Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

A Irlandia jest ponoć taka zielona cz.2

Pierwszy dzień w nowym otoczeniu był niezwykle stresujący, najpierw wizyta w paszczy lwa - spotkanie z kompletnym zarządem, który zdefiniował swoje oczekiwania względem mojej osoby. W grę wchodziło oczywiście tylko i wyłącznie wywalczenie awansu do Ekstraklasy i to najlepiej z pierwszej lokaty. Zarząd postanowił pójść mi nieco na rękę i od razu wyposażył mnie w stertę makulatury dotyczącej spraw klubowych. Dobre kilka godzin zajęło mi odnalezienie tego najważniejszego aktu - sprawozdania byłego trenera Shamrock z ubiegłego sezonu, w którym opisywał postawę poszczególnych zawodników. Choć nigdy nie należałem do grupy osób, które postrzegają innych przez pryzmat opinii osób trzecich, to jednak mogło być to dla mnie niezwykle cenną wskazówką pozwalającą odpowiedzieć na podstawowe pytanie - z kim mam do czynienia. Po niezwykle przyjemnej niczym zdecydowanie przydługa i lekko nudnawa, gimnazjalna lektura, nadszedł czas na gwóźdź programu… Spotkanie z zawodnikami.

Darowałem sobie barokowe mowy jasno wykładając, czego będę oczekiwał od każdego z zawodników. Po rozgrzewce na zmarzniętym boisku przyszła kolej na wewnętrzna gierkę, która miała na celu wyselekcjonowanie optymalnej jedenastki, a także zorientowanie się w umiejętnościach poszczególnych zawodników. Z każdym kolejnym dniem coraz lepiej poznawałem zawodników, a w dotychczasowej stercie papierów pojawiły się te sygnowane moim nazwiskiem. Dziwne schematy, masa tabelek, wykresy wydolnościowe, setki godzin materiałów wideo z zeszłego sezonu kręconych amatorską kamerą scouta, hektolitry kawy i napojów energetycznych… Wszystko powoli dawało rezultat, zawodnicy z tygodnia na tydzień lepiej rozumieli mój koncept gry. Na początku marca któregoś piątkowego wieczoru zebrałem cały sztab szkoleniowy i udaliśmy się na Ballymun Avenue. W pubie Shamrock Lodge, przy piwku znacznie lepiej rozmawiało się o kwestiach dotyczących klubu. W głównej mierze zaaranżowałem spotkanie po to, aby dopiąć ostatnie kwestie, jeśli chodzi o kadrę. Jednak pokłosiem tego nieoficjalnego spotkania była piątkowa wycieczka śladami historii Shamrock, którą roztaczał przede mną ten, który mnie tu przywiódł - Stephen Fenell. I tak dotarliśmy na Tallagh Stadium, gdzie na moment dołączył do nas prezes stowarzyszenia kibiców - Shamrock Rovers F.C. Members Club



Tallagh Stadium - niedoszła siedziba klubu

Udało nam się zamienić parę słów na osobności. W krótkim, żołnierskim komunikacie objaśnił, iż tu cytat… „Każdy na początku jest naszym przyjacielem, Collins też nim był. Krótko, ale był…Jeśli chce Pan mieć tu przyjaciół Shamrock musi awansować”. Nogi lekko zadrżały, wszak z plakatów rozwieszonych w pobliżu Tolka Park i przy siedzibie klubu na Oak Road, biła fala desperacji. Dla zwykłego człowieka spoza Dublinu zrozumiała dopiero w chwili, gdy uświadomi sobie, że Tolka Park to bastion drugiej strony świętej wojny w Dublinie – Shelbourne. Eskalacja frustracji fanów Shamrock była jednak wypadkową wielu czynników, ale największym zapewne był fakt, że perypetie Shamrock zmusiły włodarzy i kibiców Rovers do korzenia się przed największymi rywalami. I stąd właśnie wzięło się Shamrock Rovers F.C. Members Club, stąd ten plakat na betonowej fasadzie trybuny Tallagh Stadium - dzisiaj już tylko symbolu niespełnionych marzeń „The Hops”.



Lekko stremowany, przytłoczony potokiem impulsów, jakie ostatnimi czasy wywierały na mnie presję dobrego wyniku, wraz z dniem 29 stycznia zasiadłem na ławce trenerskiej ekipy z Dubilnu. Nasz rywal - amatorska drużyna Ballymun nie miała zbyt wiele do powiedzenia, szybko, bo po 22 minutach gry objęliśmy prowadzenie, a na listę strzelców wpisał się Gerard Rowe, który wykorzystał prostopadłe zagranie od Davida O’Connora. W drugiej części meczu szybko stworzyliśmy sobie kilka dogodnych sytuacji, z których jedną w 53 minucie wykorzystał Gerard Rowe, zaś wynik ustalił David O’Connor. Z Ballymun wracaliśmy z niezłych humorach i miałem nadzieje, że wysokie morale utrzyma się po meczu ze znacznie bardziej wymagającym rywalem - Shelbourne.
Czerwień i zieleń to zestawienie, które nawet w krzykliwej ostatnio modzie, stanowi ostry kontrast. Taki sam poziom nietolerancji zarysował się ostatnimi czasy pomiędzy obydwiema ekipami, które – o zgrozo! – los scalił za pomocą stadionu. Wewnętrzny pojedynek pomiędzy dwiema ekipami grającymi w tym sezonie na Tolka Park zakończył się sprawiedliwym podziałem punktów, a wszystko co najciekawsze tego popołudnia miało miejsce w pierwszej części spotkania. W 28 minucie po raz trzeci w tym okresie przygotowawczym wpisał się Gerard Rowe, lecz już pięć minut później do wyrównania doprowadził Glen Crowe i święta wojna ogarniająca ulice północnego Dulbinu została tymczasowo odłożona.

Zaledwie trzy dni później na stadionie John Hyland Park w Dublinie podejmowaliśmy ekipę St. Francis. Choć rywal nie wydawał się zbyt mocny to drugi garnitur nie poradził sobie ze zmasowanym atakiem gospodarzy, a porażka 3-1 w pełni odzwierciedlała układ sił na boisku. Jedyną bramkę dla Shamrock w tym spotkaniu zdobył Jamie Duffy.
Znacznie lepiej wypadł kolejny wyjazdowy pojedynek z Mayo, w którym to po raz kolejny miała okazję zagrać druga drużyna. Tym razem wszystko wyszło znacznie lepiej, a wygrana 2-1 po trafieniach Davida McGilla oraz Anthonego Flooda zapewniała dobre humory przed ostatnią towarzyską konfrontacją z ekipą, z którą będziemy jeszcze grać w ramach rozgrywek ligowych - Derry City. Batalia nie wypadła dla nas zbyt dobrze i pomimo, że w tym spotkaniu byliśmy stroną zdecydowanie przeważającą to goście wbili o jedną bramkę więcej i tym samym wywieźli z Dublinu wynik 2-1. Cieszyła niezwykle wysoka skuteczność Gerarda Rowea, który w każdym meczu, w którym miał okazję występować wpisywał się na listę strzelców, a passę tą podtrzymał w meczu z Derry.

Nawet w najgorszym scenariuszu nie zakładałem, że okres przygotowawczy aż tak szybko minie. Powodów, dla których tak się działo było wiele. Przede wszystkim miałem dziwną świadomość, że i tak na wiele rzeczy jest już na późno jak choćby na porządny trening techniczny, z którego musiałem zrezygnować na rzecz obozu kondycyjnego. Do tego dochodziły jeszcze sparingi grane niemalże co 3/4 dni i oczywiście pewne problemy ze sztabem szkoleniowym. Nasz pierwszy scout Stephen Fennell, który wprowadził mnie w szeregi Shamrock, pod koniec stycznia dostał propozycję pracy w szkockim Aberdeen i angielskim Stoke, wybrał tą drugą opcję. Stephen wiedział, że minie szmat czasu zanim Shamrock spełni jego marzenia o zaistnieniu w szerszym gronie niż Irlandia. Nie pozostało mi nic jak pewnie po raz ostatni uścisnąć dłoń w podziękowaniu za ogromną przysługę, jaką mi wyświadczył. My otrzymaliśmy 8 tysięcy funtów rekompensaty, ale mieliśmy jeden poważny problem - brak obserwatora. Tu i ówdzie pojawiły się ogłoszenia o tym, że Shamrock Rovers poszukują obserwatora, jednak minęło trochę cennego czasu zanim odpowiedziało kilka osób. Zbudowany dewizą „liczy się jakość, a nie ilość” zabrałem się za wertowanie CV, jednak marne zainteresowanie proponowanym stanowiskiem przekładało się wprost proporcjonalnie na kwalifikacje kandydatów. Z przymusu postanowiłem poświęcić całe okno transferowe na szukanie odpowiedniego fachowca, który mógłby zaproponować jakieś wzmocnienia na zimę. Niestety, ogłoszenie cały czas było aktualne, a w miarę upływu czasu zgłaszali się „fachowcy” gorsi niż wizja Andrzeja Leppera na stanowisku prezydenta. Postanowiłem ukrócić tą farsę i spośród wszystkich zgłoszonych wybrałem najlepszego (o ile takie określenie jest tutaj na miejscu). I tak do naszego klubu trafił Aidan Donoghue, którego natychmiast posłałem na przeszpiegi po Irlandii, jednak zanim ten zdołał sporządzić jakiekolwiek notatki zamknięto okno transferowe dla piłkarzy z kraju. Tak więc ligę przyszło nam zaczynać z nieźle przygotowaną kadrą, ale pozbawioną odpowiednich wzmocnień co w przypadku pojawienia się sporej liczny kontuzji oznacza nic więcej jak poważne kłopoty.

Było więcej pytań niż odpowiedzi. Czy system, który zrobił swoje w rozgrywkach collage’ów sprawdzi się i teraz? Czy Calrke i O’Brien są odpowiedni na boki obrony? Przecież Clarke w defensywie nie jest zbyt pewnym zawodnikiem, ale za to jest bardzo szybki co daje mu pewna przewagę nad resztą chętnych do gry na boku, no i jeszcze świetnie centruje. A jak pod względem wytrzymałościowym wypadną pomocnicy? O’Connor jest na tyle dobry, że pewnie sobie poradzi, ale jak zagra Duffy to będzie ogromna zagadka… Moje rozważania przerwało pukanie, wreszcie przyszedł Terry Edison, któremu od razu wręczyłem protokół z meczową szesnastką, poczym głęboko odetchnąłem i otarłem zroszone czoło. Głośno przeczytał tylko pierwszych jedenaście nazwisk: Murphy, Clarke, Kelly, Price, O’Brien, O’Connor, Duffy, O’Brien, McGill, Myler, Rowe. „Pewnie też bym tak wybrał” – rzucił jeszcze przed wyjściem zapewne w odpowiedzi na odczuwane gdzieś w eterze napięcie. Największy dylemat miałem już za sobą, bowiem wszelkie personalne decyzje przed jutrzejszym spotkaniem wreszcie odeszły… Teraz tylko poprawnie to rozegrać.

***


- Dobra panowie, każdy wie co dokładnie ma robić. Pamiętajcie, żeby nie szarżować za bardzo od pierwszych minut. Bierzemy ich na zabieganie, trzeba ich tak zmęczyć, żeby nie wiedzieli co się dzieje. Trzeba rozciągać grę, oni na pewno zagrają bardzo defensywnie i nie dadzą na dużo pograć w środku.

- O’Connor, Duffy pamiętajcie, żeby pomagać w defensywie. Wyjdą pewnie takim samym systemem jak i my, więc przy ich ataku pozycyjnym potrzebna będzie równowaga zawodników. Gracie dokładnie to o czym mówiłem Wam na odprawie. Holujecie jak najdalej się da i dośrodkowanie na Mylera, lub gdzieś na środek, tam zawsze ktoś się znajdzie. Na skrzydle będą wspomagać was boczni obrońcy, zwykle będą obiegać za plecami, a jak będzie bardzo tłoczno to macie jeszcze środkowych pomocników do rozegrania „o ściankę”.

- Myler masz do zrobienia dwie podstawowe rzeczy. Będziesz dostawać dużo piłek ze skrzydeł i z tego masz coś wyczarować. Masz dwie możliwości: zgranie piłki do kogoś, albo ładowanie na budę… Na początku możesz trzymać piłki zgarnięte ze skrzydeł, zobaczymy jak będą grali środkowi Athlone. Jeśli będą pozwalali na zabawę w polu karnym to będziesz mógł przetrzymywać piłkę do czasu aż nie nadbiegnie reszta, żeby pomóc.
- Panowie teraz musimy udowodnić, że nasza obecność w tej lidze jest tylko i wyłącznie przypadkiem, jesteście wygrać ten mecz jak i każdy inny. Pamiętajcie tylko o jednym, żeby wygrać trzeba się napracować, zostawić serce na murawie… - popatrzyłem po twarzach zawodników, wszyscy wyglądali na żądnych zemsty za wszelkie niepowodzenia, które od końca lat 90 - tych trapiły ta drużynę. Świętą wojnę czas zacząć…

”And I want my anger just for me
And I need my anger not to control
And I want my anger to be me
And I need to set my anger free
Set it free…”


O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2007
Dodano: 27.02.2008

Liczba wyświetleń: 1344

Średnia ocen: 0.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu