Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Wspomnienia niebardzo już anonimowego człowieka (cz.6)

„Czyżby już na szczycie?”

Premier Division – sezon 2006/07

Czarny Mercedes szybko sunął drogą do Międzygórza. W samochodzie siedział Toudie. Spieszył się na spotkanie rodzinne. Wiedział, że jeśli się spóźni, to wszyscy będą mu przez cały wieczór wypominali, że pojawiając się w Polsce raz do roku, spóźnia się na wyznaczone spotkanie. Wcisnął mocniej pedał gazu, poczuł jak samochód przyspiesza. Nie przejmował się tym, że jedzie zbyt szybko, że łamie przepisy piratując za kółkiem. Lubił uczucie, które pojawia się u człowieka, gdy samochód bardzo przyspiesza. Znów mocniej wcisnął pedał gazu i ciarki przeszły mu po plecach.
- To jest lepsze niż seks! – krzyknął głośno wyraźnie podniecony Toudie.
Starał się przekrzyczeć głośne dźwięki dolatujące z głośników rozmieszczonych po całym samochodzie. Toudie był w tamtym momencie szczęśliwym człowiekiem. Nic nie zaprzątało mu umysłu. Skupiał się na słuchaniu ulubionej muzyki i pokonywaniu kolejnych kilometrów. Nagle zza zakrętu wyłoniła się na środku jezdni szara postać. Chwiejnym krokiem poruszała się wprost na rozpędzony samochód Toudiego. Ten w ułamku sekundy stanął w krytycznej sytuacji. Pod wpływem impulsu, widząc, że wyglądający na pijanego przechodzeń nie zwraca uwagi na jego auto, odbił mocno kierownicą. Po obu stronach drogi rosły drzewa. Chciał ochronić pieszego, sam przez to wpadł w poważne tarapaty. Samochód wpadł w poślizg i sunął wprost w pień ogromnego dębu. Toudie odbił ponownie kierownicą i niewiadomo jakim cudem zmieścił się między dwoma drzewami. Wypadł jednak z trasy. Samochód przeskoczył rów i zaczął koziołkować.
Toudie był w tym momencie przerażony. Słyszał, że przed śmiercią całe życie przelatuje człowiekowi przed oczami. Doznał tego samego w tym momencie. Stracił kontakt z brutalną rzeczywistością. W jego wyobraźni pojawił się obraz boiska piłkarskiego. Powróciły wspomnienia sprzed wielu lat...

Barnet po bardzo udanym sezonie 2005/06 urósł do miana wielkiej sensacji nie tylko angielskiej piłki. O londyńskim klubie mówiło i pisało się na całym świecie. Wszyscy liczyli na kontynuowanie wspaniałej serii w nadchodzącym sezonie. Niektórzy przebąkiwali coś o roli faworyta rozgrywek Premiership, w jakiej miałby się Barnet objawić.
- To były mocno przesadzone słowa – mówi Toudie. – Odnieśliśmy ogromny sukces, który zaszokował również i mnie, ale wciąż faktem pozostawało, że nie mieliśmy kadry, która mogłaby konkurować o najwyższe trofea. W ubiegłym sezonie naszym atutem było zaskoczenie. Nikt nas nie brał w 100% poważnie. Teraz miało się to zmienić. Potrzebowaliśmy natychmiastowych wzmocnień, nie było to jednak zadanie łatwe do wykonania.

Barnet mimo swoich sukcesów wciąż pozostawał w dużym stopniu klubem prowincjonalnym. Posiadał kilka wielkich wad.
- Naszym największym mankamentem było to, że nasi zawodnicy zarabiali wyraźnie najmniej na Wyspach Brytyjskich – przedstawia ówczesną sytuację prezes, Kleanthaus. – Gracze, którzy towarzyszyli nam od kilku sezonów rozumieli tą sytuację znakomicie. Nie mogliśmy dać im podwyżek, na które niewątpliwie zasługiwali, gdyż klubowi groziłoby utracenie płynności finansowej. Natomiast piłkarze, którym proponowaliśmy współpracę byli zszokowani, że wicemistrz Anglii chce płacić tak mało. Mimo, iż mieliśmy pieniądze na transfery, nie mogliśmy ich roztrwonić, bo skończyłoby się to najprawdopodobniej zapaścią zespołu.
W związku z takimi problemami Toudie mógł poszukiwać wzmocnień jedynie wśród piłkarzy młodych, lub wśród osób, które nie występowały regularnie w swoich zespołach. Jedynie tacy zawodnicy nie żądali horrendalnych kontraktów.

Podczas letniej sesji transferowej Barnet nie stracił poważnych zawodników. Z klubu odeszło jedynie pięciu piłkarzy, którzy i tak powoli tracili miejsce w składzie, bądź szykowali się na piłkarską emeryturę. Toudie podziękował za współpracę trzem weteranom Barnetu.
- Odszedłem z klubu wiedząc, że nie będę już jego podstawowym zawodnikiem – mówi Scott Huckerby. – Tak się złożyło, że pojawiła się bardzo konkretna oferta z Aston Villi. Proponowano za mnie 1,4 miliona dolarów. Szybko dogadaliśmy się, ja i prezes Kleanthaus, z zainteresowanymi i stałem się zawodnikiem klubu z Birmingham. Razem ze mną z Barnetem pożegnali się dwaj inni doświadczeni zawodnicy: Teddy Lucic oraz Brian McAllister.
- Zbyt często o tym nie mówiłem, ale trochę żałuję, że zrezygnowałem tak łatwo z tej trójki zawodników – wspomina Toudie. – Nie zdawałem sobie sprawy, że nasza formacja defensywna i boczni pomocnicy bardzo wiele czerpią z doświadczenia Lucica, McAllistera i Huckerbiego. Starali się oni podpowiadać młodszym kolegom, będąc na boisku dyrygowali partnerami z murawy. Wiedziałem, że tak w istocie się działo, ale nie sądziłem, że po utracie tych trzech mężczyzn organizacja gry w dużej mierze legnie w gruzach. Przyznam, że treningi zostały niemal sparaliżowane na miesiąc, może dwa. Teraz tylko trenerzy musieli tłumaczyć graczom najbardziej podstawowe nawet sprawy. Wcześniej czyniła to w ogromnej mierze ta trójka. Dzięki im w tym momencie bardzo za to.
Kadra klubowa pozbyła się dodatkowo jeszcze dwóch piłkarzy. Pierwszym był obrońca David Theobald, drugim lewy pomocnik, Danny Maye, który jakby stanął nagle w rozwoju. Z obydwoma Toudie pożegnał się bez większego żalu.

Podczas przerwy letniej z Barnetu ubyło pięciu graczy, przyszło w ich miejsce jedynie czterech graczy. Jako pierwszy na stadionie Underhill pojawił się lewy pomocnik Kris Commons. Rozegrał on bardzo dobry sezon na wypożyczeniu ze Stoke i zapowiadał się, że może pomóc Barnetowi w Premiership.
O wiele cenniejszymi nabytkami byli dwaj Szwedzi: Benjamin Kibebe, który przybył z Manchesteru United za 2,8mln dolarów oraz Frederik Risp, transferowany z FC Kopenhaga za 1,9mln „zielonych”.
- Ci dwaj piłkarze to były istotne wzmocnienia – mówi asystent Toudiego, Berry van Aerle. – Risp był młodym graczem, który już był bardzo dobry piłkarsko. Był typowym obrońcą, silnym, pewnym, brakowało mu niestety nieco szybkości. Mimo niewielkich wad szybko zaaklimatyzował się w Barnecie i stał się podstawowym graczem naszej formacji defensywnej. Równie cennym nabytkiem był Kibebe. Mógł grywać zarówno jako środkowy obrońca, jak i defensywny pomocnik. Był niestety zbyt niski, aby walczyć z rosłymi napastnikami i został przez Toudiego ustawiony jako pomocnik. Było to bardzo dobre posunięcie. Benjamin okazał się solidnym graczem, pożytecznym zarówno pod naszą, jak i wrogą bramką.
Do składu dołączył ponadto Syryjczyk Rabi Youssef. Przez kilka lat walczył o miejsce w składzie Barnetu. Nigdy nie udało mu się jednak na dłużej zagościć w pierwszej jedenastce londyńczyków. Przez cały pobyt przy Underhill grał w nim trzecie skrzypce.

Toudie nie poprzestał jednak na tylko tych wzmocnieniach klubu. Przez cały sezon wysyłał swych skautów po całej Europie. Starał się wzmocnić Barnet, wiedział bowiem, że obecnymi graczami może grać w Premiership, ale nie odniesie z nimi już tak spektakularnego sukcesu. Barnet absolutnie potrzebował jeszcze dwóch, może trzech klasowych piłkarzy.
Podczas trwania sezonu do Barnetu dołączyło jeszcze pięciu bardzo dobrych zawodników. Jeszcze przed końcem roku do Barnetu przybyli Edouard Cisse oraz John Burwood. Pierwszy był defensywnym pomocnikiem rodem z Francji. Bordeaux otrzymało za niego 3,7 miliona dolarów. Burwood dołączył do kadry zespołu z Wimbledonu za 550 tysięcy dolarów.
- W momencie gdy Ci gracze dołączyli do nas – opowiada Sam Sodje, najbardziej doświadczony gracz Barnetu w ówczesnym momencie – poczuliśmy, że mamy naprawdę klasową obronę. Wzrosła rywalizacja o miejsce w składzie, na szczęście prezentowałem wtedy dobry poziom piłkarski, więc mieściłem się w pierwszej jedenastce. Podobnie zawzięta atmosfera panowała na pozycji defensywnych pomocników, gdzie niepodważalną pozycję miał Michael Stewart, o drugie miejsce nieustannie natomiast walczyło kilku piłkarzy. Z czasem Edouard, który przybył w połowie sezonu, zaczął pokazywać, że to on jest najlepszym defensywnym pomocnikiem w zespole. Potrzebowaliśmy jeszcze wzmocnień wśród ofensywnych graczy. Było dobrze, ale nigdy nie jest tak świetnie, aby nie mogło być lepiej.

W roku 2007 Barnet wzmocnił się jeszcze trzema bardzo dobrymi zawodnikami. Pierwszym był sprowadzony za śmieszne pieniądze z Portugalii Bruno Costa. Był to prawy pomocnik, który, jak się wydawało, ma szanse na grę w pierwszym składzie Barnetu. Nie stało się tak jednak, ponieważ miesiąc później na Underhill zawitał serbski pomocnik Bojan Djordjic. Został on sprowadzony za 5 milionów dolarów z Willem II. Był to rekord transferowy Barnetu, jeszcze nigdy Toudie nie wydał tak wiele na piłkarza.
- Pamiętam, że miałem zastrzeżenia co do sumy transferu, za jaką do klubu miał trafić Djordjic – opowiada Kleanthaus. – Toudie bardzo nalegał, ja odmawiałem przeprowadzenia tej transakcji. Wtedy bardzo się pokłóciliśmy z Tomkiem. Nie wiedziałem, że potrafi on być tak nieprzyjemny, gdy się zdenerwuje. Powiedzieliśmy bardzo wiele słów, które nie powinny paść, niektóre z nich bardzo mnie zabolały. Toudie nazwał mnie zerem i nieudacznikiem, krzyczał, że dalej byłbym niczym, gdyby nie on. Ja nie pozostawałem mu dłużny. Na końcu rozmowy powiedział, żebym wsadził sobie w tyłek pieprzone pieniądze, które wspólnie z piłkarzami zarobił i o których to gracze powinni decydować, a nie jakiś nadęty bufon jak ja. Zagroził swoją dymisją i wyszedł z mojego gabinetu trzaskając drzwiami tak mocno, że wybił szybę. Szczerze powiem, że naprawdę wystraszyłem się w tamtym momencie. Wszyscy zawodnicy kochali Toudiego, gdyby on odszedł z zespołu, wszystko mogłoby się rozpaść.
- Anthony przyjechał do mojego mieszkania wieczorem po tej kłótni – wspomina Toudie. – Powiedział, że mam rację i że jeśli tak bardzo zależy mi na Bojanie, to mogę go sprowadzić do Londynu. Nie powiem, że ta wiadomość mnie ucieszyła. Prezes powiedział, żebym zastanowił się nad tą rezygnacją. Odpowiedziałem mu, że nie ma mowy o opuszczeniu Barnetu z mojej strony. Wszystko wydawało się, że wróciło do normy. Faktycznie jednak, jeszcze przez kilka miesięcy unikałem się z Anthonym.

Po tym wydarzeniu Toudie potajemnie udał się do Kopenhagi, aby tam obejrzeć na żywo duńskiego napastnika – Petera Madsena. Był to dobry piłkarz, który faktycznie mógłby się Barnetowi przydać. Toudie kilkakrotnie jeździł do Danii. Negocjował tam warunki na jakich Madsen mógłby przenieść się do Londynu. Peter był gwiazdą duńskiej reprezentacji, więc suma odstępnego nie mogła być niska. Po wielu godzinach negocjacji Toudie zadeklarował, że jest w stanie zapłacił za dynamicznego napastnika 11,5 miliona dolarów! Prawdopodobnie nigdy nie zapłaciłby, za tej klasy piłkarza, tak ogromnej kwoty, ale chciał wyraźnie sprawdzić swoją pozycję w klubie. Następnie z podpisaną przez prezesa FC Kopenhaga umową Toudie udał się do swego prezesa, aby ten złożył swoją sygnaturę na papierze.

Toudie wszedł do gabinetu prezesa nawet nie pukając i wesołym głosem oznajmił:
- Anthony! Mam wspaniałą wiadomość. Gotowość do gry w Barnecie wyraziła gwiazda duńskiej piłki Peter Madsen. Mam tu ze sobą umowę sporządzoną między naszym klubem a FC Kopenhaga. Wystarczy Twój podpis, a będziemy mieć tego gracza za jedynie 11,5 miliona dolarów.
W tym momencie Kleanthausowi opadła szczęka. Toudie natomiast uśmiechnął się. W pomieszczeniu przebywało jeszcze dwóch członków rady piłkarskiej klubu: Sam Sodje i Andy Marshall, ich równie mocno co prezesa zaskoczyła przeogromna suma transferowa. Wyraźnie dało się odczuć atmosferę napięcia. Panowała cisza, która zawsze pojawia się na moment przed burzą. W tamtym momencie burza jednak o dziwo nie nastąpiła.
Toudie podszedł do prezesa jakby nigdy nic, położył umowę na jego biurku i powiedział stanowczo przykładając palec do kartki:
- Musisz tu podpisać!
O dziwo Kleanthaus wyjął pióro i uczynił o co prosił Toudie. Polak szeroko uśmiechnął się, spojrzał prosto w oczy swego przełożonego i rzekł spokojnie wyraźnie upajając się tą chwilą:
- To była mądra i rozsądna decyzja.
Kleanthaus nie odpowiedział. Toudie pozostawił umowę na biurku prezesa i wyszedł z biura.

Do dzisiejszego dnia na pytania zadawane przez kogokolwiek odnośnie tego transferu Toudie odpowiada:
- Nie było żadnej złośliwości w moim postępowaniu z prezesem. Powtarzam po raz kolejny. Nie chciałem niczego udowadniać! Madsen był to znakomity piłkarz wart nawet większych pieniędzy od tych, które zapłaciliśmy klubowi z Kopenhagi. Włóżcie między bajki swoje dziwaczne domysły o moim konflikcie z prezesem Kleanthausem. Mieliśmy drobniutkie spięcie jakiś czas temu, ale wszystko sobie wyjaśniliśmy i obecnie jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
- Czy Toudie mówi prawdę? Tego już nigdy nikt się nie dowie. Faktem pozostaje, że po jakimś czasie obaj dżentelmeni zaczęli odnosić się do siebie nawzajem z szacunkiem a nawet sympatią – mówi obecny przy podpisywaniu umowy Sam Sodje. – Podczas tamtego spotkania Toudie pokazał swoją bardzo mocną pozycję w klubie i tego nic nie zmieni. Moim zdaniem chciał się odegrać na prezesie za długie blokowanie transferu Djordjica, ale to tylko moja opinia, która prawdopodobnie jest mylna.

W bieżącym sezonie Barnet musiał stawiać czoła rywalom na kilku frontach. Uczestniczył w rozgrywkach ligowych, w dwóch pucharach krajowych oraz w elitarnej Lidze Mistrzów, do której piłkarze Barnetu zakwalifikowali się zdobywając tytuł wicemistrza Anglii. Toudie był ambitny i nie chciał odpuścić żadnej z tych imprez.
- Kadra zespołu stała się stosunkowo szeroka – charakteryzuje zespół menedżer. - W ówczesnym Barnecie posiadałem do dyspozycji co najmniej jednego zmiennika przypadającego na gracza podstawowej jedenastki. Starałem się stosować dużą rotację w składzie, aby nie zajechać tych najlepszych piłkarzy. Posiadałem duży szacunek do umiejętności futbolistów, których przecież sam sprowadziłem na Underhill. Wszystkich starałem się traktować fair, pozwalałem się nagrać 80% piłkarzy kadry zespołu. Było kilku, którzy poziomem odstawali od reszty zespołu, no, ale oni długo nie pozostali z nami.

Barnet rozpoczął sezon w kratkę. Niektórzy liczyli, że klub londyński skutecznie włączy się do walki o mistrzostwo kraju. Początkowo nie szło jednak tak dobrze. O ile chłopcy Toudiego na Underhill spisywali się stosunkowo dobrze, nie przegrywając, to wyjazdy kończyły się z zasady porażkami i remisami, które nie satysfakcjonowały nikogo w zespole.
Sytuacja nieco zmieniła się po przybyciu do zespołu Cisse. Wprowadził on wiele spokoju w poczynaniach ofensywnych jedenastki Barnetu. Zniknęły również problemy, które pojawiły się po odejściu z zespołu najbardziej doświadczonych piłkarzy. Znów wszystko zaczęło wracać do normy. Normy, czyli do zwycięstw Barnetu. Toudie mógł znów patrzeć prosto w oczy każdemu trenerowi w Anglii nie narażając się na ich śmiechy.
- Zaczynaliśmy szybko zmniejszać straty do liderów, zespołów Liverpoolu, Leeds i niesłychanie mocnego od wielu lat Manchesteru United – wspomina Michael Stewart. – Bardzo dobrze zaczęła się spisywać linia obronna, nie można mieć było zastrzeżeń do gry pomocników i napastników. Wydawało się, że zaczniemy bardzo szybko oddalać się od strefy spadkowej, do której niemalże dobiliśmy po dziesiątej kolejce spotkań.
I tak się stało faktycznie. Barnet wygrywał z ligowymi mocarzami. Gdy zaczęła się runda rewanżowa Toudie już miał niedaleką różnicę jedynie kilku punktów do fotelu lidera. Doszły kolejne wzmocnienia: Djordjic oraz Madsen. Wraz z nimi w składzie Barnet ponownie nabrał wiatru w żagle. Dogonił czołówkę i wyszedł na prowadzenie w lidze. Po objęciu przodownictwa londyński klub odniósł sześć zwycięstw w lidze z rzędu i wydawało się, że nikt nie zatrzyma Barnetu w drodze na szczyt. Gazety zaczęły rozpisywać się o nowej jakości w angielskim futbolu, wszyscy piali na cześć Toudiego, na cześć Etheringhtona, Stewarta, Sodje, Pearsona, czy Marshalla.

- Wszystko stawało się przecudowne. Całemu zespołowi wydawało się, że śni. Bardzo ostrożnie poruszali się bojąc się, że mogą się przebudzić – przedstawia ówczesną sytuację asystent Toudiego, Holender van Aerle. – Ktoś narobił jednak nagle ogromnego hałasu i sen się jednak skończył. Wspaniale grająca drużyna nagle jakby stanęła w miejscu. Mając przewagę siedmiu punktów nad drugim Manchesterem przegraliśmy pięć meczy z rzędu. Szczerze powiedziawszy, to nie wiem dlaczego nastąpiło takie załamanie formy. Na pewno nie było spowodowane przemęczeniem piłkarzy, gdyż staraliśmy się z Toudiem stosować w miarę dużą rotację w składzie
Nieco inne zdanie ma gwiazda ówczesnej drużyny Matthew Etheringhton:
- Kryzys który nastąpił związany był z przemęczeniem najlepszych piłkarzy. To prawda, że Toudie dawał mi czasami odpocząć, ale faktycznie musiałem grać dwa razy w tygodniu. Dodatkowo musiałem razem z kilkoma kolegami ciągnąć grę, nie było czasu na odpoczynek. Czuliśmy się bardzo zmęczeni. Przegraliśmy pięć meczy, a co za tym idzie, wydawało się, że przegraliśmy mistrzostwo głównie przez przemęczenie. Nikt z zespołu nigdy nie rozgrywał tak wielu spotkań podczas jednego sezonu. Zapłaciliśmy frycowe za brak doświadczenia, miało to zaprocentować w przyszłości.

Walka o mistrzostwo Anglii toczyła się jednak do ostatniej kolejki. Barnet wyszedł z kryzysu i przed ostatnim meczem miał punkt straty do Manchesteru. Trzeci i czwarty Liverpool i Leeds miały również ogromne szanse na mistrzostwo.
- To była niewątpliwie najciekawsza ostatnia kolejka na Wyspach Brytyjskich ostatnich lat – fascynuje się Michael Stewart. – Ostatni mecz graliśmy z przeciętnym zespołem Bradford. Lider z Manchesteru jechał do Sunderlandu, Leeds podejmował Newcastle, Liverpool natomiast gościł na stadionie Wimbledonu. Wszystkie zespoły czołówki były faworytami swoich spotkań. Mieliśmy jednak ogromną nadzieję, że liderującemu Manchesterowi nie uda się wywieźć kompletu punktów z Sunderlandu i wygramy ligę. Byliśmy w klubie bardzo rozemocjonowani. Mniejsze szanse na mistrzostwo miał zespół Leeds, który miał tyle samo punktów co my, ale przegrali oni z nami dwukrotnie, więc to my byliśmy w o wiele lepszej sytuacji. Czwarty Liverpool tracił do nas jeden punkt. Tak więc różnica między liderem a czwartym zespołem wynosiła zaledwie dwa punkty! To było niewiarygodne.
Dzień wcześniej zakończył się mecz między Liverpoolem a Wimbledonem. Liverpool zwyciężył w tamtym spotkaniu 2-0 i objął pozycję lidera Premiership. Jednak nikt ich nie brał serio jeśli chodzi o walkę o mistrza. Najważniejsze były trzy spotkania: Sunderland-Manchester United, Leeds-Newcastle i przede wszystkim Barnet-Bradford.

- Zaczęliśmy mecz bardzo dobrze – relacjonuje To Madeira. – Bramka Bradfordu co chwilę zasypywana była mocnymi strzałami. Nic jednak nie chciało wpaść. Do czasu jednak. W 32 minucie świetnym rajdem popisał się niezawodny Matthew Etheringhton, minął dwóch, czy trzech piłkarzy i wyłożył futbolówkę Mellorowi, ten uderzył mocno i piłka zatrzepotała w siatce. Ogarnęła nas przeogromna radość, gdyż Manchester remisował bezbramkowo, a wysokie prowadzenie Leeds nie obchodziło nas. Należało teraz jedynie utrzymać wynik. Schodziliśmy na przerwę mając mistrza już niemalże w kieszeni, gdyż wielcy faworyci – „Czerwone diabły” straciły bramkę! W szatni panował hurraoptymizm. Nawet Toudie dał się ponieść emocjom, biegał po całym pomieszczeniu ściskając wszystkich jakby już było po meczu. Wyszliśmy na drugą połowę. Mimo wszystko pozostawaliśmy skoncentrowani.
Druga odsłona spotkania zaskoczyła jednak wszystkich. Manchester w swoim spotkaniu stracił drugą bramkę, Leeds zdobyło już cztery. Jedynie co Barnet musiał zrobić, to zgrać ostrożnie w obronie. Bradford naprawdę nie prezentował się dobrze owego dnia.
- To stało się tuż po gwizdku sędziego – wspomina Michael Stewart. – Nagle na murawę upadł Neil Mellor. Nikt nie wiedział co się stało. Sędzia liniowy sygnalizował chorągiewką, że dostrzegł całe zdarzenie. Mellor leżał zwijając się z bólu. Gdy sędzia konsultował się ze swoim asystentem do Jasona Euella podbiegł Sam Sodje i odepchnął rywala. Ten nie pozostał mu dłużny, wtedy zapanował na murawie totalny chaos. Sodje uderzył Euella pięścią w twarz. Sam był to bardzo wysoki i silny mężczyzna. Euell po tym ciosie padł omdlały na trawę. Zanim sędzia dobiegł do zwaśnionych piłkarzy zaczęła się prawdziwa rozróba. Sodje został przez kogoś przewrócony. Sędzia narażając życie odważnie wtargnął między piłkarzy obu drużyn. Po minucie gracze obu drużyn zostali rozdzieleni. Euell leżał na murawie bez znaku życia. Został na noszach zniesiony z boiska, po czym zabrała go karetka. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Zniesiony z boiska został również Mellor. Sodje zobaczył czerwony kartonik, posypało się również kilka żółtych kartek. Sędzia wyraźnie się pogubił w tym co robił, ale trzeba mu to przyznać opanował sytuację.
Dopiero oglądając powtórkę okazało się, że Euell brutalnie zaatakował od tyłu Mallora, który pozostawał bez piłki. Nikt tego nie widział oprócz sędziego liniowego i Sama Sodje.
- Nie wytrzymałem, gdy zobaczyłem zachowanie tego debila Euella – wyjaśnia zaistniałą sytuację Sodje. – Zaatakował Neila jak zwierze. Byłem zdenerwowany samym meczem, gdy zobaczyłem jeszcze to zdarzenie, nerwy mi puściły. Uderzyłem tego gościa w łeb, zasłużył na to. Śmiesznie wyglądał, taki twardziel, który upadł po jednym ciosie jak worek ziemniaków. Był cwany tylko, gdy atakował od tyłu. Nie żałuję, że mu przyłożyłem. Szkoda tylko, że moje zachowanie miało istotny wpływ na wynik meczu.
Po około 10 minutach sędzia wznowił grę. Sodje dostał czerwoną kartkę, Euell też na nią zasługiwał, ale już go nie było. Trener Bradfordu wprowadził do gry zmiennika, Mellor również musiał zejść. W jego miejsce pojawił się obrońca – Anegrund.
Mecz toczył się dalej. Niestety zdenerwowani gracze Barnetu popełniali liczne błędy i stracili dwie bramki. Grali w dziesiątkę i nie byli w stanie dorównać rywalom. Stało się to, co stać się nie mogło. Barnet przegrał ten mecz 2-1 i stracił szansę na mistrzostwo. W rezultacie Toudie wylądował na czwartej pozycji w lidze. Mistrzostwo zdobył zespół Leedsu, na drugim miejscu rozgrywki skończył Liverpool, trzeci był Manchester United.
O dziwo po ostatniej kolejce nie posypały się kary indywidualne na zawodników uczestniczących w rozróbie na boisku. Ani Sodje, ani Euell nie zapłacili za swoje brutalne zachowanie. Obaj mieli pauzować jedynie w jednym meczu o mistrzostwo pierwszej ligi.

Na otarcie łez Barnet zwyciężył w rozgrywkach o Puchar Ligi. Był to pierwszy triumf w tych rozgrywkach londyńskiego zespołu. Trzeba przyznać Toudiemu, że przeszedł przez te rozgrywki jak burza. Nikt nie mógł dorównać ekipie Barnetu w tej edycji Pucharu Ligi. Jedynie finał, w którym Barnet zwyciężył 1-0 był w miarę wyrównanym widowiskiem. Reszta pozostawała tłem, meczami bez historii. Wydawało się, że rywale są przerażeni siłą londyńczyków. Było to co najmniej dziwne, gdyż Barnet był niedoświadczoną drużyną, ale już jego legenda stawała się bardzo znacząca.

Żenująco Barnet zaprezentował się w rozgrywkach o Puchar Anglii. Po ogromnej walce i ciężkich meczach Toudie przeszedł przez rundy: trzecią i czwartą, a następnie odpadł w powtórzonym meczu z Birmingham.
- Nic to, nie w każdych rozgrywkach może iść równie dobrze – podsumowuje i tłumaczy Toudie.

W sezonie 2006/07 Toudie miał prawo, wraz z zespołem Barnetu reprezentować Anglię w rozgrywkach elitarnej Ligi Mistrzów. Był to test, czy londyński klub, mający swoją siedzibę na Underhill, do czołówki europejskiej, czy wciąż jednak pozostaje zaściankowym zespolikiem.
Wicemistrz Anglii nie musiał występować w stresującej fazie eliminacyjnej, więc Toudie spokojnie czekał na losowanie grup pierwszej fazy Ligi Mistrzów. Barnet trafił do dość silnej grupy, gdzie znalazły się takie zespoły jak: Paris Saint Germain, Rosenborg Trondheim oraz Hertha Berlin.

Barnet rozpoczął fantastycznie. Pierwsze trzy mecze i trzy zwycięstwa. Nikt się tego nie spodziewał.
- Wszyscy byliśmy w szoku – mówi Michael Stewart. - Najpierw pokonaliśmy Francuzów. Wszystko byłoby normalne, ale zrobiliśmy to we wspaniałym stylu, roznieśliśmy Paryżan 3-0. Później wyszliśmy z tarczą z pojedynków z Herthą, wygrywając na wyjeździe 2-1 oraz z Rosenborgiem zwyciężając na Underhill 2-1. Wszyscy byliśmy w niebo wzięci. Chodziliśmy z głową w chmurach. Strącili nas stamtąd Norwegowie. Ulegliśmy im 1-2. Następnie odnotowaliśmy remis z Francuzami i byliśmy już pewni awansu. Na koniec ulegliśmy po zaciętym meczu 2-3 Szwabom z Berlina.
Było dobrze, Barnet awansował z grupy na pierwszym miejscu, ale cieszyć mogła forma jedynie z pierwszych trzech meczy. W drugiej fazie grupowej miało być jeszcze trudniej. Los skojarzył Toudiego z kolejnymi rywalami rodem z Niemiec: wielkim Bayernem Monachium oraz z Schalke. Czwórkę uzupełniał słynny AC Milan. W roku 2006 Barnet miał rozegrać dwa mecze. Pierwszy z Schalke.
- Graliśmy przy komplecie widzów na Underhill. Niemcy zaskoczyli nas bardzo twardą obroną. Praktycznie nie starali się nawet zaatakować naszej bramki. Skończyło się nudnym meczem i wynikiem bezbramkowym – wspomina Toudie. – Następnie jechaliśmy do Monachium. Nie mieliśmy zamiaru grać tak mało efektownie jak Gelsenkirchen. Zagraliśmy otwartą piłkę z Bayernem i skończyło się to dla nas tragicznie. Doświadczony zespół ze Stadionu Olimpijskiego rozjechał nas 3-0. Nie miałem więcej zamiaru przegrać tak drastycznie. Zrozumiałem, że zbytnie odkrywanie się z takimi potęgami, z jakimi mierzyliśmy się w drugiej fazie Ligi Mistrzów mija się z celem. Zawsze miło jest zebrać cenne doświadczenia. Szakoda jednak, że te kosztowały nas tak wiele. Szczerze powiedziawszy, to straciłem nieco nadzieję na wyjście z tej grupy, która została przez dziennikarzy nazwana „grupą śmierci”.

Kolejne spotkania miały się rozegrać już w 2007 roku. Było to szczęśliwe rozwiązanie, gdyż Barnet musiał odbudować formę, aby być w stanie godnie reprezentować Anglię na arenie międzynarodowej.
- Czekały nas dwa spotkania z Milanem – wspomina Andy Marshall. – To był bardzo klasowy zespół. Wiedzieliśmy o tym. Jeśli chcielibyśmy pozostać wciąż liczącym się zespołem w naszej grupie musieliśmy wygrać, a w najgorszym przypadku zremisować z Włochami pierwszy mecz, który rozegrany został w Londynie. Nieszczęśliwie po zaciętym spotkaniu przegraliśmy 1-0 i wydawało nam się, że jest po wszystkim. Zajmowaliśmy ostatnie miejsce w grupie, co gorsze nie udało nam się do tej pory zdobyć bramki. Po tygodniu wylecieliśmy na mecz do Mediolanu.

Mecz na San Siro zaskoczył wszystkich. Barnet zagrał jeden z najlepszych meczy w historii klubu. Milan mimo bardzo dobrej gry nie był w stanie przeciwstawić się genialnemu teamowi Toudiego. Barnet zwyciężył 3-1. Jeszcze lepiej, przynajmniej pod względem wyniku, było w Gelsenkirchen.
- Spłukaliśmy po Schalke wodę w kiblu! – szczyci się To Madeira. – Rozjechaliśmy ich 5-1. To było fantastyczne, czułem się jakbyśmy grali z jakimiś juniorami. Graliśmy z nimi w „klipę”. Biegali za piłką jak psy, ale nie mogli jej dogonić. Śmiesznie to wszystko wyglądało.
Po tym tryumfie Barnetowi wystarczyło nie przegrać z Bayernem, co nie było taką prostą sztuką.
- Wszyscy pamiętali dotkliwą porażkę, jakiej Monachijczycy dostarczyli nam na wyjeździe – mówi Toudie. – Tym razem ustawiłem zespół bardzo defensywnie. Opłaciło się, jak się okazało po meczu. Bayern chciał pomścić rodaków z Schalke, ale nie miał wystarczającej siły ognia. Skończyło się bezbramkowym wynikiem, mimo iż sytuacji podbramkowych nie brakowało. Wyszliśmy z grupy na drugiej pozycji. To była sensacja, uratowaliśmy się z beznadziejnej wydawało się sytuacji. W ćwierćfinale natknęliśmy się na Lazio Rzym, mistrza Włoch.

Mecz na Stadionie Olimpijskim w Rzymie zakończył się remisem 1-1. To był ogromny sukces ekipy Barnetu. Lazio miało dużą przewagę w tym meczy. Szczęście jednak sprzyjało piłkarzom angielskim i to Londyńczycy byli w lepszej sytuacji przed rewanżem. Obaj trenerzy mówili, że szanse przedstawiają się pięćdziesiąt do pięćdziesięciu.
- Lazio przyjechało do nas w najsilniejszym składzie – opowiada Sam Sodje. – Szykowało się ciekawe widowisko. Pierwsza połowa była jedną z lepszych odsłon piłkaskiego sezonu 2006/07. Gra była szybka, twarda, z dużą ilością sytuacji podbramkowych dla obu stron. Wspaniale wspominam tamto spotkanie. Lazio, które miało nóż na gardle, grało bardzo fair. Nie grali chamsko, przed czym wszyscy nas przed meczem przestrzegali. W przerwie trener nagrodził nas brawami, ale prosił o najwyższą determinację. Tuż po przerwie Crespo przedryblował mnie w dość łatwy sposób i zdobył bramkę dla Lazio. Teraz to my byliśmy poza burtą statku o nazwie Champions Cup. Musielismy zaatakować, co uczyniliśmy. Nie jest jednak łatwo rozbić obronę Lazio, które wyraźnie się cofnęło. Wspaniale bronił bramkarz rywali. Rywale groźnie kontrowali, ale również nasz bramkarz – Andy Marshall spisywał się wyśmienicie. Dwadzieścia minut przed końcem stało się coś, co zmieniło zupełnie obraz gry. Lazio po ładnym kontrataku zdobyło drugą bramkę. Wtedy stanęliśmy, załamaliśmy się, mimo, że pozostawało jeszcze trochę czasu, nic nie zrobiliśmy. Mówi się trudno, ważne, że zaprezentowaliśmy się godnie i odwaliliśmy kawał dobrej piłki.

Barnet zanotował kolejny dobry sezon. Zajął czwarte miejsce w lidze, niewiele zabrakło nawet do mistrzostwa Anglii. Toudie miał okazję wznieść w górę Puchar Ligi. Również nieźle Barnet spisał się na arenie międzynarodowej dzielnie stawiając czoła europejskim potentatom. Znów bardzo dobrze spisywali się niemal wszyscy zawodnicy Barnetu.

W bramce bardzo pewnie interweniował doświadczony Andy Marshall, który wydawał się być podobny do wina, które, jak to się mawia, jest im starsze tym lepsze. Marshall był ostoją Barnetu, Toudie przez cały sezon komplementował swojego podopiecznego, który trafił po latach prób do pierwszej reprezentacji Anglii

Wśród obrońców kilku prezentowało naprawdę bardzo wysoki poziom. Najlepszym z nich był Sam Sodje, który rozwinął się na naprawdę wartościowego piłkarza. Również on został dostrzeżony przez selekcjonera reprezentacji Anglii. Ten najbardziej doświadczony z barnetowiczów posiadał na koncie 195 występów w lidze w barwach londyńskiego klubu. Był chodzącą legendą, kibice kochali go. Był typem stu procentowego profesjonalisty.
Najczęściej partnerem Sodje w linii defensywy był Frederik Risp. Od razu znalazł sobie miejsce w pierwszej jedenastce i spisywał się rewelacyjnie. Szwed był bardzo twardo grającym defensorem. Razem z Samem tworzyli parę kryjących obrońców.
Na środku bloku zabezpieczającego tyły Barnetu grali na zmianą: John Burwood oraz Jerel Ifil. Początkowo grywał ten drugi, ale nie wychodziło mu to specjalnie dobrze. Później, po dojściu Burwooda, Ifil wypadł ze składu. Burwood był o wiele twardszy od swojego kolegi. Sprawiał pewniejsze wrażenie.
Ważnym elementem obrony Barnetu był ponadto Johan Anegrund, który łatał dziury, gdy któryś z podstawowych graczy uległ kontuzji. Doświadczony Szwed był nieoceniony w momentach trudnych, był w stanie podnieść na duchu resztę zespołu. Obraz defensywy Barnetu uzupełniali dwaj młodzi gracze: Szwed Richard Spong oraz Simon Burns. Od czasu do czasu otrzymywali oni możliwość zaprezentowania swoich umiejętności.

Duża rywalizacja towarzyszyła pozycji defensywnego pomocnika. Toudie wystawiał konsekwentnie dwóch piłkarzy na tą pozycję. W kadrze Barnetu znajdowało się natomiast aż sześciu piłkarzy chętnych do wybiegania od pierwszej minuty.
- Nieustannie bardzo dobry był Michael Stewart – charakteryzuje defensywnych pomocników Toudie. – Michael stał się jednym z najlepszych graczy ligi. Notował ogromną liczbę przechwytów piłki. Był nieoceniony. Jego wartość dla zespołu ciągle rosła. Do momentu przyjścia do zespołu Cisse partnerem Stewarta był najczęściej Szwed Benjamin Kibebe. Również on notował ogromną liczbę akcji w obronie. Obaj byli fantastycznymi walczakami. Harowali za trzech i to pozwalało skutecznie grać Barnetowi. Sytuacja nieco zmieniła się po przyjściu do zespołu Francuza Edouarda Cisse. Był on bardzo dobrym defensywnym pomocnikiem. Posiadał lepsze warunki fizyczne od swoich partnerów. Grał twardo i był bardzo przydatny zarówno przy odbiorze piłki, jak i przy konstruowaniu akcji ofensywnych. Po przyjściu do zespołu w miesiąc stał się kluczową postacią Barnetu. Czasami dawałem pograć również Garemu Fiskenowi, ale był on jednak troszkę zbyt miękki na pierwszą ligę. W głębokich rezerwach pozostawali jeszcze Keith Andrews i Mikael Dorsin.

Na pozycji ofensywnego pomocnika grającego na środku panował niepodzielnie Stephen Pearson. Grał dobrze, ale nie rewelacyjnie. Niestety była to pozycja, na której Toudie nie miał zbytniego pola manewru. Czasami cofani do środka pola byli napastnicy Jevons, Youssef, czy później Madsen.

Na lewym skrzydle rewelacyjnie spisywał się Matthew Etheringhton, ale niestety czynił to dopiero w drugiej połowie sezonu, gdyż przyplątała mu się ciężka kontuzja, która wykluczyła go na dłuższy okres z gry. Jednak nie było to tak poważnym zmartwieniem Toudiego, gdyż fantastycznie spisywał się Lee Morris. Zaliczył on w sezonie aż 16 asyst i nikt nie dorównał mu w tej dziedzinie. Początkowo okazję do gry dostawał Kris Commons, ale nie sprawdził się on specjalnie.
Na prawym skrzydle panowała jeszcze większa rywalizacja. Przez pierwsze pół sezonu na zmianę grywało kilku graczy. Paul Dalgish, który jednak nie prezentował się tak dobrze, jak w poprzednich sezonach. Jamie Hand grywał czasami, ale jednak jego dyspozycja nie pozwalała mu skutecznie walczyć z pierwszoligowymi obrońcami. Nowo pozyskany Bruno Costa, mimo iż był bardzo dobry piłkarsko, jakoś nie mógł się zaaklimatyzować a Anglii. Sytuacja poprawiła się dopiero po dojściu do zespołu Bojana Djordjica. Był to genialny skrzydłowy, który równie dobrze mógł grywać w środku pomocy, a nawet w ataku. W Barnecie najbardziej potrzebny był jednak prawy pomocnik i to tą pozycję zajął Djordjic. Okazał się bardzo istotnym wzmocnieniem dla zespołu Toudiego.

Barnet stosował najczęściej formację ataku złożoną z dwóch piłkarzy, z czego jeden był szybkim dobrze dryblującym graczem, drugi wysokim i bardzo silnym. W tej formacji Toudie miał do dyspozycji aż ośmiu piłkarzy, którzy prawdopodobnie mieliby ogromną szansę na regularną grę w pierwszej lidze w pierwszym składzie w większości klubów. Najlepiej z nich prezentował się To Madeira, a co za tym idzie, również najczęściej dostawał szansę pokazania swoich umiejętności. Portugalczyk zdobył w całym sezonie 20 goli z czego 14 w lidze angielskiej. Mimo niewielkiej w sumie ilości bramek, które To Madeira uzyskał, jego gra została doceniona przez kibiców Barnetu. Portugalczyk otrzymał nagrodę dla najlepszego według fanów piłkarza londyńskiego klubu. Jego zmiennikami byli: Darren Byfield, Phil Jevons, Paweł Abbott oraz Rabi Youssef. Dwaj ostatni praktycznie tylko statystowali pozostałym kolegom. Zupełnie inaczej było w przypadku Phila Jevonsa. Dostawał on często możliwość gry nawet od pierwszej minuty. Podobnie Toudie traktował Darrena Byfielda. Jevons i Byfield w znaczącym stopniu odciążali To Madeirę i trzeba im to przyznać, że czynili to bardzo skutecznie.
Barnet, podobnie jak w poprzednim sezonie, posiadał dwóch wysokich napastników. Byli nimi Neil Mellor i Ben Burgess. Grywali fazami. Gdy pierwszy tracił nieco formę, automatycznie do składu wskakiwał drugi. Rywalizacja między tymi piłkarzami była bardzo zdrowa i pozytywnie wpływała na ich dyspozycję. O dziwo, Ci dwaj konkurenci do gry w pierwszej jedenastce bardzo się zaprzyjaźnili i byli dla siebie nawzajem dużym wsparciem.

- Po tym sezonie zauważyłem, że zaczynamy naprawdę się liczyć w kraju i na arenie międzynarodowej – podsumowuje sezon Anthony Kleanthaus. – Po raz kolejny bardzo dobrze szło nam w lidze i wbrew pozorom, to był lepszy sezon od poprzedniego. Do mistrzostwa zabrakło nam naprawdę niewiele, mniej, aniżeli wtedy gdy byliśmy drudzy. Zdobyliśmy cenne trofeum – Puchar Ligi, który nie jest tak prestiżowy, jak powiedzmy Puchar Anglii, ale wywalczają go jedynie najlepsi. Bardzo dużo pieniędzy udało się nam uzyskać wskutek dobrej postawy w Lidze Mistrzów. To powinno zaprocentować w kolejnym sezonie. O ile Toudie dokona trafnych transferów będzie bardzo dobrze, zapewniam.

Teraz miała nastąpić przerwa w rozgrywkach ligowych i pucharowych. Gracze udali się na zasłużony wypoczynek, a Toudie przystąpił do wzmacniania zespołu. Wszyscy mieli nadzieję na kontynuację dobrej passy, z niecierpliwością wyczekiwali na zbliżający się sezon – 2007/08.

Toudie otworzył oczy. Nie wiedział gdzie jest, ani co się stało. Światło świeciło mu prosto w twarz, jakby był przesłuchiwany, nad nim stały jakieś dziwnie wyglądające postacie.
- Co jest się dzieje? – pomyślał.
Zakręciło mu się w głowie i zemdlał. Ocknął się jakiś czas później. Leżał w łóżku. Nad nim stało kilka osób. Wszystko mu się przypomniało, jazda samochodem, wypadek.
- Umarłem? – zapytał nasz bohater. – Już jestem w piekle?
- Nie, jeszcze troszkę poczekasz na spotkanie z szatanem, jak się czujesz? – zapytał człowiek stojący w białym fartuchu.
- Pewnie lekarz. Co on głupi? – pomyślał Toudie. – Miałem wypadek samochodowy, wszystko mnie boli.
- A dobrze, całkiem dobrze – odpowiedział na pytanie Toudie. – To ja chyba pójdę, co tak będę tu sam leżał – powiedział Toudie starając się dla żartu wstać.
Nie udała mu się jednak ta sztuka. Opadł na poduszkę i powiedział:
- Eeee, a może jednak jeszcze sobie troszkę poleżę – uśmiechnął się Toudie.
- Będzie żył! – powiedział lekarz, po czym skierował się do wyjścia.
- A jednak nie tak łatwo mnie wykończyć – przecedził przez zęby Toudie. – I dobrze, całkiem fajnie jest na tym świecie...
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: CM 01/02
Dodano: 02.03.2008

Liczba wyświetleń: 1172

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu