Po wakacyjnym odpoczynku do klubu wrócili piłkarze i okres przygotowawczy do nowego sezonu rozpoczął się na dobre. Kilka dni spędziliśmy w Płocku, aby szlifować formę przed zbliżającymi się sparingami. Na pierwszy z nich udaliśmy się do ukraińskiego Łucka, gdzie zmierzyliśmy się z miejscowym klubem. W meczu świetnie funkcjonował duet
Kowalski –
Kretkowski. Ich pierwsza akcja od razu zakończyła się golem tego drugiego. Moja drużyna rozpoczynała dopiero przygotowania, więc piłkarzom nie starczało sił, szczególnie w końcówce spotkania. Wynik zatem nie zachwycał – 4:2 dla rywali.
Po powrocie postanowiłem oddelegować na listę transferową dwójkę piłkarzy – Karola
Gregorka i Łukasza
Radlińskiego. Zdecydowałem się na grę systemem 4-2-3-1 i trzymanie aż czterech napastników w składzie mijało się z celem. Tymczasem czekał na mnie sparing z czternastokrotnym mistrzem Polski - Górnikiem Zabrze. Chociaż prognozowano pewne zwycięstwo gości, to mój zespół już na samym początku objął prowadzenie. W drugiej połowie, kiedy zmieniłem kilku podstawowych zawodników, Górnik zaczął atakować częściej, co zaowocowało wyrównującą bramką. Mimo wszystko byłem zadowolony, przecież piłkarze ciągle nie byli w pełnej dyspozycji.

Przed kolejnym meczem do klubu trafiły pierwsze nabytki tego lata:
Mike
Mouzie - 29 letni lewy obrońca reprezentujący ostatnio II ligowy klub Podbeskidzie Bielsko - Biała.

Na dwutygodniowe testy do klubu trafił Tomasz
Malinowski - dwudziestosześcioletni defensywny pomocnik, bądź też środkowy obrońca, urodzony w Nowej Soli.

Wracając do sparingów – czekał nas wyjazd do Rzeszowa, gdzie mieliśmy spotkać się z lokalną Stalą.
Byliśmy murowanym faworytem do zwycięstwa, lecz rzeszowianie tanio skóry nie sprzedali, kompletnie zdominowali środek pola i strzelili nam dwa gole. Zmiany zawodników i korekty w poleceniach taktycznych nie przyczyniły się do odrobienia strat, mimo że w końcówce spotkania zaczęliśmy przeważać.
Dzień po meczu drużynę zasilił kolejny zawodnik - Grzegorz
Pater - doświadczony ofensywny pomocnik.

Postanowiłem podpisać kontrakt z - będącym jeszcze na testach -
Malinowskim, który bardzo dobrze zaprezentował się w meczu ze Stalą.
Do Płocka przyjechał słoweński zespół NK Nafta, a więc szykował się kolejny sparing. Przeważaliśmy prawie cały mecz, co z resztą doskonale oddają pomeczowe statystyki. Niestety, żaden z pięciu strzałów oddanych w światło bramki rywala nie przyniósł zmiany rezultatu. Ostatecznie Słoweńcy, dzięki akcji Aleksandra
Pavela z 44 minuty, mogli wyjechać z Płocka w doskonałych humorach.

Na ostatni sprawdzian przed inauguracją sezonu II ligi wybraliśmy się do czeskiej Pragi, gdzie zmierzyliśmy się z lokalnym klubem - Duklą. Był to kolejny mecz, w którym przeważaliśmy i kolejny, którego nie zdołaliśmy wygrać.
Nadszedł czas na podsumowanie transferów:

Kupiliśmy czterech zawodników, z czego trzech było gotowych do gry w pierwszym składzie, gdyż
Loszakiewicz, reprezentujący jeszcze niedawno barwy Jagiellonii, to melodia przyszłości. Na transfery wydałem 25 tysięcy euro – to nie dużo, ale większych wzmocnień nie przewidywałem. Niestety, nikt nie zainteresował się trzema zawodnikami wystawionymi na listę transferową.
Media były też skore do podsumowań, redaktor lokalnego dziennika poprosił mnie o odpowiedź na kilka pytań:
Dziennikarz: Może zaczniemy od omówienia transferów. Czy sprowadzenie tylko czterech zawodników do klubu to dobry krok? Po sezonie wielu kibiców chciało ujrzeć w Wiśle kilka znanych nazwisk. Tymczasem zawodnicy, których pan sprowadził nie są zbyt rozpoznawalni.
Marek Gołębiowski: Drużyna nie wymagała takich kolosalnych wzmocnień jakich można było się spodziewać przed sezonem. Uzupełnienie kadry o zawodników grających na pozycji lewego obrońcy i defensywnego pomocnika było absolutnym priorytetem. Z zespołem nie pożegnał się też żaden zawodnik, mimo że troje piłkarzy zostało przesuniętych do rezerw.
D: Nie odniósł pan jeszcze zwycięstwa. Zagrał pan tylko pięć meczów sparingowych z czego trzy przegrał i dwa zremisował. Krytycy donoszą, że nie potrafi pan dotrzeć do piłkarzy stąd takie słabe wyniki meczów towarzyskich.
MG: To bzdura! Do wyników sparingów nie przywiązuje zbyt dużej wagi. Ważne jest, żeby te mecze dobrze przygotowały piłkarzy do sezonu. Nie wiem też skąd zarzut dotyczący tego, że nie mogę dotrzeć do drużyny.
D: Podtrzymuje pan obietnicę awansu z drużyną w tym sezonie?
MG: Nie lubię obiecywać, jednak będę robić wszystko aby Wisła w przyszłym sezonie występowała w pierwszej lidze.
D: Czy nafciarze są już optymalnie przygotowani do inauguracyjnego spotkania z Kmitą Zabierzów?
MG: Oczywiście, mimo to ciągle pracujemy nad jeszcze lepszym przygotowaniem ich do tego meczu.
D: Ma pan już obmyśloną wyjściową jedenastkę na ten mecz?
MG: Zastanawiam się jeszcze nad obsadą dwóch pozycji, a dokładniej prawego pomocnika i lewego obrońcy. Nominacja pozostałych nie będzie stanowiła zbytniego problemu.
Bezpośrednio po wywiadzie skontaktował się ze mną prezes stowarzyszenia kibiców. W krótkiej rozmowie poparł moje plany powrotu zespołu do Ekstraklasy i udzielił mi pełnego wsparcia. Zastrzegł jednak, że w razie niepowodzenia będzie jedną z pierwszych osób, które będą domagały się mojej dymisji.
Był to mój pierwszy mecz jako trenera Wisły. Czułem jak wszyscy - począwszy od kibiców kończąc na mediach - patrzą mi na ręce, ale cóż, tak wygląda praca menedżera. Nasz zespół typowano na faworyta tego spotkania. Przeciwnik spod Krakowa debiutował w rozgrywkach drugiej ligi, mimo to postanowiłem podejść do tego spotkania bardzo poważnie.
Na trybunach zebrało się niespełna 2500 widzów. Od pierwszych minut moi zawodnicy atakowali i starali się strzelić szybko gola, jednak nic z tego nie wychodziło. Zabierzowianie „zamurowali” się na własnej połowie wszelkimi siłami broniąc dostępu do swojej bramki. Czasami udawało im się kontrować, ale nie potrafili oddać strzału. Opór gości udało się przełamać dopiero w 64 minucie, kiedy z 15 metra w samo okienko uderzył
Kretkowski. Podłamani gracze Kmity musieli się odsłonić i zaatakować, co szło im bardzo topornie. Natomiast my coraz częściej atakowaliśmy na bramkę
Sarnata. Ostatecznie mecz zakończył się naszym skromnym zwycięstwem. Gracze z Zabierzowa nie oddali ani jednego celnego strzału, mimo to świetnie się bronili licząc na podział punktów w tym spotkaniu. Nie obyło się też bez problemów –
Zawadzki doznał skręcenia stawu kolanowego, co może wykluczyć go z gry nawet na miesiąc.

Kilka dni po meczu na treningu poważnej kontuzji nabawił się bramkarz - Jakub
Skrzypiec. Jest to zła wiadomość, ponieważ nie jestem pewien jak w roli zmiennika poradzi sobie
Bińkowski.
Na kolejny mecz przyszło nam jechać aż pod południową granicę, gdzie czekał już na nas GKS Jastrzębie. Podobnie jak w meczu z Kmitą, media szybko dały do zrozumienia, że nie ma innej opcji niż nasze zwycięstwo.
Stadion w Jastrzębiu był bardzo dziwny, bo ze wszystkich stron był otoczony blokami. Na obiekcie zebrało się sporo kibiców, bo ok. 4500 tysiąca. Mecz się rozpoczął, a moi piłkarze rzucili się do zaciekłego ataku, aż do 36 minuty kiedy to za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał
Malinowski. Wtedy zrozumiałem, że o punkty na tym „gorącym” terenie będzie ciężko. Od tej chwili, mimo roszad w ustawieniu, jastrzębianie zaczęli dominować na boisku. Stwarzali coraz to więcej sytuacji nie potrafiąc przełożyć tego na gola. Po przerwie ataki nasilały się z minuty na minutę, a mój zespół słabł. W 78 minucie w zamieszaniu w polu karnym sędzia dopatrzył się rzutu karnego! GKS wyszedł na prowadzenie zamieniając jedenastkę na gola. Postawiłem wszystko na jedną kartę i przeprowadziłem dwie ostatnie zmiany. Piłkarze odsłonili się co zaowocowało kolejnymi kontrami gospodarzy. W 84 minucie zdarzył się kolejny dramat – brutalnie sfaulowano
Lasockiego, który nie mógł kontynuować meczu. Graliśmy dziewiątką na jedenastu! Kiedy kibice gospodarzy świętowali zdobycie 3 punktów do sytuacji doszedł
Pater i z ostrego kąta zaskoczył bramkarza GKS - u ratując nam remis. Tak emocjonujące mecze zdarzają się bardzo rzadko.

Przed kolejnym meczem z Polonią Warszawa w prasie ukazała się wypowiedź trenera
Wdowczyka, który chwalił się, że jest pewien wygranej w tym spotkaniu. Postanowiłem nie mieszać się w takie słowne gierki i szybko uciąłem jakąkolwiek dyskusję. Standardowo byłem faworytem spotkania, ale już nie takim pewnym, bo Polonia to bardzo silna drużyna. Postanowiłem zaryzykować i w ataku postawiłem na młodego Bartka
Wiśniewskiego. Moi piłkarze srogo skarali pewnego siebie
Wdowczyka pokonując jego zespół 3:1. „Czarne Koszule” nie miały w tym spotkaniu zbyt wiele do powiedzenia i derby Mazowsza zakończyły się pewnym zwycięstwem Wisły. Na szczególną pochwałę zasługiwał
Kowalski, który dwukrotnie skierował piłkę do siatki rywali.
Rozlosowano drużyny, które zmierzą się w pierwszej rundzie Pucharu Polski. Trafiliśmy na niezbyt znany zespół – TKP Toruń, więc nie powinno być problemu z jego wyeliminowaniem.
Natomiast na stadionie GOSiR w Gdyni czekała już na nas Arka – jeden z głównych pretendentów do wywalczenia awansu, karnie zdegradowany za korupcje, który rozpoczął rozgrywki z kontem -5 punktów. Jednak to nie odstraszyło ekspertów od prognozy, że to właśnie gdynianie zakończą sezon na pierwszym miejscu. Widziałem „Arkowców” na ostatnim meczu Wisły w Ekstraklasie, jeszcze z perspektywy kibica. Ich najgroźniejszym zawodnikiem był Marcin
Chmiest - świetnie dysponowany fizycznie napastnik, który posiada niezwykle mocne uderzenie. Gdynianie kontrolowali mecz co jakiś czas groźnie atakując, jednak dzięki sporemu - trzeba to przyznać - szczęściu wywieźliśmy znad Bałtyku jeden punkt.
Piąte spotkanie w sezonie przyszło nam rozgrywać u siebie z Katowickim GKSem. Zarząd oczekiwał ode mnie wysokiego zwycięstwa, gdyż ten mecz był ogłoszony jako „dzień kibica”, co miało przyciągnąć większą widownię na Stadion im. Kazimierza Górskiego. Piłkarze nie zawiedli i pokonali „GieKSe” w pięknym stylu. Świetny mecz zaliczył Krzysiek
Kretkowski trzykrotnie umieszczając futbolówkę w siatce przyjezdnych. Tym samym zyskał uznanie u Dusana
Radolskyego - bardzo doświadczonego menedżera pracującego obecnie w Ruchu Chorzów.
Przed kolejnym meczem z Wartą Poznań menedżer tamtejszej drużyny - podobnie jak Dariusz
Wdowczyk - zapewnił, że z ich terenu wyjedziemy bez punktu. Nie za bardzo zrozumiałem to przesłanie, bo Warta to beniaminek drugiej ligi i ciężko będzie im ugrać coś w tym meczu. Jak się okazało trener
Baniak rzucał słowa na wiatr, a Warta - podobnie jak Kmita - próbowała utrzymać remis i urwać dwa punkty, jednak moi zawodnicy kolejny raz stanęli na wysokości zadania.

Na kolejny mecz do Płocka przyjechała Stal Stalowa Wola. Oczywiście media, jak to zwykle bywa w spotkaniach z zespołem okupującym dolne rejony tabeli, przedwcześnie ogłosiły nasze zwycięstwo. Natomiast „Stalówka”, wzorem Kmity i Warty, zamknęła się na swojej połowie i nastawiła się na grę z kontry. Dopiero 85 minuta przyniosła nam upragnionego gola, kiedy w zamieszaniu pod bramką rywala największą przytomnością wykazał się
Zawadzki. Wracający po kontuzji zawodnik zdobył bramkę na wagę trzech punktów, dzięki którym Wisła awansowała na pozycję lidera.
Mamy lidera! Hej Wisła mamy lidera! – niosło się jeszcze kilka minut po meczu na stadionie. Dopiero siódmy mecz dał nam upragnioną pierwszą pozycję w tabeli. Mam nadzieję, że zostaniemy na tej pozycji już do końca sezonu. Zaskakująco dobrą lokatę zajmuje Pelikan Łowicz, który ma jedynie gorszy bilans bramkowy.

Kolejne spotkanie, tym razem w rozgrywkach Pucharu Polski, miało być tylko formalnością. Kibice oczekiwali, że odniosę wysokie zwycięstwo. Ja tymczasem postawiłem wystawić dość eksperymentalny skład z młodymi
Loszakiewiczem, Grzelakiem, Wiśniewskim, Mierzejewskim, a także doświadczonym
Krzyżanowskim i – wystawionym na listę transferową -
Beladą. Udało nam się szczęśliwie wygrać mecz 2:1, ustalając wynik spotkania już w doliczonym czasie gry. Dzięki tej wygranej w następnej rundzie zmierzymy się z pierwszoligowym Zagłębiem Sosnowiec.
Z okazji ostatecznego zamknięcia okna transferowego postanowiłem sprawdzić jak radzą sobie nowe nabytki:
Mike
Mouzie – sprowadzony do klubu jako zmiennik Lasockiego rozegrał 9 z 11 dotychczasowych meczów. Grał głównie dlatego, że Rafał odniósł poważną kontuzję, ale prezentował się bardzo dobrze, popełniał mało błędów. Gdy tylko Lasocki wróci po kontuzji, może między nimi dojść do ciekawej rywalizacji.
Tomasz
Malinowski – trafił do nas z wolnego transferu. Świetnie wkomponował się w zespół i zagrał we wszystkich dotychczasowych meczach. Stał się filarem gry drużyny w obronie.
Grzegorz
Pater – czekający na piłkarską emeryturę w Podbeskidziu, niezwykle doświadczony pomocnik również imponuje formą w ostatnich meczach. Niestety, nie wiadomo jak będzie z jego wydolnością i czy wytrzyma cały sezon na pełnych obrotach.
Łukasz
Loszakiewicz – sprowadzony do klubu jako młody i perspektywiczny zawodnik. Rozegrał tylko jedno spotkanie w pierwszym składzie. W przyszłości będzie z niego na pewno większy pożytek.
Kończąc te dywagację okazało się, że wszystkie trzy transfery (nie wliczając Loszakiewicza) zostały trafione, a piłkarze dobrze wkomponowali się do drużyny. Może to dlatego, że postawiłem na jakość, a nie ilość? Rozmyślanie nad tym przerwał mi scout, który dostarczył ogólny raport dotyczący następnego rywala w lidze.
Łomża kojarzyła mi się tylko z jednym… z piwem. Nie słyszałem za bardzo o drużynie z tamtych stron, ale kolejny raz nie zlekceważyłem rywala. Niestety, chyba popełniłem błąd, bo po 25 minutach na tablicy wyświetlał się wynik 3:0 dla Wisły. W drugiej połowie ewidentnie rozluźnieni piłkarze dali sobie wbić jedną bramkę, jednak szybko odpowiedzieli na nią czwartym trafieniem.

Kolejny udany mecz „Kreta” uwieńczony strzeleniem dwóch bramek wywołał podziw u kolejnego menedżera. Niedługo chyba będą ustawiać się do niego w kolejce z gratulacjami…
Od razu po meczu zostałem zaproszony do gabinetu prezesa.
- Ciekawe o co chodzi? – pomyślałem. Zapukałem i wszedłem do gabinetu. Zastałem ten sam trzyosobowy skład, który towarzyszył mi przy podpisywaniu kontraktu czyli:
Leszek
Puchniarz – wiceprezes, który tak naprawdę decyduje o wszystkim co się dzieje w klubie. Jest prawą ręką prezydenta miasta.
Krzysztof
Ganc – wybrany przez radę nadzorczą na stanowisko prezesa klubu. Tak naprawdę jest tylko „twarzą” na stanowisku, bo w kwestii prowadzenia klubu jest zupełnym laikiem.
Ireneusz
Jasina – dyrektor ds. finansów klubu. Tajemniczy jegomość, z którym przyszedłem do gabinetu podpisać kontrakt.
- Witamy, niech pan siada – rozpoczął wiceprezes.
- Dobrze, więc o co chodzi? – zapytałem.
- Chcemy pogratulować panu świetnych wyników w roli menedżera. Nie pomyliliśmy się zatrudniając pana na tym stanowisku – kontynuował
Puchniarz.
- Wydał pan grosze na transfery nie obciążając przy tym budżetu płacowego. Klub w zeszłym miesiącu zanotował nawet kilkunastotysięczny zysk – zaczął mówić
Jasina.
- Nawet kibice są zadowoleni i nie jadą po mnie jak zawsze – zaśmiał się
Ganc.
- Otóż to, liczymy na kontynuację tej świetnej serii wyników. Ma pan pełne poparcie ze strony zarządu – skwitował
Puchniarz.
- Dziękuję pięknie, ale śpieszę się na trening, piłkarze czekają. Mogę już iść? – odparłem trochę zdziwiony.
- Naturalnie, tylko niech pan pamięta żeby utrzymać tą passe jak najdłużej – rzucił na koniec wiceprezes.
Pochwały pod adresem mojego zespołu płynęły zewsząd. Potwierdziła to jedenastka tygodnia drugiej ligi, do której trafili: Mike
Mouzie, Sławomir
Janczyk, Tomasz
Malinowski, Grzegorz
Pater i Ireneusz
Kowalski.
Droga do pełnego sukcesu była jednak daleka. Dobry początek wcale nie oznaczał końcowego zwycięstwa…