Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Bojowanie byt nasz podniebny (cz.1)

Cristobal szedł przez miasto krokiem niezbyt miarowym. Odmierzał bowiem każde stąpnięcie na betonową płytę, zważał na przerwy. Wierzył, że gdy na którąś nadepnie stanie się jakaś straszna rzecz. Wierzył, bo już wie, że to wszystko było dziecięcą iluzją, złudzeniem, że nie ma tam wrót do innych wymiarów, lawy czy też palących ciało laserów. Sam piach i kamienie. Ale szedł, bo się przyzwyczaił, zdawał sobie sprawę, że był to widok dziwny, że oglądający się za nim ludzie, widząc ten niezgrabny taniec pukali się w czoła i komentowali to dziwactwo między sobą. Nie przejmował się tymi wlepionymi w niego spojrzeniami, bo wyróżniał się wszystkim. Był biały, a nie czerwony, w swoim hiszpańskim pozbawiony był typowego akcentu, przez co w szkole narażony był na drwiny kolegów. Był Polakiem. Urodził się co prawda już w Chile, ale hiszpański był jego drugim językiem. Cristobal mówił za to piękną, kwiecistą polszczyzną. Zdany był jedynie na lektury, które przywiózł z ojczyzny jego ojciec, a fascynował się on literaturą dawną, najchętniej barokową. Miał potężny zbiór Szarzyńskiego, Sarbiewskiego, a najbardziej umiłował Wespazjana Kochowskiego. Cristobal słyszał jego twórczość gdy wstawał, gdy jadł obiad, ojciec miał bowiem zwyczaj czytania na głos do posiłków (syn myślał całe życie, że to dla krzewienia polskości, ale ja sądzę, że ojciec po prostu lubił jeść sam). Wespazjan nie omijał go oczywiście przed snem, kiedy to „Dzieło Boskie, albo Pieśni Wiednia wybawionego” było wręcz wyśpiewywane z zachwytem i odgrywane w starannie przygotowanych przedstawieniach.

Wszystko to spowodowało, że jego język nie miał zbyt wiele wspólnego ze stosowanym obecnie, bariera oceanu nie pozwoliła mu obcować na co dzień z polską mową, choć jego ojciec był przyjacielem wielu rodaków, którzy mieszkali w Chile. Cristobal był za mały, aby słuchać rozmów z księdzem Poradowskim czy innymi, najczęściej architektami, budowniczymi Chile, sam bowiem przybył w latach sześćdziesiątych jako student architektury i korzystając z popytu zrobił wielką karierę. Jego syn nie poszedł w jego ślady, od małego był dziwakiem. Zamiast jeździć z ojcem na plac budowy nowego mostu, drogi, budynku, wolał kopać piłkę i spędzać czas na niekończących się zmaganiach z przeciwnikami. Został zauważony przez miejscowy klub – Rangers. Kariera piłkarska Cristobala nie jest warta wzmianek, bo wyrósł na gracza bardzo przeciętnego. Nie opuścił jednak swojego klubu aż do 29 roku życia. Grał w trzeciej drużynie i poświęcał się studiom. Na miejscowej uczelni studiował prawo i historię, ale wiedział, że jego miejsce nie jest w sądzie tylko na stadionie. Z jego decyzji o rozpoczęciu starań o uzyskanie licencji trenera piłki nożnej najmniej szczęśliwy był ojciec. Jednak i jego udało się przekonać. Rodzinna kronika, starannie prowadzona przez matkę, która miała słuch wręcz absolutny, słyszała dużo (czasami za dużo) i posiadała niewiarygodną pamięć. Notowała wszystko, każde słowo wypowiedziane w domu. Pozwalało jej to zajmować ręce podczas nieobecności męża.

Swoją ruchliwość i dziwaczność Cristobal odziedziczył właśnie po matce. Zanotowała ona także rozmowę, którą przeprowadził ojciec z synem przed jego zapisem na kurs (czytelnik może się zdziwić dlaczego niemal trzydziestoletni mężczyzna przekonuje swojego ojca i pyta się go czy może się czegokolwiek podjąć. Zaspokajam ciekawość i mówię, że w tej rodzinie jest to wielowiekową tradycją i to dziwactwo przetrwało tyle lat dzięki, jak podejrzewam, genetycznie przekazywanej skłonności despotycznej, którą to posiadali wszyscy mężczyźni w rodzinie. No prawie, bo Cristobal to wyjątek potwierdzający regułę). Rozmowa ta jest przyozdobiona w kronice kwiatami, niczym przydrożny ołtarzyk i takie też ma znaczenie, jest jak cudowny obraz. Matka Cristobala uczciła tak pierwszą od 1834 roku zmianę zdania głowy rodziny wobec przyszłości synów. Poprzednio dotyczyło to nauki gry na klarnecie zamiast wiolonczeli, ale i tak każdy w familii pamięta tamtą datę. Cristobal, jako wprawiony dzięki studiom prawniczym i lekturze Cycerona retor, przedstawił ojcu argumenty, które nie mogły pozostać w próżni i nie mogły zostać odrzucone. Wykazał, że praca trenera nie różni się zbytnio od pracy architekta. Różnią się one jedynie materiałem budulcowym. W piłce projektuje się wielka budowlę z ludzi, a w architekturze gama materiałów jest tysiąckroć szersza. Cristobal okazał się dobrym uczniem. W sam raz, aby objąć posadę trenera drugiej drużyny zespołu z Talki. Zgoda ojca pozwoliła uniknąć mu choroby swego rodu – monotonii. Każde kolejne młode pokolenie przez to, że musiało dać sobie narzucić jarzmo ojcowskiego decydowania, nie było szczęśliwe. Nikt jednak nie miał tyle odwagi, aby wzniecić bunt, aby spalić przeszłości ołtarze. Cristobal także nie miał, miał za to retorykę, która pozwalała mu unikać buntu i zwyciężać, śmiercionośna broń.

Szedł dalej. Lubił także liczyć swoje kroki i szukać porządku w chaosie. Odmierzać między jednym ubytkiem w chodniku a drugim, widział tam sens, przesłanie i logikę. Wiedział dobrze, że osiąga to przez skracanie lub wydłużanie kroków, przez stawanie na palcach i skoki. To oszukiwanie samego siebie sprawiało mu wielką radość, czuł, że oszukuje Wszechświat.

Rangers Talca spadło w 2006 roku z ligi i w następnym sezonie do niej nie powróciło. To dodało nieco smoły do anielskiej cierpliwości prezesa klubu, który postanowił wyrzucić trenera. Sam prezes był człowiekiem bardzo dobrym, przykładny katolik, mąż jednej żony i ojciec czwórki dzieci. Kochał prowadzony przez siebie klub i marzył o wielkim sukcesie. W 2002 roku myślał, że jest to bliskie, klub zajął drugie miejsce w turnieju otwarcia. Nie mógł przewidzieć, że za 4 lata będzie miał problemy z awansem do najwyższego szczebla rozgrywek. Miał on jednak plan. To prezes był głównym architektem decyzji Cristobala o podjęciu drogi trenerskiej. Cristobal imponował mu: inna cera, niebywała inteligencja i oczytanie. To w nim złożył swoją nadzieję, aby w przeciągu kilku, kilkunastu lat wejść na szczyt. Nie spodziewał się jednak, że czas Polaka nadejdzie tak szybko. Po wyrzuceniu trenera, nie miał żadnych wątpliwości i wezwał Cristobala do siebie na rozmowę.

- Nie ma mowy! Wiem co się święci! - krzyknął trener rezerw w drzwiach – to za wcześnie, nie chcę jeszcze przejąć pierwszej drużyny!
- Jak się domyśliłeś? - pytająco odrzekł prezes, odsłonił zasłony i nie pozwalając odpowiedzieć rozpoczął monolog – Widzisz to morze? - prezes był słynny z nadużywania metafor – Do tej pory pływałeś niczym w brodziku, przy brzegu. Ja daję Ci szansę osiągnięcia głębi, daję Ci własną łódź, daje Ci posadę sternika, daję Ci koło i proszę Cię, zgódź się...
- Jaki patos... - odrzekł Cristobal z nieukrywanym obrzydzeniem. Nie lubił go w języku hiszpańskim, drażniła go maniera w głosie jaką przyjmowali wtedy Hiszpanie, tak samo, jak nienawidził wyrażeń potocznych w polskiej mowie – nie przekonałeś mnie...
- Nasz statek tonie, już drugi rok walczy z górą lodową, ze sztormem i nawałnicą! - kontynuował prezes, a jego oblicze przybrało cech pomnikowych.
- Brzmisz jak Skarga – powiedział z radością Cristobal – lubię Skargę, przekonałeś mnie tym...
- Jak kto? Kogo? - prezes wyraźnie zgłupiał i stuknął się w łysą głowę sprawdzając czy przypadkiem nie jest pusta. Miał bowiem pewien kompleks. Nie lubił czegoś nie wiedzieć i dlatego w rozmowach lawirował po znanych sobie tematach, wiedział, że pokazanie mu braku wiedzy urośnie w jego oczach do horrendalnych rozmiarów.
- Taki Polak... ksiądz...
- Ach... - a w myślach nadal czuł się głupio... Postanowił poznać Skargę lepiej niż Cristobal.

Powyższy opis nie przedstawia całej rozmowy, która trwała ponad godzinę, ale zauważalny był brak matki Cristobala, która zapewne usłyszałaby ten dialog przez trzy ściany, ale nie potrafiła tego samego przez półtora kilometra ścian, jakie dzieliło ją od siedziby klubu.

Zaczął biec, aby pochwalić się tą wieścią rodzinie. Nie zważał już na przerwy między płytami, na kroki. Mimo początkowej niechęci przekonał się, prezes zadziałał, co prawda nieświadomie, na jego barokową wyobraźnię. Mijał ludzi, którzy spoglądali na niego z większą rezerwą niż kiedykolwiek. Biegnący biały to zwykle złodziej. Siła stereotypu. Cristobal przecinał powietrze, jakiś liść rozbił mu się na twarzy, wpadł do domu zziajany. Poznał, jak musiał czuć się Filipiades zawiadamiając o zwycięstwie Greków nad Persami, czuł jego krótki oddech i ciepło ręki na brzuchu. Cristobal nie padł jednak martwy po obwieszczeniu swojej radości rodzicom. Matka wyraźnie poruszyła się, czekając jednak z wybuchem radości na ruch ojca, na którego spoglądała uważnie kątem oka. Ojciec, wiedząc, że jego forma nie pozwala mu okazać żywiołowej radości, którą wyraził w duchu, wstał, podszedł do biblioteczki, wyjął stary zwój i przeczytał:

Pokój - szczęśliwość, ale bojowanie
Byt nasz podniebny.


Na co Cristobal odpowiedział:

Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie
Będę wojował i wygram statecznie!


I wpadli sobie w objęcia, niczym z obrazu o Synu Marnotrawnym.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 26.04.2008

Liczba wyświetleń: 2011

Średnia ocen: 5.75

O autorze
Nick: krzysfiol
Napisanych artykułów: 3

Inne artykuły tego autora:
Bojowanie byt nasz podniebny (cz.2)
Hej! Matrioszka...


Komentarze
krzysfiol
Zapraszam do komentowania :)
27 kwietnia 2008 0:21
Michał
Interesujący wstęp, mam jednak nadzieje ze nie zawarles tutaj wszystkich szczegolow dotyczacych przeszlosci swojego bohatera, no i licze na to, ze w nastepnych czesciach bedzie wiecej dialogow. Zycze wytrwalosci w pisaniu i dobrych wynikow w lidze : >
28 kwietnia 2008 10:37


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu