Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Alter ego (cz. 1)

Rzym, Włochy, 11 lipca 2007



Był typowy letni wieczór. Ludzie dopiero teraz zaczynali wychodzić na ulicę – w ciągu dnia upał był nie do zniesienia. Nie odstraszał jedynie tysięcy turystów, którzy codziennie przemykali między słynnymi zabytkami tego najpiękniejszego miasta świata. Vincenzo Salvadori siedział w swoim skórzanym fotelu wpatrując się w ciemność. Był już gotowy do wyjścia, do rozpoczęcia zupełnie nowego etapu w swoim życiu. Wcale tego nie chciał, jednak nie miał innej możliwości. Mimo siły swojego charakteru, który pozwolił zajść mu tak daleko, był teraz szczerze przerażony. Musiał wyjechać na bardzo długo, być może na zawsze. Gdyby tego nie zrobił, jego szanse przeżycia malałyby drastycznie z każdą kolejną godziną. Giorgio Baroni – głowa największej rzymskiej rodziny mafijnej osobiście wydał na niego wyrok śmierci, po tym jak Vincenzo zastrzelił jego wnuka Luigiego. Rodzina Salvadori od lat rywalizowała z Baronimi o wpływy w Wiecznym Mieście, jednak nigdy im nie dorównała. W ostatnich tygodniach ich konflikt osiągnął apogeum po strzelaninie na obrzeżach miasta. Prasa rozpisywała się o porachunkach mafii, twierdząc że stolica Italii powoli dorównuje w tym aspekcie Sycylii, jednak Vincenzo wiedział, że rzymskie rodziny już dawno osiągnęły większe wpływy niż te z okolic Palermo. Wciąż nie mógł się pogodzić, że kończy ze swoim dotychczasowym życiem. Lorenzo Salvadori – jego wujek, głowa rodziny, jeden z najpotężniejszych ludzi we Włoszech wczoraj obiecał mu pomoc ze strony rodziny Venitucci, mającej niespłacony dług wdzięczności wobec Lorenzo. Spojrzał na swój zegarek Caroll Shelby z limitowanej serii Anonimo Firenze. Dochodziła 21, już czas. Ostatni raz spojrzał na zdjęcie swojej rodziny – żony Giovanny i córeczki Laury oraz list, który im zostawił. Nie był w stanie osobiście im powiedzieć, że być może już nigdy go nie zobaczą. Podniósł pistolet z szafki i włożył za spodnie, następnie chwycił walizkę i ze łzami w oczach wyszedł z domu. Wsiadł do swojego czarnego BMW M5, położył walizkę na siedzeniu obok i przekręcił kluczyk w stacyjce. Musiał się spieszyć. Był umówiony na 21.30 przed wejściem do starej fabryki samochodów przy ulicy di Porta Castello. Nie wiedział z kim ma się spotkać, jednak miał tam na niego czekać ktoś od Venitucciego, kto zaprowadziłby go do siedziby głowy ich rodziny – Antonio. Dopiero tam miał wyjawić, że następnego dnia chce zabrać się na ich statek z dwoma tonami kokainy, płynący do Japonii. Skręcał z ulicy Frate di Trastevere w aleję Rafaello Sanzio, gdy zadzwonił telefon schowany w walizce. Kiedy jedną ręką trzymał kierownicę a drugą próbował wystukać kod konieczny do jej otwarcia, nagle na ulicę wbiegł młody chłopak chcący zdążyć na autobus. Vincenzo odruchowo skręcił kierownicę na bok i wjechał na przeciwny pas. Nadjeżdżający z naprzeciwka kierowca wypełnionej paliwem cysterny nie miał żadnych szans ominięcia luksusowego BMW. Wybuch był tak potężny, że w płomieniach stanęło wszystko w promieniu piętnastu metrów.





Pół godziny wcześniej



Tysiące kroków tylko po to by sens znaleźć
Spokojna noc, powoli zanurzam się w ciszy
I tylko wiatr rozwiewa niespokojne myśli
Niby samotnie, jednak mam tu słuchaczy
Dookoła kamienie, które niejedno widziały
I myślę - gdyby kamienie mogły mówić
Powiedziałyby prawdę tak różną dla ludzi


Świetna płyta – pomyślał skręcając z mostu Ponte Garibaldi w ulicę di Giardini i poprawiając słuchawki na uszach. Lubił samemu wyruszać w miasto nawet w rodzinnej Novarze, więc przechadzka po Rzymie przy ulubionej cichej muzyce płynącej z głośników wprawiała go w świetny humor i skłaniała do refleksji. Nazywał się Robert Mombelli i był trzydziestodwuletnim kawalerem. Z pochodzenia był Polakiem, jednak ponad połowę swojego życia spędził we Włoszech. Urodził się w Koszalinie, w którym mieszkał wraz z rodzicami do czternastego roku życia. Wtedy też, dwa lata po śmierci jego ojca wyprowadził się wraz z matką Ewą do Italii, a konkretniej stutysięcznego miasteczka Novara leżącego na północy kraju, pomiędzy Turynem a Mediolanem. Mimo długich problemów z dostosowaniem się do życia w innym państwie po pewnym czasie zaczęło im się całkiem dobrze powodzić. Matka poznała i wkrótce wyszła za mąż za Włocha Marco Mombellego, fryzjera pracującego przy ich ulicy. Sama zaś, po szybkim opanowaniu języka zaczęła pracę w tamtejszym banku, szybko pnąc się po szczeblach kariery. Robert po prawie dziesięciu latach postanowił pójść śladem matki i zmienić swoje dotychczasowe nazwisko – Wilczek, na to które posiadał ojczym, którego zresztą w przeciwieństwie do filmowych stereotypów szczerze pokochał. Początki jego życia we Włoszech nie były łatwe, szczególnie na początku, kiedy praktycznie nie miał z nikim kontaktu. Dopiero po roku prywatnej, intensywnej nauki języka poszedł do liceum, gdzie poznał przyjaciół, z którymi do dziś utrzymuje świetny kontakt. Po liceum rozpoczął naukę na Uniwersytecie Turyńskim na kierunku Wychowanie Fizyczne i Zdrowotne. W przeciwieństwie do Polski, ukończenie tych studiów dawało w większości ciekawszą i lepiej płatną pracę niż nauczyciel wf w szkole. Jako specjalizacje wybrał szkolenie piłkarskie, gdyż od zawsze pragnął zostać trenerem. Rzeczywistość okazała się jednak okrutna. Po studiach wrócił do Novary, gdzie znalazł zatrudnienie jako... nauczyciel wfu w liceum, do którego sam uczęszczał, zastępując swojego byłego wychowawcę, który odszedł na emeryturę. Od trzech lat Robert pracował jako asystent Giancesare Discepolego – trenera piłkarskiego klubu Novara Calcio, występującego w lidze Serie C1. Jego plany zrobienia kariery managera oddalały się z każdym miesiącem spędzonym w Novarze. Nie narzekał jednak. Lubił swoją pracę i poświęcał jej większość wolnego czasu, mając nadzieje, że niedługo zastąpi Discepolego, gdyż ich klub w zakończonym niedawno sezonie ledwie utrzymał się w lidze. Teraz jednak zupełnie o tym nie myślał, ciesząc się spędzanymi w Rzymie wakacjami. Mimo, że mieszkał we Włoszech od osiemnastu lat, dopiero drugi raz, nie licząc kilkudniowego szkolenia na studiach, zdecydował się odwiedzić Wieczne Miasto. Dwutygodniowy wyjazd, który zaplanował z piątką swoich przyjaciół z liceum już kilka miesięcy temu, powoli się kończył. Za dwa dni mieli oddać klucze do wynajętej kwatery i wrócić do swojego miasteczka. Jego towarzysze zdecydowali się na mały rejs wycieczkową barką po Tybrze, niechętnie zostawiając go w domu. Robert zaś, przeklinając swoją chorobę morską, która uniemożliwiała mu wszelakie podróże jakimikolwiek wodnymi środkami transportu, postanowił zrobić im niespodziankę i urządzić sobie mały spacer dochodząc pieszo do miejsca, w którym miała skończyć się ich podróż. Przed wyjściem na prędce opracował plan spaceru, jednak zapomniał wziąć ze sobą mapy i nie był pewny dalszej trasy.
- Mi scusi – zagadnął przechodnia, pytając o drogę. – Którędy dojdę do placu Dora Pamphili?
- Jeśli się nie mylę, najkrócej będzie przez ulicę di Porta Castello – odpowiedział starszy, łysawy mężczyzna i wskazał ręką na zachód. – Tak, to na pewno najlepszy wybór. Tyle, że może tam być dość ciemno. To mała, rzadko używana uliczka.
- Dziękuję – Robert podziękował za pomoc, spoglądając przez ramię w podanym kierunku. – Arrivederci.
Kiedy minął tabliczkę z napisem „via di Porta Castello” odtwarzacz mp3 przestał działać – wyczerpała się bateria. Zwinął przewody i schował wraz ze słuchawkami do kieszeni i przeklinając pod nosem ruszył brukowaną aleją, chcąc jak najszybciej znaleźć się w miejscu przeznaczenia. Po kilku minutach marszu w półmroku jedyną oznaką życia był chudy czarny kot, który przebiegł mu drogę. Nie wierzył w przesądy, więc w ogóle się tym nie przejął. Zresztą nie miał czasu aby zawrócić a czekając aż ktoś przejdzie tędy przed nim, musiałby pewnie nocować pod niedziałającą latarnią. Kilkaset metrów dalej zorientował się, że odgłos jego kroków nie jest jedynym, który dochodził jego uszu. Ludzkie słowa stawały się coraz głośniejsze i zdawały się pochodzić zza ceglanego muru po drugiej stronie uliczki. Po pokonaniu kolejnych kroków słyszał już dokładnie każdy wypowiadany wyraz – kłóciło się ze sobą dwóch mężczyzn. Chcąc, nie chcąc, instynkt podpowiedział mu, aby ostrożniej stawiał kroki, robiąc jak najmniej hałasu.
- Gadaj do cholery – odezwał się ktoś wysokim, raczej przestraszonym głosem – Z kim się tu umówiłeś?
- Jak ci powiem, to pewnie mi podziękujesz i sobie pójdziesz, he? – drugi głos wydawał się wysoki i spokojny, jakby zrelaksowany.
Serce Roberta zaczęło bić dwa razy szybciej. Coś było nie tak. To nie mogła być zwykła pogawędka. Zresztą miejsce tym bardziej na to wskazywało. Rozsądek podpowiadał mu, aby nie zwracając na siebie uwagi poszedł dalej i nie mieszał się w swoje sprawy. Jednak ciekawość co robi dwóch facetów przy opuszczonej fabryce oraz lekkie podniecenie towarzyszące zalążkowi przygody zwyciężyły.
- Powiedz Giorgio Baroniemu – odezwał się bas – że Antonio Venitucci nie miesza się w jego sprawy.
- Może sam chciałbyś mu to powiedzieć?

Mur miał raptem z dwa metry i wyglądał całkiem solidnie, więc wystarczyło lekko się podciągnąć, aby zobaczyć co dzieje się po drugiej stronie. Dzięki codziennym ćwiczeniom był w całkiem niezłej formie, więc nie było to problemem. Całe szczęście, że gdy ostrożnie wystawił głowę ponad ścianę wisiał w powietrzu, bo widok pewnie zwaliłby go z nóg. Jakieś trzydzieści metrów od muru stało dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich - młody wysoki brunet ubrany w czarną skórzaną kurtkę, z zaczesanymi do tyłu włosami stał tyłem do Roberta z wymierzonym pistoletem w klatkę piersiową drugiego faceta. Ten zaś był znacznie niższy od swojego oprawcy, był gruby i zupełnie łysy. Przez chwilę Robertowi wydawało się, że grubas zobaczył jego głowę wystającą znad cegieł, teraz jednak patrzył wprost na bruneta. Starając się nie zrobić hałasu Robert stanął na ziemi nie wiedząc co robić dalej. Serce waliło mu jak oszalałe, oddech stał się nienaturalnie szybki i nieregularny. Przestały docierać do niego głosy zza ściany. Poczekał chwilę aż się uspokoi i ponownie ostrożnie podciągnął się do góry aby ocenić sytuację. Brunet z całą pewnością go nie widział, jednak Robert przez chwilę napotkał wzrok grubasa. Ten na pewno go zauważył, lecz zachował zimną krew i nie dał tego po sobie poznać. Nie wiedząc dlaczego nie ucieka gdzie pieprz rośnie Robert wspiął się na mur i przykucnął niczym spiderman na jego szczycie. Znalazł się cholerny bohater. Na wszelki wypadek pokazał grubasowi palec przyciśnięty do ust i... nie wiedział co robić dalej. Schodząc na pewno wydałby jakiś hałas, który równałby się z jedną kulką w głowie, drugą w sercu. Na pewno nikt nie usłyszałby strzału, tym bardziej iż pistolet bruneta miał założony tłumik. Robert zobaczył małą połać trawy po jego lewej stronie jakieś półtora metra od muru. Przeklinając w myśli samego siebie i starając się utrzymać równowagę przeszedł jak najbliżej zielonej kępki. Gdyby wierzył w Boga pewnie by się przeżegnał, jednak jako zdecydowany ateista zadowolił się chwilowym zamknięciem oczu i głębokim oddechem. Wyskoczył jak najdalej umiał i wylądował miękko na wycelowanym kawałku. Spojrzał w kierunku wciąż dyskutujących mężczyzn jednak żaden z nich nie zareagował. Świetnie kurwa, co dalej? Wiedząc, że grubas obserwuje go kątem oka kucał i rozejrzał się szukając rozwiązania. Musi cicho zajść bruneta i zdzielić go czymś w głowę. Cegłą, jakie to proste. Zdjął buty i w skarpetkach z powrotem podszedł do muru. Dosyć szybko znalazł cegłę, która ledwo się trzymała i ostrożnie wydostał spośród innych.
- Koniec pieprzenia. – usłyszał zza siebie – Zobaczymy czy będziesz taki twardy przed Giorgio Baronim.
Robert wiedział, że musi się spieszyć, bo pewnie zaraz brunet weźmie grubasa na jakieś tortury. Trzymając w prawej ręce starą czerwoną cegłę zaczął skradać się w kierunku mężczyzn. Komandos z niego nie będzie – po prostu lekko pochylony podchodził coraz bliżej faceta z pistoletem, licząc że ten go nie usłyszy. Grubas starał się przedłużyć rozmowę, jednak Robert zupełnie nie słyszał ich głosów, skupiając całą swoją uwagę na uważnym stawianiu stóp. 10 metrów... 5 metrów... Zaczął się obawiać, że oprawca prędzej usłyszy walenie jego serca niż to, że się skrada tuż za nim. Jeszcze tylko kilka kroków. Podniósł cegłę do góry i... poczuł chrzęszczenie kamyków pod nogami. Brunet momentalnie się odwrócił i po minięciu początkowego zaskoczenia zaczął kierować pistolet w stronę Roberta. W tym momencie grubas przygotowany na taki rozwój sytuacji rzucił się na niego, próbując odebrać broń. Robert momentalnie doskoczył do tarzających się facetów i zdzielił z całej siły bruneta w tył głowy. Ten natychmiast przestał stawiać opór i z zamkniętymi oczami rozłożył się na ziemi.

- Grazie mille! – grubas wstał i powiedział do swojego wybawcy. Potem wyjął spluwę z ręki nieprzytomnego przestępcy i... wpakował mu dwie kulki prosto w czoło. – Addìo.
Robert stał jak wryty. Tego się nie spodziewał. Tymczasem grubas schował pistolet za spodnie, przeszedł kilka metrów i podniósł z ziemi kolejny pistolet, którego Robert wcześniej nie widział i wsunął obok poprzedniego. Następnie podszedł do Roberta i wyciągnął do niego rękę.
- Jestem Giancarlo Venitucci. – przedstawił się – Nie spóźniłeś się, to ja byłem za wcześnie.
- Roberto Mombelli. – odpowiedział totalnie zaskoczony, zanim zdążył wymyślić jakieś inne nazwisko.
- Od kiedy stosujecie metodę walki cegłami? – Giancarlo wyszczerzył zęby - Nie masz spluwy?
- Ja... nie. – Robert wciąż nie mógł dojść do siebie – Nawet nie umiem strzelać...
Giancarlo zmierzył go wzrokiem.
- Ale jesteś od Salvadoriego, co?
- Taaa... – wiedział, że jeśli zdradzi, że jest zwykłym przechodniem, za chwile wyląduje obok bruneta. – Zbierajmy się stąd.
Venitucci podszedł do trupa, odwrócił go na plecy i wyciągnął kluczyki do auta i portfel z tylnej kieszeni jego spodni. Przejrzał dokumenty i schował wszystko do wewnętrznej kieszeni marynarki.
- Gdzieś tu musi mieć zaparkowany samochód, poszukajmy – zaproponował Giancarlo.
Chcąc nie chcąc Robert zgodził się i poszedł za nim. Musiał poczekać na okazję do ucieczki. Nie miał pojęcia na kogo czekał grubas. Wiedział tylko, że musi improwizować i udawać „kogoś od Salvadoriego”. Musieli jak najszybciej stąd odjechać, bo pewnie zaraz zjawi się prawdziwy „ktoś”. Po dwóch minutach znaleźli stojącego na uboczu luksusowego Cryslera 300C. Giancarlo otworzył drzwi, wszedł do środka, wyjął coś ze schowka i wrzucił za pazuchę.
- Wsiadaj. – powiedział – Łatwiej będzie podjechać niż nieść tu tego trupa.
Wrócili na miejsce, gdzie leżał martwy brunet. Venitucci wysiadł i wrzucił go na tylne siedzenie. Następnie otworzył bak na paliwo, zerwał z bruneta koszulę i zwinął tak, że wyglądała jak sznurek. Następnie wyciągnął piersiówkę z marynarki i polał koszulę jej zawartością.
- Cholerne marnotrawstwo. – mruknął wkładając połowę do baku, po czym spojrzał na Roberta – Chodź za mną.
Robert bez słowa poszedł za grubasem. Po minucie marszu doszli do innego zaparkowanego samochodu, Rolls-Royce Phantoma należącego do Giancarlo. Kiedy wsiedli do środka gangster wyjął zapałki, otworzył okno i skierował kierownicę w stronę stojącego auta. Zatrzymali się obok. Venitucci odpalił zapałkę i rzucił ją na wystającą z baku część przesiąkniętej koszuli.
- Salutami Giorgio – powiedział i ruszył z piskiem opon. Pozdrów Giorgio...
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 07.05.2008

Liczba wyświetleń: 2103

Średnia ocen: 5.33



Komentarze
Wiochi
Wow. Fajne opowiadanko. Zdecydowanie czekam na więcej. Mam nadzieję, że kolejne części będą się pojawiały regularnie.
7 maja 2008 14:34
Perez
A jednak dopiąłeś Ziutek swego i będzie opek fabularny :) Zapowiada się ciekawie. Jedyna drobna uwaga z mojej strony... Sprawdź czy te apostrofy są potrzebne przed "ego" (Salvadori’ego, Mombelli’ego).
9 maja 2008 9:57
Ziutek
Rzeczywiście, masz rację - powinno pisać się bez apostrof, szczegóły pisowni tutaj. Poprawiłem, dzięki za uwagę ;)

Wiochi również mam taką nadzieję. Jeśli nie opublikuję chociaż 10 takich części uznam to za swoją osobistą porażkę :)
9 maja 2008 13:16
Nevada_Smith
hmm.. wole opowiadania mniej opisowe, z konkretami ;) ale tak czy inaczej powodzenia w grze ;]
9 maja 2008 13:35
Ziutek
Rzeczy związane z samym prowadzeniem klubu powinny pojawić się w okolicach trzeciej części ;)
9 maja 2008 14:27
Perez
Trzeciej części sezonu II :P
11 maja 2008 9:02
smetek
czekam na kolejna czesc :)
11 maja 2008 9:25


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu