Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Droga ku glorii - Racing Club de Lens cz.8

Zwycięstwo w Superpucharze Ligi zapowiadało udany sezon. Nasza kadra była wyrównana, nie posiadaliśmy oczywiście gwiazd wielkiego światowego formatu, ale optymizm można było wyczuć w każdym zakątku naszego miasta. Atmosfera wyczekiwania, która tworzyła się przed startem ligi była wszechobecna, napięcie rosło z godziny na godzinę. Oczywiście media nie mogły przejść obok tej sytuacji obojętnie. Dziennikarze bardzo umiejętnie budowali całą otoczkę, przeprowadzali liczne analizy i wywiady.
Tymczasem my spokojnie szlifowaliśmy formę, pracowaliśmy przede wszystkim nad taktyką i zrozumieniem. Kondycję ćwiczyliśmy już bardzo długo na obozie w Grecji i wierzyłem, że z tym aspektem nie będzie większych problemów. Wracając jeszcze do wzmocnień...
Bardzo mocno liczyłem na Carew’a i Coloccini’ego. Knopper powinien również dobrze wypełnić lukę po odejściu Cheyrou, a Guigou pewnie zostanie solidnym rezerwowym. Nie widziałem potrzeby wydawanie ciężkich milionów na przereklamowane gwiazdki, czy też młodych gladiatorów, którzy według niektórych mają podbić niedługo cały świat... Zupełnie bezpodstawnie robi się takim chłopcom wodę z mózgu, a później zamiast dobrze kopać spędzają całe dnie i noce w pubach. Oczywiście, nie jestem żadnych przeciwnikiem nocnego interesu, ale po prostu wszystko z umiarem. Ale nie o tym chciałem mówić...
Wracając do tematu, dlaczego nie dokonałem wspomnianych wyżej transferów? Bardzo możliwe, że bałem się pewnej odpowiedzialności... Przecież, jeśli gra takowej gwiazdy nie będzie mnie zadowalać, to błyskawicznie powinna lądować na ławce rezerwowych. Tymczasem znając kibiców, media i jeszcze inne indywidua myślące, że prowadzenie klubu to pryszcz odezwałyby się głosy sprzeciwu i pojawiły wieczne narzekania. Chciałem tego uniknąć, a co za tym idzie zmniejszyć presję, która niewątpliwie zaczęłaby się nasilać. Zapewne wielu z Was pomyśli o mnie jak o egoiście bojącym się o własną posadę i dążącym do sukcesu po najmniejszej linii oporu. No cóż, żyjemy w wolnym kraju (przynajmniej tak sądzę) i każdy ma prawo do własnego zdania. Jednakże utwierdzony doświadczeniami związanymi z aferami z poprzedniego sezonu wolałem ingerencję osób trzecich ograniczyć do minimum. Mój wybór...
Oczywiście były jeszcze inne powody, dla których nie przeprowadziłem takich transferów. Przecież budżet Lens nie jest workiem bez dna. Jasne, że nie klepiemy ogromnej biedy, ba wręcz osiągamy wcale niemałe zyski, ale jak pojawią się wysokie transfery, to na kolejny front pójdą kosmiczne wynagrodzenia i premie. Efekt? Odpowiedzcie sobie sami...

Myślę, że sprawę transferów zostawimy już w spokoju, czas oceni na ile się myliłem lub też nie.
Po powrocie do Francji z wszelkiego rodzaju wojaży i zgrupowań odnieśliśmy dziwne wrażenie jakby czegoś nam brakowało. Sprawa wyjaśniła się kilka dni później. Wracałem właśnie do domu po ciężkim i wyczerpującym treningu. Tymczasem z mojej kieszeni zaczął wydobywać się głos dzwonka komórki. Błyskawicznie podłączyłem telefon do zestawu głośno mówiącego (nie chciałem mieć na pieńku z lokalnym prawem), a później wcisnąłem zieloną słuchaweczkę.
- Tak słucham – zacząłem rozmowę
- Halo, witam Zombert, jak leci – w głośniku odezwał się głos mojego przyjaciela
- Cześć Mati, a jakoś leci już niedługo start ligi, sam wiesz presja i przyjemne oczekiwanie cały czas wzrasta, już nie mogę się doczekać
- Mam propozycję, masz trochę czasu dzisiaj?
- Pewnie, że mam. Właśnie wracam z treningu i miałem się wylegiwać przed telewizorem, to nie jest zbyt ciekawy sposób spędzania czasu...
- Dobra, to wpadnij do Mario, do restauracji czekamy na Ciebie, pogadamy, wypijemy kilka piw, przyda Ci się, aby rozładować stres.
- Nie ma problemu, postaram się przybyć jak najszybciej będę mógł.
- No to do zobaczenia – zakończył Mati
Spotkanie trwało kilka godzin, panowała bardzo przyjemna atmosfera. Dowiedziałem się również kilku ciekawych faktów dotyczących Pierre’a Maxy, którego ostatnio praktycznie nie spotkałem na dziennikarskiej scenie.
Mario razem z Mateuszem bardzo sprawnie wyjaśnili mi, do czego doszło w czasie, gdy byłem poza Francją. Okazało się, iż Maxy zamieszany jest w potężną aferę związaną z praniem brudnych pieniędzy. Co więcej, wyjaśniło się czemu przez cały ostatni sezon rzucał nam belki pod nogi. Otóż założył się z pewnym wpływowym biznesmenem, a suma oczywiście była kosmiczna. Maxy optował za tym, że nie wygramy ligi, natomiast przedsiębiorca był innego zdania. Dziennikarz przegrał, a gdy legalne spłacenie długu nie wchodziło w rachubę, to zaczął wymuszać od kilku znanych jednostek na arenie politycznej pewne kwoty. Groził, że opublikuje ośmieszające materiały, jak wszyscy się domyślają chodzi oczywiście o „skoki w bok” niektórych panów. Zawsze sądziłem, iż wierność jest cnotą... Na zakończenie próbował zwiać z kontynentu, ale w ostatniej chwili odpowiednie służy dokonały zatrzymania na lotnisku. Cóż, poczułem się tak jakoś swojsko, nawet do Francji przenikają już polskie klimaty...

***

Tak długo oczekiwany przez wszystkich dzień startu ligi wreszcie nadszedł. 7 Sierpnia cała Francja obserwowała zmagania w pierwszej kolejce 1. Ligue. Zespół mistrza kraju, Lens wybierał się do Strasbourga. W pamięci miałem zeszłoroczny początek rozgrywek, przez nasze szumne wypowiedzi polegliśmy na Korsyce, w meczu z lokalnym Ajaccio. Chciałem uniknąć powtórki. Jak zwykle ładna oprawa, przemówienia, baloniki, serpentyny. Raz po raz jacyś kibice zaczynają nucić Marsyliankę, po chwili już cały stadion wyśpiewuje francuski hymn. Trzeba przyznać, że kibice potrafią tworzyć piękny show. No cóż, ale w tamtym dniu najważniejsze były zmagania piłkarzy. Wyszliśmy w najmocniejszym ustawieniu, oto jak ono się prezentowało: Itandje, obrona: Yoann Lachor, Adama Coulibaly, Fabricio Coloccini, Cyril Rool, pomoc w zestawieniu: Mike Zonneweld, Syedou Keita, Richard Knopper, Jan Kristiansen atak: Moreira i John Carew.
Od początku spotkania przeważaliśmy zdecydowanie, dobrze funkcjonowała przede wszystkim pomoc. Formacja środkowa bardzo dobrze obsługiwała dwójkę napastników. Nie wiem czemu, ale Moreira bardzo często cofał się po piłkę, z drugiej strony to dobrze, że starał się być aktywnym, często przechodząc na skrzydła, łamiąc linie gry i mieszając w szykach defensywnych przeciwnika. Strasbourg zresztą nie grał wielkich zawodów, ograniczał się do defensywy oraz nielicznych kontr. Do przerwy jednak wynik brzmi 0:0. Rozmowa w szatni odbyła się dosyć szybko, przekonałem zwłaszcza Moreirę, iż musi wspomagać Carewa w większym stopniu. W 66 minucie długa piłka od obrońców, Carew wygrywa walkę w powietrzu tuż przed polem karnym, zgrywa do Moreiry, ten szybko i składnie oddaje z powrotem do Carewa, który uwolnił się spod opieki obrońcy i pokonuje bramkarza gospodarzy! Po tej bramce Strasbourg na chwilę przejął inicjatywę, ale tuż przed zakończeniem meczu gospodarzy pogrążył Kristiansen po ładnej indywidualnej akcji. Zwycięstwo i trzy punkty wracają do Lens, a co najważniejsze zademonstrowaliśmy kawałek naprawdę dobrego futbolu.

W następnym spotkaniu 1. Ligue po raz pierwszy gościła na Stade Felixa Bollaerta. Zespół PSG stawiał bardzo silny opór, kilkakrotnie Itandje ratuje nam skórę po strzałach Paryżan. Natomiast to, co wyprawiał wprowadzony po przerwie Thomert przechodzi ludzie pojęcie!
Dwukrotnie, po pięknych zespołowych akcjach stawał przed szansą zdobycia gola, mało tego, to były sytuację na pustą bramkę! Strasznie go skrzyczałem, strasznie...
Kolejny ligowy mecz przed własną publicznością. Tym razem do jaskini lwa przybywa drużyna Nantes. Już w 27 minucie sędzia odgwizduje rzut wolny tuż za linią pola karnego, jednakże powtórki na wielkich telebimach pokazywały, jaką wielką gafę popełnił arbiter. Zawodnik gości po prostu przefrunął nad nogą mojego podopiecznego. Niestety niepotrzebne dyskusje z głównym rozjemcą doprowadziły do wysypu żółtych kartoników. Co gorsza Stephane Zanni zdobywa dosyć szczęśliwego gola i Nantes prowadzi. Później kolejna pomyłka (mało powiedziane, czy ten człowiek ma oczy?). Karny z kapelusza i po trzydziestu trzech minutach przegrywamy 0:2. Naprawdę nie wygląda to ciekawie, po stracie obu bramek chłopcy opadli z sił jakby stracili motywację. Na szczęście zaangażowanie wróciło, gdy wszystkim w przerwie zagroziłem obcięciem pensji. Na efekty nie trzeba było długo czekać, zaraz po przerwie Lachor zdobywa kontaktowe trafienie, później wprowadzony w drugiej odsłonie Igor Sypniewski wyrównuje, a następnie Carew wyprowadza nas na prowadzenie. Sparaliżowani gracze Nantes naszym zrywem już się nie podnieśli.

Trzeba podkreślić, że w pierwszych meczach sezonu prezentowaliśmy niezmiernie nierówny poziom. Byliśmy w stanie pokonać każdy zespół w Europie, ale w pewnych momentach brakowało konsekwencji, zaangażowania (!) lub po prostu brakowało nam piłkarskiego farta...
Niestety formę z poprzedniego sezonu stracił Moreira, ileż to razy ratował nam skórę pięknymi golami, mobilizował młodszych zawodników, był prawdziwym kapitanem. Chyba obowiązki ojca go przytłoczyły, co gorsza narzekał na urazy. Liczyłem na jego wielki powrót w meczu z Nancy, które miało być dla nas spacerkiem z bardzo łatwym rywalem. Niestety na rozgrzane głowy polał się zimny prysznic...
Rywale z taką zaciekłością gryźli ziemię, iż środek pola (brak Keity, kontuzja) kompletnie stracił kontrolę nad spotkaniem. 1:0 – najniższy wymiar kary...
Porażka wpłynęła bardzo negatywnie na morale naszego zespołu. Czekał nas pierwszy w tym sezonie klasyk. Mecz, który z otoczką, mecz z klimatem, mecz, na które czeka się w każdym roku. Do Lens przybywa Marsylia. Rywal, którego kibice mają na pieńku z niejednymi. Szczególne środki ostrożności, ale komplet widzów na Stade Felixa Bollaetra. Pierwszego gola doczekaliśmy się dopiero w 41. minucie, kiedy to John Carew z zimną krwią wykorzystuje fantastyczne kilkudziesięcio metrowe podanie Kristiansena. Po przerwie znowu nadeszło to, czego najmniej oczekiwaliśmy – diabelskie odprężenie! Strata gola podziała na nas jednak mobilizująco i ponownie Carew, znowu asystuje Kristiansen. Do końca spotkanie ogromne emocje, obaj bramkarze bronią jak w transie! Runje wyciąga się jak struna, wybija w ekwilibrystyczny sposób wszystkie strzały, Itandje jest zawsze tam, gdzie być powinien, emanuje spokojem, ale przede wszystkim kocim refleksem. Wynik końcowy: 2:1, fiesta na trybunach, po raz kolejny ogrywamy Marsylię i po raz kolejny ten mecz zwiastuje przemianę. Bardzo dobre zawody Kristiansena, Knoppera oraz Carewa. Dwaj ostatni w bardzo dobry sposób wkomponowali się w oblicze drużyny. Natomiast Guigou miał drobne problemy aklimatyzacyjne, ale cały czas intensywnie pracowali z nim nasi psycholodzy. Również poprawnie spisywał się Coloccini w formacji defensywnej. Mimo straty czterech punktów w pierwszych pięciu meczach byłem zadowolony, jak zwykle optymistycznie patrzyłem w przyszłość.
Rozpędzony niczym francuski pociąg dalekobieżny zespół Piotra Sobczaka rozgromił bez najmniejszych problemów zespół Metz. Pierwszą bramkę uzyskał po rzucie rożnym Jabi, później trafiali jeszcze Moreira, Carew x2 oraz Coridon. Wreszcie zagraliśmy bardzo efektownie, ale przede wszystkim efektywnie. Rywale ograniczyli się tylko do dwóch przypadkowych trafień. Pod koniec było mi ich trochę żal, zostali niemiłosiernie wygwizdani przez swoich fanów.
Wreszcie odblokował się Moreira, liczyłem na tego gracza bardzo mocno.
W obecnym sezonie mieliśmy również na celu zaistnienie na europejskim rynku. Jako mistrz Francji mieliśmy przydzielony start w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Losowanie grup odbyło się Zurychu. Wiedziałem, że łatwo nie będzie, na tym etapie rozgrywek kelnerzy już odpadli. Jednak zaraz po zakończeniu losowania byłem przerażony. Muszę Wam się przyznać, iż spodziewałem się najgorszego.
W naszej grupie znalazły się zespołu: Besiktasu Stambuł, Juventusu Turyn oraz Realu Madryt. Zdawałem sobie sprawę, że wyjście chociażby z drugiego miejsca będzie arcytrudnym zadaniem. No cóż, ale któż powiedział, że będzie łatwo. Należało zacisnąć mocno zęby i z całych sił wierzyć w awans.
Wyjeżdżaliśmy na bardzo ciężką przeprawę do Auxerre. Ten mecz miał pokazać naszą siłę. Ostatecznie chyba pokazał. Po dwóch golach Carewa, którego transfer okazuje się strzałem w dziesiątkę wywozimy komplet punktów. Do ciekawych dodam, iż drugi gol został uznany na najpiękniejszy w całym miesiącu. Po pięknym prostopadłym podaniu John z dziecinną łatwością lobuje bramkarza gospodarzy.
Od pierwszego meczu nasz nowy napastnik zaliczył już osiem ligowych trafień, to był naprawdę doskonały wynik.

Kiedyś wielki trener – Kazimierz Górski powiedział, iż drużynę buduje się od obrony. Ostatnich kilka spotkań pokazało przede wszystkim genialną formę Itandje oraz całego bloku defensywnego.
Kolejny mecze, kolejne zwycięstwo i wreszcie awans na fotel lidera 1. Ligue. Tym razem może nie tak efektowne jak poprzednie spotkania, ale przecież w tym wypadku niezmiernie ważne były punkty. Bez kontuzjowanego Kristinasena, którego zastąpił na skrzydle Guigou. Niestety jemu również przydarzył się uraz, więc wprowadziłem Coridona. Jeśli chodzi o strzelców, to tym razem wreszcie trafia Moreira.
Od pierwszego spotkania w Lidze Mistrzów dzieliła nas już tylko jedna ligowa potyczka. Toulouse’a nigdy nie była łatwym rywalem, zwłaszcza na wyjeździe. O dziwo, bardzo szybko, bo już w dziesiątej minucie Carew wyprowadza nas na prowadzenie. Niestety później, po dwóch błędach Jacka Bąka tracimy dwie głupie bramki. Co gorsza drugi gol wpada w doliczonym czasie gry. Myślę, że nie tylko Bąk zasłużył na naganę po tym spotkaniu. Fatalnie zagrała cała defensywa, w obliczu spotkania z wielkim i galaktycznym Realem widziałem to niezbyt kolorowo.
21 dzień września, piękna noc, niebo nad Lens było w gwiazdach. Gdy na kilkanaście minut przed rozpoczęciem potyczki przechadzałem się po równej murawie zdawało mi się, że niektóre z nich uśmiechają się do mnie. Na trybunach powoli zbierał się komplet. Ja rozmyślałem, teraz oczy wszystkich w Europie będą zwrócone na Stade Felixa Bollaerta. Czy właśnie tu i teraz rozpocznie się wielki marsz ku glorii? Jakaż to siła nakazała tym ludziom stawić się tak licznie na widowni? Co tkwi w tym okrągłym przedmiocie kopanym przez dwudziestu dwóch mężczyzn? Ta niesamowita magia, tworząca legendy i mity... Cudowne, prawda?
Obie jedenastki stanęły w szeregu, w uszach każdego z nich dźwięczał hymn Ligi Mistrzów. Potem przywitanie, losowanie, piłka jest już na środku, a przy niej Moreira oraz Carew. Zaczynamy...!
Od pierwszych minut niczym wściekłe psy do ataku rzucili się gracze z Madrytu, dwóch dogodnych sytuacji nie wykorzystuje Ronaldo. Po jakimś czasie dochodzimy do głosu. Nie raz, nie dwa Cassilas ratuje Królewskich przed utratą gola. Do przerwy 0:0. Takim też wynikiem zakończyło się ostatecznie spotkanie. Rozczarowani? Może troszeczkę.... To, co wiedzieliśmy od początku potwierdza się. Tę grupę będzie bardzo ciężko wygrać.
Wróciliśmy do ligowej rzeczywistości, rozegraliśmy dwa przyzwoite spotkania, z Saint – Etienne oraz Ajaccio. Ostateczny bilans – cztery punkty, ale zachowaliśmy fotel lidera 1. Ligue.
Jedziemy do piekła. Do piekła, w którym zdarzyć może się wszystko. 6. Października, na Inonu w Stambule podejmuje nas Besiktas. Trzeba przyznać, że turecka atmosfera jest niepowtarzalna. Kraj ten, leżący na styku dwóch kultur tworzy iście wybuchową otoczkę. Podobnie zresztą sprawa się ma do futbolu. Od pierwszych minut Thomert razem z Moreirą próbują rozmontować obronę przeciwnika. Niestety, podobnie jak w meczu z Realem do przerwy nie ma goli. Tymczasem po przerwie na murawę wbiega Utaka. Wbijając trzy gole i zaliczając klasycznego hat – tricka zostaje bohaterem spotkania, Inonu zdobyte! Stambuł na kolanach!


W następnej części: dalsze losy Lens w europejskich pucharach oraz ciekawe potyczki ligowe.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: CM 03/04
Dodano: 27.02.2008

Liczba wyświetleń: 1067

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu