Brzemię szarego człowieka (cz.1)
Miał 71 lat, 175 centymetrów wzrostu, 62 kilogramy wagi i kilkanaście milionów funtów, których wolałby tak naprawdę nie mieć. Ciążył na nim również pewien wyrok. Pozostało mu jeszcze ponad 5 tygodni życia. Stary siwawy facet, mający bardzo liczną rodzinę, a tak naprawdę samotny i nie kochany przez nikogo. Na dodatek schorowany i obolały, jednym słowem zmęczony życiem, które w różnych odstępach czasu bywało lepsze bądź gorsze. Przygotowany na przyszłe, które jak mawiał, musi być lepsze od obecnego.
Od rana do wieczora głównym miejscem jego pobytu był wysoki przeszklony budynek, który zresztą należał do niego, podobnie jak i cała firma, która tak tańczyła, jak jej tylko zagrał. Nic w tym dziwnego skoro jednocześnie był jej właścicielem i prezesem, nic bez jego wiedzy i kompetencji nie mogło się obyć.
Jego przeszłość rysowała się w bardzo barwnym świetle. Uwielbiał hulaszcze życie, przepełnione upojnymi nocami z pięknymi kobietami, z którymi spędzał niejedną namiętną noc. Jako 32 - latek, po śmiertelnie chorym ojcu przejął zwierzchnictwo nad nieźle prosperującą firmą, którą doprowadził na szczyt. Bawił się kobietami. W wieku 24 lat ożenił się z Helen, wtedy 18 - letnią sexowną brunetką, z którą dorobił się trojga dzieci - dwóch synów oraz córki. W wieku 33 lat rzucił ją i tuż po przejęciu całości pakietu spółki ożenił się po raz drugi. Związek z Aldoną, o 10 lat młodszą striptizerką, okazał się całkowitym niewypałem i nie dotrwał nawet roku, choć uwieńczony został trzecim synem. Po raz trzeci, i ostatni, swój stan cywilny zmienił w wieku 50 lat. Na swojej drodze napotkał cud anioła, zaledwie 30 lat młodszą od siebie Stephanie. Urodziwa dwudziestolatka zaczarowała go swym urokiem do białego szaleństwa. Gdy po pięciu latach wspólnego życia małżeńskiego udało jej się w końcu zajść w ciążę, odeszła do innego. Urodziła bliźnięta, których z racji obowiązującego prawa stał się ojcem i to na jego obowiązku zostało płacić należne z tego tytułu alimenty. Od tego momentu trzymał się już z dala od kobiet. Co prawda, mimo dość zaawansowanego wieku, seks odbierał z przyjemnością młodzieniaszka, ale najczęściej kończyło się na jednej upojnej nocy, za którą zresztą musiał słono zapłacić.
I gdy lekarze postawili przed nim śmiały werdykt - ledwie pięć tygodni życia - John, bo tak miał na imię, musiał się z tym pogodzić. Było mu zresztą wszystko jedno, kiedy i gdzie przyjdzie mu umrzeć. Od ponad 12 lat choroba stwardnienia rozsianego przykuła go do wózka inwalidzkiego i wszystko, co go niegdyś zabawiało i w pewien sposób zajmowało, poszło w odstawkę. Na domiar złego w rodzinie nie miał ani jednego sojusznika, z którym mógłby zamienić choćby trzy słówka w wolnym, przerażającym go w swej monotonności, czasie. Nienawidziły go wszystkie trzy byłe żony, które uczucie to przekazały i wpoiły również swoim dzieciom. Te skłonne były nawet polubić swojego ojca, który nie szczędził pieniędzy na ich edukację i indywidualne potrzeby w okresie dzieciństwa. Jednak gdy każde z nich osiągnęło pełnoletność otrzymało spory zastrzyk gotówki, rzędu pół miliona funtów, ale po tym czasie nie dostały już od niego ani centa. Przez ten incydent urwał się niemal cały kontakt, a więzy rodzinne pozostały już tylko na papierze a konflikt narastał. I dopiero, gdy na dwa tygodnie przed domniemaną śmiercią Johna, w pewien kwietniowy weekend została zwołana sprawa spadku majątku, cała rodzina zjechała się w jedno miejsce a z ust niejednej z osób można było dosłyszeć pochwały na temat Johna.
W sali rozpraw na pierwszym piętrze Sądu Rejonowego, zgromadziła się niemal setka ludzi, by omówić, z udziałem biegłych adwokatów i sędziego Clarka kwestię podziału majątku opiewającego na sumę kilkunastu milionów euro. Byłe żony Johna - Aldona, Helen i Stephanie zasiadły przy specjalnie przygotowanym na ten dzień półokrągłym stole, przodem do prowadzącego rozprawę sędziego Clarka, z asystą swych mężów i prawników. Z tyłu, przy nieco dłuższym stole zasiadły jego dzieci, również w asyście małżonków i adwokatów. Wnuki oraz ich rodziny, posadzono w ławach, tuż przed paparazzi, dziennikarzy i pozostałych vipów. Odczytującym ostatnią wolę Johna został jego osobisty prawnik - Eddie Sullivan. Sam zainteresowany nie uczestniczył w procesie. Cały przebieg zdarzeń rejestrowała cyfrowa kamera, pozwalająca w całości śledzić jej losy, przez co John nie musiał nawet wychodzić ze swojego biura na najwyższym z pięter swego gmachu.
O równo 15.00 czasu miejscowego rozpoczęła się rozprawa. Piętnaście minut później, po sprawdzeniu wymaganej liczby uczestników wydarzenia i ostatnim haczyku przy ostatnim z nazwisk na liście obecności, Sullivan wyjął z koperty dwa listy, jeden położył na stole i począł czytać z drugiej kartki:
"Ja, niżej podpisany John Niekelsen, będący w pełni władz umysłowych, nie mający kłopotów z pamięcią i wolny od przymusu z czyjejkolwiek strony zapisuję na wypadek mojej śmierci następujące rzeczy, następującym osobom:
Swoje własne przedsiębiorstwo wraz z 10 milionowymi oszczędnościami powierzam w ręce aktualnemu zarządowi firmy, który wspólnie ze mną pracował na jego aktualną jakość i markę, a także po 100 tysięcy funtów osobom, które w przeszłości działały w spółce, tj.: Jonny Dowling, Aimée Loula, Steven Kirwan, Dave Matthews, Laura Murphy i Ben Wright. Swoim byłym żonom nie zapisuję nic, bo zostały one już hojnie obdarowane w czasie rozwodów. Swoim dzieciom nie zapisuję nic, bo w przeszłości nie szczędziłem pieniędzy na ich dobrobyt i edukację, które zresztą przy odrobinie zapału z ich strony, dzisiaj pozwoliłoby im dobrze i godziwie żyć. Swojemu lokajowi Murphiemu zostawiam własny apartament, którym może w całości dysponować, prócz rzeczy, które wymieniłem w drugim z moich listów. Pozostałe środki pieniężne przeznaczam na cele charytatywne i dla miejscowego ośrodka pomocy społecznej.
Podpisano John Niekelsen"
Sullivan zakończył pewnie ostatnie zdanie, zwracając głowę ku sędziemu, po czym sala zamieniła się w jaskinię rozpaczy, zgrzytania zębów i popłakiwań. Posypały się też steki soczystych wiązanek i niecenzuralnych zdań. Irytacji nie było końca. Sędzia zmuszony został także do interwencji i przerwania obrad. Z wyuczoną gwałtownością uderzył młotkiem o ławę i groźnym wezwaniem nakazał wszystkim o spokój. Jednego z synów oraz jedną z żon ochrona zmuszona została wyprowadzić z budynku, bo słowa sędziego w ogóle do nich nie trafiały. Po tym zdarzeniu procedura została wznowiona, Sullivan udał się do sędziego, ten przeczytał list po czym dał skinieniem głowy znak o kontynuacji procederu. Wtem Sullivan zwrócił się do wszystkich zgromadzonych i wyjaśnił kwestię drugiego listu prostymi słowami, chyba specjalnie, by każdy mógł je w przyswajalny dla siebie sposób zrozumieć.
- John Niekelsen nie miał, jak to wszyscy myśleliśmy czterech synów i dwóch córek. Tak naprawdę miał ich pięciu. I mimo, iż jeden z nich został przez ochroniarzy przed chwilą usunięty z sali rozpraw, nadal w tym pomieszczeniu jest ich czterech.
W tym momencie adwokat zakończył swoją kwestię, odwrócił się na pięcie i sumaszystymi krokami udał się w stronę drzwi wyjściowych. A że znajdowałem się tuż przy nich, bo w sumie częściowo je nawet zasłaniałem, w uprzejmym geście otworzyłem je. Stojący tuż przy mnie paparazzi z równie żółwim zapłonem jak ja, uświadomili sobie, o co tu w tym wszystkim chodzi. Dopiero po wręczeniu listu, wśród tych wszystkich par oczu skupionych na mojej skromnej osobie, gdy przez głowę przeleciał kalejdoskop zdarzeń z całego życia, zrozumiałem pewną prawdę. To on jest moim ojcem, a ja jestem jego synem! To on, o którym matka nigdy mi nie mówiła, o którym zresztą zakazała mi mówić. To ten siwowłosy staruszek, który jest fundatorem tego całego dzisiejszego zamieszania, z którym nigdy nie rozmawiałem. Ba, którego nigdy nie widziałem na oczy. John Niekelsen jest moim ojcem!
Tak czy owak rozprawa miała się już ku końcowi, biegli prawnicy i sędzia prowadzący zakończyli odgórnie ustalone procedury a ostatni młotek tego drugiego zakończył ostatecznie rozprawę. Nie wiem w jakich okolicznościach znalazłem się w miejscu, do którego już pierwsze zdanie listu nakazało mi się udać. Pamiętam jedynie tylko chmurę dziennikarzy i fotoreporterów, bluzgającą w moją stronę niemal całą rodzinę Johna i ochroniarzy, którzy pozwolili mi wejść do taksówki, a może podstawionej przez kogoś fury. Nieważne. Znalazłem się przed całkiem wszechstronnym budynkiem pięknego apartamentowca, nacisnąłem dzwonek, po czym przywitał mnie na oko 50 letni mężczyzna i miłym gestem zaprosił do środka. To był Murphy - lokaj mojego ojca, który o całej sytuacji został przez niego dobrze poinformowany.
- Tak mocno pragnął byś jeszcze w tym domu na spokojnie przeczytał list i spełnił jego prośbę. Tak bardzo Cię kochał - wyjawił w końcu zasłużony służący mojego ojca.
- Gdzie on teraz jest? - zapytałem.
- W swoim gabinecie, na najwyższym piętrze swojego gmachu - wybełkotał Murphy, po czym dodał po chwili jeszcze coś - Czytałeś list?
- Czytałem. Potrzebuję jednak nieco spokoju na jego analizę. To wszystko dzieje się tak szybko, jestem w szoku!
- To przeczytaj go raz jeszcze - rzekł z uchylonym głosem lokaj, pytając zarazem czy czegoś nie podać.
- Z chęcią. Wódki - odpowiedziałem po chwili zawahania, po czym Murphy zaprowadził mnie w głąb, do jeszcze przestronniejszego pomieszczenia spełniającego najprawdopodobniej rolę pokoju dla gości. Znalazłszy trochę miejsca na stojącej luźno kanapie, zabrałem się do lektury.
"Po pierwsze udaj się na Walletstreet 109, do mojego apartamentowca! Będę się streszczał, bo w zasadzie zawsze byłem słownym człowiekiem.
Chciałem dać Ci więcej niż komukolwiek innemu. Z chwilą gdy czytasz ten list, ja już pewnie nie żyję, moje ciało opłakuje skowytem tylko stary poczciwy Filip, któremu zresztą przyszłości nie życzę, a to ze względu na fakt potraktowania przeze mnie mojej całej cudownej rodzinki. Nawet Murphy, nie będzie w stanie uchronić go przed żądłem nienawiści tych bestii. Nim zdecydujesz się na jakąkolwiek decyzję i wyciągniesz pochopne wnioski, wiedz, że Twoja matka była jedyną kobietą, którą tak naprawdę kochałem w życiu. Była cudowną osobą, ale ze względu na okoliczności nie mogliśmy nigdy być razem. Wybacz mi synu!
A teraz najważniejsze, co następuje. Pozycję managera w klubie, do którego się udasz, ofiaruje Ci mój przyjaciel, który wisi mi pewien dług wdzięczności. Masz rok na dowiedzenie o tym, kim jesteś i jaka krew płynie Twoich żyłach. Nie zawiedź mnie synu!
O wszystkim poinstruuje Cię Murphy. Jemu i Sullivanowi możesz ufać bezgranicznie. "
Czytając wypociny człowieka, którego przez całe życie nienawidziłem, o którego istnieniu zawsze wolałem nie myśleć, a moja - świętej pamięci - matka nigdy nie wspominała, czułem przepełniające me ciało ciepło i radość. Ten stary poczciwy mężczyzna interesował się moim istnieniem a teraz spełnił moje najskrytsze marzenie!
On... on nie żyje? - wybełkotałem z niedowierzaniem, zwracając się w stronę zatroskanego Murphy'ego, podającego mi na wpół zapełnioną przeźroczystą cieczą szklankę, który jak na człowieka wrażliwego przystało, z łzami w oczach wyjawił jego ostatni zamysł:
- Twój ojciec był tak zmęczony życiem i nie widząc innego wyjścia, wpadł na pomysł o popełnieniu samobójstwa. Najprawdopodobniej zastrzelił się zaraz po tym, jak zobaczył Eddie'go wręczającego Tobie kopertę. Pieniądze, które posiadał były głównym powodem jego nieszczęścia. Nienawiść rodziny odwzajemniał w ten sam sposób, wszystko zresztą doskonale przestawiła jego ostatnia wola. Odróżniał ludzi dobrych od złych. Tych którzy razem z nim współgrali i tych, którzy chcieli go w pewien sposób wycyckać. Niestety do tej drugiej grupy ludzi, należała cała jego rodzina.
- Pozwoliłeś mu tak po prostu umrzeć? - spytałem zirytowany.
- To nie było takie proste, Martin - odrzekł.
- Powiedziałeś przed chwilą, że mnie bezgranicznie mnie kochał. Może to zabrzmi teraz egoistycznie i bez taktu z mojej strony, ale dlaczego nie podarował mi choćby złamanego funta?
- Nie martw się. Odpowiednio Cię zabezpieczył, lecz musiał to zrobić z rozwagą. Gdy będziesz już w miejscu do którego masz się udać, na Twoje konto zostanie przelana kwota dwóch milionów funtów. Więcej przeznaczyć nie mógł, bo zatajenie choćby funta majątku podczas procedury testamentowej, mogłoby okazać się dla nas zabójcze. Myślisz, że prawnicy jego byłych żon i Twoich przyrodnich braci i sióstr, zostawią sprawę w spokoju? Nie, zaczną węszyć i im mniej na Twoim koncie, tym lepiej.
- Chciałbym go teraz zobaczyć.
- To niemożliwe. Jego ciało znajdzie dopiero rano firmowa sprzątaczka, o ile już ktoś z rodziny nie zażądał wejścia do jego gabinetu. To był jego ostatni zamysł, żeby jak najdłużej o jego śmierci nikt nie wiedział. Sędziego Clarka obowiązuje tajemnica państwowa, a Eddie Sullivan, który prowadził sprawę jest jeszcze lepiej zorientowany ode mnie. Te osoby nie powinny wyjawić tego co było w tym liście. Tym sposobem dał Ci trochę czasu na ucieczkę. Nie masz pojęcia jak to się może wszystko skończyć. Będzie śledztwo, będzie wielka sprawa. Będą dochodzić do tego, czy nie był przypadkiem psychicznie chory i czy testament spisany został bez ingerencji którejś ze stron, również z Twojej. Chcąc zachować anonimowość, strzeż listu za wszelką cenę, a najlepiej go zniszcz, w ten sposób nikt nie dowie się gdzie jesteś. Wyjedziesz stąd, kiedy będziesz już gotowy, samochód już na Ciebie czeka.
- Co to za miejsce, do którego mam się udać?
- Włochy. Południowe Włochy - wyjawił po chwili zamyślenia Murphy, po czym, obejmując mnie niczym własnego syna, dodał - Niech Bóg ma Cię w swojej opiece!