Wspomnienia niebardzo już anonimowego człowieka (cz.3)
"Wciąż w górę"
Second Division
Toudie leżał na plaży w Honolulu. W jednej dłoni trzymał drinka z gustownie włożoną do kieliszka słomkową parasolką, drugą ręką otulał przesłodką kobietę, która była hostessą w hotelu, w którym się zatrzymał. Była uroczą Polinezyjką, która nie pozwalała nudzić się ani przez moment słynnej postaci, która przybyła z Wysp Brytyjskich. Przykuwała wzrok wszystkich mężczyzn przechodzących obok błogo wylegującej się pary. Jej smukłe ciało okryte było jedynie zwiewną chustą przewiązaną w biodrach i stanikiem, którego zadaniem było uwydatnienie przecudownego biustu o ciemnobrązowej barwie i nadzwyczajnej jędrności. Była kurczowo przytulona do postaci rodem z Polski. I pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu uważała owego turystę za snobistycznego bogacza rodem z Anglii i nie chciała z nim zamienić ani jednego słowa. Ale jednak zamieniła. Dzięki temu Toudie czuł się teraz wspaniale, w tym momencie nie martwił się niczym, nie chciał wracać myślami do Londynu i do swojego ukochanego, ale jakże stresotwórczego Barnetu. Czynił to co lubił, to co sprawiało mu największą przyjemność, to co go najbardziej relaksowało, ale trzeba mu przyznać, że sam sobie wypracował obecną sytuację i to, że znajduje się na pięknej wyspie w towarzystwie jednej z najseksowniejszych kobiet ziemi, to zasługa tylko i wyłącznie jego.
Odłożył leniwie pusty kieliszek na ziemię, Angela wstała, pocałowała go i obiecała, że za chwilkę wróci z pełnym boskiego nektaru naczyniem. Toudie tymczasem wziął leżącą na ziemi gazetę, która służyła na tej wyspie głównie do kopania w piasku i ujrzał artykuł znanego już wszystkim dziennikarza Bartosza Czajki traktujący o jego osobie. Plażowicz chcąc, nie chcąc zagłębił się w lekturze, przez moment słyszał jeszcze szum fal rozbijających się o piaskowe wybrzeże, ale po chwili w jego uszach pojawił się ryk kibiców rozgrzanych do granic możliwości przez zdarzenia toczące się na zielonej murawie boiska...
Sezon 2002/03 miał być kolejną weryfikacją siły Barnetu. Miał odpowiedzieć na pytanie kiedy skończy się cudowna przygoda Toudiego i kiedy ten młody menedżer zostanie sprowadzony na ziemię przez bardziej doświadczonych kolegów po fachu. Barnet we wspaniałym stylu zwyciężył w rozgrywkach Thrid Division i spokojnie przygotowywał się do kolejnego sezonu.
- Toudie powierzył mi przygotować zespół do sezonu, sam podróżował po różnych zakątkach Europy poszukując zawodników, którzy mogliby wzmocnić zespół Barnetu - mówi Berry van Aerle ówczesny asystent głównego menedżera. - Tomek miał do mnie duże zaufanie, wspólnie pracowaliśmy już drugi sezon. Dał mi kilka wskazówek dotyczących przygotowania graczy, ale w 90% wszelakie pomysły i metody pozostawały w mojej gestii.
Toudie w momencie, gdy zawodnicy ciężko harowali pracując nad kondycją fizyczną, odgrywał równie istotną rolę. Odwiedził całą serię krajów i spotykał się w nich ze swoimi przyjaciółmi, którzy polecali mu coraz to nowych graczy. Sprowadził na Underhill całą grupę ciekawych piłkarzy. Już w czerwcu do Barnetu transferowany był Jamie Hand, który przyszedł z Watfordu za sumę 300 tysięcy dolarów. Następnie Toudie poleciał do Portugalii, aby obejrzeć obiecującego napastnika - To Madeirę. Błyskotliwy gracz o niekonwencjonalnym dryblingu i niesygnalizowanym strzale szybko wpadł w oko Polakowi. W kilka dni Toudie dogadał się z klubem Gondomar SC oraz z samym zawodnikiem i Barnet pozyskał bardzo dobrego, jak się okazało piłkarza. Następnie Toudie poleciał aż do Australii, tam bowiem przebywał młody ofensywny pomocnik Matthew Christensen. Piłkarz Coventry nie zachwycał swoją dyspozycją przebywając w kraju kangurów, ale obiecywał szybko odnaleźć odpowiednią formę. Przekonał do siebie Toudiego, a jako że Coventry chciał się Christensena wyraźnie pozbyć, więc Toudie zakupił juniora za jedynie 45 tysięcy dolarów.
W kolejnym miesiącu Toudie zwiedził kolejne kilka krajów. Z Kamerunu przywiózł napastnika Patricka Suffo, z Irlandii wysokiego ofensywnego gracza - Bena Burgessa. Do klubu dołączył również defensywny pomocnik rodem z Włoch Riccy Scimeca. "Pod Wzgórzem", na stadionie Underhill miał przez kilka najbliższych sezonów występować sprowadzony na podstawie prawa Bosmana napastnik Watfordu - Darren Byfield. Wakacyjną aktywność transferową Toudie zakończył ściągając grającego na szpicy Dannego Webbera oraz lewego pomocnika Dannego Maye. Jedynie ten ostatni kosztował Barnet jakieś pieniądze, Port Vale otrzymał za młodego Anglika 375 tysięcy dolarów, reszta graczy została ściągnięta za darmo, co było bardzo ważne, gdyż Barnet borykał się z kłopotami finansowymi.
- Pamiętam mój powrót z wakacyjnych wojaży po świecie - wspomina Toudie. - Gdy wszedłem do mojego biura zastałem w nim Kleanhousa.
- A co Ty taki blady? - zapytał prezes. - To ja Cię wysyłam do Australii, Kamerunu, zwiedzasz kilka krajów europejskich i wciąż jesteś biały jak syn młynarza! Gdzie opalenizna?
- Tak, bo ja przez ostatnie dwa miesiące ciężko pracowałem, a nie jak Ty obżerałem się kawiorem - ripostował Toudie. - Ja wiem, że gdybyś zamienił się ze mną rolami, to trzy razy zmienił byś spaloną przez słońce skórę, a rachunki za drinki przewyższałyby te za bilety lotnicze. A tak w ogóle, to i ja też cieszę się, że Cię widzę.
Toudie wrócił do klubu i zajął się wdrażaniem w sprawy klubowe.
- Na szczęście Berry spisał się na pięć z plusem - chwalił swego asystenta Toudie. - Wiedziałem, że powierzając jemu przygotowanie zespołu do sezonu podejmuję dobrą decyzję. Gdy wróciłem nikt nie był kontuzjowany, graczom brakowało lekko świeżości, ale rok wcześniej słaniali się na nogach po dawkach treningu jakie im zaaplikowałem. Jestem taki lekki kat, lubię widzieć desperację w wzroku i pianę toczącą się z ust chłopaków, to trenuje charakter.
Podczas meczów sparingowych Toudie miał znakomitą możliwość na faktyczne przetestowanie pracy wykonanej przez van Aerle.
- Rozegraliśmy trzy mecze - informuje asystent Toudiego. - Wszystkie trzy rozstrzygnęliśmy na swoją korzyść. Rywalami były zespoły: Bury, Livingstone - gość ze Szkocji, a także wielki rywal z poprzedniego sezonu Leyton Orient. Toudie powiedział, że jest zadowolony z formy jaką prezentują gracze, podziękował mi za prowadzenie zespołu przez okres wakacji. Ale szczerze powiedziawszy nie był chyba w stu procentach zadowolony. Ja również nie byłem. Zawodnicy, mimo iż walczyli z pełnym zaangażowaniem, grali średnio. Rozgrywanie akcji ofensywnych jakoś nie kleiło się. Trzeba było mocno popracować nad taktyką, co uczyniliśmy razem z Toudiem w kolejnych dniach.
I owa praca nad taktycznym ustawieniem zespołu przyniosła duże efekty.
- Siedzieliśmy kilka dni w sali konferencyjnej i na okrągło wałkowaliśmy różne rozwiązania taktyczne - opowiada To Madeira. - Ja, jako nowy w zespole nie miałem pojęcia o sposobie gry Barnetu. Te zajęcia bardzo mi pomogły, mimo iż nie znałem angielskiego i korzystałem z usług tłumacza, który na bieżąco starał mi się przedstawiać o czym mówi trener. Po trzech, czterech dniach praktycznie bez ruchu wszystko stało się jasne i przejrzyste, tak mi się przynajmniej wydawało. Nigdy wcześniej nikt, z kim miałem przyjemność współpracować, nie podchodził do teoretycznej wiedzy taktycznej, tak serio jak Toudie. Z początku wydawało mi się śmieszne, że tłumaczy nam oczywiste rzeczy, ale później okazało się to bardzo przydatne, szczególnie, że nie wszystkie aspekty poruszane na naszych spotkaniach były banalne. Ogólnie byłem bardzo pozytywnie zaskoczony osobą młodziutkiego wtedy polskiego trenera.
Niemal prosto z owych pogadanek autobus Barnetu udał się na rewanż za ubiegło sezonową porażkę w finale Vans Trophy w rzutach karnych z Rushden & Diamonds. Podczas tego spotkania Barnet ukazał jak wielki ma potencjał.
- Ten mecz zaskoczył wszystkich - wspomina John Doolan, główny rozgrywający zespołu. - Zagraliśmy niemal perfekcyjnie taktycznie, walczyliśmy do ostatnich sił, byliśmy umotywowani i zdeterminowani. Chcieliśmy dobrze wypaść w debiucie na tak wysokim poziomie. Dla mnie był to ogromny przeskok, dwa lata temu grywałem w Conference, teraz uganiam się za piłką w Second Division i co mnie osobiście cieszyło otrzymywałem dobre noty za występy.
Barnet rozgromił Rushden & Diamonds trzy do zera grając na wyjeździe. W Londynie panował huraoptymizm, wszyscy nagle zaczęli mówić o awansie, mimo iż był to dopiero początek sezonu.
- Wszyscy powariowali - mówi z uśmiechem na ustach Toudie. - Zwykle to ja jestem największym optymistą w całym budynku klubowym. Ale ja jestem optymistycznym realistą, a w tamtym momencie brakowało nam jeszcze kilku klasowych zawodników, aby realnie myśleć o awansie. Pierwszy mecz faktycznie wyszedł nam, ale kolejne pokazały na co nas stać w ówczesnym składzie personalnym. Stać nas było na walkę przez dziewięćdziesiąt minut i na wybieganie sobie dobrych wyników. Nie było jeszcze szans na taką sytuację jaka panowała w poprzednich sezonach, że rywale przyjeżdżając na Underhill przegrywali walkę już w szatni bojąc się klasy naszej jedenastki. Tak, potrzeba było wzmocnień, letnie zakupy były istotnym zastrzykiem świeżej krwi, ale okazały się niewystarczające.
Toudie zaczął spokojnie przeglądać rynek. "Nic na hura", jak sam mawiał. Nie było źle, mogło być jedynie lepiej. Barnet walczył, uzyskiwał dobre rezultaty, utrzymywał się w czołówce, liderując nawet momentami, ale jego gra nie zachwycała. Następowały kolejne ruchy kadrowe.
- W październiku poprosiłem o wystawienie mnie na listę transferową - opowiada Neil Sommerville, który w poprzednich sezonach był kluczową postacią w zespole. - W Conference byłem faktyczną gwiazdą, zaszumiało mi w głowie. W Second Division powoli zaczynałem nie mieścić się w pierwszym składzie, a co było najgorsze wypierał mnie siedemnastolatek - Christensen! Nie mogłem tego ścierpieć, odszedłem. Toudie jak zwykle nie stwarzał nikomu problemów, nie stworzył takowych również mi.
Sommerville po kilku dniach był już zawodnikiem Swindon wartym 130 tysięcy dolarów. Niestety nie został pierwszej wielkości gwiazdą nowego klubu, ale radził sobie poprawnie. W klubie pojawił się natomiast inny gracz formacji pomocy. Przybył z wielkiego Manchesteru United. Był nim Michael Stewart, kosztował kasę klubu 900 tysięcy dolarów, ale wart był takiego wydatku.
- Z przybyciem mojej osoby wiązano w Barnecie duże nadzieje - mówi Stewart. - Byłem jeszcze bardzo młodym piłkarzem, ale rozumiałem, że mam swego rodzaju dar. Brakowało mi tylko ogrania, gdyż w Manchesterze mogłem jedynie pomarzyć o pierwszej jedenastce. Ale miałem tam okazję podglądać największych, co wiele mnie nauczyło. Ale jeszcze więcej piłkarskiego rzemiosła nauczyłem się od zawodnika grającego ówcześnie w Barnecie.
- Pamiętam młodego chłopaczka, który przybył do nas z Manchesteru - opowiada Doolan. - Był pozytywnie zaskoczony dobrą organizacją klubu. Chodził nieco z głową w chmurach, myślał, że będzie wszystkich ustawiał po kątach, a tu okazało się, że my nie jesteśmy wcale tacy słabi. Michael szybko zrozumiał, że musi być pokorny i uczyć się jeszcze wiele piłkarskiego fachu. Pamiętam dużo razem pracowaliśmy. Toudie zwrócił się do mnie z prośbą, abym pomógł młodemu, nowemu graczowi. Jako, że występowaliśmy na tej samej pozycji, defensywnego pomocnika, a ja z niejednego pieca chleb jadłem, myślę, że było to słuszne posunięcie. Początkowo Stewart był zbyt delikatny i nieco chaotycznie rozgrywał piłkę. W przeciągu dwóch miesięcy, do czasu mojego odejścia z klubu, wiele się nauczył. Miał ogromny talent, w te dwa miesiące przyznam szczerze, przerósł mnie piłkarsko.
John Doolan odszedł do Plymouth za dużą sumę dwóch i pól miliona dolarów. Tam grywał na nieco innej pozycji aniżeli u Toudiego i już nigdy nie było o tym piłkarzu głośno, popadł w przeciętność, a z czasem marność. Zawsze jednak gdy Toudie wspomina o Doolanie, wypowiada się o swoim byłym podopiecznym bardzo ciepło.
Jeszcze przed transferem Doolana z zespołem rozstał się Maik Taylor! Ten genialny bramkarz otrzymał propozycję z Port Vale i odszedł do tego klubu za rekordową ówcześnie sumę w Barnecie - trzech milionów dolarów.
- Chciałbym przesłać kilka ciepłych słów Toudiemu - mówi Taylor. - Gdy pojawiła się oferta z Port Vale mógł on spokojnie zablokować transfer. I szczerze powiedziawszy nie zdziwiłbym się temu i sam bym tak zrobił. Barnet nie miał innego dobrego bramkarza, a w trakcie sezonu ciężko o takowych. Pamiętam jedno zdarzenie. Toudie był podczas składania oferty kontraktu przygotowanego dla mnie przez prezesa Port Vale. Miałem otrzymywać dziesięć razy więcej pieniędzy aniżeli w Barnecie, a byłem już zaawansowanym wiekowo graczem. To była ostatnia szansa na zarobienie dużych pieniędzy i godne życie po karierze. Byłem w szoku, ale jeszcze nie miałem zgody na odejście z zespołu i myślałem, a nawet byłem pewny, że oferta zostanie odrzucona. Spojrzałem na siedzącego w koncie Toudiego, miał przeszklone przez łzy oczy i uśmiechał się. Gdy wyszliśmy z pokoju, nie dając odpowiedzi włodarzom Port Vale, Toudie powiedział: "Maik, nie mógłbym Ci tego zrobić, możesz odejść. Gdybym mógł zaproponować Ci takie pieniądze, nie wypuściłbym Cię z klubu, ale szlag by to trafił, nie mogę, kasa klubu jest pusta, nie mogę dać Ci podwyżki. Powodzenia chłopie!". To było piękne ze strony Tomka. Jest to wielka postać, której zależy na innych. Ciężko spotkać takich ludzi we współczesnym świecie, zwłaszcza w sporcie, gdzie każdy walczy o byt jak może bez oglądania się na innych. Cieszę się, że właśnie temu mężczyźnie się później udało. Zawsze będę wspaniale wspominał naszą współpracę.
Toudie miał nie lada orzech do zgryzienia. Skąd wyczarować innego bramkarza wysokiej klasy? Ale menedżer Barnetu nie załamał rąk, złożył kilka "desperackich", jak sam mówił, ofert i co go bardzo zaszokowało, jedna z nich została przyjęta. W trzy dni po transferze Taylora w klubie o pięknych, pomarańczowych barwach - Barnecie pojawił się nowy bramkarz.
- Wiedziałem, że zaistniała w Barnecie ciężka sytuacja - mówi nowo zakupiony goalkeeper, Tony Werner. - Wiedziałem również, że mam zastąpić wielkiego gracza światowej klasy. Ja znam swoją wartość, ale do klasy Taylora brakowało mi dość dużo. Nie martwiłem się tym. Miałem dobrą formę i chyba sprawdziłem się. Toudie chwalił mnie na każdym kroku. W jego słowach było sporo przesady, ale prasa tworzyła na początku swego rodzaju nagonkę na moją postać. Porównywano mnie z Taylorem i wykazywano, że nie powinienem Maikowi nawet butów czyścić, a co dopiero go zastępować w bramce. Słowa Toudiego i jego zaufanie w moją postać bardzo mi pomogły.
Przed końcem roku do klubu trafili jeszcze dwaj bardzo dobrzy gracze, którzy szybko zaaklimatyzowali się w Londynie i stanowili duże wzmocnienie. Pierwszym był Keith Andrews, który został partnerem Michaela Stewarta na pozycji defensywnego pomocnika i spisywał się rewelacyjnie. Drugim piłkarzem był Johan Anegrund, szwedzki obrońca. Stał się on jedną z naszych ostój w bloku obronnym. Twardy, zdecydowany, rzadko mylący się obrońca, to marzenie każdego trenera. Toudiemu trafił się właśnie takowy futbolista.
Barnet jesienią grał dobrze, widać było postępy w grze. Ruchy kadrowe okazały się trafione i wzmacniały klub bardzo istotnie. Z meczu na mecz gra kleiła się londyńskiemu zespołowi coraz bardziej. Barnet walczył i zwyciężał w ogromnej większości meczów. Nie było jednak błysku w grze. Przełom w tej sprawie nastąpił z nowym rokiem - 2004. Barnet złapał fantastyczną formę i zaczął wyraźnie wygrywać z kolejnymi rywalami. Znów jadąc na Underhill wszystkie zespoły skazane były z góry na porażkę. Barnet objął fotel lidera i coraz bardziej zaczynał odjeżdżać rywalom. Inne kluby mogły oglądać już teraz tylko plecy lidera. Toudie zaczynał powoli świętować kolejny awans, ale w zespole do ostatniego meczu panowała bojowa atmosfera. Bardzo prawdopodobne, że działo się tak dlatego, że w klubie zaczynała toczyć się coraz większa rywalizacja. Kadra była liczna, jak zwykle, ale stawała się coraz bardziej wyrównana. Toudie nie kreował gwiazd, starał się stworzyć zespół, nie zlepek graczy o różnych umiejętnościach.
12 lutego do Bartetu przyszedł świetny ofensywny pomocnik, który miał stać się ostoją klubu na kilka lat. Był nim Charlie Ejerholm. Szwed przyleciał do Londynu z Hammarby i niemal po wylądowaniu na lotnisku stał się podstawowym graczem, który imponował skutecznością. W szesnastu meczach rozegranych do końca sezonu zdobył szesnaście bramek! Jest to wyczyn fantastyczny, to Ejerholm ciągnął zespół w końcówce sezonu.
Barnet wygrał rozgrywki ligowe we wspaniałym stylu. Po raz kolejny przekroczył magiczną granicę stu punktów. Tym razem zdobył sto trzy oczka, co po dziś dzień jest rekordem w Second Division. Ewenementem londyńskiego klubu była jego fantastyczna skuteczność. W tej dziedzinie również obecnie rekordem jest osiągnięcie Toudiego i spółki - sto siedemnaście razy piłka zaszeleściła w siatce rywali. Ci odgryźli się Taylorowi, a później Warnerowi jedynie czterdzieści razy. Ten sezon to był nokaut dla całej Second Division. Toudie wygrywał trzydzieści trzy razy, mecze zakończyły się podziałem punktów dziewięciokrotnie, zaś rywale Barnetu wyjechali z tarczą po meczu czterokrotnie.
Najlepszym piłkarzem według kibiców został pozyskany przed sezonem Portugalczyk To Madeira. Zdobył on najwięcej, bo 23 bramki, z czego 21 w lidze, 10 razy został wybrany graczem spotkania.
- To Madeira okazał się fantastycznym graczem. Był nieuchwytny dla obrońców rywali - chwali swego podopiecznego Berry van Aerle. - Szybki, dobrze dryblujący obdarzony mocnym i celnym strzałem, czego więcej chcieć od napastnika? Wspaniale wkomponował się w zespół. Dobrze układała się współpraca Portugalczyka z naszym weteranem, wspaniałym piłkarsko i przez wszystkich lubianym - Leo "Taranem" Fortune-Westem. Leo mimo 33 lat wciąż był nie do odepchnięcia. Był w stanie wygrać pojedynek główkowy stojąc w niedogodnej pozycji otoczony trzema rywalami. Świetnie ściągał na siebie uwagę obrońców i zgrywał piłkę do To Madeiry, bądź, do któregoś z pomocników. Bardzo ładnie wykańczał również dośrodkowania bocznych pomocników.
W zespole było jeszcze trzech napastników o bardzo dobrym poziomie. Zmiennikiem Fortune-Westa był Ben Burgess. Gracz-kopia starszego kolegi. Brakowało mu trochę klasy "Tarana", ale spisywał się bardzo dobrze. Kiedy brakowało To Madeiry na murawę wchodził ktoś z dwójki Byfield-Suffo. Obaj byli piłkarsko zdolni do gry na wysokim poziomie w Second Division, wszyscy zazdrościli Toudiemu takich zmienników. Problemem tej dwójki był geniusz To Madeiry, przez tego piłkarza możliwe, że nie rozwinęli skrzydeł w Barnecie w stu procentach.
Tak wyglądała formacja ofensywna Barnetu. W pomocy na skrzydłach brylowało kilku graczy. Najregularniej grywał Scott Huckerby, który był dobrym znajomym z poprzedniego sezonu. Z zasady wybiegał na lewym skrzydle, na prawym grał również dobrze znany Lea Barkus. Później często w składzie pojawiał się nowy nabytek - Danny Maye. W środku pomocy wyparty został bohater poprzednich dwóch sezonów - Neil Sommerville. Uczynił to bardzo młody gracz - siedemnastoletni Matthew Christensen. Był słaby piłkarsko, kiepsko dryblował, technicznie nie powalał na kolana, ale miał tak zwanego piłkarskiego nosa. Poza tym Toudie go lubił. Christensen strzelał bramki jak na zawołanie, ale później został wyparty przez Charliego Ejerholma, który był już graczem o pierwszoligowych predyspozycjach. Był podobnym piłkarzem do Christensena. Można powiedzieć, że był nowszym, lepszym modelem młodego Australijczyka. Szwed był świetny technicznie i równie dobrze potrafił się ustawić i strzelić skutecznie na bramkę rywali. Zadaniem Ejerholma, a wcześniej Christensena było tylko i wyłącznie zdobywanie bramek. Pozycja środkowego pomocnika była mocno zwodnicza dla rywali. Wchodzili oni bowiem w szyki obronne rywali bardzo niespodziewanie i z zasady niekryci uzyskiwali ważne gole. Nie martwili się zbytnio grą obronną, gdyż tuż za ich plecami grywali dwaj defensywni pomocnicy, który mieli za zadanie rozdzielać piłkę.
- Byli to dwaj mężczyźni od czarnej roboty - charakteryzuje Toudie. - Mieli oni przeogromny wpływ na grę zespołu. Gdy obu nie szło, Barnet nie miał szans na zwycięstwo. Całe szczęście, że tą pozycję zawsze mieliśmy dobrze obsadzoną i nie było problemów.
- Naszym głównym zadaniem było odbieranie piłki rywalom - wspomina Michael Stewart. - Gdy już to uczyniliśmy mieliśmy szybkim podaniem uruchomić bądź bocznych pomocników, bądź zaadresować piłkę wprost do napastników. Z początku ciężko było to czynić, gdyż było to ciężkie harowanie, ale z czasem przyzwyczaiłem się do swojej roli i wychodziło mi to, powiem nieskromnie, bardzo dobrze. Miałem nawet najwyższą średnią meczową w całym zespole - chwali się Stewart.
Partnerem Stewarta w formacji pomocy po odejściu Johna Doolana, który w ogromnej mierze opracował pewne standardy i zachowania zaadoptowane później przez następców, był Keith Andrews. Przez cały sezon ta część zespołu była najrówniej grająca. Andrews miał niemal tak wysokie noty jak Stewart. Był nieco mniej agresywny, chciał grać z większym polotem. Skończyło się minimalnie niższymi notami.
- Na tej pozycji potrzebny był, że tak powiem rzeźnik - informuje Berry van Aerle. - Stewart pasował do tej roli idealnie. Co prawda łapał dużo żółtych kartek, ale opłacało się. Michael nigdy nie oszczędzał nóg, ani swoich, ani rywali. Nieco delikatniej grywał Andrews, ale obaj się razem uzupełniali. Stewart podszkolił się od Andrewsa w rozgrywaniu piłki, Andrews od Stewarta w odbiorze. To była dobra para.
Obraz zespołu uzupełniali obrońcy. Linia ta była również silną formacją Barnetu. Na tle innych defensorów wyróżniał się Sam Sodje. "Cudowne dziecko Toudiego", jak go później nazywano, grał bardzo dobrze. Nigdy nie miał jakichś fantastycznych umiejętności piłkarskich, miał za to predyspozycje. Toudie stawiał na Sodje przez szereg lat, ten odpłacał mu się za to coraz lepszą grą. Sodje był bardzo wysokim, silnym i szybkim graczem. Gdy przychodził do Barnetu tylko tyle potrafił, biegać i przepychać się. Dostał później od Toudiego prawdziwą szkołę piłkarstwa i stał się jednym z najlepszych obrońców Anglii.
Sodje był wspierany w obronie przez nowo sprowadzonego Szweda Johana Anegrunda, który był już doświadczonym graczem. Był również bardzo pomocny innym piłkarzom.
- Zawsze starałem się coś przekazać młodszym kolegom - mówi Anegrund. - A oni chętnie mnie słuchali. Wspaniale mi się współpracowało z Barnetem.
Ważnym elementem zespołu Barnet był zawodnik, który pozostawał w zespole dłużej niż Toudie - Greg Heald. Był to rosły, twardy, solidny obrońca. Nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu. Był podstawowym graczem Barnetu od pierwszego sezonu, w którym objął londyński klub Toudie.
- Greg był dobrym piłkarzem i człowiekiem - charakteryzuje swego podopiecznego Toudie. - Był bardzo skromną osobą, co możliwe, że zamknęło mu drogę do wielkiej kariery. Był jednym z dwóch piłkarzy, których zastałem w zespole, i którzy pozostali przez kilka sezonów z nami. Heald odszedł nawet później od Doolana. Był dobrym obrońcą, raz jeszcze to podkreślam. Raz został nawet piłkarzem miesiąca w Second Division i była to nagroda w pełni zasłużona.
Formację obronną uzupełniało kilku graczy. Często grywał Włoch Riccy Scimeca. Był ceniony przez środowisko trenerskie w Anglii. Nie przypadł on jednak do gustu Toudiemu. Sam nie chce się o tym graczu wypowiadać obecnie. Był między nimi chyba jakiś konflikt, ale został zakończony po dżentelmeńsku i obaj panowie nie wywlekają brudów na światło publiczne. Często grywali również David Theobald i Ante Juric. David grał lepiej aniżeli się ktokolwiek spodziewał, Ante nie wykorzystywał natomiast w pełni swoich możliwości.
Obraz zespołu uzupełniali dwaj bramkarze. Genialny - Maik Taylor oraz bardzo dobry - Tony Warner. Na obu Toudie nie zawiódł się. Obaj okazali się dobrymi fachowcami i pewnie wychwytywali strzały napastników rywali.
- Po raz kolejny okazało się, że zatrudniając Toudiego zrobiłem najlepszy biznes w życiu - mówi z samozadowoleniem prezes zespołu Anthony Kleanthous. - Trzeci sezon pod jego wodzą i trzeci wielki sukces. Wygraliśmy ligę w cuglach, wszystkie pozostałe ekipy pozostawały marnym, szarym tłem. Takie są fakty, więc nie będę mówił skromnie. Nieźle poszło nam również w pucharach. Ćwierćfinał Pucharu Ligi dla trzecioligowca to nie jest zbyt popularne rozwiązanie. Piąta runda w Pucharze Anglii też była sukcesem. Pokazaliśmy, że trzeba się z nami liczyć, że nie składamy broni. Po tym sezonie nareszcie mieliśmy mocno dodatnie konto w banku. Pieniążki, które tam leżały, a było ich około pięciu milionów dolarów, rokowały udany kolejny sezon. Na samych transferach zarobiliśmy w tym sezonie 6 milionów dolarów, a jedynie 2,7 z nich wydaliśmy na wzmocnienia. Jestem optymistycznie nastawiony przed kolejnym sezonem - mówił uśmiechnięty mężczyzna.
Tak więc Toudie dokonał czegoś wielkiego. Trzy lata, trzy awanse. Nikt się tego nie spodziewał. Teraz można zadać sobie pytanie co będzie dalej? Barnet, klubik bez żadnych osiągnięć w przeszłości, dotarł do First Division. Jest to już profesjonalna liga, gdzie nie ma miejsca dla małych szaraczków, jakim wciąż pozostawał Barnet. Czy Toudie zostanie pożarty przez wielkie rekiny, czy też stanie w poprzek w gardle któremuś z nich, o ile nie wszystkim? To okaże się już wkrótce. Na razie po sezonie zapanowała w klubie wielka euforia, wszyscy się cieszyli, śpiewali piosenki, nosili na rękach trenera i piłkarzy. A co przyniesie jutro, to sprawa drugorzędna, o nią miano się zacząć martwić w przyszłości. Toudie udał się na zasłużone wakacje, których nie miał przecież od trzech lat.
- Odłóż tą gazetę, tu masz inne zajęcia - powiedziała swoim słodkim głosem Angela, podała Toudiemu drinka i usiadła mu na kolanach.
Toudie wydarł kartkę z gazety, na której widniał artykuł o jego osobie i wręczył ją słodkiej Polinezyjce.
- Proszę, będziesz miała pamiątkę po polskim snobie, który odwiedził Twoją wyspę pewnego słonecznego dnia.
Angeli łzy napłynęły do oczu.
- Jak to pamiątkę? - zapytała z trudem nabierając powietrze do płuc.
- No, pamiątkę, przecież nie zabiorę Cię ze sobą. Powiedz mi słoneczko, co ty byś robiła w zimnej Anglii i powiedz mi co zrobiłaby ta wyspa bez Ciebie. Zalałaby się łzami, bo straciłaby coś co ma najpiękniejsze.
- Mogłabym kupić kurtkę, a na tej wyspie jest jeszcze wystarczająco wiele piękna, aby nie musiała się martwić o jednego kocmołucha.
Toudie spojrzał na Angelę i nie mógł się nadziwić, że spotkał wreszcie kobietę, która była inteligentna, posiadała wspaniałe poczucie humoru, była bosko piękna i nie znudziła mu się po trzech dniach. Uśmiechnął się do niej i powiedział.
- To idź się pakuj, jutro wylatujemy.
- Cuuudnie! - krzyknęła Angela, zeskoczyła z kolan Toudiego i szybko pobiegła do swego mieszkanka.
- Jeszcze będę tego żałował - powiedział uśmiechnięty Toudie.
W tym momencie był naprawdę szczęśliwym człowiekiem...