Reims ( cz.4 )
W tym sezonie zarząd ponownie wymaga jedynie spokojnego utrzymania się w lidze. Wydawało mi się to nieco dziwne, zwłaszcza po wywalczeniu wicemistrzostwa w poprzednim sezonie i zakwalifikowaniu się do ligi mistrzów, ale kto wie, czy życie nie przyzna racji członkom zarządu.
Przed rozpoczęciem rozgrywek do klubu dołączyło kilku graczy, ale nie były to już tak spektakularne transfery jak w zeszłym roku. Przybyli:
- Seyi Ogunsanya, NIG, 28, D/DM C, Dallas, 3.8M, 14 występów w reprez.
- Jean-Gabriel Padovani, FRA, 24, GK, Nice, 575K
- Olivier Kapo, FRA, 23, M/F LC, Auxerre, Bos.
- Jeremie Aliardiere, FRA, 21, SC, Arsenal, Bos.
Drużynę opuścili Cedric Liabeuf (nie przedłużył kontraktu) i Rudy Giublesi, który odszedł do Noisy-le-Sec za 750K. Ponad to na listę transferową trafiło kilku graczy z rezerw, którzy nie poczynili odpowiednich postępów, a 18-letni Alexander Peter został wypożyczony do końca sezonu do niemieckiego Unterhaching.
Po tym sezonie postanowiłem zrobić gruntowny porządek w klubie. Była to więc ostatnia szansa dla wielu, aby wykazać swą przydatność. Zdecydowałem się na to dlatego, że wielu graczom kończyły się po tym sezonie kontrakty (m.in. Meslin, Rodriguez, Martel, Negouai, Fauconnier, Deguerville, Maurice, Irles), chciałem więc spokojnie ocenić, kto jest wart, aby go w klubie zatrzymać.
Kadra pierwszego zespołu była więc bardzo szeroka, bowiem, po pierwsze, chciałem każdemu dać się wykazać, a po drugie, graliśmy teraz w lidze mistrzów i mecze często odbywały się co 3 dni.
Przed rozpoczęciem sezonu zorganizowałem kilka meczy sparingowych oraz Turniej o Puchar miasta Reims, do którego zaprosiłem kluby, które zdobyły w swoich krajach wicemistrzostwa, podobnie jak my we Francji. W turnieju wzięły więc udział: wicemistrz Belgii - Standard Liege, Niemiec - Schalke 04, Holandii - Ajax Amsterdam no i nasza drużyna. Zanim jednak rozpoczął się puchar zaprosiliśmy do siebie drużynę Realu Sociedad na mecz towarzyski, który przegraliśmy 1:2 (bramkę strzelił będący wtedy na testach w Reims Arkadiusz Klimek). Nadszedł czas półfinałowego meczu Pucharu Reims, w którym pokonaliśmy Ajax 1:0 (strzelcem bramki był drugi z testowanych napastników, Kolumbijczyk Edwin Congo). Co ciekawe, mimo, że nie graliśmy ostro w 67. minucie sędzia pokazał czerwoną kartkę Omarowi Daf. W drugim półfinale Schalke 04 pokonało Standard Liege i już następnego dnia odbył się finał. Wygraliśmy znów 1:0 od 4. minuty grając w dziesiątkę po kolejnej czerwonej kartce, tym razem dla Mexesa (albo sędziowie rzeczywiście się uwzięli, albo nie wiem co - przecież gram "easy tackling"), a zwycięską bramkę strzelił Proudlock.
Tydzień później pojechaliśmy na krótkie tournee po Hiszpanii, gdzie pokonaliśmy beniaminka Primera Division, zespół Elche 2:0 po golach Aliardiere i Kapo (sędziował sędzia Hiszpański i tym razem nikt z moich graczy nie dostał nawet żółtej kartki), a następnie zremisowaliśmy z drużyną Alaves 2:2 (Aliardiere, Bąk).
Tydzień później ruszyły rozgrywki ligowe. Na pierwszy mecz jechaliśmy do Guingamp, gdzie wygraliśmy 2:0 po dwóch golach debiutującego w Reims Aliardiere. W spotkaniu tym zadebiutował także między słupkami Padovani, który zastąpił zawieszonego za czerwoną kartkę z poprzedniego sezonu Klosa. W następnym spotkaniu zaledwie jednak zremisowaliśmy bezbramkowo, a czerwoną kartkę zobaczył Bah. pomyślałem wtedy, że znów się zaczyna. I miałem niestety rację. W meczu z FC Nantes zremisowanym szczęśliwie 2:2 (Bąk, Kapo) czerwoną kartkę ujrzał po raz kolejny Klos. W następnym meczu w bramce znów stanął więc Padovani, ale zagrał dobrze i pokonaliśmy Marseille 3:2 (Danic, Perez, Ogunsanya). Obie bramki dla Marsylii zdobył Żurawski. Następnie udało nam się pokonać na wyjeździe Rennes 2:1 (Rodriguez, Bąk) i o dziwo nikt nie dostał żadnej kartki. Ale co się odwlecze to nie uciecze. W następnym spotkaniu do bramki wrócił Klos i... w 33. minucie dostał kolejną czerwień, przez co przegraliśmy z Lille 2:3 (2x Negouai).
Nadszedł czas pierwszego meczu w I fazie ligi mistrzów. Trafiliśmy do grupy G z Milanem, Celtic`iem i macedońskim Vardarem. Przy odrobinie szczęścia mogliśmy pokusić się o awans, ale planem minimum było zajęcie trzeciego miejsca w grupie i gra w Pucharze UEFA. Co ciekawe, przez eliminacje do LM przebiły się dwa polskie zespoły. Wisła trafiła do grupy B z Barceloną, Tottenhamem i bułgarskim Levski, natomiast Polonia wylosowała grupę E, gdzie jej przeciwnikami były zespoły Lazio, Deportivo i PAO.
Na pierwszy mecz w LM lecieliśmy do Glasgow na spotkanie z Celticiem. Niestety, ze względu na słabą postawę Klosa w bramce i niesamowitą dyspozycję Didiera Agathe po prawej stronie pomocy Celticu przegraliśmy tam 0:2. Nie była to jakaś wielka tragedia, gdyż niespecjalnie liczyliśmy na zwycięstwo, ale jednak wrażenie pozostało. W lidze tymczasem pojechaliśmy do Sedanu. Cała drużyna oprócz jednego gracz zagrała fatalnie. Tym jedynym był stojący między słupkami Padovani, który, można powiedzieć, sam zatrzymał gospodarzy, dzięki czemu wywieźliśmy 1 punkt remisując 0:0. Po siedmiu kolejkach byliśmy więc na 8. miejscu z dorobkiem 12 punktów.
W drugim meczu LM pewnie pokonaliśmy na własnym boisku Vardar 3:0 (Aliardiere, 2x Bąk), co dało nam trzecią pozycję w grupie po 2 meczach. Potem z rozpędu rozgromiliśmy u siebie Auxerre 3:0 (Włodarczyk, Christanval, Fauconnier), ale w następnym meczu ostro przystopował nas Milan, pokazując ile nam jeszcze brakuje do europejskiej czołówki. Wtopiliśmy 1:4 (Włodarczyk) i to w dodatku na własnym boisku, a hat-trickiem popisał się Shevchenko. W lidze wygraliśmy jednak 2:0 z Bordeaux (2x Meslin) i po bardzo emocjonującym meczu 5:2 z PSG (2x Perez, Włodarczyk, Daf i samobójczy Haddad`a). Nadszedł czas na rewanż w Mediolanie. Nasze szanse były niewielkie i wynik to odzwierciedlał. 1:3 było wynikiem sprawiedliwym, a honorową bramkę na gorącym terenie rywali strzelił Harasimowicz. Czekał nas teraz mecz ostatniej szansy w Lidze Mistrzów. Podejmowaliśmy zajmujący aktualnie drugie miejsce w grupie Celtic. Zwycięstwo przedłużało nasze szanse na awans, natomiast każdy inny wynik powodował odpadnięcie z rozgrywek. Mecz był nieciekawy, wręcz nudny. Celtic bardzo zagęścił przedpole nie dopuszczając praktycznie do czystych sytuacji strzeleckich. W całym meczu strzelaliśmy na bramkę Douglasa dwukrotnie, a tylko raz celnie. Ale to wystarczyło. Wygraliśmy 1:0, a zwycięską bramkę zdobył Arkadiusz Bąk.
W lidze przegraliśmy z Monaco 0:1 po bardzo wyrównanym i zaciętym spotkaniu. Zatrzymał nas bramkarz gości Matteo Guardalben, który był tego dnia nie do pokonania. Za to w Saint-Ettiene to my triumfowaliśmy zwyciężając 1:0 po golu Bąka.
W ostatnim meczu pierwszej fazy grupowej Ligi Mistrzów pokonaliśmy na wyjeździe Vardar 3:0 (Negouai, Aliardiere, Perez), ale Celtic wygrał u siebie z Milanem i w efekcie to on awansował. Nam zostało na pocieszenie 3. miejsce i Puchar UEFA, w którym w 3. rundzie wylosowaliśmy włoskie Torino.
Dzięki temu, że w pierwszej części sezonu klub może pomimo zakazu transferów kupić jednego gracza, na Stade Auguste-Delaune zawitał nowy zawodnik. Kupiony za 800K z Norwich, były gracz West Ham i Lyonu, 27-letni, Frederic Kanoute. Miał on wzmocnić siłę naszego ataku, który ostatnio miewał problemy ze strzeleniem bramki przeciwnikowi.
Nowy nabytek zadebiutował w meczu ligowym z Lens i od razu wpisał się na listę strzelców. Oprócz niego na tę listę wpisali się także Bąk i Kapo, jednak słaba postawa obrońców sprawiła, że zremisowaliśmy tylko ten mecz 3:3. W kolejnych ligowych bataliach pokonaliśmy Istres 2:0 (Christanval i ponownie Kanoute), a także po wspaniałym piłkarskim widowisku Ajaccio AC 6:3 (2x Kanoute, Proudlock, samobójczy Touichri, Włodarczyk, Bąk).
Przyszedł czas na Puchar UEFA. W pierwszym meczu na własnym boisku pewnie pokonaliśmy Torino 3:1 (2x Bąk, Proudlock) i pozostało nam już tylko obronić ten wynik na wyjeździe. W Turynie mecz był bardzo wyrównany i choć przegraliśmy go 0:1, głównie dzięki wspaniałej postawie golkipera gospodarzy, to i tak awansowaliśmy do 4. rundy. A tam czekało na nas już Schalke 04. Jednak następne mecze Pucharu UEFA dopiero w marcu.
W lidze szło nam w kratkę. Od początku sezonu gracze nie bardzo mogli złapać właściwy rytm. W zasadzie już przegraliśmy mistrzostwo, gdyż na fotelu lidera z dużą przewagą od początku rozsiadło się FC Nantes. A nam wyraźnie nie szło. Spotkanie z Lorient zremisowaliśmy 1:1 (Okoronkwo), podobnie jak kolejne z Troyes, ale tym razem bezbramkowo. Potem mecz z liderem Nantes i porażka 1:2 (Włodarczyk), remis 2:2 z Lyonem (Proudlock, Bąk) i wreszcie wygrana 2:1 z Rennes (Negouai, Bąk). To jakby trochę nas rozruszało, bo pokonaliśmy Sedan 3:1 (Bąk, 2x Aliardiere), Auxerre 1:0 (Bąk), Bordeaux 2:0 (Proudlock, Pailleres) i dopiero Lille zdołało nas zatrzymać 1:3 (Pailleres).
W międzyczasie ruszyły krajowe puchary. W Pucharze Ligi najpierw rozprawiliśmy się z Metz 2:0 (Negouai, Kanoute), a następnie po bardzo ciężkim meczu i remisie 2:2 (Kanoute, Aliardiere) pokonaliśmy w karnych Rennes. W ćwierćfinale trafiliśmy na zawsze niewygodne Lille i podobnie jak w meczu z Rennes po remisie 2:2 (Bąk, Ogunsanya) doszło do karnych, ale tym razem to my musieliśmy uznać wyższość rywala. W Pucharze Francji natomiast rozgromiliśmy drugoligowe Amiens 4:1 (2x Bąk, Danic, Aliardiere), a następnie wyeliminowaliśmy Marsylię wygrywając 3:2 (2x Aliardiere, Kanoute).
Tymczasem w lidze wybitnie nam się nie wiodło. Porażka z Metz 1:2 (Włodarczyk), ledwo wywalczony remis z Lyon 3:3 (przegrywaliśmy do przerwy 0:3, ale potem moi gracze się przebudzili i zdołali doprowadzić do wyrównania - bramki strzelali Pailleres, Aliardiere, Prudlock) i kolejny remis 1:1 z Metz (Bąk) zepchnęły nas na dopiero czwartą pozycję w lidze. Potem wcale nie było lepiej. 2:2 z Marsylią (2x Pailleres), 1:2 z PSG (Kapo), 1:1 z Monaco (Mexes) i 0:2 z St-Etienne sprawiło, że spadliśmy na miejsce 6. Zacząłem poważnie się obawiać, czy zakwalifikujemy się w tym sezonie do europejskich pucharów.
Jak nam nie szło w lidze, tak szło nam w pucharach. Najpierw jechaliśmy do Gelsenkirchen na spotkanie z Schalke 04 w ramach 4. rundy Pucharu UEFA. Dzięki spokojnej grze i opanowaniu środka pola wywieźliśmy stamtąd bardzo cenny remis 1:1 (Bąk). W rewanżu też zaczęliśmy spokojnie, ale wraz z upływem czasu coraz bardziej przyspieszaliśmy. Dzięki temu pierwszą bramkę strzeliliśmy już w 26. minucie. Druga połowa także była zadziwiająco spokojna i toczyła się pod nasze dyktando. Nic nie zapowiadało horroru jaki rozegrał się w końcówce spotkania. W 80. minucie w zasadzie z niczego bramkę na 1:1 strzelił Holender Ooijer. Ruszyliśmy więc trochę bardziej do przodu i... dwie minuty później straciliśmy drugiego gola. Byłem wściekły, ale na szczęście moi gracze nie poddali się. W pierwszej akcji tuż po wznowieniu gry od razu padło wyrównanie, a strzelcem był Okoronkwo. Ale remis 2:2 dawał awans Niemcom. Ruszyliśmy więc do frontalnego uderzenia i... udało się. W 85. minucie Aliardiere umieszcza piłkę w siatce Franka Rosta i zwyciężamy 3:2. Jesteśmy w ćwierćfinale Pucharu UEFA.
W 11. rundzie Pucharu Francji pokonujemy rezerwowym składem Valence 3:0 (Saez, Harasimowicz, Włodarczyk) i spokojnie przechodzimy do ćwierćfinału. Tam jednak złośliwy los stawia na naszej drodze najbardziej znienawidzonego rywala - FC Nantes. Miałem problem ze skompletowaniem składu na ten mecz, ponieważ dwa dni wcześniej graliśmy w Pucharze UEFA i zawodnicy z podstawowej jedenastki byli mocno zmęczeni. Zaczęło się jednak bardzo dobrze dla nas. Nantes grało zadziwiająco biernie w środku pola, dzięki czemu mieliśmy sporo sytuacji podbramkowych. Ale co z tego, skoro żadnej nie udało się wykorzystać. Wspaniale bronił Landreau, a kiedy już nawet on nie dawał rady pomagał mu Laspalles (trzykrotnie wybijał piłkę z linii bramkowej). Po 90. minutach było więc 0:0. W dogrywce nadal naciskaliśmy, ale ciągle nie przynosiło to rezultatów. Pierwsza i jedyna bramka tego meczu padła dopiero w 97. minucie dla... Nantes. Był to drugi strzał gości na bramkę Klosa w tym meczu, przy szesnastu moich.
Nie było jednak co rozpaczać ponieważ zarówno bezpośrednio przed, jak i bezpośrednio po spotkaniu z Nantes graliśmy w ćwierćfinale Pucharu UEFA z kolejną niemiecką drużyną - Herthą Berlin (co ciekawe, w tegorocznym ćwierćfinale Pucharu UEFA grało 5 drużyn z Niemiec). Pierwsze spotkanie odbywało się na naszym stadionie. Hertha przyjechała bardzo umotywowana, ale moja drużyna zagrała tego dnia koncertowo, co w połączeniu ze słabą dyspozycją bramkarza gości złożyło się na wynik 4:0 dla Reims (Aliardiere, Negouai, Bąk, Kanoute). W świetle takiego rezultatu rewanż wydawał się być tylko formalnością. Cóż, czasem człowiek nawet nie podejrzewa jaki los potrafi być złośliwy.
Do Berlina pojechaliśmy w pół-rezerwowym składzie z zamiarem obrony korzystnego rezultatu. Hertha ostro zaatakowała od pierwszych minut. Najniebezpieczniejszy był Alex Alves i to właśnie on zdobył pierwszą bramkę już w 11. minucie. To jednak nie było nic strasznego. W 15. minucie padła na mnie groza, gdy czerwoną kartkę za faul na Delgado zobaczył Christanval. Hertha uderzyła ze zdwojoną siłą i tuż przed przerwą zdobyła drugą bramkę. Moi gracze grali fatalnie, więc dokonałem w przewie kilku zmian. W drugiej połowie udawało nam się już nieco dłużej utrzymywać przy piłce. Do czasu. W 83. minucie kontuzji doznał Proudlock, a ja wykorzystałem już limit zmian. Graliśmy więc w dziewiątkę. Chwilę później trzecią bramkę zdobył Araujo i widmo odpadnięcia z Pucharu zaglądnęło mi w oczy. Na szczęście na strzelenie czwartego gola zabrakło już Niemcom czasu. Przegraliśmy 0:3 i w efekcie awansowaliśmy, ale kto spodziewał się takich emocji po pierwszym, wygranym 4:0, meczu.
Byliśmy więc w półfinale Pucharu UEFA, ale z drugiej strony od 8 spotkań nie wygraliśmy w lidze. Trzeba było coś z tym fantem zrobić. Próbowałem, ale jakoś się nie dało. Nie wiem. Może brakowało motywacji, ale w lidze moi podopieczni grali po prostu koszmarnie. Dwa najbliższe mecze graliśmy z Nancy. Najpierw na wyjeździe, a potem u siebie. Akurat tak jakoś dziwnie ułożył się kalendarz, że zaległe spotkanie z jesieni graliśmy tuż przed rewanżem z wiosny. W pierwszym meczu tylko zremisowaliśmy 2:2 (Kapo, Harasimowicz), podobnie zresztą jak w drugim, tyle że tym razem 0:0.
Nadszedł czas półfinału Pucharu UEFA, w którym los skojarzył nas mało szczęśliwie, bo z Realem Madrid. Nasze realne szanse były niewielkie, ale nadzieja na zwycięstwo zawsze jest. Na Santiago Bernabeu zawitaliśmy 7. kwietnia. Przywitały nas gwizdy sześćdziesięciu tysięcy kibiców. Zaczęło się. Nie zdziwiło mnie to, że Real miał przewagę. W zasadzie cały czas byli przy piłce. Moi gracze tylko czasami przeprowadzali jakąś nieśmiałą kontrę. Pierwszą bramkę straciliśmy w 34. minucie po strzale Adriana Illie. Gra wtedy się trochę wyrównała. Nawet poszliśmy do przodu i udało się przeprowadzić kilka składnych akcji, ale to gospodarze znów strzelili gola. W 79. minucie po rzucie rożnym piłkę w bramce Klosa umieścił Ivan Helguera. Wtedy Real jakby trochę się cofnął. Gospodarze się rozluźnili, a moi gracze natychmiast to wykorzystali. W 83. minucie Bąk znalazł się sam na sam z bramkarzem i było 1:2. Taki wynik dawał nam jeszcze nadzieję na zwycięstwo w rewanżu. Trzeba tylko nie stracić gola i samemu jednego strzelić. Zobaczymy.
Zanim jednak nadszedł rewanż graliśmy dwa spotkania ligowe. W końcu moi gracze zagrali na poziomie i udało nam się wygrać z Lens aż 3:0 (2x Ogunsanya, Kanoute). Następne spotkanie jednak przegraliśmy 0:1 pomimo dużej przewagi.
Nadszedł wreszcie dzień, gdy na Stade Auguste-Delaune zawitał Real Madrid. Goście przyjechali w najsilniejszym składzie, ale ku zdziwieniu prawie 8 tysięcy kibiców na stadionie (tylko tyle może oglądać mecze pucharowe na tym obiekcie) i milionów przed telewizorami na boisku rządziło Reims. Atakowaliśmy niemal bez przerwy, ale defensywa Realu spisywała się wyśmienicie, a za nią był jeszcze Casillas. Jednak w 17. minucie Illie sfaulował Meslina w polu karnym i jedenastkę pewnie wykorzystał Ogunsanya. Zwolniliśmy nieco tempo i do przerwy było 1:0. W drugiej połowie graliśmy już bardziej asekuracyjnie, za to odsłonił się Real, co skończyło się drugą bramką dla Reims, którą strzelił Meslin. Jednak już 4 minuty później Celades dobrze zagrał do Solariego i było 2:1. Gra znów się uspokoiła i gdy wydawało się, że będzie dogrywka sędzia wskazuje na jedenastkę. Drugi karny dla Reims w tym meczu. Tym razem Meslina faulował Karanka. Ogunsanya znów nie ma problemu z pokonaniem Casillasa i wygrywamy 3:1. Jesteśmy w finale!
Ostatnie trzy ligowe spotkania dają nam jeszcze 4 punkty. Najpierw pokonujemy Ajaccio AC 3:0 (2x Bąk, Meslin), potem remisujemy z Lorient 1:1 (Proudlock), a na koniec przegrywamy z Guingamp 1:2 (Ogunsanya). Ostatecznie kończymy ligę dopiero na 8. miejscu z dorobkiem tylko 59 punktów.
Tymczasem odbył się wielki finał Pucharu UEFA, w którym na stadionie w Brukseli spotkały się zespoły FC Bayernu Monachium i Stade de Reims Champagne. Bayern wyszedł w ustawieniu 4-2-4: Kahn - Dudic, Babbel, Kuffour, Sagnol - Ballack, Scholl - Hargreaves, Elber, Pizarro, Zickler. Ja ustawiłem drużynę w zmodyfikowane 4-4-2. Tego pamiętnego wieczoru zagrali: Klos - Okoronkwo, Mexes, Christanval, Daf - Danic, Bąk, Ogunsanya, Proudlock - Kanoute, Aliardiere. Obie drużyny nastawione były ofensywnie. Od początku gra była bardzo wyrównana. Doskonale spisywały się bloki defensywne obu zespołów, tak że bramkarze nie mieli wiele do roboty. W 25. minucie groźnie strzelał Elber, ale piłka minęła bramkę. W odpowiedzi ładnie z daleka uderzał Kanoute, ale Kahn sparował strzał. Do przerwy było 0:0. W drugiej połowie obraz gry nie zmienił się zbytnio. Znów było dużo ostrej walki w środku pola, ale mało sytuacji podbramkowych. W 55. minucie na boisku pojawili się Roque Santa Cruz i Sebastian Deisler, którzy zmienili Heargreaves`a i Elbera. Nie wnieśli jednak wiele nowego do gry. W 92. minucie bardzo groźną indywidualną akcję przeprowadził Pizarro, ale Klos obronił strzał. Piłkę dostał Okoronkwo. Dalekim podaniem uruchomił Danicia, który zagrał w pole karne do Kanoute. Szybszy był jednak Babbel, który wybił piłkę. Piłkę w narożniku ustawił Danic i dośrodkował. W wielkim zamieszaniu na polu karnym piłka uderzyła w Sagnola i wpadła do bramki. Mecz się skończył. Reims zdobyło Puchar UEFA pokonując Bayern Monachium 1:0 po samobójczym golu Willy`ego Sagnola!!!
Mistrzem Francji ponownie zostało FC Nantes, natomiast do drugiej ligi spadły Bordeaux, Metz i Ajaccio AC. My zajęliśmy 8. miejsce. Zaliczyliśmy 15 zwycięstw, 14 remisów i 9 porażek. Strzeliliśmy 65 goli tracąc 47. Tak słaba postawa była zapewne spowodowana bardzo długim i ciężkim sezonem, oraz zbyt szczupłą kadrą jak na takie obciążenia meczowe. Rozegraliśmy w tym sezonie 60 spotkań. Graliśmy mecze często co 2 lub 3 dni. Wymuszało to znaczne rotacje w składzie. Niestety jak się okazało zmiennicy byli znacznie gorsi od graczy pierwszej jedenastki. Bardzo odczuliśmy zwłaszcza brak dobrych bocznych obrońców, gdyż Bah, Daf i Saez nie radzili sobie zupełnie.
Najlepszym graczem Reims był jak zwykle Arkadiusz Bąk. Strzelił on w 44 meczach 24 bramki, ale tylko przy 6 asystował. Ośmiokrotnie wybierano go najlepszym graczem meczu. Uzyskał średnią 7.80. Bardzo dobrze radził sobie także młody Jeremie Aliardiere (28 meczy, 13 goli, 4 asysty, 7.75). Dobrze spisali się także Kanoute (7.30), Danic (7.23), Okoronkwo i Klos (obaj 7.22), a także Mexes (7.10). Zawiedli natomiast zwłaszcza boczni obrońcy, ale nie tylko. Słabo spisywał się Charpenet (6.41), Pailleres (6.43), Kapo (6.71) i Włodarczyk (6.85). Podobnie słabo spisali się także Christanval i Perez. Szkoda mi było zwłaszcza młodego Kolumbijczyka, bo wiązałem z nim spore nadzieje. Coraz gorzej radził też sobie Arnaud Duncker, ale tego akurat się spodziewałem. W końcu ma już 34 lata.
Mistrzowie:
Belgii: Lierse
Anglii: Leeds
Niemiec: FC Bayern
Holandii: PSV
Włoch: Inter
Polski: Wisła
Hiszpanii: Valencia
Puchar Mistrzów po raz drugi z rzędu zdobyła Roma pokonując w finale PSV po dogrywce 2:1. Francuska Federacja Piłkarska uhonorowała mnie przyznając mi tytuł menadżera roku francuskiej DIV 1.