Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Tydzień i jeden dzień z życia managera...

Dzień 1

11.00 - jak mnie boli głowa, ach te soboty. Czas przejrzeć niedzielną prasę, może ktoś poszukuje "profesjonalnego" managera. Hmm... tutaj nie ma nic, tutaj też nie ma, a tutaj jest... ogłoszenie dla blacharza. Czas na gorącą herbatkę

12.00 - no i po herbacie, spodnie do wywalenia !!!. No nic trzeba potrenować. Kim to ja dzisiaj pogram w Champa?. Może by tak kogoś z podwórka, a no tak Orkan Trociny nie zgłosił się do rozgrywek, no cóż zostaje tylko Wisła.

16.00 - dlaczego ta gra nie chcę się włączyć?. Hmm... Tak myślałem, że trzeba najpierw ją zainstalować. Tylko zmarnowałem tyle czasu, a byłaby następna herbatka.

16.15 - gdzie to ja mam płytkę z Champem. Przeszukałem pół domu, o kurde to nie moje mieszkanie!. - Dobra Misiaczku spadam, narazie (swoją drogą fajna ta laska, jak na emerytkę)

17.00 - nareszcie w domu. Komputer włączony, godzina przerwy. Że też wszyscy narzekają na te 4 RAM i 266 Mhz. Bo ja to mam słaby sprzęt, bo ja to coś tam. Akurat zdążę się wykąpać i będzie OK.

17.55 - zapisać: nie wrzucać suszarki do wanny. O, komputer działa, nareszcie, już CM`a włączyłem, jeszcze tylko chwila i usiądę na krzesełku przed monitorkiem i sobie zagram. No jest.

18.15 - gdzie ten słownik do angielskiego? Kto wymyślił grę po angielsku, no ja nie wiem. Dobra klikam pierwsze z brzegu. O coś idzie. Ale duży spis. O nawet Polska jest, no to biorę.

19.30 - ale ten pasek się ślimaczy. Już mi się herbata kończy. Jest nareszcie. Ale fajne obrazki mają. No dobra lecimy z tym. Wpisać coś trzeba, tylko co? A wpisze pierwsze z brzegu. Osama, a tu będzie ben Laden OK. Buch!!! Jezu co się dzieje, o jakiś komunikat: "This game is not for ben Laden". Ale numer chyba specjalnie grę mu zrobili (dobrze, że chodziłem do wieczorówki na angielski)

22.00 - no dobra, mógłby się już wyłączyć ten komunikat. E tam, jeszcze raz. Ale to może już jutro...

Dzień 2

7.00 - nie mogę się doczekać jak zagram. Dobrze, że nie wyłączałem kompa przez noc, nie muszę czekać. Coś się dymi, to z kompa, szybko myśl. Zapisać: "nie kłaść Wampa obok kompa, bo się komp podjarał". No nic jakoś chodzi. Gdzie ten Champ?.

11.00 - tyle tych ikonek mam (ale super). No wreszcie jest. Dobra, to już miałem, to też i teraz imię. No już nie wpisuję tego ben Ladena, niech będzie moje, zezwalam na autoryzaje moich danych, niech im będzie (ciekawe czy jakieś losowania dla graczy są?). Teraz znowu co? "Select National". Co to ma być? O, znowu Polska, to będzie to (gracz zastosował patriotyzm).

13.20 - pamiętna godzina poraz pierwszy... nie wylałem herbaty na spodnie. O gra się włączyła. Kogo tu wybrać. Legia jest, Amica i nawet... Wisła. A to wezmę ich, tylko żeby już po polsku było.

14.25 - teraz, teraz... jest i nareszcie coś się pokazało. Ale tu smurfowo, wszystko na niebiesko, wiedzą co lubię. Jest nawet polski wyraz... a nie to moje imię. Szukam, szukam... sami znajomi, niemożliwe. Żurawski, Frankowski. A, nawet nie wiedziałem, że Franek rzucił tę robotę w kotłowni i zaczął w grach występować. Zawsze miał smykałkę do biznesu.

16.00 - no już poznałem wszystkich. Sporo ich, ale paru gówniarzy, będzie komu po browar biegać. No to jadę dalej, ale co to!!! Polskie litery, ale słowa nie nasze. No ładnie, trzeba będzie coś wykombinować. Może Henek wie jak ma być.

18.00 - Henek też nie wie jak ma być, ale po co odrazu musiał przynosić "Wyborową". No dobra pierwszy trening mamy za sobą. Chłopaki się zmęczyli, wszyscy mają coś około 80%, a my z Heniem dopiero zaczęliśmy (widać wkońcu kto tu jest "kouczem").

19.00 - klikam "Continue Game"! O nie, ekran ściemniał, no ładnie a nowy monitor kupiłem (10 calowy z obniżki).

19.15 - Jest już działa, i kolorów nabrał.

21.00 - podziękowania dla pani Wiesi z "wieczorówki", angielski się przydał. "Yes, three berr, yes mogom być "Żywce", yes owkors budiem płatit. Tenkju". No browar już mam. Szybki przegląd, wkońcu ma się instrukcje.

23.00 - no nie, w życiu bym nie zgadł, że to rosyjska gra, instrukcja idealna. Ci nasi sąsiedzi to maję głowę do gier. A myślałem, że ten miły sprzedawca z bazaru to chce mi "angielszczyzne" wcisnąć. Ale doczytam jutro.

Dzień 3

8.15 - chwilę temu dobiłem mojej pierwszej transakcji. Tylko dlaczego ta banderola się odkleja? No nic, trzeba grać. Ten pomysł z niewyłączaniem kompa to dobra sprawa. Gram dzisiaj z kumplami. Mają być o 12.00.

11.00 - nareszcie jakiś mecz. Trzeba wybrać skład. Na bramę idzie Sarnat, potem 4 obrońców (ene due rabe na obronę wezmę żabę). No już ich mam. Pomoc i atak to pestka. Biorę alfabetycznie. Mecz zaplanowany na 12.00 trzeba będzie poczekać, bo sędzia jeszcze nie dojechał.

12.45 - jakoś dziwnie ten mecz idzie. Gdzie ci wszyscy ludzie, wiedziałem Franek symulował i wcale nie gra, bo jak może grać skoro jest w robocie? No nic narazie 0:0, ale my z chłopakami już 4 "połówkę" kończymy (kurna prawie jak w eNBiAj). Tak gdzieś około 13.45 powinno się skończyć, chyba że przedłużą. A swoją drogą to ten Ruch niezły (jak nasi ich dopadną to dopiero będzie "ruch" na trybunach).

14.00 - nie mogę, wyszedłem na zakupy wracam i co widzę. Żurawki "in jury", kiedy on się załapał do jury to ja nie wiem. E, nie to nie to, coś mi w oczach poszarzało. Żurawski injured. No ale i tak go nie ma. - Stefan zmień go.

15.30 - zaraz koniec mojego debiutu. Jak narazie nieźle 12:0. Mam talent. No i wreszcie koniec. Mietek ma już szalik, zaraz powinni się lać. No tylko wcisnąłem "Continue" i czekamy, a tu nic. Mietek się zawiódł.

16.00 - no ładnie, nie bili się, co za nudny mecz. W tabeli pewnie prowadzę. No szukam, szukam i jest... na samym dole. Co to ma być. Mietek milczy, chyba coś ukrywa. - Co żeście zrobili jak mnie nie było? Wszystko wyjaśnił mi Wiesiek. - No jak wyszedłeś to Sarnat też poszedł "do jury", to my wstawili nowego bramkarza. Niby wszystko było jasne, tylko, że... ja nie miałem rezerwowego bramkarza. - Jak wy to zrobiliście?

21.00 - kończyliśmy 9 "połówkę", to już 4,5 meczu za nami. Okazało się, że wszystkiemu winien był Stefan. Wziął pierwszego lepszego i patrzy, pisze obok niego: DL. Stefan szybką i błyskotliwą dedukcją wywnioskował coś takiego (tutaj cytat): "jak, żem go wzioł, to patrze a tam pisze se DL, no to ja myśle i mówie tak do chłopaków, że to taki skrót od DOBRY ŁAPACZ, ale że w ruskim nie mają naszego "Ł", to pewno tylko "L" dali" Wyjaśnienia były wystarczające. Na zgodę Stefan zobowiązał się poprowadzić drużynę w kolejnym spotkaniu (zwłaszcza przez 3 pierwsze połówki).

22.00 - dlaczego nikt nie powiedział, że tu po przerwie stron nie zmieniają, a ja specjalnie się przesiadłem.

24.00 - właśnie idę spać. W mojej głowie plątało się dwie nurtujące mnie myśli: dlaczego ruscy specjalnie dla nas przerobili literki? i skąd jutro wykombinować prowiant na wyjazdowe spotkanie do Szczecina?

Dzień 4

12.00 - wpadł do mnie Rysiek (nasz nowy "psychol"). To też dzięki mojej dedukcji. Wyczytałem, że potrzebny do zespołu jest dobry "psyhio", no to odrazu skierowałem kroki do Ryśka (6 lat kierował kadrą w szpitalu psychiatrycznym). Okazało się, że odwołali pociąg do Szczecina i nie mamy jak dojechać na mecz.

14.00 - no ładnie, spotkanie za parę minut, a my nadal w domu. Stefan załatwił nam jednak rozegranie meczu u nas. Złoty chłopak ten Stefan. O 14.30 pół bloku siedziało w moim mieszkaniu czekając na pierwszy gwizdek. Czas między 24.00 a 12.00 spędziłem na czytaniu instrukcji, więc nic nie mogło mnie zaskoczyć.

15.15 - zaraz koniec pierwszej części, prowadzimy 1:0. Bramę sypnął Franek (ma dzisiaj wolne, to widać, że gra). Już zaraz koniec. Nie wiedziałem, że w domu zmieszczę 200 osób. No kończcie, bo siku nam się chce. Na ławce skakaliśmy jak poparzeni.

15.19 - no nie kończą, co jest. Tylko jakoś cicho.

16.00 - kończą się mi suche ścierki, wszyscy leją gdzie popadnie, a mecz dalej trwa. Tylko coś dziwnie spokojnie. Nagle moje czujne oko spostrzegło drobny szczegół. Ktoś zatrzymał spotkanie. W sekundzie dom opustoszał. Winnych brak, no ładnie teraz za darmo nie wejdziecie. Stefan wziął skarbonkę i ma zbierać za bilety.

16.15 - nareszcie wszystko jasne, to Edek - śmieciarz, zahaczył miotłą o myszkę i jakoś się wyłączyło. Edek już nie wejdzie więcej na stadion za spowodowanie zamieszek burdy.

19.00 - już ponad półtora godziny po meczu. Niestety nikt nie przewidział, że Sarnat może dostać czerwoną kartkę i znowu Stefan nie powołał rezerwowego golkipra (już mu trik ze skrótami nie wyjdzie). Dostaliśmy 1:14. Ale Franek dostał "8" od jakiś ludzi.

22.00 - postanowiliśmy jeszcze dzisiaj zgłosić się do monopolowego po te "8". Jakoś dziwnie się upierali, ale Franek załagodził sprawę, powiedział, że jak prezes wypłaci do odda. Swoją drogą to nieźle jest. Jak Franek dostanie jeszcze raz z "8" to już prawie 16 litrów będzie (bo to w litrowych wydają).

Dzień 5

5.00 - miałem koszmar, że ktoś chce kupić ode mnie Kałużnego. Chłopak zdolny ma dużo dobrych numerków, chyba nawet 6 "dwudziestek". Patrzę na ekran, wszystko jednak spokojnie.

7.00 - chłopaki już byli. Czekał nas ciężki wyjazd do Warszawy. Tym razem zamówiliśmy busa i wszystko było OK. Jedyny problem stanowił komputer. Jak go przewieźć, żeby nie wyłączać? Wszystko rozwiązał akumulator Ryśka (zresztą nieźle dba o chłopaków ze składu, tylko Kazik Moskal dał rady dojść po "odnowie" do domu - widać ma już wprawę) Rysiek mówi, że aplikuje im głównie "setki", ja się nie wtrącam, nie znam się na doktorstwie.

14.00 - jesteśmy już w Warszawie. Mecz podobno na Konwiktorskiej. Jakoś mało ludzi, jeden tylko liście grabił. Wpuścili nas za darmo. Na szczęście przyjechało z nami blisko 100 osób, mamy przewagę psychologiczną (Rysiek rulez!!!).

15.00 - Mało miejsca na stadionie, ale mecz szybki, aż mi komp zaczął dymić. Trzeba szybko zdobyć bramkę, bo akumulator już na wyczerpaniu. Tak na marginesie kto wogóle wymyślił wyjazd z komputerem, powinni mieć na miejscu. A w instrukcji nic nie wspominają na ten temat.

16.00 -jest dobrze. 4:2 dla nas. Stefan nawet wziął na ławę drugiego golkipra. Mamy wygrany mecz. Nagle 3 czerwone kartki dla "naszych". Poleciały pierwsze butelki. Komp się trzyma.

22.00 - już jestem w domu. Niestety ekran uległ drobnym uszkodzeniom. Już wysłałem petycję do związku w sprawie pseudokibiców w Warszawy, mają oddać za monitor. Naszczęście uratował nas Czesiek. Zatrudniłem go w roli "skałta". Cały czas jeździe po nowe informacje. Ostatnią jego perełką jest... świetny monopolowy na Miedzianej. Podobno niskie ceny.

22.30 - w związku z niezłą passą zacząłem grać na giełdzie. Akcje naszego kluby idą w górę, mam szansę na sporo kasy.

23.30 - co do ratowania. Czechu załatwił nam ekstra monitor. 36 cali, prawie jak boisko. Mówił, że z domu wziął, tylko dlaczego oddał nam magnetowid i kasetę z Harrym Poterem? Tego nie wie nikt.

Dzień 6

17.00 - nie pytajcie gdzie byłem. Pertraktowałem w sprawie kupna młodego talenta z Pruszkowa. Podobno niezły "egzekutor". Trzeba nam świeżej krwi do gry, zawsze przyda się jakaś świeża krew. Blisko 8 godzin dogadywałem się w sprawie ceny. Myślę, że udało mi się. Przyjdzie do nas już jutro, za niecałe 3 "kraty". Tylko Stefan się oburzył, że nie ma na trening kasy, że chłopaki zaczynają trzeźwieć.

17.15 - przez to, że zaniedbałem prawie cały dzień to teraz muszę nadrabiać. O jest coś na sekretarce: "zdrastwuj, mienia zawód Grisza, ja ze Stadionu, mnie nrawitsja Wasz midfield Kałużny. My skażim go pakupit za 5,000 000" Szybko przejrzałem gazety, by sprawdzić co za gość. Czesiek poinformował, że jest OK i zna ten Stadion (podobno klub z Rosji). Tylko dlaczego nadaje po rusku? I co to za kwota ta 5,000 000. Niby zer dużo, powinno być dobrze.

19.00 - jeszcze tylko odprawa przed meczem z Korowodem Przekształt w Puchrze Polski i mam dzień z głowy.

Dzień 7

6.00 - rano potwierdziłem przejście Kałużnego. Zaraz potem oczekiwałem na autokar do Przekształt.

12.00 - do domu wtargnęła policja. Zabrali mi monitor. Czechu nic nie mówi. W gazecie pisali coś o kradzieży w kinie, ale co mnie to obchodzi.

13.00 - przyszedł czek od Griszy za Kałużnego. Ze Stefanem i Czechem poszliśmy do banku. Wróciłem do domu z sześcioma torbami... kopiejek. Czesiek nie wiedział o co chodzi. Wyjaśniłem mu sprawę. Okazało się, że nie o to mu chodziło. Mówił o Griszy z Warszawy, ze "stadionu". A tego drugiego to nie zna. No nic trochę kasy wpadło.

13.30 - młody z Pruszkowa coś nie przyjechał. Zadzwoniłem. Mam 15 lat do odsiadki za morderstwo, ale miby ma trenować, będzie jak znalazła za te kilka lat.

14.00 - co za strata. Rysiek musiał wrócić do reprezentacji w szpitalu, straciliśmy świetnego "psycho"

15.00 - co się dzieje, Franek nie odebrał wypłaty od prezesa, zabrali połowę kopiejek za te "8", co wzięliśmy. Co to za firma przyznaje te nagrody?

16.00 - wybili mi okna w mieszkaniu. To ci z Warszawy, raczej za monitor nie oddadzą, a szkoda, gdzie ja znajdę takie cudo.

17.00 - jakiś pan zabrał mi komputer. Powiedział, że posiadam nielegalne wersje gier. Nie wiem o co chodzi, przecież mam wszystkie papiery. Misza musi mi to wyjaśnić!

18.30 - zostało mi tylko krzesło i stół. Reszta poszła na premie dla piłkarzy za pierwszy tydzień. Czekam jednak na wpływy z biletów. Na mecz nie pojechaliśmy, mówią, że niby bus nie dojechał. Ale ja wiem o co chodzi. Pewnie Stefan podłożył mecz, bo znowu zabrakło mu na "trening", ma rację niech chłopy trenują. Ciekawe ile zarobiliśmy?

22.00 - no dobra jutro powinno być spoko. Kasa za bilety i te paręset milionów z giełdy. Odbuduje potęgę klubu.

23.00 - za sprzedany mecz nie dostaniemy nic. Stefan sprzedał nas za 2 kilo mortadeli i 7 piw, wszystko zjadł i wypił sam, niby to przez to, że go głodzimy. Stefan very stupid. My go nie głodzimy, poprostu stosujemy mu dietę.

Dzień 8

13.00 - ale miałem koszmar. Śniło mi się, że byłem managerem jakiegoś klubu, że jeździliśmy sobie na mecze, że miałem wielu kumpli. Ale potem wszystko straciłem, bo padłem na giełdzie i wszyscy sobie poszli.

13.02 - na szczęście to był tylko zły sen. DZWONEK ding, ding !!!

13.03 - - Dzień dobry, pan pójdzie z nami!!!
- Ja, co ja, za co, co zrobiłem?
- Proszę pana z nami, państwo zajmie pańskie mieszkanie, resztę kwoty odrobi pan w więzieniu
- Jakim więzieniu, za co?
- Pańskie akcje spadły na samo dno, stracił pan setki milionów!

15.00 - to nie był sen!!! Ale, chociaż mam wielu kumpli, ten z celi nawet fajny jest. Jak szybko obliczyłem za jakieś 40 000 dni wyjdę, za dobre sprawowanie. Narazie muszę kończyć, bo żarcie dają. Co za zamieszanie tam? - (gość z celi) Ej kompa nam przywieźli, nawet jakiś manager jest... zaraz to jest: Cha, Champ, Champion, Championship Manager, o no właśnie tak, to sobie zaraz pogramy. - (ja) NIEEEEEEEE !!!!!!!!!!!

Tekst pisany pod wpływem impulsu z zewnątrz (metalowy przedmiot o owalnym kształcie). Wszelkie uwagi i spostrzeżenia kierować do mnie. Zbieram także na kaucje, może ktoś poprowadzi jakiś klub i zagra na giełdzie?!

PS. niedługo wychodzę, za "dobre" sprawowanie...
O artykule
Kategoria: Publicystyka
Dodano: 27.02.2008

Liczba wyświetleń: 787

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu