Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Tylko Wisła (cz.3)

Na półmetku rundy gościliśmy u siebie gliwicki Piast. Do gry w pierwszym składzie wrócił lewy obrońca Rafał Lasocki. Gliwiczanie oddali 2 strzały i strzelili 2 bramki – to jednak nie wystarczyło, bo kolejny raz dzięki świetniej skuteczności Kretkowskiego, który zaliczył hattrick, odnieśliśmy zwycięstwo.
Po tych meczach z rywalami z dolnej półki, czekał nas mecz z innym kandydatem do awansu - Lechią Gdańsk. Już trzeci raz w tym sezonie menedżer rywali chciał mnie sprowokować do słownej gierki.
Bardziej niż te próby zaczepek zainteresował mnie powrót do gry etatowego bramkarza - Skrzypca.



Mecz był w wykonaniu moich piłkarzy bardzo ostry - dostali 5 żółtych i 1 czerwoną kartę. Oddaliśmy tylko jeden celny strzał w meczu, a gdańszczanie dwa. Gdyby Jarczyk nie wyleciał z boiska za czerwoną kartkę, mecz może potoczyłby się inaczej, a tak doszło do podziału punktów, co szybko wykorzystał Śląsk spychając nas na 2. miejsce w tabeli.



Okazja do odzyskania miejsca w fotelu lidera nadarzyła się już w następnym meczu. Graliśmy z bezpośrednim rywalem - Śląskiem Wrocław. Po zaciętym spotkaniu to my byliśmy w lepszych nastrojach. Dzięki zwycięstwu 2:1 wróciliśmy na pierwsze miejsce.

Po kolejnym meczu mogłem znowu spaść z pozycji lidera. Do Płocka przyjechała największa niespodzianka rozgrywek - Pelikan Łowicz. Byłem bardzo ciekawy jak beniaminek, bez znanych piłkarzy, znalazł się w gronie drużyn walczących o awans. Od pierwszych minut zaatakowaliśmy, a piłkarze z Łowicza kompletnie się pogubili. Dyspozycja Pelikana była dla mnie kompletnym zaskoczeniem - jak to możliwe, że zespół grający tak słabo (zdołali oddać tylko jeden celny strzał w 90 minucie, co zaskoczyło bramkarza, który przez cały mecz nie miał ani razu futbolówki w rękach) jest tak wysoko? Ciągle nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie.



Z monotonii ligowych meczów wyrwało mnie spotkanie Pucharu Polski. Rywal był już dużo silniejszy – Sosnowiczanie, bo o nich mowa, po sezonie spadali do drugiej ligi niezależnie od wyników sportowych. Kolejna drużyna odkupująca korupcyjne grzechy poprzedników. Osobiście mam nadzieję, że korupcja nie wróci już nigdy na nasze ligowe boiska, a karanie klubów powinno działać jak najsprawniej, żeby nie zakłócać aktualnych rozgrywek.
Wracając do meczu - zauważyłem, że Sosnowiczanie głęboko się cofnęli. Czyżby się nas bali? – Pomyślałem. Postanowiłem jeszcze bardziej zaatakować, co szybko się zemściło. O ile zespoły takie jak Kmita, czy Stal nie miały kim kontratakować, o tyle Zagłębie miało Folca – szybkiego napastnika, idealnego do tego stylu gry. Bramka jednak nie złamała moich piłkarzy, którzy konsekwentnie atakowali „nacinając się”, co jakiś czas, na groźne kontrataki. - Gramy do końca! ZKS gramy do końca! - krzyczeli nasi kibice. Podziałało, uderzoną przez Zawadzkiego piłką przypadkowo dostał jeden z graczy Zagłębia i ta po rykoszecie wpadła do siatki. Rzadko się to zdarza, ale postanowiłem zmienić bezproduktywnego w tym spotkaniu „Kreta” na Sobczaka. Zmiana okazała się bardzo trafna, bo „Sopel” szybko wykorzystał swoją okazję pogrążając Sosnowiczan, którzy mimo walki do ostatniej minuty nie zdołali już strzelić nam gola. Wynik 2:1 był sprawiedliwy.

Kilka dni po meczu rozlosowano rywali w kolejnej rundzie. My trafiliśmy na Groclin. Przeciw tak utytułowanej drużynie nie przyszło mi jeszcze prowadzić zespołu, ale kto wie, może sprawimy kolejną niespodziankę? Zanim piłkarze zdążyli się dobrze zregenerować w Lublinie czekał na nas tamtejszy Motor. Zmęczenie, a może zbytnie podniecenie wygraną w Pucharze Polski. To mogły być czynniki, które doprowadziły do pierwszej porażki w lidze Wisły pod moją wodzą. Motor nie bronił się jak większość rywali, z którymi dotychczas się mierzyliśmy, próbował grać atakiem pozycyjnym. Zaprezentował się też jako bardzo brutalny rywal, ścinając co chwilę kolejnych moich piłkarzy. Odczuł to szczególnie Kowalski – rozgrywający mojej drużyny, który musiał przedwcześnie opuścić plac gry. Lublinianie przycisnęli jeszcze mocniej i ostatecznie wygrali 3:1.
- Każda porażka boli, szczególnie ta pierwsza – powiedziałem na konferencji pomeczowej.
Media zamiast prognozować kolejne przegrane Wisły postanowiły wesprzeć mnie na duchu i podsumować moje 15 dotychczasowych meczów w lidze.



Do rozegrania w lidze pozostały sześć meczów plus Puchar Polski z Groclinem. Ambitnym celem, jaki sobie postawiłem było zdobycie 18 punktów. Zwłaszcza, że rywale nie byli zbytnio utytułowani. Pierwsza okazja do zdobycia punktów nadarzała się w meczu z Turem Turek. Niestety w meczu nie mógł wystąpić Kretkowski, który na treningu niefortunnie upadł. Nie przeszkodziło to w pokonaniu nam zespołu z miasta znanego głównie z produkcji serów 3:0.
Następnego rywala - Podbeskidzie - podejmowaliśmy na własnym boisku. Mecz był nudny jak flaki z olejem. Cały czas powtarzał się jeden schemat - my atakujemy, a oni nam przeszkadzają. Na koniec tego monotonnego widowiska wszystkich łącznie z bramkarzem gości zaskoczył Klepczarek. Po nieudanym wykonaniu przez rywali wolnego przejął piłkę i widząc, że bramkarz gości jest ustawiony około 30 metra od bramki wysoko uderzył futbolówkę. Sam znajdował się w odległości ok. 80 metrów od bramki. Kilkudziesięcioosobowej grupie gości opadły ze zdziwienia szczęki. Bramka na pewno znajdzie się jako kandydatka do walki o najładniejszego gola sezonu drugiej ligi. Lekko zszokowani goście dali sobie wbić jeszcze jedną bramkę i spotkanie zakończyło się wynikiem 2:0.
Ciekawe jest też, że już na początku meczu kontuzji po brutalnym faulu nabawił się Pater, który jeszcze niedawno reprezentował barwy klubu z Bielsko-Białej. Czyżby koledzy z jego byłej drużyny za nim nie przepadali? Grzesiek nie zagra już do końca rundy – złamał rękę.

Po kolejne punkty udaliśmy się do Opola. Na nieszczęście dla Odry po kontuzjach do gry wrócili dwaj kluczowi piłkarze: Kowalski i Kretkowski. Ten drugi tuż po gwizdku rozpoczynającym spotkanie cieszył się ze zdobytej bramki. Rywale jednak nie chcieli sprzedać tanio skóry i szybko odrobili straty wykorzystując zawahanie Skrzypca. Jeszcze w tej samej minucie radość gości przerwał „Kret” lobując bramkarza Odry. Po przerwie mimo moich gorących, a wręcz wulgarnych, okrzyków moi zawodnicy dali ogrywać się jak dzieci. Opolanie zamknęli wynik przy stanie 3:2, co mimo wszystko było dla nas upokarzające.

Po tej kompromitującej wpadce przyszło nam udać się na kolejną bitwę - w wojnie o Ekstraklasę - do Pruszkowa. Był to ostatni mecz w rundzie jesiennej, więc liczyłem na pewne zwycięstwo. Znicz zagrał jednak mądrze w obronie, dodatkowo groźnie kontratakując. Mecz zakończył się podziałem punktów. Szkoda, że na trybuny nie wpuszczono naszych kibiców, których przyjechała kilkusetosobowa grupa, co jak się okazało było za dużo dla przestraszonych ewentualnymi zamieszkami działaczy klubu spod Warszawy.



Z szarej ligowej rzeczywistości wyrwał nas mecz w ramach Pucharu Polski z Groclinem. Rywal strasznie wymagający, więc nie liczyłem za wiele, zważywszy na ostatnie nienajlepsze mecze Wisły. Najwięksi optymiści - kibice - też nie ukrywali swych obaw. Mimo wszystko Wisła przez ostatnie lata świetnie radziła sobie w rozgrywkach Pucharu Polski, a więc utarcie nosa faworytom była możliwe.



Mecz rozpoczął się od naszych ataków i szukania Kretkowskiego w polu karnym. Udało się i to my objęliśmy prowadzenie. Nie cieszyliśmy się nim jednak długo, bo Groclin błyskawicznie wyrównał. Jedak to my mieliśmy inicjatywę i nie kto inny jak „Kreto” po raz kolejny wysunął nas na prowadzenie. Cenne minuty mijały, a gracze z Wielkopolski atakowali większymi siłami. My natomiast liczyliśmy na kontry. W jednej z nich faulowany w polu karnym został Tomczyk, a sędzia wskazał na wapno. Jacek Wiśniewski pewnie podbiegł do piłki i było po sprawie. Euforia na stadionie, gdzie zebrało się niespełna 5 tysięcy osób. Sędzia gwiżdże po raz ostatni, werdykt – nokaut!



Jak zawsze dzień po spotkaniu rozlosowany pary do kolejnej rundy. W gronie ośmiu zespołów nie było już oprócz nas żadnych drugoligowców, dlatego pokonanie obojętnie kogo z tego grona byłoby kolejny raz wielką sprawą.
Trafiliśmy na Cracovię, która jest małą niespodzianką w rozgrywkach Ekstraklasy zajmując trzecie miejsce w tabeli. Skoro pokonaliśmy Groclin to dlaczego nie Cracovię?
Póki co, trzeba było wrócić na ziemię i dograć dwa ostatnie spotkania ligowe. Były to mecze rewanżowe, ale rozegrane jeszcze na jesieni (dziwne, prawda?).
Tak jak w debiucie, teraz przyszło mi się mierzyć z Kmitą Zabierzów. Trzeba zaatakować, bo prawdopodobnie Kmita spróbuje "okopać się" we własnym polu karnym i urwać chociaż punkt.
Rzeczywistość jak to rzeczywistość - okazała się brutalna. Rywale zamiast się bronić, od pierwszych minut postanowili atakować. W 15 minucie mogliśmy wyciągać piłkę z siatki. Od tego czasu Kmita postawiła barykadę przed własnym polem karnym. Jej defensywę przełamał dopiero Kowalski strzelając zza pola karnego w samo okienko. Dzielnie atakowaliśmy, ale brakowało szczęścia. Remis z Kmitą to taka "mała kompromitacja”, którą od razu podchwyciły media pisząc, że w Płocku - Stanęła lokomotywa z wynikami - zresztą słusznie...



Mimo naszego kolejnego potknięcia, będąca za nami gdańska Lechia wypadła jeszcze gorzej, przegrywając w Opolu z tamtejszą Odrą - 3:2.
Dzień przed meczem byliśmy już pewni, że nikt już nas nie zepchnie z pozycji lidera... przynajmniej w tym roku. Stało się tak dzięki kolejnemu potknięciu Lechii z nieobliczalną Kmitą. Mimo wszystko chcieliśmy godnie pożegnać się z naszą publicznością i w dobrych humorach udać się na zasłużone urlopy. Chciałem też w końcu wygrać i zamknąć usta wszystkim malkontentom.
Na boisku śnieg i mróz - typowo zimowa aura. Możliwe, że nie rozegralibyśmy tego spotkania, ale na szczęście murawa w Płocku jest podgrzewana i można było grać w spokoju.
Pierwsza połowa to nasz popis - 2 gole do przerwy i chyba nawet kibice z Jastrzębia przeczuwali, że w drugiej połowie nie może spotkać ich nic lepszego. Jednak druga odsłona meczu to odwrócenie ról i ambitne ataki GKS-u, który zdobył bramkę. To na szczęście nie wystarczyło i przełamaliśmy złą passe trwającą od trzech spotkań.

Po spotkaniu klubowy bankiet i kilkanaście toastów na cześć klubu. Nie zabrakło też przedstawicieli sekcji piłki ręcznej, która jak co roku plasuję się na samym szczycie tabeli pierwszej ligi tamtejszych rozgrywek. Można powiedzieć - sielankowa atmosfera. Jednak kiedy bankiet się skończył zostałem poproszony do gabinetu prezesa, gdzie jak zwykle czekało na mnie jak je nazywałem - "Magiczne trio". Po za gratulacjami od dyrektora finansowego za nie szastanie klubowymi pieniędzmi i prezesa za dobre relacje między klubem, a kibicami, wiceprezes wypomniał mi serie trzech spotkań bez wygranej. Po wyjściu z gabinetu humor mnie nie opuszczał – Może to przez tą małą gratyfikacje w postaci premii na moim koncie? – Pomyślałem.
Przed urlopem postanowiłem jeszcze przyjrzeć się tabeli:



Nasza mizerna trzypunktowa przewaga nie prezentowała się okazale. Trzeba będzie pomyśleć o wzmocnieniach w zimowym oknie transferowym, a może zmianie taktyki? Nie zaprzątając sobie tym na razie głowy postanowiłem udać się na długo wyczekiwany urlop.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 05.08.2008

Liczba wyświetleń: 3031

Średnia ocen: 4.67

O autorze
Nick: M@RO
Napisanych artykułów: 3

Inne artykuły tego autora:
Tylko Wisła (cz.2)
Tylko Wisła (cz.1)


Komentarze
hotsauce1986
dla mnie galantos ale w sumie za bardzo ogólnikowo...
15 grudnia 2008 11:55


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu