Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Droga ku glorii - Racing Club de Lens cz.5

Obudziłem się dosyć wcześnie. W głowie miałem natłok myśli. Zdawałem sobie sprawę, że poprzedni wieczór mógł być ostatnim w moim życiu. Kątem oka dostrzegłem, że Mateusz jeszcze śpi. Po jakimś czasie, gdy już się obudził postanowił wynająć sobie pokój w hotelu do czasu, gdy nie uzbiera na nowe mieszkanie. Podwiozłem go do budynku, w którym spędziłem pierwszy tydzień w Lens, a sam udałem po trzynastodniowej przerwie na trening. Mieli się tam także pojawić – Kamil Loch i Igor Sypniewski – nasze dwa nowe, polskie nabytki. Co do Locha sprawa była prosta, musiał jeszcze zdecydowanie poćwiczyć w młodzikach, by mógł decydować o grze przednich formacji Lens na boiskach 1. Ligue. Nie chciałem także rzucać go na pierwszy front, to za duże obciążenie fizyczne oraz psychiczne jak na jego młody jeszcze przecież organizm. Z Sypniewskim sprawa była zupełnie inna. Pozyskałem króla strzelców ligi szweckiej na zasadzie wolnego transferu. Co za tym idzie nie ryzykowałem wiele, jeszcze podczas pobytu w Lublinie zgodził się zostać „tylko” zmiennikiem Utaki...

Na treningu zjawili się wszyscy, których potrzebowałem, ale także ci, którzy nie byli zaproszeni. Już przed wejściem dociekliwi dziennikarze usiłowali wręcz wymusić ode mnie siłą jakieś fakty i przebieg zdarzeń w feralnym samolocie. Na szczęście zaprzyjaźniony ochroniarz szybko ich przegonił.

Na trybunach naszego obiektu nie było prawie nikogo, nikogo oprócz staruszka zamiatającego miotłą oraz mężczyznę ubranego w ciemny garnitur i z notatnikiem w rękach. Nie miałem wątpliwości kto to taki – Pierre Maxy – gorący mój krytyk i zdecydowany przeciwnik Lens. Na jego już lekko obwisłych policzkach widniała głęboka satysfakcja mieszająca się z odrazą do mojej drużyny. Mnie zastanowiło tylko jedno: kto przy zdrowych zmysłach wpuścił paryskiego szpicla na teren naszego obiektu, tym bardziej w godzinach naszego oficjalnego treningu. To przecież skandal!!! Przecież to oczywiste, że Maxy chce za wszelką cenę zepsuć atmosferę w zespole, a co gorsza zdradzić naszym rywalom jakieś tajniki taktyczne bądź też sposób rozgrywania stałych fragmentów gry. Zdając sobie sprawę z sytuacji postanowiłem działać.

- Panowie, muszę Wam z przykrością powiedzieć, że dziś czekają Was zajęcia na siłowni – oznajmiłem, gdy wszyscy gracze zjawili się. Widząc ich rzednące miny dodałem – a za to możecie podziękować naszemu drogiemu gościowi z Paryża, przywitajcie go miło – i wskazałem im notującego szybko dziennikarza
Chłopcy wzięli sobie za bardzo do serca moje słowa, bo po chwili w kierunku naszego gościa pojawiły się wojownicze okrzyki. Maxy wyraźnie się speszył i wrócił do notatek.
- Aha zapomniałbym – zreflektowałem się wybijając sobie z głowy szpicla – w przerwie dołączyli do nas dwaj moi rodacy – Kamil Loch – trafi do młodzików, by się jeszcze ograć oraz Igor Sypniewski, król strzelców ligi szweckiej. Będzie on głównie zmiennikiem dwójki napastników. Ok. No to udajmy się na siłownie.
Po drodze niektórzy jeszcze ironicznie pożegnali się z dziennikarskim szpiegiem, który spodziewał się treningu z piłkami i w ten sposób głęboko się rozczarował...

Szczerze mówiąc miałem pewne obawy jak drużyna przyjmie Sypniewskiego, ale na szczęście Igorem szybko „zaopiekował się” Jacek Bąk. Już przy ćwiczeniach na siłowni nowego Polaka zagadał Kristiansen... Wszyscy razem tworzyliśmy zgrany zespół oraz wielką piłkarską rodzinę...

Po ćwiczeniach pozwoliłem sobie na kilka słów do drużyny:
- Nie będę już was dzisiaj męczył, pozwolę sobie tylko na parę słów, a konkretnie pięć: WALCZYMY O MISTRZOSTWO... DO KOŃCA!!!
Moje oświadczenie spotkało się z gromkim aplauzem, a ja byłem prawie pewien, że z taka atmosferą jesteśmy w stanie przeskoczyć rywali. Miałem nadzieję, iż moich planów nie pokrzyżują kontuzje oraz jakieś inne nieprzewidziane i „nadprzyrodzone" zdarzenia.

Pierwszym meczem po przerwie było spotkanie rozgrywane w ramach Pucharu Francji z Caen. Z perspektywy zbliżających się arcyważnych i ciężkich batalii z Lyonem, Monaco oraz Sochaux dobrym rozwiązaniem było sprawdzenie swoich sił po długiej przerwie w mniej prestiżowych rozgrywkach. Miałem pewne obawy co do formy moich podopiecznych, ale nadchodzący mecz całkowicie je rozwiał. Na Stade Felixa Bollaerta komplet publiczności był świadkiem pogromu gości. Najpierw w 18 min. wynik spotkania otworzył niezawodny Moreira, który na 3 minuty przed końcem pierwszej połowy podwyższył na 2:0. W przerwie zmieniłem blado dziś wyglądającego Utakę na Sypniewskiego. Polak odwdzięczył się strzelając gola w swoim debiucie, a Lachor dobił gości ustalając wynik na 4:0. Gra była fascynująca, na skrzydłach akcje zaczepne tworzyli Thomert i Kristiansen, w środku jak zawsze brylowali Keita i tym razem lekko wysunięty do przodu Cheyrou. Obrona natomiast nie miała sytuacji do pokazania się. Jedynym negatywnym aspektem tego widowiska była paskudna kontuzja Roda Fanni’ego.

Pierwszym po przerwie ligowym pojedynkiem było spotkanie na wyjeździe z Nantes. Widać było duże rozprężenie w naszych szeregach co dało efekt w postaci bezbramkowego wyniku, który nie zadawalał mnie kompletnie. Wiedziałem, że tracenie głupich punktów z zespołami teoretycznie „do pokonania” może nas drogo kosztować w ostatecznym rozrachunku. Wiedziałem, że będzie musiało się to odbić lepszą grą z naszymi najgroźniejszymi rywalami. Nie mogłem do tego dopuścić, jedynym sposobem była ostra reprymenda jakiej udzieliłem na kolejnym treningu po meczu:
- Panowie, zdaję sobie sprawę z waszych możliwości, wiem też, że ta lokata nie zadowala waszych ambicji w zupełności, wiem również, że z waszymi możliwościami możemy zajść daleko, ale z takim zaangażowaniem jak z Nantes nie wygramy tej cholernej ligi!!! Oczekuję od was więcej koncentracji i walki o KAŻDĄ piłkę. Zrozumiano???
Kiwaniem głowami piłkarze najwyraźniej zdali sobie sprawę z powagi sytuacji na tym etapie rozgrywek.

Na nasze szczęście drużyny z czołówki również gubiły punkty w dalszym etapie rozgrywek. Podejrzewałem także, że jednym z czynników, które wpływały negatywnie na zespół był brak kontuzjowanego Roda Fanni’ego.

Liczyłem na rehabilitację z zawsze groźnym i niewygodnym rywalem jakim jest drużyna Lille. Tak jak się spodziewałem już w 11 min. Manchev wyprowadził gości na prowadzenie. My jednak odpowiedzieliśmy błyskawicznie, bo już po pięciu minutach golem Moreiry. Ten sam kopacz ucieszył po raz drugi Stade Felixa Bollaerta w 39 minucie, kiedy to perfekcyjnie wykorzystał długie podanie Keity. Do końca spotkania kontrolowaliśmy przebieg gry i nie pozwoliliśmy rywalom na rozwinięcie skrzydeł, a w konsekwencji zdobycie bramki. Po meczu wreszcie ulga, wskoczyliśmy na trzecie miejsce!

W czołówce ligowej tabeli robiło się coraz ciaśniej, Sochaux nadal pierwsze i po grze tej ekipy na razie nie było widać jakichkolwiek kryzysów. Lyon – mistrz kraju, ale zaliczają dużo wpadek i nie przypominają tej efektownie grającej ekipy sprzed roku, są do ogrania. Na lokacie trzeciej my, a za nami przeżywające spory dołek formy Monaco. Straty punktowe były naprawdę bardzo niewielkie. Drużyny Auxerre, PSG chyba straciły już szanse na mistrzowski tytuł, liczy się tylko pierwsza czwórka. Tak więc wszystko teraz w nogach piłkarzy i oczywiście w mózgach trenerów...

Na szczęście Rod Fanni zaczął już lekko trenować, ale niestety kontuzje dopadły dwóch Polaków – Bąka i Sypniewskiego. Za tego pierwszego wskoczył do bloku defensywnego Jabi. Cieszyłem się przynajmniej, że urazy omijają kluczowych graczy czyli: Itandje, Moreiry, Keity, Cheyrou oraz Kristansena. Kolejną ligową batalią był wyjazd na lazurowe wybrzeże do Nice. Wcale nie spodziewałem się tam łatwej przeprawy. Miałem rację...

Mecz był brzydkim widowiskiem, dużo walki w środku pola, brutalna gra. Właściwie pojawiła się tylko jedna dogodna sytuacja do zdobycia bramki, której nie zmarnował niezastąpiony, niezawodny i ten na którego prawie zawsze mogłem liczyć – Moreira. Niestety ofiarną i ambitną postawę w tym meczu okupił urazem Utaka. Z drużyny walczącej o mistrzostwo w jednej chwili stworzył się szpital... Do tego doszły kartki i w konsekwencji w następnym spotkaniu zagrać nie mogli: Utaka, Bąk, Sypniewski, Fanni – już był prawie zdrowy, ale patrząc długofalowo bałem się o kolejny groźniejszy uraz, kartki zamknęły drogę do wyjściowej jedenastki takim graczom jak: Coulibaly, Zonneweld i Jabi. I jak tu grać???

Wykazać musieli się zmiennicy...
- Panowie liczę na wasz profesjonalizm – zwróciłem się do drużyny podczas jednego z treningów – jest wiosna robi się ciepłej, ale rankiem jest... yyyy... no zimno – zacząłem się trochę dziwnie czuć, bo przed oczami stanęła mi moja mama, która zawsze wmuszała we mnie kolejne warstwy ubrań, podczas gdy ja już wyrywałem się w krótkich spodenkach na boisko, chciałem korzystać z pierwszych dni wiosny – tak więc – kontynuowałem – jak się przeziębicie to wypadacie z drużyny, na czym stracicie nie tylko wy, ale także całe Lens.
Zawodnicy trochę rozbawieni, przyrzekli, że będą o siebie dbać i udali się do domów. To był piątek, a w tą sobotę nie graliśmy akurat ligi. Postanowiłem więc udać się gdzieś wieczorkiem do przyjemnego klubu. Towarzyszył mi także mój kolega – Mateusz, chcieliśmy wyciągnąć także Mario, ale nie dał się namówić. Matti robił furorę nie tylko w francuskiej telewizji jako znakomity prowadzący i komentator, jego programy, podobnie jak w Polsce zdobywały coraz większą rzeszę fanów, piął się również po drabince życia nocnego i towarzyskiego w Lens, poznając coraz lepsze kluby oraz nawiązując bardzo ciekawe znajomości.

Wybraliśmy się do jednego z lepszych klubów w mieście. Zabawa była przednia, bardzo dobrze robiła na moje skołatane nerwy. Nie mogłem żyć przecież cały czas w nieustannym stresie.
Po jakimś czasie nawiązaliśmy znajomość z dwiema kobietami. Matti swoją znajomość od razu zaciągnął na parkiet, a ja prowadziłem bardzo interesującą konwersację z uroczą brunetką o piwnych oczach i o ślicznym imieniu – Sophie. Była ubrana w ładną biała bluzeczkę oraz spódniczkę do kolan. Strój ten delikatnie podkreślał jej piękną figurę oraz kształtne piersi. Potem zaprosiłem moją partnerkę do tańca po kilku utworach niestety musiała udać się do domu, a ja zaoferowałem, że ją podwiozę. Chętnie się zgodziła, pożegnałem się z Mateuszem i już po dwudziestu minutach byliśmy pod jej domem. Kolejne wydarzenia działy się już bardzo szybko, zaprosiła mnie na coś do picia, a ja wiem, że tą noc będę pamiętał bardzo długo...

Mój dobry humor emanował na wszystkich piłkarzy. Mecz z Cannes był bardzo szybki, bardzo sprawnie zdemolowaliśmy gospodarzy 1:5, a naszą dobrą dyspozycję potwierdziło spotkanie z rywalem – Bordeaux. Mając w pamięci mecz z rundy jesiennej i nieszczęśliwy remis dużą satysfakcję dało mi zwycięstwo 2:0 (Cheyrou 16, Thomert 70).
Prasa chwaliła nas, szykowano się na pasjonujący finisz ligi, Maxy na szczęście gdzieś znikł ze sceny piłkarskiej Francji.

Następnym rywal walczył o utrzymanie i może dlatego stawiał tak silny opór. Po pierwszej połowie zanosiło się na nie lada niespodziankę. Bastia prowadziła 2:0. Widząc co się święci ostro zmobilizowałem drużynę. Czas pozwolił już wyleczyć się wszystkim graczom, a kary za ostrą grę minęły. Myślę, że tylko dlatego uratowaliśmy jeden punkt. Genialną formę w tym okresie prezentował Thomert, który strzelił dla nas obie bramki w meczu z ligowym outsiderem.

Następne spotkanie przejdzie chyba do historii. Przynajmniej z kilku powodów. Pierwszy: ilość zmarnowanych okazji przez nasz zespół, na dwudziestej przestałem liczyć... drugi: nadkomplet publiczności na Stade Felixa Bollaerta... trzeci: pierwszy raz widziałem żeby zespół, który stracił w 7 minucie zawodnika wywiózł z trudnego terenu jeden punkt w dziesięciu, tym zespołem był Lyon, a wyrzuconym Govou... czwarty: pierwszy raz nasz mecz komentował Mateusz Mogielnicki...
Zmarnowaliśmy ogromną szansę na oderwanie się od Lyonu.....

Szczerze powiedziawszy nie miałem zamiaru wygrania Pucharu Francji. Jednak nadzwyczaj łatwo w rezerwowym składzie odprawiliśmy Sedan 2:0. Nawet bardziej od wyniku cieszyły mnie dwie bramki Igora Sypniewskiego.

Koleje spotkanie z ligowym średniakiem i kolejny popis jednego piłkarza. Utaka wykazał się znakomitym instynktem i ustrzelił hat-tricka. Gospodarze – Le Mans zdobyli się tylko na jedną honorową bramkę...

Kolejny ligowy hit – Lens vs Marsillie. Tym razem nie miałem zamiaru wypuścić kolejnego finansowego potentata z jakąkolwiek zdobyczą punktową. Zaskoczyłem Marsylczyków bardzo defensywnym ustawieniem. Tym razem to nie Lens będzie atakować, liczyliśmy na kontry. Czekaliśmy długo, ale uparcie. Wreszcie ulga, gol Moreiry (znowu) w 85 min. ratuje nam skórę i trzy punkty zostają na Stade Felixa Bollaerta...

Znowu mecz z gatunku „tych o życie”. Wybieramy się do Auxerre. Podopieczni Guy’a Rouxa tylko przez pierwszą połowę dotrzymywali nam tempa. W drugiej odsłonie znowu błyskiem geniuszu wykazał się Thomert strzelając dwie bramki w trzy minuty...
Radość ze zwycięstwa potęguje wiadomość – Lyon poległ z Montpellier. Lens na drugiej lokacie!!!!

W planach nie było zwycięstwa w Pucharze Francji więc piłkarze jakby o tym wiedzieli i nie przyłożyli się do spotkania z Chaterurox (niektórzy nawet nie wiedzieli, która to liga). Efekt: porażka po rzutach karnych, po regulaminowych 90 minutach wynik bezbramkowy, jedenastek nie strzelili błyszczący ostatnio formą Thomert i Moreira, bramkarza rywali z wapna pokonali Cheyrou i Kristiansen.

W następnej części decydująca rozgrywka o mistrzostwo, mecz z liderem – Sochaux, trochę skandali oraz wiele, wiele więcej.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: CM 03/04
Dodano: 27.02.2008

Liczba wyświetleń: 1028

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu