Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Bojowanie byt nasz podniebny (cz.2)

W życiu Cristobala zdarzyły się tak naprawdę cztery niespodzianki. Prowadził on życie bardzo przewidywalne i dla postronnego obserwatora nudne. On jednak nie zasmakował czegoś innego, czuł nawet wyższość nad tymi, którzy nie planują, którzy żyją chwilą. Nienawidził tej sentencji, uważał, że jest ona zbrodnicza, że nie pozwala w pełni być człowiekiem. Jego egzystencja była całkowicie poukładana, w domu matka nastawiała zegary patrząc na zachowania syna, gdy ten był studentem. Zawsze wstawał o tej samej porze, biegał tą samą trasę w niemal tym samym czasie, jadł to samo na śniadanie, wychodził zawsze o określonej godzinie i wracał. Pozwalało mu to zachować równowagę i trzeźwość umysłu, nie był podatny na pokusy i czuł się dzięki temu wolny, mimo iż zdawał sobie sprawę z tego, że z zewnątrz wydaje się, że jest zupełnie odwrotnie. Jednak mimo tego uporządkowania, w jego życiu zdarzyły się trzy niespodzianki, o których pragnę tu wspomnieć. Będę postępował w porządku chronologicznym, niczym kronikarz.

Cristobal jako trener Rangers początkowo nie radził sobie zbyt dobrze. Można powiedzieć, że w ogóle sobie nie radził. Drużyna, która była kandydatem do awansu po pierwszej rundzie zajmowała niechlubną pozycję w dole stawki. Fatalne mecze ze słabeuszami i porażka 7:1 z Deportes Concepcion wprawiła wszystkich fanów drużyny z Talki w niepokój - zaczęli krytykować zatrudnienie w ich ukochanym klubie tak niedoświadczonego menedżera. Także prezes, który był owładnięty pewną mesjanistyczną wizja dotyczącą Cristobala zaczynał powoli wypadać z koryta rzeki o nazwie: „Mistyczny Idealizm” i przelewać swą wodę do innego, wyżłobionego przez miliony ludzi. Wszedł w nurt o nazwie: realizm. Obie te rzeki miały dużo zakoli i nie wiadomo dokładnie dokąd prowadziły. Doświadczenie historii, z którym zderzył się dyrektor, wskazywało na słuszność tej drugiej. Był on jednak w rozkroku, ponieważ Cristobal ciągle mu imponował, ciągle widział w jego oczach wielki talent i iskrę Bożą, którą mają trenerzy nieliczni. Płynięcie dwoma korytami jest niemożliwe, zatem płynął on pośrodku tworząc powódź, która odbiła się na jego twarzy wzmożoną działalnością erozyjną, która objawiła swoje jestestwo w postaci głębokich zmarszczek i inwazji na całą głowę siwych włosów ze skroni, z których prezes był tak dumny, bowiem uważał, że dodają one poczciwości. To poczucie zniknęło wraz ze zniknięciem ostatniego czarnego włosa. Również piłkarze, którzy zostali znęceni przez Cristobala wizją wielkich sukcesów zaczęli przebąkiwać, że ta wizja była na wskroś polityczna, czyli taka, której trener nie może lub nie chce spełnić. Leonardo Salazar, notabene jeden z najsłabszych graczy jakich ujrzała druga liga w Chile, powiedział w gazecie, że ta kiełbasa, którą zawiesił przed nim na sznurku menedżer, okazała się wypełniona trocinami. Cristobal zrozumiał aluzję i przyrzekł sobie, że Leonardo Salazar już nigdy nie wyjdzie w pierwszym składzie. I słowa dotrzymał. Były tylko dwie osoby, które nie zwątpiły w talent młodego trenera. Zacznę od tej mniej ważnej w życiu osobistym Polaka. Był to kolejny piłkarz, tym razem słusznie uważany za najlepszego – Enrique Omar Mallea. Dawał on dużo wywiadów dla mediów i zawsze mówił, że Rangers awansuje i zrobi to głównie dzięki swemu trenerowi. Powiedział też, że dopóki Cristobal będzie prowadził ten zespół, to nie odejdzie. I słowa dotrzymał. Była to bohaterska wypowiedź, która przyprawiła prezesów połowy klubów z ekstraklasy nie tylko chilijskiej, ale i argentyńskiej, ten kraj bowiem był ojczyzną napastnika, o ból głowy i sprawiła, że musieli skreślić pozycję numer jeden ze swej listy życzeń. Cristobal odwdzięczał się swemu najlepszemu graczowi jak mógł i zapewniał, że zdobędzie on koronę króla strzelców. Jak się później okazało, obaj mieli rację.

Należy tu wspomnieć o fakcie, że menedżer miał w Talce fatalną prasę. Smarowano go od góry do dołu, wysyłano na Sybir, degradowano do pozycji babci klozetowej czy tez śmieciarza. Cristobal pozostawał głuchy na te jęki i krzyki. Miał swoją godność i od małego nie lubił bawić się w błocie. Podczas gdy koledzy rzucali się kulkami, wykonanymi z tego podeszczowego materiału, on siedział na huśtawce i myślał. Teraz także to robił, tylko, że nie na bujawce, a na stadionie. Lubił tam przebywać. Siadał zwykle na samej górze tego, liczącego dziewiętnaście tysięcy miejsc siedzących, stadionu. Widział plac gry z góry i wyobrażał sobie mecze, ustalał taktyki i robił notatki, dużo notatek. Nie znosił komputerów, więc korzystał z manualnych sposobów. Podśmiewywano się z niego, że tak jak ojciec jest doskonałym architektem, ale budowniczym już marnym. Doszukiwano się w tym wpływów genowych. Nikt z wielopokoleniowej rodziny Cristobala nie był murarzem. Był tam za to kowal i to napawało go otuchą. Druga osobą, która nie wątpiła w trenera była jego matka. Ona wiedziała, że przyjdą dla niego dni chwały. Znała go bowiem najlepiej, wychowywała go sama. Trzeba bowiem wiedzieć, że w tej rodzinie ojciec służył za wzór, za posąg. Mało mówił, aby nie popełnić błędu i nie skazić potomka. Była to pewna tradycja, której ulegały kolejne pokolenia. Matka widziała w nim zawziętość i zaangażowanie, które musiały zaprocentować prędzej lub później. Cristobal nigdy nie dowiedział się o tym, że napisała ona list do prezesa klubu z prośba o danie szansy po tym, jak ten wypowiedział się o menedżerze swego klubu w sposób bardzo krytyczny. Kolejną tradycja tej rodziny był wspólny niedzielny obiad. Tak zwany cichy obiad, bowiem nie padało w jego trakcie żadne słowo. Rodzina oddawała rządy widelcom, nożom i łyżkom, które wygrywały swe pieśni, oddawała władzę przełykom, których dźwięki akompaniowały orkiestrze, a skrzypienie krzeseł tworzyło kwartet, który zastępował skrzypki.

Wśród tego koncertu pewnego dnia pojawił się śpiewak. Na jego głos muzycy niby obrażeni zamilkli i dali mu wyśpiewać swą część a cappella. Tym wokalistą był ojciec, który zaczął wyśpiewywać swoje gorzkie żale nad nieudolnością syna. Dawał mu taktyczne i personalne rady. Mówił tak ponad pół godziny. Był to dla Cristobala czas nieustannego poniżania, oskarżeń o brak honoru i propozycji zrezygnowania z nazwiska. Ojciec był wzburzony, jego głos się podnosił, przypominał już dramatyczną arię z opery Verdiego i skończył na wysokim C. Po tym wszystkim zaczął ponownie jeść. Syn wiedział dobrze, czego oczekuje od niego ojciec, ale nie zamierzał dawać za wygraną, wiedział, że nie przeprosi. Głowa rodziny stawała się coraz bardziej nerwowa, co objawiało się w nierównych ruchach nożem zatopionym w kotlecie. Temu wszystkiemu przypatrywała się w cichości matka, która była dumna z tego, że jej syn sprzeciwił się ojcu. Nie była ona bowiem typową żoną dla mężczyzny z tej rodziny. Miała ona cechy, których przodkowie męża jej nie wybaczą: była wrażliwa i mocna duchem. Wychowała syna właśnie na takiego człowieka i była dla niego doskonałym przeciwieństwem pomnikowego ojca. Cristobal wybrał życie, a nie postument, mimo iż ta regularność wskazywała na coś innego. Nie przeprosił i to było dla niego wielką niespodzianką. Czuł, że dopiero teraz stał się dorosły, że uniezależnił się od karzącego wzroku ojca. Dopiero teraz poczuł co to wolność, a to wszystko, co wcześniej nią nazywał, nie dotykało serca, a jedynie umysł. W tą niepozorną niedzielę, na niepozornym obiedzie, wydoroślał i nabrał mocy. Od tego czasu zaczął się w jego relacjach z ojcem okres, który nazwał „zwycięskim milczeniem”. Nie wypowiedzieli do siebie ani jednego słowa aż do czasu drugiej niespodzianki.

Zdarzyła się ona dwa lata później. Trzeba jednak przybliżyć co w tym czasie działo się z klubem. Otóż udało się Cristobalowi awansować, a Mallea został królem strzelców. Co prawda dopiero w barażach udowodnił, że zasługuje na grę w ekstraklasie, ale dla prezesa się to nie liczyło. Wrócił do pierwotnego koryta. Zdążył jednak nasiąknąć mułem realizmu i nie patrzył na Cristobala tak, jakby patrzył na Chrystusa, gdyby ten raczył się mu objawić. Sam Cristobal nie ukrywał zadowolenia czytając tytuły gazet, które przypominały francuskie za czasów stu dni Napoleona. Ich życzliwość dla Bonaparte wzrastała wprost proporcjonalna do jego zbliżania się do Paryża. Tak samo tutaj, im bliżej Rangers było ekstraklasy, tym milej o nim pisano, a gdy awansował, dziennikarze rozpłynęli się w dumie i prześcigali się w pochlebstwach. Cristobal wykazał się wielkim poczuciem humoru i ironią, wywiesił bowiem wszystkie niepochlebne artykuły o sobie w budynku klubowym i każdy, kto do niego wchodził widział tą gablotę. Wielu autorów artykułów wychodziło stamtąd w godności kardynalskiej, na purpurowo.

Zanim przejdę do opisywania owej drugiej niespodzianki, chciałbym przedstawić zasady rozgrywania meczów w chilijskiej ekstraklasie. Jest to nieco skomplikowane i dlatego będzie nudno. Jeśli znasz te reguły, bądź nie chcesz ich poznać, radzę opuścić ten akapit. Liga ma dwadzieścia zespołów i każdy gra ze sobą jeden raz. Oprócz ogólnej tabeli, zespoły podzielone są na cztery grupy po pięć drużyn każda. Z tych grup, po rozegraniu wszystkich spotkań, dwa najlepsze zespoły wchodzą do fazy play-off, gdzie od ćwierćfinałów grają dwumecze. Mistrzem ligi zostaje ten, który wygra finał. Zatem jak widać, pozycja w rundzie zasadniczej nie ma w zasadzie znaczenia jeśli zajęło się co najmniej drugie miejsce w swej grupie. Każdego roku rozgrywane są dwa sezony. Turniej otwarcia i zamknięcia. Zwycięzca każdego z nich otrzymuje tytuł mistrza kraju.

Początek ligi w wykonaniu zespołu Cristobala był, jak na beniaminka, imponujący. Zajmował on bezpieczne miejsce w lidze, gwarantujące udział w fazie pucharowej. Później jednak piłkarze zaczęli grać coraz słabiej i słabiej, ale dzięki temu, że rywale z grupy byli jeszcze słabsi, udało się awansować do ćwierćfinału i liczyć w walce o mistrzostwo. Tam lepszy okazał się późniejszy mistrz - Colo Colo, drużyna absolutnie w Chile najlepsza, która w ostatnich trzech sezonach zdobyła 5 tytułów na 6 możliwych. W ostatnim tylko dała sobie wydrzeć trofeum na rzecz Universidad Catolica. Wszyscy w Talce byli wynikiem zachwyceni, Cristobal był noszony na rękach, a prezes, choć nie odzyskał gładkości skóry i czerni włosów, zaczął chodzić dumny jak paw. Już był pewien, że niedługo Rangers wejdzie na szczyty.
Ile to jest niedługo? Fizycy wyprowadziliby pewnie stosowne zbiory i doszli do wniosku, że jest to pojęcie relatywne. Biolog zapytałby w jakim ujęciu. Bo jeśli w stosunku do wieku Ziemi, to niedługo może wynosić nawet milion lat, a jeśli patrzeć na długość życia człowieka, to owo zagadnienie zawęża się do kilku lat. Filozof jak to filozof, każdy odpowiedziałby inaczej. Cristobal nadał nowy sens słowy niedługo i zdobył mistrzostwo kraju już w turnieju zamknięcia. W drugim roku swojej pracy z Rangers. Doszło do tego w sposób niespodziewany i nic na to nie wskazywało. Sezon był bowiem fatalny. Serie głupich porażek i remisów, nieliczne zwycięstwa i powrót krytyki. W fazie pucharowej zespół znalazł się tylko i wyłącznie dzięki temu, że miał grupę złożoną z samych outsiderów. W ćwierćfinale znów trafił na Colo Colo i porażka wydawała się więcej niż pewna. Zdarzyła się jednak rzecz niesłychana, Cristobal tak zagrzał swoich graczy do walki, że ci wygrali z faworytem 4:3. Był to wielki mecz Mallei, który ustrzelił hattricka i zdobył w 90. minucie bramkę zwycięską. W gazetach po meczu dominowało niedowierzanie pomieszane z radością. Prezes skakał z radości i całował Cristobala po rękach. Sam trener uspokajał nastroje – jest jeszcze rewanż i to na boisku przeciwnika. Było tam trudno, przeważał mistrz kraju. Jednak to drużyna z Talki pierwsza strzeliła bramkę. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, najwyżej do piłki wyskoczył środkowy obrońca – Victor Berrios i wpakował piłkę do siatki. Ledwie rysująca się na horyzoncie niespodzianka zaczęła przybierać realne kształty. Pozostałe 60. minut meczu było dla kibiców obydwu drużyn tym, czym dla królików doświadczalnych nowatorskiej techniki ruchomych obrazów był pociąg wjeżdżający na stację. Jednym słowem przeżywali oni chwile grozy. Colo Colo odpowiedziało w 70. minucie, ale to było ich ostatnie słowo. Półfinał turnieju zamknięcia stał się faktem. Już wtedy w prasie pojawiały się fotomontaże przedstawiające radujących się piłkarzy i Cristobala. A on jak zwykle, uspokajał i mówił, że od tytuły dzielą zespół cztery mecze. Po dość łatwym półfinale przyszła pora na finał, gdzie przeciwnikiem Rangers była Union Espanola. Pierwszy mecz rozgrywany był w Talce i nie ułożył się po myśli Cristobala. Przegrana 1:0 oznaczała trudną pozycję przed wyjazdowym rewanżem, w którym rywale postawili mur pozornie nie do przejścia. Bezbramkowy wynik, promujący gospodarzy, utrzymywał się aż do 88. minuty, kiedy to wprowadzony w przerwie Nino Rojas przedłużył mecz o kolejne pół godziny, a jak się później okazało, także o rzuty karne. W tych kibice zauważyli popis Martina Ferrando, bramkarza Rangers, który nie obronił jedynie pierwszego karnego, a reszta lądowała w jego rękach. Ulice Talki, a także boisko Union napełniło się czerwono-czarnymi strojami, a Cristobal już planował wzmocnienia na następny sezon.
Prezes klubu po zwycięstwie uwierzył w swoje profetyczne zdolności i zaczął czytać książki astrologiczne. Niestety, okazało się, że jego przeczucie było wyjątkiem i owych uzdolnień nie posiada. Najważniejszą jednak dla Cristobala reakcją na mistrzostwo, było zachowanie jego ojca, który, jak się okazało, potajemnie pojechał na rewanżowy mecz. Po końcowym karnym wszedł na plac gry i powiedział krótkie „gratuluję” przerywając półtoraroczne milczenie. Trener Rangers nie wiedział, co było w tym dniu ucieszyło go bardziej. Gdy emocje już opadły i Cristobal zaczął przygotowywać zespół do kolejnego sezonu, zaskoczył go listonosz przynosząc list z Polski, z Bielska-Białej. Pozwolę sobie wyrwać się z ram narracji i posłużyć się cytatem:

Drogi Panie Cristobal,

Dzięki temu, że obszerny artykuł o Panu pojawił się w „Piłce Nożnej” - największym polskim tygodniku o futbolu, chcielibyśmy zaproponować, aby usiadł Pan do rozmów w sprawie objęcia w naszym klubie posady menedżera. Podbeskidzie nie jest wielkim klubem, wręcz przeciwnie, jesteśmy zadłużona drużyną, która walczy o uniknięcie degradacji. Nie będzie mógł Pan u nas liczyć na żadne pieniądze na transfery, a także na wielką pensję. Liczymy jednak, że przyjazd do Polski, rodzinnego kraju Pana rodziców, przeważy wszelkie niedogodności.

Z poważaniem


Cristobal rozpłakał się. Od dawna marzył bowiem o zamieszkaniu w kraju ojczystym. Nigdy nie był w Polsce, ale czuł się polskim patriotą, posiadał zresztą obywatelstwo. Po pierwszej euforii pojawiło się w nim pytanie: skąd „Piłka Nożna” mogła o mnie wiedzieć. I udał się do matki.
Nie ukrywała ona faktu, że wysyłała listy z życiorysem syna do największych gazet sportowych i przez to wzbudziła ich zainteresowanie. Ona także marzyła, że Cristobal zamieszka w Polsce i założy tam rodzinę. Trener mistrza Chile podziękował serdecznie własnej matce i zabrał się za pisanie odpowiedzi:

Drogi Panie Prezesie,

z uwagą przeczytałem Pański list do mnie i nie ukrywam, że napełnił mnie on wielką radością, ponieważ może być on spełnieniem mych marzeń. Niestety, nie stać mnie na samolot do kraju i nie będę mógł przyjechać osobiście. Drzwi mojego domu stoją przed Panem otworem, na pewno zostanie pan przyjęty przy suto zastawionym stole.
Na pieniądzach mi nie zależy, chciałbym dostać jedynie jakieś malutkie mieszkanie, choć w Polsce mógłbym spać nawet na stadionie.

Liczę na szybki przyjazd,
Cristobal


I rzeczywiście. Prezes Podbeskidzia przyleciał po tygodniu, uprzednio informując o tym stosownym listem. Wszystko potoczyło się dalej szybko i dwutygodniowy pobyt prezesa zaowocował tym, że do Polski udali się razem. Wcześniej jednak Cristobal poinformował klub o swojej decyzji. Prezes, o dziwo, zrozumiał, ale i tak przyjął tę wieść z płaczem. Także media uraczyły czytelników rozemocjonowanymi nagłówkami i artykułami, a kibice klubu, niezbyt co prawda liczni, ale wierni, nadali swojemu stowarzyszeniu imię Cristobala i wystąpili do prezesa z prośba o nadanie tego imienia jednej z trybun stadionu. I stało się tak. Sam, były już trener, nie ukrywał wzruszenia i podarował na pożegnanie swemu szefowi dzieła Skargi, które, jak się okazało, przez te dwa lata skrzętnie tłumaczył na hiszpański. Była to jedna z tych tajemnic, o których nie wiedziała nawet matka. Ojciec Cristobala po raz pierwszy w życiu poczuł dumę. Jego jedyny syn wyrusza do Polski, którą on sam opuścił ze względu na prześladowania. Miał on swoją wizję kraju, bardzo utopijną, podobną do tej ojca Baryki. Nie wierzył on co prawda w szklane domy, ale wierzył, że wraz z końcem socjalizmu skończyła się bieda. Ta naiwna wizja była usprawiedliwiona tym, że media chilijskie niezwykle rzadko mówią o Polsce, a rodzina nigdy nie miała komputera.
Cristobal wsiadł w samolot i oderwał się od ziemi. Było to dla niego niczym zmiana tożsamości. Postanowił zmienić imię, został Krzysztofem. W swoim zeszycie, w którym zapisywał notatki służbowe i prywatne, a który nazywał dziennikiem pokładowym, napisał frazę, która zapamiętał z „Dziadów”:

D. O. M.
CRISTOBAL
OBIIT MMX
CALENDIS IANUARIUS

HIC NATUS EST
KRZYSZTOF
MMX
CALENDIS IANUARIUS


Zobacz też:
-> Bojowanie byt nasz podniebny (cz.1)
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 11.08.2008

Liczba wyświetleń: 1719

Średnia ocen: 6.00

O autorze
Nick: krzysfiol
Napisanych artykułów: 3

Inne artykuły tego autora:
Hej! Matrioszka...
Bojowanie byt nasz podniebny (cz.1)


Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu