Droga ku glorii - Racing Club de Lens cz.9
Niecodziennie zdarzają się przełomowe chwile. Na takie momenty czeka się miesiącami, a w niektórych przypadkach nawet latami. W futbolu kluczowe przebudzenia, wielkie powroty lub heroiczne zrywy również należą do rzadkości. Osobiście czułem, że zwycięstwo w Stambule było znakiem przemiany, przemiany na lepsze. Może wreszcie niektórzy zawodnicy nabiorą pewności siebie, zdobędą mentalność zwycięzców. Takie mecze na pewno w tym pomagają...
Po powrocie do Lens mieliśmy niewiele czasu na regeneracje sił. Już w weekend gościliśmy Montpellier. Rywal może nie był z najwyższej półki, ale z pewnością nie oddawał spotkania bez walki. Chciałem abyśmy poszli za ciosem, nabrali rozpędu, z którego później trudno będzie nas wytrącić. Niestety, po 90 minutach ligowej potyczki stwierdziłem, iż zmarnowaliśmy kolejną szansę. Jedyny cios padł w trzydziestej minucie, kiedy to gola uzyskał Moke. Głupio gubione punkty doprowadzają mnie do furii. Na szczęście w porę się opamiętałem i nie wziąłem przykładu z Sir Alexa Fergusona, który czasami potrafił porzucać piłkarskimi korkami.
Przez cały następny tydzień bardzo ostro pracowaliśmy nad skutecznością. Niestety Carew stracił swoją formę z początku sezonu. Mimo wszystko był bardzo pożyteczny w walce o górne piłki, potrafił się przepchnąć w polu karnym i dokładnie podać. W takiej sytuacji liczyłem na Moreirę, w odwodzie miałem jeszcze Utakę oraz Verpakovskisa, którego nikt nie chciał kupić, nawet za grosze. Przyznam się, że ten transfer był totalną klapą. Warto wspomnieć również o Igorze Sypniewskim, on również nie spełniał moich oczekiwań. Wejście do drużyny miał bardzo dobre, zdobył kilka bramek, dobrze wypełniał zadania rezerwowego, mogłem na niego liczyć. Tymczasem Igor zawsze przegrywał ze swoją psychiką, popadł po raz kolejny w depresję, chodziły nawet plotki, iż chciał odebrać sobie życie. Na tym przykładzie można wyciągnąć bardzo proste wnioski. Otóż w dzisiejszych czasach futbol powoli popada w nadmierny komercjalizm, organizmy piłkarzy są za mocno eksploatowane. Przy takiej presji osoby z bardzo słabą odpornością psychiczną mogą mieć olbrzymie problemy ze zdrowiem. Warto zauważyć, że wbrew powszechnej opinii profesjonalne piłkarstwo pełne jest wyrzeczeń...
Przed spotkaniem z Juventusem graliśmy jeszcze kolejny mecz ligowy z outsiderem – Caen. W dwudziestej minucie Keita pięknie rozrzucił akcje na skrzydło, Kristiansen podaje po ziemi, zza pleców obrońców wybiega Moreira i pokonuje bramkarza gości. Trzy minuty później wynik podwyższa Thomert. Gospodarze mocno wzięli się do roboty, strzelili kontaktowego gola, ale ich nadzieje zaraz po przerwie po raz kolejny rozwiał Thomert po ładniej, indywidualnej akcji. Wywozimy kolejne trzy punkty...
Kolejny wieczór z Ligą Mistrzów, do Lens przyjeżdża wielki Juventus Turyn. Komplet publiczności na stadionie, po raz kolejny ich zawiedliśmy... Bezbramkowy remis, na nasze konto wędruje tylko jeden punkt. Zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji, Besiktas raczej nie przeszkodzi nam już w awansie do kolejnej fazy. Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o dwa wielkie i potężne kluby – Real i Juve. Będziemy musieli pokazać naszą klasę w spotkaniach na wyjeździe. No cóż, aby coś zwojować musimy udać się do jaskiń lwów. Będzie bardzo niebezpiecznie, miejmy nadzieję, że owe lwy nas łatwo nie pożrą...
Optymizm wrócił po szlagierowym spotkaniu z AS Monaco. Tym razem Stade Felixa Bollaerta mógł świętować. Dwa piękne trafienia Moreiry, po kapitalnych strzałach z powietrza. Zagraliśmy efektownie, ale co najważniejsze szalenie efektywnie. Nasz kapitan wreszcie powrócił do roli egzekutora. Znowu stanowił wzór, znowu będziemy mogli na niego liczyć w kluczowych momentach.
Moje życie we Francji ustabilizowało się, przyzwyczaiłem się do tutejszych obyczajów, nie miałem już żadnych problemów językowych. Miałem grono przyjaciół na czele z Mario i Mateuszem. Przez ostatni czas przewinęło się także sporo kobiet, od nieudanego związku z Nicole poprzez przelotne znajomości z imprez. Francuzki są bardzo urokliwe, mają swój czar i nutkę tajemniczości. Jednak mimo wszystko nadal uważam, że najpiękniejsze są Polki. Powiem Wam w sekrecie, iż również moje sprawy sercowe uległy pewnej stabilizacji. Podczas wakacji w Polsce poznałem Anię, jesteśmy razem, tu we Francji. Dobrze mieć kogoś bliskiego u boku w bądź co bądź obcym kraju...
Puchar Ligi zawsze był przeze mnie taktowany jako mało znaczące rozgrywki. Na ogół starałem się dać trochę odpoczynku piłkarzom, którzy wiele znaczyli w architekturze gry mojego zespołu. Krótko mówiąc dawałem wolne gwiazdom. W poprzednim sezonie skończyło się na odpadnięciu we wczesnej fazie z Chateauroux. Po tym meczu wybuchła słynna afera dopingowa, dzięki której mogliśmy stracić mistrzostwo Francji. Na nasze szczęście los był dla nas łaskawy. Los? Może było to działanie Opatrzności, może właśnie tak miało być? Nigdy tego nie rozstrzygniemy...
Wiem tylko tyle, że również w tym sezonie trafiamy na Chateauroux. Tym razem wystawiłem najmocniejszy skład, aby szybko i bezboleśnie przebrnąć do kolejnej fazy. Byłem przesądny, nie chciałem powtórki z zeszłego sezonu. Zespół gości długo stawiał opór, ale wreszcie Kristiansen zdobywa bramkę. Co prawda trochę na raty, ale przecież liczy się efekt końcowy. Więcej goli już nie padło, Lens w kolejnej fazie trafia na Nantes.
Wielkimi krokami zbliżał się rewanż na Del Alpi w Turynie. Ostatecznym sprawdzianem przed tym spotkaniem była potyczka z Lille. Muszę Wam się przyznać, iż szalenie nie lubię grać przeciwko zespołom ze środka tabeli. Ligowi średniacy są zawsze groźni i nieobliczalni. Grają ostro, walczą o każdy metr boiska. Jedynym sposobem na zwycięstwo jest totalna dominacja od pierwszego gwizdka arbitra do ostatniego.
Przez całą pierwszą na boisku trwała walka o środek pola. Wreszcie gola „do szatni” zdobył Carew. Dobrze wykonany rzut rożny i wzrost Norwega robi swoje. Na kolejną bramkę musieliśmy czekać bardzo długo. Tuż przed końcem spotkania indywidualną szarżę przeprowadza Zonneweld. Już na wysokości pola karnego zbiega w „szesnastkę” i pokonuje bramkarza rywali. Bardzo urokliwa bramka. Zaczynamy operację „Juve”...
Przed wyjazdem na Półwysep Apeniński z każdym piłkarzem przeprowadziłem rozmowę. Starałem się rozbudzić w nich bardzo mocną chęć zwycięstwa, muszą być nieustępliwi do ostatniej minuty meczu. Inaczej nie mamy czego szukać na Del Alpi. Jeśli nie będziemy doskakiwać do rywala, podwajać krycia, to klęska będzie nieuchronna. Zawodnicy starali się bardzo mocno skoncentrować. Jednak mimo wszystko czułem, że ogromna presja atakuje ich z wielką siłą. Na treningu pojawiły się niedokładności, strzały były nerwowe, zbyt pochopne. Wiedziałem, że będzie bardzo ciężko, ale z całego serca wierzyłem. W końcu wiara przenosi góry...
Już przy odgrywaniu hymnu Ligi Mistrzów widziałem, że pod presją uginają im się nogi. Praktycznie to spotkanie przegraliśmy w ciągu pierwszych dziesięciu minut. W linii pomocy panował totalny chaos. Zdenerwowanie spętało nogi moich podopiecznych. Dalszy przebieg wydarzeń na murawie był właśnie konsekwencją tych pierwszych fragmentów gry. Akcja, reakcja...
Ciosy padły bardzo szybko, były to ciosy potwornie skuteczne. Najpierw ugodził nas Miccoli, a później Trezeguet. W drugiej odsłonie pojawiła się nutka nadziei. Pojawiły się coraz groźniejsze akcje, teraz to my zepchnęliśmy gospodarzy do defensywy. Kontaktowego gola uzyskaliśmy na 19 minut przed końcem. W ogromnym zamieszaniu futbolówkę do bramki strzeżonej przez Buffona skierował wprowadzony w przerwie Utaka. Do ostatniego gwizdka prowadziliśmy heroiczny bój o zdobycie chociażby jednego punktu. Nie udało się...
Czy mieliśmy za mało argumentów czysto piłkarskich? Na pewno nie. Bezsprzecznie Juventus mógł polec, ale przede wszystkim gospodarze zaprezentowali większą dojrzałość, nie odczuwali tak wielkiej presji. Dla nich zwycięstwo z nami nie było szansą, to był obowiązek. Ale przecież obowiązek także przynosi napięcie i oczekiwanie. Jednak właśnie po takich meczach poznaje się klasę zespołu. W tamtym momencie klasa prezentowana przez Juve była wyższa. Nie zmienia to mimo wszystko faktu, iż szansę na awans się oddalały. Pierwszy lew nas pożarł, czekamy na kolejnego.
Powrót do szarej, ligowej rzeczywistości okazał się nadzwyczaj szczęśliwy. Teraz to my dyktowaliśmy warunki, teraz obowiązek należał do nas. Zespół Bordeaux nie pokrzyżował nam planów. Znowu klasą sam dla siebie był Moreira. Kolejne dwie bramki, znowu jedna ładniejsza od drugiej. Szkoda tylko, że w meczach pucharowych nie był w stanie pokazać tego charakteru. Dlaczego na Del Alpi po stracie drugiego gola nie pokazał kolegom, że możemy powalczyć? Dlaczego miał opuszczoną głowę i zmartwioną minę? Dlaczego przy wielu kontaktach z piłką miał „ciężkie nogi”? Pytam się, dlaczego?
Na szczęście mecze ligowe nie sprawiały nam takich problemów jak spotkania w Lidze Mistrzów. Prostymi środkami przedostawaliśmy się pod pole karne rywala, jak szwankował środek pola, to ciężar rozgrywania piłki przejmowały skrzydła. Muszę sprawiedliwie przyznać, że powoli zmierzaliśmy po kolejny tytuł.
Jest zasada – nie chwal dnia przed zachodem słońca...
Nasz rywal z poprzedniego sezonu – Sochaux nie błyszczał już tak, jak kilkanaście miesięcy temu. Z powrotem wrócił do środka tabeli. Jednak u siebie nadal byli groźni.
Wyniki spotkania otworzył już po pięciu minutach gry Santos. Potem spokojnie metr po metrze przesuwaliśmy się coraz bliżej pola karnego gospodarzy. Wreszcie wyrównuje Moreira, wynik meczu staje się jak najbardziej sprawą otwartą. Czas minął szybko i mimo moich korekt w składzie, bardziej agresywnej gry z naszej strony, to gospodarze na kilka minut przed zakończeniem przeprowadzają kluczową akcje i Jaremy Mathieu pokonuje Itandje. Głupia porażka, a takich najbardziej nie lubię. Jednak mimo wszystko właśnie dlatego kocham piłkę. Za jej nieprzewidywalność i brutalność.
Zadaniem napastników jest zdobywanie bramek. Cieszę się, że udało mi się w Lens wyrobić markę kilku atakujących. Bardzo dobrze spisuje się Carew, zwłaszcza w duecie z Moreirą. Mogłoby się wydawać, że ten chłopak jest lisem pola karnego, typowym egzekutorem. Tymczasem w Lens odnalazł się jako dobry podający, waleczny również przed szesnastym metrem boiska. Potrafi dograć to ostatnie, nierzadko decydujące podanie. Moreira jest niesamowicie kreatywny. Dobrze skutecznie wykorzystuje nadarzające się okazje. Przede wszystkim odgrywa ważną rolę w zespole, musi mobilizować, nie może przejść „obok meczu”. Taka sytuacja miała miejsce chociażby w meczu z Juve. Wszyscy widzieli jakie były tego efekty...
Bardzo przydatny jest również Utaka, trochę co prawda kapryśny, ale przecież nikt nie jest idealny. Większe problemy natury wychowawczej pojawią się trochę później... Szkoda, że tak zakończy się nasza współpraca.
Lyon – zespół, który w ostatnich kilkunastu miesiącach popadł w spory kryzys. Najpierw nie obronił tytułu mistrzowskiego, a potem powoli staczał się w ligowy marazm. Przed spotkaniem, na konferencji prasowej apelowałem, aby nie lekceważyć rywala. Przecież nie tak dawno nie dorastaliśmy im do pięt.
Tak jak sądziłem, to zespół gości szybko przejął inicjatywę. Ładna akcja skrzydłem, złamanie gry do środka, prostopadła piłka, jest Govou, Govou i Itandje, Itandje broni... nieeeeee... piękny, chociaż ryzykowny lob zakończył się zdobyciem gola. Niezwłocznie ruszyliśmy do odrabiania strat. Już drugi raz z rzędu tracimy jako pierwsi gola. Na siedem minut przed przerwą niezawodny Moreira trafia do bramki. Przez całą następną połowę atakujemy. Ja szaleje przy linii bocznej, krzyczę, staram się coś skorygować, podpowiedzieć. Nie mogę pozwolić, abyśmy stracili kolejne punkty. Wreszcie ogromna ulga, po raz kolejny ratuje nas Moreira, dokładnie na kilkanaście sekund przed końcem. Euforia na trybunach, flagi i baloniki poszły w górę. Victoria!
Ale zaraz jaka Victoria? Za chwilę rozstrzygnięcie, za chwilę Real!
Jeśli myślimy o czymś więcej niż tylko pucharze UEFA, to musimy koniecznie wygrać ten mecz. Real dwukrotnie pokonał Turków i przegrał z Juventusem. Do tego dochodzi remis na Stade Felixa Bollaerta. W takim wypadku mają siedem punktów. My natomiast zgromadziliśmy do tej pory tylko pięć oczek. Pozornie ostatni mecz gramy z najsłabszym Besiktasem i to u siebie. Real natomiast będzie gościł Turyn. Nie możemy przegrać, ba, musimy wygrać!
Ogromne wrażenie zrobiło na mnie Estadio Santiago Bernabeu. Gdy zrywał się doping dla Królewskich czuć było pod stopami drżenie. Zdawało się jakby cały obiekt mruczał i żył swoim życiem. Obie jedenastki doskonale zdawały sobie sprawę ze stawki meczu. Byliśmy bardziej rozluźnieni niż w Turynie. Raz po raz nękaliśmy defensywę Realu. Wtedy to błyskawicznie odpowiadali Raul i spółka. Potyczka ta mogła się podobać. Cios za cios, akcja za akcję...
W przerwie motywowałem, czułem, że cel jest znacznie bliżej niż zawsze. Wreszcie nadeszła 58 minuta... Keita ładnie rozciągnął akcję na skrzydło, tam jest Thomert (zastąpił kontuzjowanego Zonnewelda). Oliver podciągnął z piłka kilka metrów, aż wreszcie wspaniałym podaniem przerzucił ciężar rozgrywania akcji na prawą flankę. Kristiansen przyjmuje, schodzi do środka jest już na 30 metrze... mija jednego z Królewskich coraz bliżej pola karnego Cassilasa, strzela i..... piłka szybuje, a ostatecznie wpada w same widły bramki Realu. Stadion umilkł, przez ułamek sekundy słychać było tylko bicie mojego serca, później eksploduje sektor naszych kibiców, a moi podopieczni cieszą się w narożniku boiska. Madryt w szoku!
Niestety to, o co walczyliśmy przez całe spotkanie zostało zaprzepaszczone w 64. minucie, kiedy to Raul wchodzi w naszą defensywę „jak nóż w masło” i pokonuje Itandje. Po końcowym gwizdku małe rozczarowanie. Mieliśmy Królewskich jak na talerzu...
Mimo wszystko opinia publiczna była bardzo pozytywnie nastawiona do naszego spotkania w Madrycie. Chwalono zaangażowanie oraz dużą chęć walki. Po raz kolejny gratulowano nam w złym momencie, bo w weekend doznaliśmy żenującej porażki 3:0 z Guingamp. W między czasie za czerwoną kartkę wyleciał Keita, a Knopper doznał groźnej kontuzji, która wyeliminowała go z gry w piłkę na dobrych kilka miesięcy...
W kolejnym meczu – z Strasbourgiem w środku pomocy zagrali Guigou oraz Bouba – Diop. Senegalczyk bardzo szybko mi się odwdzięczył otwierając wynik potyczki. Na szczęście nasze wakacyjne konflikty poszły już w zapomnienie. Ostatecznie goście polegli 2:0 choć równie dobrze paść mogło dwa razy więcej goli.
Faza grupowa piłkarskiej Ligi Mistrzów powoli zbliżała się do końca, my po drodze pokonaliśmy jeszcze Nantes 3:1 (Keita, Utaka, Carew). Przybysze ze Stambułu nie mieli radosnym min. Przede wszystkim rozegrali fatalne mecze w pucharach, a awans był tylko w sferze marzeń. W dwudziestej minucie gola z karnego nie zdobywa Zonneweld, na szczęście później wszystko prowadzi do happy endu. Zwycięstwo zepewnione w ostatnich sekundach przez Carewa tylko chwilowo nas cieszyło. Po podsumowaniu wszystkich spotkań okazało się, że mamy tyle samo punktów co Real, ale niestety Królewscy awansują dzięki lepszemu bilansowi goli. Ogromny pech, ogromne rozczarowanie. Było tak blisko... Na osłodę pozostanie nam „tylko” Puchar UEFA.
Przed krótką przerwą świąteczną czekały nas jeszcze dwa spotkania, jedno w Pucharze Ligi, a drugie - ligowe z Nancy. Pokazaliśmy ogromną zaciętość i mimo wyraźnej atmosfery oczekiwania daliśmy kibicom na Gwiazdkę dwa efektowne zwycięstwa. Szkoda tylko, że takim prezentem nie był start w dalszej fazie Champions League...
W międzyczasie odbyło się losowanie par Pucharu UEFA. Los przydzielił nam angielski Liverpool... Po zakończeniu zostałem zagadnięty przez jednego z francuskich dziennikarzy:
D: Jak pan ocenia losowanie, dacie radę Liverpoolowi?
Z: Przyznam się szczerze, że los nie był łaskawy... Mogliśmy trafić na znacznie mniej wymagającego rywala, ale cóż trzeba zacisnąć zęby i powalczyć.
D: Wspominał pan, że w tym sezonie chciałby pan pokazać dobrą grę Lens w Europie. Czy jeżeli przegracie z Anglikami poda się pan do dymisji?
Z: Uważam, że nasz zespół bardzo dobrze zaprezentował się w fazie grupowej LM, według mnie zostaniemy dobrze zapamiętani na europejskim rynku. Co do dymisji, to podjąłem już ostateczne decyzje, które będą mogły ulec zmianie tylko po ostatecznym wyniku batalii z Liverpoolem. Jestem przygotowany na każdą możliwość...
koniec serii