Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

A Irlandia jest ponoć taka zielona cz.1

Majowe popołudnia wlewały we wszystkich potężną falę optymizmu. Wraz z kolejną porcją ciepła ludzkie twarze zmieniały się nie do poznania, do tego stopnia, że nawet starzy i przygarbieni profesorowie ponownie odkrywali piękno wiosennych dni, zwłaszcza po mroźnej zimie, która ukazywała ich drugą, tą gorszą twarz. Z opowiadań, które obiły mi się o uszy w szatni słyszałem zadziorne komentarze rozżalonych studentów, którzy cicho odgrażali się wszystkim belfrom, tym co w zimie nie chcieli za nic puścić. Fakt, że uczelnia o tej renomie rzadko wypuszczała spod swych skrzydeł totalnych nieudaczników. Teraz wszystkim było nieco łatwiej, bo egzaminy wiosenne były wolne od zaczepnych pytań wywołanych frustracją z powodu wszechobecnego zimą śniegu z deszczem i wiecznie szarą aurą.

Cieplejsze dni pozytywnie wpływy na zapał młodzieży do sportowej aktywności. Jak co roku, w maju nagle na moją sekcję piłkarską przybywały fale anonimowych chłopaków, którym przez jesień i zimę jakoś stronili od nadmiernego wysiłku fizycznego. W części z nich udało się podtrzymać zapał i regularnie przychodzili na treningi, ci szczególnie wybitni stanowili o sile naszej drużyny w rozgrywkach pomiędzy koledżami w Irlandii. A w tej szło nieźle, bo w zasadzie rywalizacja zamykała się w obrębie naszej uczelni i College Trinity również z Dublinu. Od trzech lat jakoś wyścig wygrywaliśmy my, choć niekiedy ważyła nawet kwestia jednego trafienia, tak jak dwa lata temu.

Pamiętam, jak wielu młodziaków traktowało sekcję piłkarską jak azyl od wszystkich zawiłości ich edukacji. Spora rzesza zainteresowanych i jako takie sukcesy ściągały do klubu człowieka znanego w środowisku jako „Smart Stewe”, czyli po prostu- Stephena Fenella Jego wizyty szczególnie nasilały się wraz z rozpoczęciem sezonu rozgrywek, wówczas to siadywał sobie w ustronnym miejscu i paląc cygaro wszystko bacznie obserwował. Jeszcze kilka lat temu, kiedy prowadziłem sekcję krykieta, Alan McDee opowiadał mi o tym człowieku różne ciekawostki. Pamiętam, jak często podpytywałem Alana o jego osobę, która zawsze była zauważalna, nawet jak był gdzieś w oddali. Chłopaki przed meczami cichcem szeptali o Stewie i zawsze nieco bardziej spięci podchodzili do każdego spotkania, w którego wpisana była jego obecność. Kiedyś po zaciekłym meczu z Trinity podszedł na chwilę:

- Nieźle… puchar drugi raz z rzędu, ale lewe skrzydło coś kuleje.
- Dzięki, fakt lewa strona spała, ale była mocno połatana.
- Collins mnie przysyła, żeby się nieco rozejrzeć.
- I coś ciekawego znalazłeś?
- Tak- i nabrał wody w usta, puścił dymek i poszedł. Byłem ciekaw o kogo mu chodziło, ale z drugiej strony wiedziałem, że obserwatorzy mają to do siebie, że wszystko co siedzi im w głowie wolą zachować dla wąskiego grona zainteresowanych, a ja do tej elitarnej grupy nie należałem… bynajmniej jeszcze wtedy.

Rok później po ciężkim, grudniowym boju z Trinity, który jednak nie miał już wpływu na losy tytułu Stewe podszedł na nieco dłuższą rozmowę. W eterze już od dłuższego czasu krążyły pogłoski o skrajnym, nerwowym wyczerpaniu prezesa- Jonathana Roche’a, który na głowie miał jak się później okazało nieudolnego trenera Collinsa no i trwające już jakiś czas kłopoty z administracją w sprawach stadionu. Roche najwyraźniej miał dosyć już fatalnych poczynań menadżera, klub nie dość, że i tak był już zakopany w kłopotach, to roztoczył przed nim dodatkową, o ile nie największą bolączkę- spadek. Cały Dublin grzmiał od tych doniesień, codziennie nowe przecieki spoza murów ekipy „the Hoops” trafiały na łamy dublińskich gazet. Ileż to razy był on już odwoływany, ale jednak z niewiadomych przyczyn ciągle zostawał a takie trwanie w nicości czekając na katastrofę frustrowało kibiców, z resztą grudniowa porażka z „Vikingami” oznaczająca spadek raz na zawsze przelała czarę goryczy. W trybie natychmiastowym zwolniono Collinsa, lecz wraz z nim odeszła niemalże cała kadra z wyjątkiem trzech zawodników.

W głowie posklejałem mozaikę z kilkunastu ostatnich dni… nagle wszystko okazało się oczywiste- on chce naszych chłopców ściągnąć do Shamrock!. Stewe oczywiście pokusił się o drobny komentarz odnośnie meczu, tak zaczęła się cała rozmowa.

- No to co cię tu tak na dobrą sprawę sprowadza?- wypaliłem po jakimś czasie.
- Sprawy klubowe
- Kompletujecie kadrę?
- I tak i nie… jak wiesz wszystko zmierza w złym kierunku. Teraz jeszcze wywalili Collinsa, kadra się posypała, ogólnie nie jest za ciekawie.
- Domyślam się.
- Pytałeś po co przychodzę? No to ci powiem… chcę przeforsować ciebie na stanowisko menadżera Shamrock.
- Co!? Mnie?
- No chyba masz papiery?
- Mam, co nieznaczny, że…- przerwał w trakcie wypowiedzi, co nie zdarzało mu się zbyt często.
- Słuchaj, powiedziałem już o tobie prezesowi, wydaje mi się, że możesz mieć spore szanse na objęcie tej posady.
- Dlaczego?
- Człowieku! Jak zobaczyłem kadrę na ten sezon to przecież to same żółtodzioby, a ty z takimi dzieciakami trenujesz w collegu. Masz jakieś tam sukcesy, no a poza tym na pewno nie będziesz chciał tyle kasy co choćby Collins. To jak będzie?
- Daj mi chwilę czasu na zastanowienie, albo nie… Kupuję to!

Dziwne, jeszcze do niedawna praca z sekcją w UCD wypełniała mnie doszczętnie, dawała pewną dozę satysfakcji i nie była mocno stresująca… A teraz? W co ja się wpakowałem… Odgrzewałem fakty z poprzedniego dnia, nawet nie zauważyłem kiedy przyszedł Stewe. Pojechaliśmy przez spowity śniegiem Dublin na Oak Road do siedziby klubu, tam już czekał pan Roche, o którym wiedziałem już dosyć sporo. Prezes przedstawił jeszcze raz fatalną sytuację klubu, po czym dyskretnie wyprosił Stewe’a i przeszedł do rozmowy o konkretach. Przyznał, że o stanowisko ubiegają się inni, znacznie bardziej rozpoznawalni w Irlandii ludzie, nie zapominałem jednak o mojej karcie przetargowej. Znaczną część rozmowy pochłonęły tłumaczenia mojej filozofii, opartej w głównej mierze na doświadczeniach z drużyną z collegu. Prezes sporo pytał o moją pracę w UCD, nie wiem czy była to próba obnażenia moich umiejętności opartych w głównej mierze o amatorską piłkę nożną, czy raczej usiłowania znalezienia w tej kwestii jakiś pozytywów. Wiedziałem, że większe atuty są w rękach panów X i Y, których teczki znajdowały się już na mahoniowym biurku Roche’a. Zostawiłem sterty papierów w rękach prezesa i wyszedłem z biura, szczerze mówiąc z mieszanymi uczuciami.

Stewe odezwał się dopiero po nowym roku, zresztą wszystkie sprawy załatwiałem z nim, był on niejako naturalnym mostem informacyjnym pomiędzy Rochem a mną. Znowu czekała mnie wycieczka, tym razem po deszczowym Dublinie, a celem ponownie Oak Road. Miałem tylko nadzieję, że z tego spotkania wyjdę już znacznie bardziej określony co do jego charakteru. Nie ma co… Albo będzie super, albo normalnie. Było super, aż sam się dziwiłem, choć gdzieś po cichu coś mi mówiło, że jest to spora zasługa Stewe’go. Tak czy inaczej maznąłem niewyraźną sygnaturkę pod jednorocznym kontraktem i już powoli zaczynałem się modlić o to, żeby wszystkie katastroficzne wieści od prezesa i obserwatora okazały się wyłącznie fikcją… Tylko snem? Nie, to byłoby zbyt piękne, żeby to stracić.

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2007
Dodano: 27.02.2008

Liczba wyświetleń: 1448

Średnia ocen: 1.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu