Zmierzch Wielkich (cd.)
Już jakiś czas temu poruszyłem na łamach CCM podobny problem. W wielkim kryzysie znajdywała się Barcelona, w niemniejszym Parma i Nantes. Wszyscy wiemy, że Blaugrana już przezwyciężyła niemoc i pnie się systematycznie w górę w hierarchii drużyn hiszpańskiej Primera Division. Parma – weszła do UEFA, a od początku sezonu konsekwentnie rozczarowuje i po 4 kolejkach Serie A zamyka stawkę włoskiej ekstraklasy. Nantes - bez rewelacji, jak mizernie było, tak jest nadal. Ktoś spyta – no dobra, no i co z tego wszystkiego wynika? Fajnie, Barca zaczęła wygrywać, kibice się cieszą. Nie zamierzam więc się rozpisywać tutaj w samych superlatywach nad tym, jak Frank Rijkaard mimo początkowych wyników wyprowadził ekipę z Katalonii na pozycję wicemistrza kraju itp. Mógłbym, ale wtedy felieton ten nadawałby się bardziej do kącika fanów Blaugrany, niż do CCM.
Problem, który chcę poruszyć jest, od czasu gdy zrobiłem to po raz pierwszy, nadal aktualny. Na mistrzostwach Europy w Portugalii mieliśmy tego najlepszy dowód – naszpikowane gwiazdami Hiszpania, Francja czy nawet gospodarze, musieli uznać wyższość nikomu nie znanych Greków. Na ten temat prasa i eksperci powiedzieli mnóstwo, więc ja tu prochu nie wymyślę i nic oryginalnego nie dodam. Sęk tkwi jednak w tym, że mimo upływu czasu nadal widać tę niepokojącą tendencję w europejskiej (i nie tylko) piłce. Wielkie firmy wzbogacane najlepszymi piłkarzami świata, posiadające ogromne tradycje i niezliczone rzesze kibiców grają od początku sezonu „w kratkę” (najłagodniej mówiąc). Przykłady można mnożyć: Roma, Parma, Borussia Dortmund itd. Najbardziej jednak zastanawia sytuacja jednego z największych i najsłynniejszych klubów piłkarskich świata – Realu Madryt. Jako kibica Barcelony nie powinno mnie obchodzić to, co się dzieje w ekipie Los Merengues i powinienem się z tego raczej cieszyć, że Real dołuje. Ale jako kibica piłki nożnej w ogóle fakt ten nie tyle mnie martwi, co daje dużo do myślenia.
Parę lat temu gdy Florentino Perez obejmował stanowisko prezesa „Królewskich” obiecywał: co roku wielka gwiazda, klub wygrywa wszystko i jest niepokonany. No i ładnie, pierwszy sezon – Figo. Liga dla Realu, Champions’ League przegrana, ale pierwsze efekty są. Drugi sezon – Zidane. Wygrana Liga Mistrzów, ok. Zaraz potem pojawił się Ronaldo i od znów wygrana Liga, ale nie udało się obronić trofeum Pucharu Europy. Wtedy Perez zrobił coś, co PZPN po World Cup 2002 – bezczelnie i bez jakiegokolwiek uznania pożegnano się z Vicente del Bosque. Sądzono, iż nowy trener jest w stanie wnieść powiew świeżości do drużyny i ta zacznie wygrywać. Zatrudniono człowieka znikąd (niemalże), tak jak to u nas zrobiono z Bońkiem. Wielkich deklaracji było co nie miara, wyników – zero. Przybył wielki idol angielskich i hiszpańskich fanów – jaśnie wielmożny Beckham. Grał, a pożytku z niego niemal żadnego. Do tego doszło jeszcze kilka z rzędu porażek na koniec sezonu i Queiroz poszedł się ... /censored :)/. Tak jak Boniek, tylko że on miał tę cywilną odwagę odejść samemu.
Mówiono Perezowi: na cholerę ci tylu napastników, wzmocnij obronę przecież to obecnie jest najgorsza formacja Realu. Perez posłuchał, kupił Samuela za grube miliony i Woodgate’a za niemniejsze krocie, a do tego dokupił... a jakże by inaczej, napastnika Owena! I jakie wyniki?? Znów żadnych – Samuel daje się ogrywać jak małe dziecko, Woodgate gra nie lepiej, zaś Camacho (nowy trener) zadowolony ze zwycięstwa nad Wisłą, którą każdy silny klub w Europie mógłby w ten sposób ograć, zadowolony z pierwszych punktów w lidze... klapa, wystarczył rywal silniejszego kalibru, czyli Leverkusen i Real poległ! Następne dwie kolejki ligowe – rywale znów za silni! Camacho out, następny trener – przegrywa 1:2 z Bilbao. Wszyscy się zastanawiają – coś tu jest nie tak. A piłkarze, z Beckhamem na czele mówią: „Kryzys? Jaki kryzys? Skądże znowu...”. Tylko, że każdy idiota na ich miejscu by spostrzegł, że ten kryzys jest i się pogłębia!
Jakie jest jednak meritum sprawy? W podobnej sytuacji co Real (tylko oczywiście nie nagłaśnianej tak jak problemy Królewskich) są inne kluby: Inter, Manchester United, Liverpool, wspomniana Borussia... Sęk tkwi w polityce władz tych klubów. Błędy transferowe (plaga wielu drużyn, zwłaszcza Liverpoolu), zła polityka kadrowa, słaba organizacja... to wszystko ma ogromny wpływ na wyniki klubów i formę piłkarzy. Można by mnożyć drużyny, których wzorem powinny podążać wielkie firmy europejskie, ale najbardziej rzucającym się w oczy jest nie kto inny, jak mistrz Hiszpanii! Valencia CF pod wodzą Rafy Beniteza stanowiła doskonały przykład tego, co można zrobić z drużyny bez gwiazd. A co można zrobić? Zgrany i silny kolektyw, a jak udowodnili nam na Euro 2004 Grecy, teamwork jest obecnie najważniejszy w futbolu. Oprócz tego ekipa mistrza wychowała mnóstwo indywidualności. Dopiero w Valencii przecież objawiły się talenty Mendiety, Lopeza, czy też nadal grających w tym klubie Vicente, Aimara, Rufete... To za kadencji tego trenera drużyna wywalczyła dwukrotnie tytuł mistrza kraju, zdobyła puchar UEFA... Po drodze ogrywając tak wielkie firmy, jak właśnie Real czy nawet Barcelona.
Może trochę światła rzuci na sprawę czytelnikom mojego felietonu aspekt samego CMa. Zauważyłem, podobnie z resztą, jak zapewne rzesze innych graczy, że wiele karier na CCM (w tym i moje), bazuje na podobnej zasadzie. Przychodzi do klubu nowy menedżer. Ma koncepcje prowadzenia drużyny i konsekwentnie od początku do końca ją realizuje. Ale jaką koncepcję?? Najlepszym przykładem tego jest Gacek i jego Brindisi – tam znajdujemy esencję tego, co i w CMie i w prawdziwej piłce jest najistotniejsze. W drużynie nie ma indywidualizmu. Owszem – są piłkarze dobrzy i wyróżniający się na tle innych, także ci którzy poziomem odstają/odbiegają od całej reszty. Ale zespół to zespół – to 11 facetów na boisku i garstka rezerwowych, których łączy wspólny cel. Koleś po prostu w perfekcyjny sposób opisał to, jak powinni trenerzy i działacze budować solidną ekipę. Nie żadne super-hiper transfery za dziesiątki milionów dolarów, tylko inwestycja w młodzież i długotrwałe budowanie składu. Każdy wie, że aby zbudować mocny klub z przyszłością i na długo grzejącym miejsce w elicie nie wystarczy jeden sezon (nie mówię tu o takich hybrydach jak Chelsea). Ja sam męczyłem się nieźle budując NEC Nijmegen, a i tak mistrzostwo osiągnąłem dopiero w którymś kolejnym sezonie. Gacek, mimo iż jego wyczyny wyglądają na banalne, też się musiał cholernie natrudzić. Szczerze mówiąc powinien gwizdać na komentarze typu: „taaa... nie wierzę”.
Do czego zmierzam? Rzeczywistości i świata CMa nie ma co porównywać – w grze, jak wiadomo, można wygrać każdym i z każdym. Tam nawet nikomu nie znane FC Pcim Dolny (o ile istnieje coś takiego :p) może wygrać Ligę Mistrzów przy odrobinie szczęścia. Są pewne elementy łączące rzeczywistość wirtualną znaną z CMa ze światem prawdziwej piłki. Być może warto, by taki Florentino Perez spojrzał, jak wielu komputerowych szkoleniowców osiąga sukcesy metodą długoterminowego budowania składu, albo jak niewiele potrzeba by z nikomu nieznanego zawodnika zrobić gwiazdę europejskiego formatu. Oczywiści każdy z tych przypadków ma swoje miejsce w piłce na całym świecie (Arsenal i jego menedżer Wenger), jest tylko jedno ale. Gwiazdki są szkolone i promowane przez małe kluby, które następnie są rozprzedawane, za zakupione pieniądze szkolą i promują następców... i tak bez końca. A te molochy światowego futbolu, jak Real czy Inter nie chcą się za żadną cenę tego od nich uczyć! No co do Interu to ostatnio obserwujemy mały zwrot od tej tendencji, ale na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać. Problem, z którym obecnie styka się Real, nie jest nam znany dopiero od niedawna. Pierwszym symptomem zmierzchu gigantów był rok 1992 i mistrzostwo Europy Duńczyków. Od tamtej chwili kształtowały się wszelakie potęgi europejskie i światowe: Olympique Marsylia, AC Milan, Ajax, znów wielki Real... Wszyscy wiemy, że te firmy dziś są jedynie wspomnieniem dawnych sukcesów. No bo chyba nietrudno się nie zgodzić, że Milan (muszę to przyznać mimo iż jestem fanem tego klubu) wygrał CL w 2003 dzięki pechowi Pavla Nedveda, a Olympique dopiero teraz próbuje nawiązać do minionych lat chwały? Znowuż na tapetę ten wielki madrycki Real – co dwa lata wygrywał Champions’ League, bo nie był w stanie z roku na rok obronić trofeum. Tak nędznie grającego zespołu Los Merengues jak teraz, to chyba najstarsi kibice nie pamiętają.
Ja jako kibic Barcelony z nieszczęścia Realu (i nie tylko) powinienem się tylko cieszyć. Ale tak nie jest. Bo takie sytuacje nie służą piłkarstwu europejskiemu, światowemu z resztą tym bardziej. To w jaki sposób wielkie firmy potrafią się staczać na dno, musi budzić niepokój. Nadmienię tu chociażby wielkie Palmeiras, które parę sezonów temu z hukiem zleciało do 2-giej ligi Brazylii, choć to i tak dobrze, że dopiero po kilku latach ogromnego marazmu w tym klubie. Nadmienię tu również Inter, który nie dalej jak parę lat temu mimo wielkich aspiracji zajął dopiero 13 miejsce w lidze. Wreszcie przytoczę tu Borussię Dortmund, która niedawno wygrywała Ligę Mistrzów i Bundesligę, a teraz stacza się po równi pochyłej. W końcu Bayer Leverkusen, który rok po dotarciu do finału Ligi Mistrzów omal nie zleciał do 2-giej ligi... Przykłady te są tak liczne, że nie ma co ich więcej przytaczać. Każdy wie, jak się obecnie dzieje. Jak wspomniałem na początku, już kiedyś ten temat poruszałem. Poruszę go po raz drugi, a jeśli trzeba będzie to i trzeci, bo nadal nic się nie dzieje w kierunku poprawy sytuacji w wielu zasłużonych dla piłki klubach. Cieszy fakt, że z marazmu wyciągnęły się ekipy Barcelony, Leverkusen czy nie wymienionej w całym felietonie (z wiadomych przyczyn) uznanej w naszym kraju firmy: Cracovii (do niedawna w 3 lidze), ale nadal martwi katastrofalna tendencja spadkowa u reszty potentatów: Real Madryt (wspominany tu do znudzenia), mające milionowe długi Leeds United, czy też AC Parma...
To wszystko musi zastanawiać, ale nie muszę chyba dopowiadać, kto jest temu wszystkiemu winien. Niech każdy kibic konkretnego klubu (jeśli o którymś zapomniałem to przepraszam) sam sobie odpowie na to pytanie... Czekam na opinie i Wasze komentarze.