Krótka piłka
"Koniec grania o nic", "Chwila prawdy" - takie tytuły pojawiały się w prasie przed potyczkami piłkarskiej reprezentacji Polski z Irlandią Północną i Anglią w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 2006. Teraz kadra Pawła Janasa ma te dwa spotkania za sobą, a reakcja kibiców i dziennikarzy - wiadoma.
Belfast, sobota 4 września br. mecz z reprezentacją Ulsteru - koniec eksperymentów taktycznych trenera, należało grać, aby wygrać. Jak zakończyła się potyczka? Wszyscy wiemy - pewne zwycięstwo 3:0, gole Żurawskiego (nareszcie!), Krzynówka i Włodarczyka zapewniły nam pierwsze trzy punkty w eliminacjach. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - Irlandia Północna to trzecia liga europejskiej piłki, może nawet gorsza. Od kilku lat nie wygrali meczu na własnym obiekcie, w poprzednich kilkunastu miesiącach nie potrafili nawet zdobyć gola w oficjalnym meczu międzypaństwowym, a poziom jaki prezentowali nie odbiega znacząco od tego oglądanego na polskich boiskach drugoligowych. W pełni potwierdził to przebieg spotkania z Polską - Irlandczycy gubili się we własnym polu karnym, nie potrafili przeprowadzić żadnej poważnej akcji podbramkowej, a jeśli już to czynili, to pudłowali z kilku metrów (chociażby David Healy w pierwszej połowie). A Polacy? Też nie lepiej! Koszmarne błędy Arkadiusza Głowackiego mogły zakończyć się kilkoma bramkami, gdyby nie świetnie dysponowany Jerzy Dudek. Żurawski mimo strzelenia gola też nie błyszczał, choć za tę bramkę cześć mu i chwała. A będący w rewelacyjnej formie legionista Piotr Włodarczyk? Dał się sprowokować jak małe dziecko Irlandzkiemu pomocnikowi, uderzył go i z hukiem wyleciał z boiska, pozbawiając się samemu szansy gry przeciwko Anglii. Krótko mówiąc - wynik lepszy niż gra, przed meczem z "synami Albionu" nikt nie mógł mieć powodów do zadowolenia.
Chorzów, środa 8 września br. "Mecz sezonu" - jak to określiła prasa. Na Stadion Śląski przyjechała drużyna ćwierćfinalistów ostatnich mistrzostw Europy. Mecz sam w sobie - jakby potwierdzenie wcześniejszych obaw. Znów w roli głównej Głowacki i jego fatalne kiksy, a zwłaszcza ten na początku meczu. Niestety to, czego nie wykorzystali "snajperzy" z Ulsteru, z zimną krwią obrócili przeciw nam Anglicy. Co z tego, że po rozpoczęciu drugiej połowy wyrównał Żurawski (chyba się odrodził - czas najwyższy!), skoro parę minut potem ten sam Głowacki, jego kolega z Wisły Kraków, wpakował piłkę do własnej bramki, podarowując trzy punkty wyspiarzom? Pozycję lidera grupy diabły wzięli, Anglia do spółki z Austrią wyprzedzają nas o punkt i teraz musimy drżeć o każdy mecz i o każdą bramkę.
Pytanie tylko, czy rzeczywiście musimy? Czy stać nas na jakiś renesans formy? Jest to możliwe, ale na pewno nie z trenerem Janasem. On już swoje pokazał - ma talent do głupich eksperymentów, potrafi przegrać z każdym i wygrać z nielicznymi, nie umie sklecić drużyny w jeden rozumiejący się kolektyw. Przecież to, co oglądaliśmy w Belfaście i Chorzowie, to nie był zespół - to była zbieranina gwiazdorów, uważających się za świętszych od Papieża i mówiących o sobie w samych superlatywach. Prawda jest taka, że na dzień dzisiejszy kadra wygląda następująco: w bramce Dudek, w obronie zero, w pomocy Kosowski, w ataku Włodarczyk (!) i ewentualnie Żurawski plus cała reszta grająca od przypadku do przypadku. Mamy tak naprawdę tylko kilku piłkarzy z prawdziwego zdarzenia (czyli ci wyżej wymienieni), pozostali to co najwyżej piłkarzyki.
Jako podsumowanie można by przytoczyć znane powiedzenie: "Nie udawaj pan Greka!". W naszym kraju do tej pory wielu stosowało się do tego. Ale może jednak warto byłoby naśladować południowców, panie trenerze?