Po skończeniu udanego sezonu w monachijskim klubie wiedziałem, że przede mną najgorsze wyzwanie – obronić te wszystkie tytuły. Zanim jednak zabrałem się za wzmacnianie drużyny, wybrałem się do sąsiednich krajów – Austrii i Szwajcarii, gdzie pełną parą ruszyły Mistrzostwa Europy 2008. Niestety nasza kochana Polska nie zakwalifikowała się i swój debiut będzie miała dopiero w 2012 roku. Największe szanse na końcowe zwycięstwo miały Włochy i Niemcy. Niespodziewanie czarnym koniem stała się Chorwacja, która bez problemu wyszła z grupy i w ćwierćfinale ograła Portugalię. Półfinał był jednak dla nich zbyt ciężkim orzechem do zgryzienia i musieli uznać wyższość Włochów. Za to Francja spokojnie i na luzie ograła Niemców, więc finał zapowiadał się emocjonująco. Dwa lata temu obie ekipy spotkały się na finiszu Mistrzostw Świata i wówczas lepsi okazali się reprezentanci Włoch. Tym razem nie było inaczej, Francja nie miała szans przeciwko lepiej wyszkolonym piłkarzom i przegrali 0:1 zadowalając się jedynie srebrnymi medalami.


Tłumiłem w sobie krzyk rozparzy, gdyż z całego serca byłem za Francuzami, których bardzo ceniłem i darzyłem ogromnym szacunkiem. Szkoda, że po raz drugi z rzędu zostali pokrzywdzeni, bo zwycięstwo im się należało. Wróciłem jednak do Monachium, by zająć się ważnymi sprawami mojego klubu. Prezes łaskawie oświadczył mi, że na transfery otrzymam ponad 45 milionów euro, co było dla mnie sumą zawrotną. Rok temu nie mogłem liczyć na taką hojność i wtedy stać mnie było na kupienie tylko jednego zawodnika. Jednak szeroka kadra z utalentowanymi piłkarzami sprawiła, że wygraliśmy ligę i Puchar UEFA. Żeby to obronić potrzebne były poważne wzmocnienia. Karierę zakończył Oliver
Kahn i szybko znalazłem na jego miejsce solidnego bramkarza. Vincent
Enyeama kosztował mnie zaledwie milion euro. Byłem szybszy niż inne kluby z Europy, które ostrzyły sobie zęby na Nigeryjczyka. Utalentowany goalkeeper miał być ostoją naszej drużyny.

Vincent ENYEAMA
Kibice bardzo się ucieszyli na wieść, że nigeryjski piłkarz zasili
Bayern. Wiedzieli, że w tym człowieku tkwią wielkie siły i może on zatrzymać największych rywali na świecie. Bramkę miałem więc obsadzoną i to za niewielkie pieniądze, więc rozpocząłem poszukiwania środkowego obrońcy. Po wielu dniach wędrówki po zachodnich klubach, w końcu znalazłem tego jedynego, który chciałby grać dla mojej drużyny, a przy okazji prezentuje wysokie umiejętności. Irlandczyk John
O’Shea tak łatwo jednak do mnie nie przyszedł, bo działacze angielskiego
Man Utd zażądali dość sporej sumy - 15 milionów euro. Wydałem je jednak bez żalu wiedząc, że zawodnik szybko się spłaci. Wszechstronny defensor mógł grać na każdej stronie obrony, więc tym bardziej po niego sięgnąłem.

John O'SHEA
Największym echem odbił się transfer Jakuba
Błaszczykowskiego. Był to hit transferowy nie tylko w Polsce, Niemczech, ale i na całym świecie! Prawoskrzydłowy robi karierę w zawrotnym tempie i szybko znalazł u mnie uznanie. Jednak negocjacje z nie lubianym przez bawarskich kibiców
Dortmundem okazały się bardzo długie i w końcu przystaliśmy na wysoką kwotę 31 milionów euro. Byłem jednak święcie przekonany, że transfer będzie trafiony w dziesiątkę, bo mając piłkarza tak kreatywnego z takimi umiejętnościami sprawia, że człowiek jest w siódmym niebie, a fakt, że jest to rodak tylko polepsza samopoczucie.

Kuba BŁASZCZYKOWSKI
To były trzy najważniejsze transfery. Z klubu nie odszedł latem żaden zawodnik. Zatrzymałem najlepszych w zespole, mimo że pytali się o nich nieustannie. Dawałem jednak tak wysokie ceny zaporowe, że zachodnim klubom odechciewało się sięgać głębiej do portfela. Ja natomiast wydałem niemal wszystkie pieniądze, które miałem dostępne w tym sezonie na transfery, ale byłem zadowolony, że zainwestowałem je w solidnych piłkarzy, którzy pomogą mi w obronie tytułów.
Pierwsze rozgrywki, w których liczyło się końcowe zwycięstwo, to Puchar Ligi. Półfinał, gdzie za rywala mieliśmy
Hoffenheim, poszedł nam bardzo łatwo i skończyliśmy go z wynikiem 5:0. Gorzej sprawy miały się w finale, gdzie spotkaliśmy się oko w oko z
HSV. Myślałem, że damy sobie radę i w końcu trofeum wpadnie w moje ręce, ale bardzo się myliłem lekceważąc rywala przez całe 90 minut. Efektem czego był wynik 0:2 w plecy i tylko drugie miejsce w Pucharze Ligi. Prezes nie był zbytnio zadowolony, o czym mi powiedział prosto w twarz, gdy następnego dnia zjawiłem się w pracy. Na otarcie łez wygraliśmy w 1. rundzie Pucharu Niemiec z
Neusterlitz 6:0, a sensacją były gole zdobyte głównie przez obrońców.
Lucio trzykrotnie pokonał bramkarza główką,
Van Buyten w taki sam sposób umieścił piłkę w siatce dwa razy, a na deser
Podolski dołożył swoje trafienie z rzutu karnego. Porażka z
HSV w Pucharze Ligi okazała się złym miłego początkiem, a to dlatego, że w lidze wygraliśmy kolejno 3:0 z
Hoffenheim, 2:0 z
Schalke i aż 6:0 z
Nürnberg! Potem nastał jednak smutek, gdy po 90 minutach gry w Superpucharze Europy pewnym było, że kolejne trofeum przejdzie nam koło nosa. Nie wykorzystaliśmy dogodnej szansy na większe zaistnienie w Europie. Porażka 1:3 z
Arsenalem była tak bolesna, że prezes wezwał mnie na dywanik, żebym mógł się wytłumaczyć ze słabej postawy piłkarzy. Obiecywałem poprawę i słowa dotrzymałem. Wygrana 6:0 z
Aue i 2:0 z
Werderem bardzo poprawiła humor szefowi, który nie patrzył na mnie tak bardzo surowym wzrokiem, jak wcześniej. Występ w Lidze Mistrzów mieliśmy pewny od fazy grupowej, ale początek walki o 1/8 finału zakończył się masakrą. Polecieliśmy do Włoch, gdzie naszym rywalem miała być
Fiorentina. Wszystko toczyło się po naszej myśli, ale gdy prowadziliśmy 2:0, niespodziewanie gospodarze przycisnęli nas do muru i zmietli z powierzchni ziemi wygrywając ostatecznie 3:2. Byłem zły na piłkarzy, ale jeszcze bardziej na siebie samego. Zbyt wiele wpadek zdarzało nam się w obecnym sezonie. Wygrana z
Herthą 3:1 poprawiła mi humor i optymistycznej patrzyłem w przyszłość. Wielkimi krokami zbliżał się mecz z
Man Utd, ważne spotkanie na Allianz Arena, które miało nam dostarczyć pierwszych punktów w tej edycji Ligi Mistrzów.
Przy komplecie widzów na stadionie wybiegliśmy w najsilniejszym składzie. Mieliśmy za zadanie skopać tyłki Angolom i pokazać, że to my jesteśmy lepsi, a nie jakieś Czerwone Diabły. Już w 13. minucie mogliśmy pokonać rywali, ale
Podolski spudłował mając przed sobą… pustą bramkę. Napastnik naprawił swój błąd w 29. minucie, gdy dostał kapitalne podanie od
Kroosa. Bez wahania skierował piłkę w długi róg bramki i nie dał najmniejszych szans holenderskiemu bramkarzowi. Anglicy nie mogli nic zrobić, pogubili się całkowicie, a akcje ofensywne przychodziły im z wielkim trudem. Kiedy już do nich doszło, to
Enyeama wychodził obronną ręką. Po ostatnim gwizdku sędziego byłem bardzo szczęśliwy, że pierwsze 3 punkty zapisały się na naszym koncie.

Po powrocie do krajowych rozgrywek czekał nas zimny prysznic. Grając z
Dortmundem liczyłem, że w końcu zdobędziemy jakiś punkt w walce z nimi, bo w ostatnim sezonie zawsze uznawaliśmy wyższość rywali. Tym razem nie było niespodzianki i gospodarze wygrali z nami 1:0. Moja złość była tak wielka, że piłkarze wygrali 5:0 z
Wolfsburgiem, żeby tylko nie stracić swoich premii. Wyjazd na trzeci mecz w fazie grupowej Champions League do Amsterdamu okazał się totalną klapą. Nie sądziłem, że
Ajax może być ekipą lepszą od nas, ale jak się okazało, to Holendrzy dominowali przez całe 90 minut i wygrali 2:0. Zauważyłem, że mamy ogromne problemy z grą na wyjeździe i musiałem szybko temu zaradzić. Małe modyfikacje tylko pogorszyły sprawę i w Bundeslidze przegraliśmy na wyjeździe z
Arminią 0:1. Gdy przyszedł czas rewanżów w LM, to na pierwszy ogień poszedł właśnie
Ajax. Pokazaliśmy im lekcję futbolu na Allianz Arena wygrywając skromnie 1:0, ale liczyły się trzy punkty oraz świadomość, że się odegraliśmy za cięgi w Amsterdamie. W międzyczasie ograliśmy 3:0
HSV w lidze i utrzymywaliśmy się w czubie tabeli. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, gdy znaleźliśmy siły na ogranie
Fiorentiny 3:1 przed własną publicznością. Nasz awans z grupy nie był niestety taki pewien, bo wszystkie drużyny liczyły się w tej walce. No, może poza
Man Utd, który nie mógł nawet liczyć na 3. miejsce. Trochę z przykrością patrzyłem, jak ta uznana firma stacza się na dno, ale chłopacy bez problemów ograli nas na swoim teatrze marzeń 2:0, z czego oczywiście nie byłem zadowolony. To oznaczało, że nie zagramy dalej w Lidze Mistrzów, a 3. miejsce da nam występ w 1/16 finału Pucharu UEFA. Będziemy mieli więc szansę na obronę tytułu. Rundę jesienną zakończyliśmy skromnym remisem 1:1 z
Hoffenheim, ale ważne było to, że utrzymaliśmy fotel lidera.

Zimowe zgrupowanie mieliśmy w… Angoli. Cztery spotkania były bardzo łatwe i zawodnicy mogli popracować nad skutecznością. W okienku transferowym nie mogłem poszaleć, bo brakowało mi pieniędzy. Mogłem je zdobyć pozbywając się Miroslava
Klose – najskuteczniejszego napastnika w ostatnim sezonie, ale szkoda mi było sprzedawać tak utalentowanego zawodnika. Co chwilę musiałem podpisywać mu prośby o miesięczny urlop, gdyż Miro miał kłopoty osobiste, których nie mógł się pozbyć. Dlatego zagrał w całej rundzie tylko 10 spotkań i jego kariera wisiała na włosku. Przynajmniej
Podolski przejął obowiązki swojego kolegi i wywiązał się z nich perfekcyjnie. Jest bardzo skuteczny i strzela mnóstwo goli, więc nie mogłem narzekać.
Okres przygotowawczy przepracowaliśmy solidnie, ale okazało się, że to nie wystarczało do pokonania
Nürnberg, które odprawiło nas 1:4. Losowanie w Pucharze UEFA okazało się dla nas dość łaskawe. Wpadliśmy na
Rapid Bukareszt, ale pierwsze spotkanie w Rumunii zakończyło się bezbramkowym remisem. Tłumiłem w sobie ogromne pokłady agresji, ale wyluzowałem się po rewanżowym spotkaniu, w którym strzeliliśmy aż 6 goli nie tracąc przy tym ani jednego.
Podolski wpadł w rytm strzelania goli, czego efektem było zwycięstwo 4:0 nad
Frankfurtem i
Hannover’em. Przyszedł czas na 1/8 finału Pucharu UEFA, gdzie naszym rywalem było portugalski
Sporting Lizbona. Sądziłem, że łatwo pójdzie mając w składzie takiego killera, ale u siebie wygraliśmy tylko 2:1. Powrót do krajowych rozgrywek okazał się bolesnym sprowadzeniem na ziemię, bowiem przegraliśmy aż 0:3 z
Herthą, by następnie przegrać w Lizbonie 0:1 i pożegnać się z kolejnymi rozgrywkami. Nie ukrywam, że płakać mi się chciało, gdy widziałem swoich bezradnych piłkarzy i złość wymalowaną na twarzy prezesa. Doszliśmy do półfinału Pucharu Niemiec, gdzie trafiliśmy najłatwiej jak tylko mogliśmy, bo na drugoligowe
Kaiserslautern. Rywale pokazali jednak, że słusznie znaleźli się tak wysoko i po wielkich bojach wygrali z nami 2:1 strzelając gola kilka sekund przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Mecz z
Dortmundem w Bundeslidze był okazją do odegrania się za wszystkie porażki z nimi. Punkty bardzo się wtedy liczyły, bo mieliśmy tylko jedno oczko przewagi właśnie nad
Dortmundem, które dumnie kroczyło po mistrzostwo. Remis 1:1 był całkiem przyzwoity, bo w końcu zdobyliśmy choć jeden punkt w pojedynku z tymi rywalami. Następnie przyszła porażka z
Wolfsburgiem, która niemal pogrzebała nasze szanse na mistrzostwo. Na szczęście
Dortmund również tracił punkty po drodze i utrzymaliśmy pierwsze miejsce. Przyszło zwycięstwo 2:0 z
Arminią, ale następnie znowu polegliśmy 1:2 z
Hannoverem i mieliśmy tylko jeden punkt przewagi nad drugim miejscem. Wygrana 3:0 z
Cottbus i 1:0 z
HSV napawała mnie optymizmem, ale remis 0:0 ze
Stuttgartem nie był już zadowalający. Dortmund wykorzystał tą sytuację i znalazł się na pierwszym miejscu mając jeden punkt więcej od nas. Najważniejszy mecz w sezonie z
Karlsruhe był po prostu do wygrania. Strzeliliśmy jednego gola, potem następnego. Prowadziliśmy 2:0 podczas, gdy
Leverkusen ogrywało 1:0
Dortmund. Wszystko było na dobrej drodze, ale rywale zdobyli kontaktowego gola, a następnie jeszcze jednego i wyrównali. Wkurzyłem się mocno i zacząłem kląć na piłkarzy, którzy do końca meczu nie zrobili zupełnie nic. A
Dortmund dostał prezent od sędziego w postaci karnego i wyrównał z
Leverkusen zostając tym samym nowym mistrzem Niemiec.

Ten sezon nie może być zaliczony do udanych. Polegliśmy we wszystkich rozgrywkach zostając z niczym. Wiadomo, że za kilka dni dostanę wymówienie z pracy od prezesa, ale ja odejdę z niej jeszcze szybciej niż wielu osobom się to wydaje. Podobno może zwolnić się miejsce w
Juventusie, które w Lidze Mistrzów na pewno nie wystąpi, więc kto wie, może w przyszłym sezonie powalczę na włoskiej ziemi.
Ważniejsze transfery do klubu:
Vincent
Enyeama (BR, H. Tel-Awiw, 26 lat) -> € 1 mln
John
O’Shea (O PLŚ, Man Utd, 28 lat) -> € 15 mln
Jakub
Błaszczykowski (OP P, Dortmund, 23 lata) -> € 31 mln
Jose
San Roman (O P, River, 20 lat) -> € 18 tys.
Suma: € 47 mln
Ważniejsze transfery z klubu:
brak
Suma: € 0
Wyniki:
Bundesliga: 2 miejsce (21 zwycięstw, 6 remisów, 7 porażek, bramki: 67/26; 69 punktów)
Puchar Niemiec: półfinał (porażka z Kaiserslautern)
Superpuchar Europy: porażka z Arsenalem
Liga Mistrzów: faza grupowa (3. miejsce)
Puchar UEFA: 1/8 finału (porażka ze Sporting Lizbona)
Osiągnięcia indywidualne:
Najlepszy strzelec: Lukas
Podolski – 37 goli
Najlepszy strzelec ligowy: Lukas
Podolski – 24 gole
Najwięcej bramek w meczu:
Lucio – 3 gole (vs. Neustrelitz 6:0)
Najwięcej asyst: Franck
Ribery – 16 asyst
Najwyższa średnia ocen: Lukas
Podolski – 7,36 w 45 meczach
Najwięcej nagród „piłkarz meczu”: Lukas
Podolski – 13
Najgorsza dyscyplina: Andreas
Ottl – żółte kartki: 13/czerwone kartki: 0
Najmłodszy piłkarz: Toni
Kroos (18 lat)
Najstarszy piłkarz:
Ze Roberto (34 lata)
Rekordy:
Najwyższe zwycięstwo: 6:0 z Neusterlitz w Pucharze Niemiec, 1 runda
Najwyższe ligowe zwycięstwo: 6:0 z Nürnberg
Najwyższa porażka: 1:4 z Nürnberg (Bundesliga)
Mecz z największą ilością bramek: 6:0 z Neusterlitz w Pucharze Niemiec, 1 runda
Mecz z największą ilością bramek w lidze: 6:0 z Nürnberg