem swoje kontakty i wysłałem zaufanych ludzi do negocjacji kontraktu z polskim królem strzelców ligi szwedzkiej...
Niecałą dobę później dostałem SMS`a o takiej treści: "Mamy go!!!! Sypniewski w Lens za friko"
Z nadzieją, że wreszcie znalazłem wartościowego zmiennika dla Utaki udałem się pod prysznic, a potem do lóżka.
Ostatniego wieczoru mojego pobytu w rodzinnym mieście postanowiłem udać się na spacer - Lublin by night. Była to sobota. Mnóstwo ludzi na deptaku i Starym Mieście. Wszystko to tworzy niezapomniany klimat. Jako jedna z nielicznych starówek w Polsce, lubelska nie była zniszczona w czasie II Wojny Światowej. Zamek Lubelski, w którym jest słynna pamiątka po wizycie diabła - Czarcia Łapa. Kaplica Świętej Trójcy - zabytek klasy zerowej. Moje przemyślenia przerywa jednak pewne wydarzenie. Z tłumu moje oczy wydobywają nie wysokiego bruneta. Twarz bardzo przyjazna i charakterystyczne ciemne jak bryłki węgla bystre oczy. Mężczyzna ubrany był gustowny czarny garnitur. Tak to na pewno on...
- Matti - zawołałem do przyjaciela jeszcze z czasów podstawówki - kopę lat. Co tam?
- Zombert, siema - wspomniał moją ksywę z dzieciństwa - a jakoś leci, nie spodziewałem się Cię tutaj. Co robisz w Lublinie?
- Jak zapewne wiesz w Lens mam urlop, ale właściwie jutro o 12.00 mam samolot z powrotem do Francji.
- Co ty mówisz??!! Lecimy razem!!! Dostałem propozycję pracy we francuskiej TV mającą siedzibę w Lens!!! Co za zbieg okoliczności.
Mateusz Mogielnicki był doskonałym dziennikarzem sportowym. Jego programy przyciągały bardzo dużą rzeszę telewidzów. Biegle też mówił po francusku i angielsku.
Jak mały jest ten świat. Obiecałem mu pomóc urządzić się we Francji.
Udaliśmy się na piwo, by powspominać stare, dobre czasy... To przecież razem z nim grałem najważniejsze mecze w szkole, spotykały nas niezapomniane przygody. Miałem nadzieję, że czasy z dzieciństwa powrócą...

Następnego dnia zjawiliśmy się na lotnisku Okęcie.
Gdy wsiadaliśmy do samolotu moją uwagę przykuła pewna grupa osób. Było tam kilku Arabów. Z twarzy wyglądali podejrzanie, lecz postanowiłem nie wszczynać jakiś sporów. Gdy wszyscy pasażerowie zajęli swoje miejsca maszyna wzbiła się w powietrze i udała się w kierunku Francji.
Po upływie kilkunastu minut na pokładzie wybuchło zaskakujące zamieszanie. Kilku Arabów wstało, wyjęli broń i opanowali maszynę. Jeden z nich udał się do kabiny pilotów. Poinformowali nas, że nie zrobią nam krzywdy, ale tylko jeśli zostanie zapłacony okup. W innym wypadku wysadzą siebie i nas w powietrze. Po tych słowach pokazali nam bombę. Zrozumiałem wtedy, że możemy nie wyjść z tego cali. Gdy terroryści odwrócili się rzuciłem krótkie porozumiewawcze spojrzenie z Mateuszem. Wyskoczyliśmy z foteli, a wraz z nami kilku innych pasażerów. Zbrodniarze nim się obejrzeli zostali pozbawieni pistoletów, a jeden z pasażerów chyba znający kung - fu obezwładnił ich totalnie. Potem poszło bez problemu z Arabem w kabinie pilotów. Jeden z pilotów już nie żył... Jego koledzy porozumieli się z dowództwem i poinformowali o zajściach. Pozostał jeszcze jeden problem - bomba, która uaktywniła się. Do detonacji została 1 minuta...
- Ktoś umie to rozbroić - zwróciłem się do innych.
Nikt się nie zgłosił...
- Chodź Matti ty przecinasz - powiedziałem i dałem mu obcęgi.
- Ale, który kabelek!!?? Niebieski czy czerwony??!! Decyduj, w końcu ty jesteś trenerem.
- Nie wiem, nie wiem... - wydyszałem
- KTÓRY MAM CIĄĆ???!!!! Masz 10 sekund!!!
- Dobra spokojnie, spokojnie - rzekłem wycierając pot z czoła - niech będzie... yyy... czerwony!!!
Patrzyłem niby jak w zwolnionym tempie jak Matti unosi obcęgi, zbliża je do kabelków, naciska i...... przecina...... NIEBIESKI...
Zegar kliknął i zatrzymał się na 0:02...
- Wiesz jaka jest najlepsza metoda w życiu - zapytał Mateusz z uśmiechem na twarzy - nigdy nie słuchaj Zomberta...
- Święta racja, święta racja, masz u mnie duży kufel piwa...
Po przylocie na płytę lotniska w Lens policja zajęła się wszystkim dokładnie, bardzo szybko przeprowadzono nas przez liczną grupę dziennikarzy (zauważyłem Pierra Maxy), a potem udzieliliśmy wyjaśnień policji. Wieczorem zaprosiłem Mateusza na nocleg, bo już było późno. Następnego dnia zaczynałem już treningi...

W następnej części szturm Lens na fotel lidera oraz inne perypetie we Francji.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: CM 03/04
Dodano: 27.02.2008

Liczba wyświetleń: 1042

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu