Od dziecka wszystko co związane z piłką kopaną, niezwykle mnie interesowało, chłonąłem piłkarską wiedzę niczym gąbka. W 2003 roku w wieku 22 lat, po napisaniu pracy licencjackiej wyjechałem z rodzicami na wakacje do Włoch, i tak zaczęła się moja niezwykła przygoda…
Po przyjeździe do Italii, trafiliśmy do regionu Kalabria, położonego w południowej,
niezwykle słonecznej i ciepłej części kraju, świetna pogoda przez praktycznie cały rok. Od razu pomyślałem sobie, jaką frajdą jest tutaj kopanie piłki, kiedy można to robić przez cały rok. Rodzice zafascynowani kulturą włoską, pojechali na kilkunastodniową wycieczkę do Turynu, Rzymu, Mediolanu i innych historycznych włoskich miast. Ja zostałem w Kalabrii, a mianowicie w miasteczku Catanzaro. Mając skończone 22 lata, posiadałem już w zanadrzu troszeczkę wiedzy szkoleniowej, którą nabyłem trenując kilka drużyn juniorskich. Swoją pracę (o ile można nazwać to pracą) wykonywałem oczywiście charytatywnie i z wielkim zamiłowaniem, gdyż kochałem to! Rozumiałem młodzież, gdyż w młodości do 20 roku życia sam kopałem piłeczkę, i wychodziło mi to nawet nieźle, ale kontuzja przerwała niestety moją zabawę na boisku…

Lipcowego wieczora Anno Domini 2003 spacerowałem po uliczkach cudownego
miasteczka jakim jest Catanzaro. Będąc na plaży, zobaczyłem grupkę dwudziestu kilku mężczyzn kopiących popularną „biedronkę”. Już pierwszy rzut oka, wystarczył mi żebym stwierdził, iż to profesjonaliści z tutejszego klubu. Zwróciłem uwagę na dwóch zawodników, byli naprawdę dobrzy, technicznie dokonywali cudów na piasku… nie widziałem czegoś takiego nigdy w życiu na polskich boiskach, więc tym bardziej się zdziwiłem, że 3-ligowcy mogą coś takiego wyprawiać! (Trzeba właśnie wspomnieć, że klub F.C Catanzaro występuje w Serie C1/B! ) W pewnym momencie piłka silnie kopnięta przez któregoś z zawodników, zmierzała w moją stronę, nie zastanawiając się ani chwili, przyjąłem ją bardzo ładnie na klatkę piersiową. Na moje zagranie zawodnicy zareagowali oklaskami i krzycząc coś po włosku zaprosili mnie do gry. Ucieszony, mówiąc łamaną włoszczyzną szukałem kogoś, kto mówi po angielsku. Na moje zapytanie dotyczące klubu i spraw związanych z nim, odpowiedział mi ‘mój ulubieniec’ – jeden z dwóch wcześniej opisanych zawodników, którymi się zachwyciłem. Nazywał się Giorgio
Corona, miał 29 lat i był napastnikiem – z tego, co mówił, w ostatnich dwóch sezonach strzelał po 23-24 gole w Serie C. Giorgio zaciekawił mnie sobą - powiedział mi, że jest tu nowy, i przyszedł do tego klubu, aby w końcu w spokoju skupić się na grze i kontynuować karierę, ale nie wie, co się dzieje, bo prezes zwolnił trenera, i sytuacja klubu wygląda nieciekawie. Zastanowiłem się…
Kopiąc z piłkarzami, zawodnicy zauważyli, że nie jestem jakimś byle jakim grajkiem, po tak krótkim czasie, obdarzyli mnie boiskowym szacunkiem i zaufaniem, za co byłem im naprawdę wdzięczny. Po skończonej grze na pięknej kalabryjskiej plaży, postanowiłem wrócić z chłopakami razem na stadion i pogadać z władzami klubu. Ciekawiła mnie sytuacja w klubie. Realnym okiem widziałem, że tak naprawdę tylko kilku zawodników gra w drużynie, dlatego, że chcą grać i w jakimś stopniu się rozwijać… resztę stanowili ludzie wzięci z przypadku, jakiejś łapanki - kelnerzy, którzy dorabiali sobie pogrywając w piłkę…
Po niecałych 30 minutach spacerku dotarliśmy do klubowego stadionu, oniemiałem z wrażenia.
Stadio Nicola Ceravolo, bo tak nazywała się arena F.C Catanzaro mógł pomieścić 30 000 osób! Byłem w szoku. Stadion był naprawdę zadbany, nie rozumiałem, co się dzieję z tym klubem. Na inwestorów nie można było narzekać, pieniądze - drobne, ale były. Z mojego punktu widzenia klubem interesowali się po prostu ludzie w ogóle nie interesujący się futbolem, klub był im obojętny. Giorgio zaprowadził mnie do prezesa. Wchodząc na piętro, na którym mieścił się gabinet prezesa, usłyszałem kłótnię z trenerem od przygotowania kondycyjnego, który wyleciał prawdopodobnie „na zbity pysk”. Zapukałem delikatnie w drzwi i wszedłem. Niski, łysawy mężczyzna około 60-tki , podobny do Louisa de Funesa, przedstawił mi się po angielsku:
- Witam, nazywam się Carlo
Parente - wtedy Carlo był już bardzo opanowany, zdziwiło mnie to troszkę, że tak szybko potrafił dojść do pełnego spokoju, skoro 2 minuty wcześniej wyglądał zapewne na uosobienie diabła i kłębek nerwów. - Jestem prezesem tego „cyrku”. Co takiego młodzieńca jak Pan sprowadza do mnie? – prezesik powiedział to z błogim uśmiechem na twarzy, więc poczułem się bezpiecznie.
- Moje nazwisko Soszyński, Wojciech
Soszyński. Jestem Polakiem, mam niezłą wiedzę o futbolu, grałem nawet dziś z pańskimi chłopakami na plaży. Ciekawi zawodnicy, a przy tym naprawdę mili, dobrze przyjęli mnie do swojego kręgu.
- Hmm… jeśli chce Pan u mnie grać, to w porządku, przyda nam się kolejny młody zawodnik, ale nie obiecuje wielkich pieniędzy, kiedy chce Pan popisać jakieś kwity? Wystarczy mi to, że moi grajkowie Pana dziś przyjęli do swego kręgu, więc na pewno prezentuje Pan odpowiedni poziom gry, tylko na dzień dzisiejszy jesteśmy bez trenera, bo ostatni okazał się żałosnym kłamcą i kretynem – kultura Mr Parente troszkę mnie rozśmieszyła, mówił bez ogródek o poprzednim trenerze no i na dodatek starszy dziadzio odzywał się do mnie, co chwilę per „Pan”. Nie widząc nigdy w akcji takiego „chłopaczka” jak ja, chciał podpisać ze mną kontrakt. Co za brak profesjonalizmu i wiedzy szkoleniowej!
- Ależ Panie Carlo, schlebia mi Pan naprawdę – odpowiedziałem lekko zażenowany postawą prezesa, jednak było mi miło, że chciał mnie włączyć do zespołu – Ja nie chcę u Pana grać! Interesuje mnie, jakie chce Pan podjąć kroki względem posady trenera? Czy jest już jakiś następca? – Miałem po cichu nadzieję, że nie jednak zdawałem sobie sprawę, że mam przecież tylko 22 lata. Kto się mną może zainteresować?!
- Hmm nie wiem… nie znam się na futbolu, ale wszystko mi jedno naprawdę, kto nim będzie. Najważniejsza jest dla mnie szczerość. Zna się Pan na tym? To Świetnie! Z tego co Pan mi powiedział zawodnicy Pana lubią, nie stawiam przed Panem żadnych celów, proszę ich poprowadzić… - słuchałem tego, co mówi do mnie Carlo. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, myślałem że jest w amoku, dostał jakiejś fobii tudzież innego schorzenia mózgu… jednak myliłem się.
- Mówi Pan poważnie?! Ale ja nie mam żadnych papierów. Prowadziłem tylko młodzieżowe drużyny ze swojego regionu w Polsce - powiedziałem zdruzgotany z radości. Carlo stwierdził, żebym się nie martwił, on wszystko załatwi. W zespole ma panować spokój i dyscyplina a ja mam im w tym pomóc. Powiedział również, że wyglądam na „swojego” chłopaka, więc mi zaufa. Tym bardziej, że jeszcze nigdy nie pracował z tak młodym człowiekiem.
I tak oto zostałem (z przypadku!) trenerem F.C Catazaro – a wręcz ta posada, sama wpadła mi w ręce. Naprawdę jeszcze nie mogłem w to uwierzyć. Przecież brak mi doświadczenia, no ale cóż, pomyślałem sobie – „raz kozie śmierć!”. Carlo powiedział, żebym zgłosił się do dyrektora Marco
Bengalio, który miał mi pomóc w załatwieniu, różnego rodzaju formalności z dokumentami. Wyszedłem na mały „obchód” stadionu. Był piękny, cudowne trybuny, oświetlenie, wspaniała murawa… od tej areny można było wyczuć mistycyzm, coś mnie do niej przyciągało i wewnętrzny głos mówił mi, że te trybuny, Ci kibice, zasługują na futbol z prawdziwego zdarzenia. Tylko zastanawiało mnie jedno - jak tego dokonam? Klub potrzebował wzmocnień i to wielkich! Widziałem tylko 2-3 zawodników, którzy nadają się do mojej koncepcji. Ale za to jacy to byli zawodnicy Wiedziałem, że Giorgio
Corona, pokaże mi, na co go stać. Uważałem tego zawodnika, po zobaczeniu na plaży tylko małej próbki jego umiejętności, za kompletnego futbolistę. Ten fakt cieszył mnie okrutnie, drugim zawodnikiem, który mi zaimponował był Toledo
Robson - Brazylijczyk, który przyjął krótki przydomek – po prostu
Toledo. Ale o nim porozmawiamy później...