Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Brzemię szarego człowieka (cz.2)

- Czy on trafi kiedyś czysto w piłkę? - nie kryjąc swojej frustracji w głosie na widok wysokiego jak pal chudzielca mijającego się po raz enty z rzędu, zapytałem stojącego obok mnie faceta, pełniącego funkcję mojego osobistego asystenta.

Francesco Farina, na oko 50 letni facet, z wyraźnymi rysami twarzy, siwą bródką i zupełnie nie pasującymi do całej postury farbowanymi brązowymi włosami, był człowiekiem nie tyle poważnym, jak impulsywnym. Pomimo dość zaawansowanego już wieku często targały nim nabrzmiałe emocje, których kontrolować po prostu nie potrafił. To ogólne, pierwsze wrażenie, jakie wywierał na otaczający go świat, potęgował również fakt szalonego tempu życia, które prowadził. Mimo iż w wieku 21 lat, po osiągnięciu statusu dorosłego człowieka, mógł zabiegać się o przejęcie nie lada intratnego interesu od ojca, jakim była firma przez niego zarządzana, zajmująca się opatentowanym sposobem ulepszania jakości opon samochodowych. Wybrał hulaszcze życie przepełnione różnego rodzaju rozrywkami. W wieku młodzieńczym popadł w nurt panującego w latach 70-tych ruchu hippisowskiego i jako dziecko-kwiat, wędrował wraz ze swoimi "braćmi" po słonecznej Italii w poszukiwaniu nowych doznań, wrażeń i przygód. Po pięciu latach luźnego życia, jego zainteresowanie ideologią życia "z dnia na dzień" ostygło i podążyło w kierunku dość nieoczekiwanym w perspektywie widzenia "braci". Odtąd to futbol stał się jedyną pasją Francesca, swoje zaś apogeum osiągnął w 1990 roku, wraz z odbywającymi się we Włoszech Mistrzostwami Świata. Podekscytowany grą podopiecznych Azeglio Viciniego, zajmującego z "Azurri" na mundialu, dobre, trzecie miejsce, w ciągu roku wyrobił papiery trenerskie. Umożliwiały podjęcie pracy w każdym klubie europejskiego formatu, i po krótkich epizodach, ocierając się swego czasu o Mediolańskie kluby: AC Milan czy Inter, wylądował na stanowisku asystenta trenera w Martinese. Jak mawiał: "nic tak nie cieszy mego serca, jak pieniądze zarobione na tym, bez czego żyć bym nie potrafił." To zdanie chyba w najlepszy sposób określa stopień zażyłości z futbolem tego pana, co, szczerze mówiąc, mocno podbudowało moją opinię na jego temat już na samym wstępie i zagwarantowało mu zachowanie dotychczasowej posady. Wszak nie zmieniło jednak mojego odczucia, co do tego, że postępowaniem takim, zmusił siebie i członków swojej rodziny na klepanie przysłowiowej biedy, bo cóż znaczy w dzisiejszych czasach miesięczny żołd w wysokości 2.000 euro, przy kilkumilionowej fortunie, której bez problemu mógł się już dorobić pod skrzydłami ojca?

- Trenerze - wyjawił z pełnią nostalgii w głosie Francesco - Dajmy mu czas, to talent czystej wody!
- Taaa... - zabrzęczałem pod nosem. - Powiedz mi jeszcze, że po roku w końcu uda mu się strzelić do bramki na treningu. W założeniu, oczywiście, że nie będzie pusta... Popatrz na tego pajaca, o tam - wskazałem palcem na krótkowłosego blondyna o wyraźnie latynoskiej karnacji stojącego na bramce.
- Ależ trenerze! - Francesco skręcił usta w linijkę na znak grymasu i z nieskrywaną satysfakcją w głosie ciągnął dalej wywód o tym, jakaż to przyszłość czeka Mezzacapo, 29-letniego golkipera drużyny. - Jeszcze dwa lata! Dwa lata, a o tego piłkarza walczyć będzie cała piłkarska Europa!
Te jego perfidnie kręcone piłki trafiały mnie czasem prosto w oczy...
- Do tego czasu odwiozą mnie do Rybola - skwitowałem jego wypowiedź.
- Gdzie? - zapytał pełen zdziwienia.
- Nieważne. Zresztą i na Rybol będzie już za późno. Powiedz mi do diaska, po co Brunowi ten pluszowy misiek zawieszony na łańcuszku wystającym ze spodenek?
- To taki rytuał.
- Rytuał?
- W rodzinie Di Napoli każdego, pierwszego dnia miesiąca ubiera się takiego misia. Przynosi szczęście.
- Jakoś nie widziałem, by Bruno choć raz trafił dziś do bramki.
- Bo dzisiaj jest poniedziałek.
- No i co z tego?
- W poniedziałek, wedle przesądu rodziny Bruna, strzelanie bramek jest niezdrowe. To znaczy praca jest niezdrowa. Odkąd tradycja tej rodziny sięga, mężczyźni nie pracują. Bruno uznał, że skoro piłka stanowi dla niego jedynie hobby, bo pracuje przecież w fabryce cukierków wyrabianych na bazie masy grysikowej, to sama gra w piłkę polega na strzeleniu bramki, co w poczet wymienionych wcześniej przeze mnie argumentów, do pracy można zaliczyć.
- A Ty jak uważasz? - zapytałem niemal znając odpowiedź na swoje pytanie. Niemniej jednak odważyłem się zapytać.
- Myślę, że ma rację. Powinien jednak uważać na swoje niebieskie, niezawiązane sznurówki. Mogą się zbrudzić - wypaplał, a ja z wrażenia, jakie dokonały na mnie ostatnie wypowiedziane z jego ust słowa, niemal nie spadłem z ławki, na której wcześniej postanowiłem postawić swoje cztery litery.
Chwilę ciszy przerwał pędzący w naszą stronę Michele Pagano, 29-latek, wyglądem przypominający nastolatka z niemal dziewczęcym wyrazem twarzy, pełniący w klubie funkcję lewego obrońcy.
Nagle zerwał się porywisty wiatr, coś walnęło, gruchnęło. Po chwili, jak makiem zasiał, znów zapanowała cisza i błogi spokój.
- Co to do k***y nędzy było? - zapytałem przerażony nie na żarty Francesca.
- Michele puścił bąka. Pewnie dzisiaj na obiad jego mama ugotowała grochówkę - wytłumaczył tak, jak gdyby nigdy nic.
- O k***a! - przekląłem soczyście - A ja myślałem, że to koniec świata. Czy on nie mógł tego zrobić w sposób bardziej dyskretny? - zapytałem.
Walnęło, gruchnęło i wycedziło w powietrze wtórnie.
- My, Włosi, potrafimy cieszyć się pierdkami - wyjawił mój asystent, uśmiechając się od ucha do ucha, wąchając swoje własne bździny.
- W co ja się wpakowałem? - powiedziałem sam do siebie i postanowiłem zrobić sobie krótką przerwę. - Będę za 5 minut - rzuciłem w biegu do Francesca i na dystansie 100 metrów dzielących mnie od klubowej łaźni, postanowiłem zmierzyć swoją wydolność, bo na gwałt potrzebowałem chłodnej wody, by się nieco ostudzić. Chciałem również chwili wyciszenia.
W łazience, odkręciłem ostentacyjnie kran, kurczowo trzymając kurek z zimną wodą, w drugiej przytrzymując wąż prysznica nad głową.

Mam 28 lat, jestem synem polskiej imigrantki, która w latach 80. wyjechała za chlebem do Hiszpanii oraz pewnego milionera, który powziął się z decyzją o wymierzeniu sobie samolubnego/egoistycznego aktu samobójstwa. Listownie wezwał mnie na salę rozpraw, gdzie publicznie, zostałem powiadomiony o prawdzie, a później, w tajemnicy przed wszystkimi, rzucony nieoczekiwanie do spełnienia swoich najskrytszych marzeń. Nie przyjechałbym, ale tak się złożyło, że potrzebowałem odpoczynku, a wyjazd bez żadnych zobowiązań finansowych do Anglii w pierwszej klasie jednej z najlepszych linii lotniczych na świecie pod banderolą British Airways, potraktowałem jako lek na całe zło.
Przed samym wyjazdem mieszkałem w Burgos, uroczym miasteczku w północno-zachodniej Hiszpanii. Pracowałem jako urzędnik w dużej firmie na stanowisku podrzędnego księgowego, odwalającego czarną robotę za 20% całej firmy. Nudna, monotonna robota przy komputerze przez bite dziesięć godzin dziennie z 30 minutową przerwa śniadaniową na tandetne "miło Cię znów zobaczyć (Ty parszywcu, obgadujący każdy mój ruch za plecami)" do kolegi, z którym dzieliłem biurko. Mierne 1.500 euro zarobku miesięcznego, uścisk dłoni z wiekopomnym "gratuluje" od szefa miast podwyżki i tak w kółko. Praca, sen, praca, sen, zero rozrywek. Po pracy samotność. Nie posiadałem bowiem rodziny. Moją rodzicielkę zabrała śmierć, gdy miałem ukończone 10 lat. Trafiłem wtedy do Domu Opieki Społecznej lub, jak kto woli, Domu Dziecka, jakich w Madrycie było bez liku. Po osiągnięciu wieku dojrzałości, postawiłem żyć na własną rękę. Pracowałem w różnych miejscach, z różnymi ludźmi, w różnych warunkach. Ciągle podnosiłem to, o co prosiła mnie przed śmiercią moja matula: kwalifikacje. Ukończyłem Państwową Wyższą Szkołę Zarządzania w Madrycie, potem obroniłem pracę magisterską na Uniwersytecie madryckim. W The Cash Company pracowałem już od 5 lat, przechodząc z firmą sieć wzlotów i upadków. Mimo, iż w życiu zaznałem niejedną przygodę z płcią piękną i na brak adoracji ze strony kobiet nie narzekałem. Jednak nie spotkałem jeszcze takiej, z którą chciałbym spędzić resztę swojego życia. Być może na moją samotność wpłynął mój osobisty styl i charakter. Jestem raczej typem samotnika, trwającego w pasji do futbolu i niespełnionych ambicji na tym polu, aniżeli osobnika szukającego oparcia w bratniej duszy, jakim niewątpliwie mogłaby w tym momencie być kobieta. Odkąd pamiętam piłka była dla mnie zagadką. Jako dzieciak chodziłem na mecze miejscowego Leganesu S.D., drużyny z przedmieść stolicy Hiszpanii i jeszcze przed śmiercią matki rozpocząłem swoją przygodę z futbolem na szczeblu młodzików. Przeszedłem przez wszystkie poziomy piłkarskiego rzemiosła, przez trampkarzy, juniorów, na pierwszym zespole Leganes kończąc. Kariery nie zrobiłem, bo gdy w wieku 18 lat zdecydowałem się opuścić Dom Dziecka, oferta pracy w odległym o 100 mil Aranjuez na farmie, zmusiła mnie do zaprzestania kontynuowania pasji w tym klubie. Do „łaciatej” nadal się wszakże garnąłem, zaliczając w tym czasie kilka pomniejszych epizodów w klubach niższego szczebla futbolowego w kraju. Padałem jednak ofiarą niezbyt przychylnych opinii, co do moich umiejętności wygłaszanych przez trenerów-znawców i najczęściej kończyło się na tym, że przez większość sezonu grzałem ławę, pojawiając się na boisku bardzo rzadko. Grali młodsi i zaradniejsi. Przez to wszystko czułem się jak piąte koło u wozu i dlatego, niczym grzyb po deszczu, rosła we mnie chęć rezygnacji. Pewnego dnia nadeszła zupełnie przeze mnie nieoczekiwana propozycja z Córdoby C.F. Klub League B chciał nawiązać ze mną współpracę na linii pracodawca-pracownik. Na piłkarza światowego formatu było już może za późno, ale na ogrywanie się w zespole rezerw z możliwością „wskoczenia” przy pierwszej nadarzającej się okazji do pierwszego składu była nadzieja. Na swoją szansę czekałem równe dwa lata. Gdy w końcu pojawiła się możliwość ukazania w pierwszym zespole, drobna kontuzja, której się nabawiłem, przekreśliła wszystko. Przed pamiętnym meczem decydującym o awansie do Primiera Division z Deportivo Alaves, gdy Aurelio, prawoskrzydłowy pomocnik złamał nogę, zaś opiekun zespołu, José Luiz González nie miał dla niego zastępcy, stanąłem w obliczu szansy debiutu w League B. Niestety w przeddzień tegoż bodaj najważniejszego wydarzenia w historii klubu, w lekkiej porannej przebieżce, jeden z graczy podstawowego składu naskoczył na moją stopę i zrywał torebkę stawową. Choć w pełni sprawny byłem już miesiąc później, więcej szans od Gonzáleza już nie otrzymałem. Niespełna pół sezonu po tym wydarzeniu postanowiłem zawiesić piłkarskie buty na kołku. Od tego momentu moje życie zmieniło się nie do poznania; pędząc z piątego biegu ze stromej górki, zredukowałem swoją prywatną skrzynię biegów na jedynkę, ślimacząc się pod nią.

Przyjechałem do Martianese można powiedzieć w ciemno. Być może była to zwykła ludzka ciekawość pchająca w takich momentach do zrobienia czegoś całkiem nowego i ekscytującego? Być może chęć ucieczki przed przerażającym mnie w swej monotonności światem? Światem bez piłki, rzecz jasna.
Real M. na miejscu okazał się jednak nie tym Realem, co jego hiszpański odpowiednik. Nie okazał się jego namiastką choćby nawet w jednym procencie. Tajemnicze "M", przy dość solidnie na ucho brzmiącej nazwie "Real", znaczyło tyle, co 37 tysięczne miasteczko o beznamiętnej nazwie Martinese. Z początku zabrzmiało ono dla mnie ostentacyjnie wrogo, by po chwili przypaść mi do gustu, przypominając mi własne imię.

Rzecz zadziwiająca, jaka przydarzyła mi się po niespełna tygodniu od momentu mojego przybycia, mocno wstrząsnęła po raz kolejny moim światem. Otóż pewnego słonecznego wieczoru do drzwi mojego mieszkania przypałętał się Filip. W jaki sposób pupilek i najwierniejszy przyjaciel mego ojca do mnie trafił? - nie mam bladego pojęcia. Dzwoniłem zarówno do Eddiego Sullivana, prowadzącego interesy mojego ojca podczas rozprawy majątkowej na Wallstreet w Anglii, jak również jego lokaja - Murphy'ego. Z tego co się dowiedziałem, pies zaginął tego feralnego dnia, w którym to wszystko się zaczęło. Jakim cudem trafił do drzwi człowieka, którego nigdy nie widział na oczy? Jeśli to traf losu, to czuję misję do spełnienia. Teraz, gdy moje życie zaczęło odkrywać przede mną nowe rozdziały.
Czuję, że to przeznaczenie wiedzie mnie od jednego do drugiego. Wszystko co robię jest w pewien sposób zaplanowane. Nie może być inaczej. Dobrym tego przykładem jest Filip. To nie mogło być zdarzenie przypadkowe! Tym światem ktoś lub coś kieruje! I chce bym dowiódł światu, czym jest krew Niekielsena. Nie odczuwam już anonimowości swojej tożsamości. Brzemię szarego człowieka gdzieś przepadło. Zaczęła się nowa era...

- Trenerze, trenerze! - usłyszałem wyrywający mnie ze snu, głos młodego mężczyzny.
- Co się stało? Gdzie ja jestem? - zapytałem.
- Upadł Pan panie trenerze, gdy trafiłem Pana piłką po swoim uderzeniu, przepraszam - wyjawił niemal przez łzy Rosario De Rosa, środkowy rozgrywający Martinese.
- Już dobrze, nic się nie stało - powiedziałem, obejmując ręką głowę w próbie stłamszenia rosnącego na skroniach bólu. - Najwidoczniej muszę trochę uważać - dodałem - Ale chowaj tego pluszaka! - dokończyłem, ciągle masując głowę kłykciami, aż ból stał się nieco mniej dotkliwy.
- Jakiego pluszaka? - zapytał mnie niemal chóralny głos moich podopiecznych, zgromadzonych wokół mnie, jak gdybym pełnił w tym momencie funkcję starego niedźwiadka, który mocno śpi, tak jak w dziecinnej zabawie.
- Dzisiaj poniedziałek, prawda? - zapytałem niezbyt pewnie.
- No tak, zgadza się.
- W poniedziałek...
- Słucham?
- Przepraszam. - powiedziałem sam do siebie nadal przytrzymując głowę ręką. - Przepraszam - powtórzyłem.



Wybiegłem. Rzuciłem trening. Miałem to wszystko gdzieś.
Sen był tak rzeczywisty, że aż sam w pewnym momencie się na to wszystko nabrałem. Opowiedziałem o sobie w takich szczegółach, o których nawet w rzeczywistości ślina na język nigdy by mi nie przyniosła. Po chwili uświadomiłem sobie, że nie mam gdzie uciekać. Jestem zdany na łaskę losu i to, co jest w stanie zapewnić mi klub. Okazało się bowiem, że droga do pieniędzy, jakie zapewnił mi mój ojciec tuż przed swoją śmiercią, nie jest taka prosta. Pieniądze zostały "zamrożone" na skutek upadku banku, do którego zostały uprzednio przelane. Odzyskać mogę je jedynie drogą sądową, ale prawdopodobieństwo, że je odzyskam, według mniemania znajomego prawnika, są znikome. Nie pogłębiając się w przykrą dla mnie myśl o stracie pieniędzy postanowiłem uczynić wielkie "kam bek". Minąłem podmiejski parkan usadowiony przy jednej z krzyżujących się ulic przy klombie dojrzewających brzoskwiń, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem z powrotem w kierunku boiska. Moim oczom po raz kolejny przedstawił się widok niezbyt wielkiego (4.000 miejsc), acz zadbanego stadioniku, złożonego z prozaicznie sklepionych trybun zawieszonych na delikatnym wzniesieniu okalających boisko ze wszystkich stron. Trybuny w sąsiedztwie równomiernie posadzonych, wysokopnących się, strzelistych topól i jesionów, ogradzały to magiczne miejsce od miejskiego, ciasno zabudowanego miasta. Najlepsze wrażenie sprawiał jednak klubowy budynek z wybałuszonym szyldem u nasady wejścia: „Martinese S.C.”. O ile od zewnątrz budynek prezentował się całkiem dobrze, o tyle we wnętrzu można było się zakochać. Jego niespełna 25 letnia tradycja, przy zachowaniu odpowiedniej tonacji w wykończeniu podczas zeszłorocznego remontu polegającego na konserwacji pobladłych ścian i skuciu starej posadzki, pozwalała na określenie go mianem nowoczesnego. Korytarz był duży. Za nim, na przeciwko drzwi wejściowych, znajdowała się szatnia gospodarzy. Szatnia gości umieszczona była po lewej, tuż przy wejściu. Nieco głębiej, na tym samym skrzydle mieściła się także łaźnia, łącząca wąskimi przejściami obie szatnie. Do gabinetu prezesa, szatni sędziowskiej i magazynu prowadził korytarz na prawo, krzyżujący się pod kątem prostym przed wspomnianą już wcześniej szatnią miejscowych.



Na boisku nadal, mimo panującego wokół czerwcowego skwaru, krzątali się piłkarze. Pod moją nieobecność Francesco dopieszczał ich co rusz kolejnymi próbami uatrakcyjnienia sesji swoimi nieziemskimi ćwiczeniami, podpatrzonymi gdzieś na wyższym poziomie piłkarskiego rzemiosła. Oni, mimo szczerych intencji, nie potrafili wypełnić nawet w minimalnym zakresie jego poleceń. Minąłem niezauważony bramę wejściową i skierowałem swe kroki do wewnątrz. Marmurowa, napastowana posadzka wyczuwała każde stąpnięcie i zdradzała moją obecność, która nie mogła zostać niezauważona przez osoby znajdujące się już w środku.

Salvatore Bizzarro, prezes Realu, podniósł oczy znad swego biurka w budynku klubowym we własnym gabinecie. Siedział spokojnie w fotelu lecz nie oddychał miarowo. Nie palił żadnego cygara, ani też nie popijał swojego ulubionego Amaretto ze szklanego kieliszka z klubowym logo, jak to miewał o tej porze w zwyczaju. W tym ciasnym, nieźle urządzonym pokoiku już od ponad 15. minut przebywał wraz z nim niepozornie wyglądający łysy facet, z ciemnymi okularami na nosie, w markowym garniturze od Armaniego i sprawiał wrażenie człowieka niezwykle pewnego siebie. Nie był sam. Z asystą dwóch dobrze zbudowanych, rosłych ochroniarzy jego wizerunek nabierał animuszu i jeszcze groźniejszego wyrazu. Na odgłos moich kroków tuż za drzwiami, czynionych przeze mnie zresztą w sposób w pełni nieświadomy, oba goryle ruszyli nagle z miejsca, otworzyli drzwi, wymierzyli wzrokiem i nim się obejrzałem siedziałem już obok mojego pracodawcy. Jego blada twarz mówiła sama przez się, a i zbędny był komentarz, co do tego, w obliczu jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Komentarz odnośnie sytuacji, drodzy moi, uznam w tym momencie za całkowicie zbędny.
Karłowaty człowiek wstał i zmierzył mnie wzrokiem, zaciągając w usta dymu z leżącego dotąd spokojnie na popielniczce cygara i przemówił do mnie spokojnym tonem w języku Szekspira:
- A więc jesteś synem Johna - rzekł z wyraźnym podnieceniem w głosie. - Witaj wśród swoich, synu - dokończył strzepując do popielniczki popiół. W pierwszej chwili jego słowa wywołały we mnie dreszcz zaskoczenia, by zaraz potem przerodzić się w przerażenie, o czym świadczyła jeszcze bardziej pobladła twarz niż Bizzarrego siedzącego tuż obok mnie.
Prezes spojrzał na mnie ze skruszonym wyrazem twarzy, tak jakby przepraszając za to, w co mnie przypadkowo wciągnął. Zastanawiałem się kto w tym momencie przerażony jest bardziej - ja czy on. Przez moment przez głowę przemknęła mi myśl, że te trzy giwery znajdujące się w wyposażeniu stojących naprzeciw nas ludzi mogą dzisiaj wystrzelić. Mały koleś uwypuklił usta, chcąc nadać rozmowie bardziej parafialny wygląd, spłaszczył głos i przemówił:
- Milion euro, którym raczyłem wspomóc notarialnie klubowe konto, powinien zostać skonsumowane w należyty sposób. Nie obchodzi mnie to, co z nimi zrobicie. Czy zainwestujecie w swoje prywatne samochody, przehulacie na panienki, czy też uraczycie się beztroską grą na giełdzie. W przyszłym sezonie Real ma wieść już prym III ligowej drużyny, inaczej ja i moi ludzie zrobimy tu mały remoncik - skończył wreszcie mafiozo.
Bizzarro pobladł jeszcze bardziej, by po chwili upaść bezwiednie na krześle tracąc przytomność. Zerwałem się na równe rogi, przybliżając się w momencie do niego, by udzielić, w razie konieczności, pierwszej pomocy. Zahamował mnie przenikający głos karła, wyrzucający z siebie chełpliwe - "Zostaw go!"
- Jeszcze jeden ruch, a ten mały sztucer pokaże jaką ma w sobie moc - powiedział, wodząc wzrokiem za pistoletem, umieszczonym w kaburze zawieszonej na grubych paskach od szelek przy kamizelce swej marynarki - Salvo postanowił po prostu nieco odpocząć i zemdlał - wyjawił bezceremonialnie po czym gestem ręki nakazał bym powrócił na swoje miejsce.
- Mało rozmowny jesteś - zauważył mój rozmówca, poprawiając się na fotelu i zaciągając kolejny haust dymu ze swojego cygara - W niczym nie przypominasz mi Johna. - dodał.
- Skąd Pan go zna? - postanowiłem w końcu odezwać się, a były to moje pierwsze wypowiedziane słowa, choć w gabinecie prezesa tkwiłem już od dobrych pięciu minut.
- Znamy się dość długo - pokwitował moje zapytanie Mafiozo - Zwracaj się do mnie Alexandro - uśmiechnął się nieznacznie i podał mi prawą dłoń.
Wyciągnąłem swoja i uścisnęliśmy je. Alexandro pochwycił ją w diabelsko mocnym ucisku, lecz nie dałem tego po sobie znać. Spazm bólu, który mną targnął rozszedł się miarowo po każdym calu mego ciała, co w ostateczności spowodowało, że mój rozmówca nie zobaczył choćby krzty dramatu, jaki w tym momencie przeżywałem. Wyciągnął po chwili chusteczki higieniczne, przetarł swoją dłoń, wyczuwając pewnie nadwyraz bardziej aktywne gruczoły potowe mojej dłoni.
- Bizzi wie o wszystkim - odezwał się w końcu Alexandro. - Gdy się ocknie, wszystko Ci opowie, bo raczej nie ma innego wyjścia. - dodał niemal z politowaniem w głosie.

Alexandro i jego goryle pożegnali się dość kulturalnie. Alexandro poczęstował się całą paczką cygar prezesa. Jednemu z goryli spodobał się jego fotel, drugiemu zaś cały arsenał trunków mieszczący się w barku, a było to jakieś 30 litrów procentowego szaleństwa z przewagą wcześniej wspomnianego czerwono-bursztynowego Amaretto. Wszystkie te rzeczy znalazły się w czarnym Volvo i pomknęły aleją St. Hughesa na południe.
Dobrą chwilę trwało ocucenie Bizziego zanim w pełni powrócił do świadomości i nim przypomniał sobie całe to zajście. Poprosił wtenczas o coś do picia, więc uraczyłem go szklaneczką wody mineralnej, uszczuplając tym samym jej zapas dla zawodników, którzy w tym momencie wracali właśnie z boiska. Bizzi upewnił się, że nikt poza mną nie miał styczności z dopiero co odwiedzającymi nasze mury gośćmi. Zatoczył się lekko na widok pustego barka i braku swego ulubionego fotela. Podumał chwilę opierając się o kant wolnostojącego biurka, które bez fotela sprawiało wrażenie większego. Przełknął ślinę przez swojego grube, nabrzmiałe z emocji, a być może lęku, gardło, i przemówił:
- To będzie nasza słodka tajemnica - usłyszałem.

Udałem się do swojego wynajętego przez klub mieszkania, znajdującego się kilka przecznic od siedziby klubu. Osiedle, na którym się ono znajdowało, nie różniło się zanadto od tego, do którego przyzwyczajony byłem jeszcze za czasów mojego pobytu w Hiszpanii. Oba te miejsca odróżniała jedynie atmosfera. Cichutkie i spokojne M-3 zamieniłem na nieco lepiej urządzone M-2 z bardziej imprezowymi i skłonnymi do zabawy sąsiadami. Tuż po przekręceniu klucza w zamku u wrót mojego „domowego zacisza”, jak mawiałem na swoje własne cztery ściany, przywitała mnie całkiem sporych rozmiarów kupa, pozostawiona przez mojego czteronogiego pupila. Omijając nieźle pachnącą niespodziankę szerokim łukiem i nie zdejmując nawet butów, wszedłem do środka głębiej w celu oszacowania ewentualnych strat poczynionych przez Filipa. Prócz rozgryzionego na strzępy jaśka, z którego pierze zasłoniło w znacznej części całą podłogę w pokoju, obyło się bez większych strat. Odetchnąłem z ulgą i choć na wejściu miałem w planach porozkoszować się smakiem ulubionych krakersów skonsumowanych przed szklanym pudłem, wziąłem się czym prędzej do sprzątania. Włączony odkurzacz zbudził głównego winowajcę i prowodyra nagłej akcji pod hasłem: „sprzątanie świata”. Przyczłapał leniwie z kuchni, kuląc ogonek w kłębek i oczekując na werdykt. Jego skruszony wygląd zadziałał. Odstawiłem na bok myśli o stosownej karze, przykucnąłem i przytuliłem do siebie. Filip odwzajemnił pieszczotę nieznacznie śliniąc dość szorstkim językiem moją dłoń. Resztę wieczoru spędziliśmy na kanapie; ja pasjonując się transmitowanym przez miejscową stację telewizyjną charytatywnym meczem pomiędzy Juventusem Turyn a Interem Mediolan, a mój współlokator rozbijając na mniejszej wielkości atomy kolejnego puchowego jaśka. Posprzątam jutro - przyrzekłem sobie.
Przed snem jeszcze raz przejrzałem listę graczy Martinese z najbardziej podstawowymi informacjami na temat każdego z nich.



24 twarze, których będę zmuszony użyć do boju już wkrótce. Na brzemieniu białego człowieka pojawiła się lekka, prawie niewidoczna gołym okiem plama. Gdzieś tam głęboko w państwie o kształcie przypominającym damskiego buta, pewien Rosjanin uśmiechnął się nieznacznie do swojego włoskiego kompana po fachu, nalewając przeźroczystą ciecz do dwóch wolnostojących na stole kieliszków i wznosząc toast za solidnie odwalony kawał roboty. A w zasadzie pierwszą, drobną, choć dla całokształtu przedsięwzięcia jakże ważną, fundamentalną jej część. W taki o to sposób, poprzez wydarzenia z ostatnich dwóch tygodni, w nie bardzo świadomy sposób, sparafowałem na sobie cyrograf z diabłem. Kie licho wie z jak groźnym w swym działaniu szatańskim podmiotem przyjdzie mi się zmierzyć...



Data startu: Włochy (od 13.07.2007)
Rozmiar Bazy Danych: Duża
Wszyscy Piłkarze: Polska, Włochy
Piłkarze: Użyj prawdziwych piłkarzy
Budżet transferowy: Uaktywnij budżety transferowe w pierwszym oknie
Atrybuty: Nie ukrywaj atrybutów zawodnikom.

Anglia (1-6), Francja (1-4), Hiszpania (1-3), Holandia (1), Niemcy (1-4), Polska (1-2), Włochy (1-4)

Wybrałeś 24 ligi z 7 krajów na dużej bazie danych. Parametry startowe gry to Włochy, 13.7.2007.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 14.08.2008

Liczba wyświetleń: 2189

Średnia ocen: 5.00

O autorze
Nick: Citko
Napisanych artykułów: 2

Inne artykuły tego autora:
Brzemię szarego człowieka (cz.1)


Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu