W ostatnich dniach przeprowadziłem kilka treningów z chłopakami w Catanzaro. Zawodnicy prezentowali się całkiem przyzwoicie, jednakże - jak wspomniałem już wcześniej - potrzebowałem kilku wzmocnień do wyjściowego składu np. prawego i lewego obrońcę. Toledo Robson oraz Giorgio Corona byli niesamowitymi piłkarzami i wokół nich pragnąłem zbudować drużynę. Miałem jeden problem - coś niedobrego działo się w klubie. Nie podobało mi się nastawienie prezesa klubu Carlo Parente. Ów człowiek całkowicie umył ręce od drużyny i jej spraw. Nie można było go znaleźć w gabinecie kierowniczym, nikt nie wiedział co się dzieje z poczciwym 60-latkiem. Zachowanie Włocha irytowało mnie, gdyż nie mogłem bez niego załatwić kwestii transferowych. Miałem nadzieję, że wszystko niedługo się wyjaśni i będę mógł pracować normalnie. Cóż, nie było innego wyjścia, musiałem czekać na Carla…
Lipiec był miesiącem, który obfitował w wiele niezwykłych wydarzeń. Moje zatrudnienie na stanowisku menedżera oraz zniknięcie prezesa Parente było jednymi z nich. Pewnego upalnego wieczora, spacerując po miasteczku i podziwiając jego uroki, usłyszałem dziwne rozmowy kibiców FC Catanzaro. Byli to starzy, wierni kibice, którzy zawsze przywdziewali barwy klubowe i jeździli z drużyną na każde wyjazdowe spotkanie – tak zwana „elita kibicowska”. Nie znali mnie jeszcze jako nowego trenera. Prawdopodobnie dlatego tak śmiało rozmawiali na tematy klubowe w moim towarzystwie. Dowiedziałem się różnych ciekawych rzeczy. Jeden z kibiców blisko związanych z zarządem twierdził, iż Carlo zbiegł z Włoch. Bardzo mnie to zaciekawiło. Po kilku następnych chwilach dowiedziałem się, że Parente jest poszukiwany listem gończym za malwersacje, które miały miejsce… w Catanzaro! Byłem zdumiony, gdyż ten człowiek wydawał mi się bardzo poważną osobą, niezdolną do oszustw. Kiedy zaproponował mi prowadzenie drużyny, opowiedział także o sytuacji w klubie i wokół niego. W myślach usprawiedliwiałem Carla, wiedziałem że coś jest nie tak. Ten człowiek nie mógł zniknąć z klubu ot tak, bez powodu. Kiedy pojawiłem się i wyraziłem chęć prowadzenia FC Catanzaro, w oczach pana Parente zobaczyłem prawdziwą radość, że ktoś w końcu zaopiekuje się tą drużyną. Nie, to nie było możliwe aby Carlo był oszustem. Wieczorem wróciłem do swojej kwatery opłaconej przez klub, włączyłem laptopa i sprawdziłem skrzynkę z e-mailami. Miałem nadzieję, że przyszły jakieś oferty transferowe za kilku moich podopiecznych. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu… w skrzynce widniało 20 wiadomości tekstowych! Nie byle jakich wiadomości. Okazało się, że Toledo oraz Giorgio Corona zostali sprzedani. Nie wiedziałem co się dzieję, z każdym kolejnym mailem włosy stawały mi dęba. Cała wartościowa część drużyny, została wytransferowana! Nie miałem zielonego pojęcia kto podjął taką decyzję, jednak już wiedziałem, że wszystko działo się za moimi plecami.
Z pewnością Carlo musiał mieć związek z tą sprawą. Na drugi dzień z samego rana ruszyłem do klubu. Wszedłem na półpiętro, chciałem zajrzeć do pokoju, w którym rezydowała sekretarka. Moim oczom ukazał się niewiarygodny widok. Wnętrze jej pokoju przedstawiało się następująco: pustka, wielki rozgardiasz… no i oczywiście brak sekretarki. Nie wiem jakim cudem, ale wszystkie przyrządy i cenne wyposażenie tego gabinetu zniknęło w mniej niż 24 godziny. W pewnym momencie spostrzegłem, że na ścianie znajduję się coś dziwnego. Była to przyklejona koperta, na której widniał napis ‘Wojciech Soszyński’. Szybko otworzyłem pozostałość po tajemniczych gościach. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w kopercie był bilet lotniczy do… Francji oraz krótki liścik od Carla. Włoch pisał, iż zdaje sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji mnie pozostawił w Catanzaro. Prosił także o to, abym jak najszybciej udał się do Francji, gdzie wszystko mi wyjaśni. Byłem pełen niepokoju, jednak coś podpowiadało mi, że Parente mówi prawdę. Może sam sobie zaprzeczałem, ale ufałem temu człowiekowi.
Nie namyślając się długo, wróciłem do swojego apartamentu. Zacząłem się pakować. Na całe szczęście nie miałem zbyt wielu rzeczy do wzięcia. Po uprzątnięciu swojego tymczasowego lokum pomyślałem, że pożegnam się z zawodnikami, jednak po chwili przypomniałem sobie, iż to jest bez sensu, gdyż większość z nich jest już sprzedana do innych drużyn. Postanowiłem, że swoje ostatnie południe spędzę na zwiedzaniu miasteczka. Wieczorem zebrałem wszystkie manatki i wyruszyłem do położonej nieopodal Cosenzy. Tam czekał już na mnie samolot, który miał mnie zabrać do Francji. Wystartowaliśmy zgodnie z planem, czyli o dziewiątej wieczorem, miejscem docelowego przylotu było Nantes. Tam, miał już ktoś na mnie czekać…
Lot przebiegł bez żadnych komplikacji. Uniknęliśmy turbulencji, których tak bardzo nie lubię, no i jedzenie było całkiem znośne. W Nantes odprawa celna przeszła bardzo szybko. Czekałem już na lotnisku, zacząłem czytać gazetę, kiedy nagle stuknął mnie w ramię jakiś niski mężczyzna. W końcu – pomyślałem sobie i odwróciłem się jak najprędzej. Byłem szczęśliwy bo ujrzałem Carla. Wreszcie zobaczyłem poczciwego Włocha. Przywitaliśmy się jak na gentlemanów przystało, po czym Parente zabrał mnie do pobliskiego Niort swoim Mercedesem (skąd miał na niego pieniądze?). Wyjaśnił mi, że nie wszystko może powiedzieć na temat sytuacji, która zastała mnie w Catanzaro. Wytłumaczył mi, że nieżyczliwi inwestorzy postanowili zwinąć interes, po czym chcieli zwalić winę na prezesa klubu, czyli na Carla. Pachniało mi to trochę ‘tanim kitem’, aczkolwiek uwierzyłem Włochowi. Stary poczciwiec powiedział także, czemu ściągnął mnie do Niort. Uważał bowiem, że umowa, która została zerwana pomiędzy Catanzaro a mną, to jego wina. Sprawiło mi to wielką przyjemność. Carlo nie wyobrażał sobie, że może nie znaleźć dla mnie klubu. Dlatego sprowadził mnie do Francji. Miał udziały w drugoligowym FC Chamois Niort. Znaczące udziały, bo aż pakiet większościowy! Właśnie jako zadośćuczynienie miałem prowadzić ten zespół. Byłem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. Uzgodniliśmy warunki kontraktu, nie różnił się on wiele od umowy, którą podpisywałem w Catanzaro. Była jednak jedna malutka klauzula zabezpieczająca moje stanowisko. Carlo zobowiązał się, że na 100% nie powtórzy się sytuacja z włoskiego klubu i przynajmniej przez 12 miesięcy będę pracował w spokoju. Byłem usatysfakcjonowany, bo ciekawiła mnie możliwość pracy z tymi zawodnikami, w końcu była to 2 liga. Ci piłkarze musieli prezentować wyższe umiejętności od kopaczy z Catanzaro. Chciałem jak najszybciej zobaczyć swoich nowych podopiecznych. Na to trzeba było poczekać kilka dni, aby załatwić wszystkie formalności i wtedy mógłbym już normalnie prowadzić zespół. W wolnym czasie postanowiłem zagłębić się w historię i zdobyć więcej wiedzy na temat drużyny, którą będę niebawem trenował.
Klub został założony w 1925 roku przez Monsieura Boinota, właściciela lokalnej fabryki skóry z kozic. Dlatego też w logo klubu widnieje kozica stojąca na piłce futbolowej. Swoje domowe mecze zespół rozgrywa na stadionie Stade René Gaillard, mogącym pomieścić 11 tysięcy widzów. Barwy klubu to kolory niebieski i biały. Największym sukcesem klubu był udział w finale Pucharu Ligi Francuskiej w 1991 roku. W ostatnich latach drużyna pałętała się po niższych ligach, jednak udało się zakotwiczyć w 2 lidze. Parente jako jeden z głównych członków zarządu nie stawiał przede mną nie wiadomo jakich planów. Inni przedstawiciele uważali, że klub stać jedynie na walkę w środku tabeli i już wielkim sukcesem będzie to, jeśli nie spadniemy. Po przestudiowaniu akt zawodników miałem inne zdanie. W tej drużynie drzemie duży potencjał, który chciałem wydobyć. Zawodnikom potrzeba było nowych wyzwań, dlatego chciałem ściągnąć do zespołu wartościowych piłkarzy, przy których obecni kopacze nabiorą doświadczenia i będą mogli się czegoś nauczyć. Cieszyłem się, że napastnicy z Niort prezentowali wysoką formę w poprzednim sezonie. Wzmocnień wymagała głównie pomoc oraz obrona. Chociaż gdybym znalazł utalentowanego napastnika, również bym nim nie pogardził. Trzynastego sierpnia, po sześciodniowym pobycie we Francji, wszystkie potrzebne papiery dotyczące mojej osoby zostały zatwierdzone przez francuską federację. Oficjalnie zostałem trenerem drużyny FC Chamois Niort. Wiedziałem, że czeka mnie ciężkie zadanie, gdyż chciałem osiągnąć sukces z tą drużyną. Byłem pełen dobrych myśli. Dzięki zdarzeniom z ostatniego miesiąca, wierzyłem w siebie i miałem nadzieję, że już nic mnie nie zaskoczy…
Pierwsze dni w moim nowym klubie były niezwykle spokojne. Czułem, że w tym miejscu będę miał duży komfort pracy. Świadomość tego napawała mnie wielkim optymizmem. Czternastego sierpnia, wczesnym porankiem szybko wstałem ze swojego wygodnego łóżka, po czym udałem się na nasz stadion. Obiekt prezentował się dość kameralnie. Po kibicach, którzy szwendali się obok budynków klubowych i załatwiali swoje codzienne sprawy widać było, że przyzwyczaili się do bardzo średniego poziomu gry swojej drużyny. Nikt nie oczekiwał tutaj sukcesu. Jednak ja miałem naprawdę duże wrażenie, że dni chwały niebawem nadejdą. Baza treningowa prezentowała się całkiem przyzwoicie. Zawodnicy powinni być zadowoleni z szatni wyposażonej w przyrządy do odnowy biologicznej. Wychodząc ze stadionu mijałem wiele wystaw sklepowych osadzonych przy klubowych budynkach. Spostrzegłem tam dosyć charakterystycznego Afrykańczyka. Nie, to nie możliwe – stwierdziłem w duchu. Podszedłem do tego faceta i oniemiałem. Przede mną, w całej swej okazałości, stał Abédi Ayew Pelé. Był to niezwykle utalentowany napastnik reprezentacji Ghany. Przez wielu ludzi związanych z piłką nożną uznawany za najwybitniejszego zawodnika w historii ghańskiej piłki. Abedi był wielokrotnie nagradzany indywidualnie (w 1991, 1992 i 1993 najlepszy piłkarz Afryki), a wraz z reprezentacją zdobył Puchar Narodów Afryki. Pelé przywitał się ze mną. Cała ta sytuacja wyglądała trochę komicznie, ale nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Cieszył się jak dziecko, kiedy nadmieniłem mu, że jestem nowym trenerem jego pierwszego europejskiego klubu. Było mi również niezwykle miło i czułem się zaszczycony, gdy mówił o czasach swojej gry w Niorcie na przełomie lat 1986 / 1987. Stwierdził, że nie mogłem wybrać lepszego miejsca na swój trenerski rozwój. Powiedział też, że jeśli będzie miał jakiegoś ciekawego zawodnika na oku, to zadzwoni do mnie (okazało się, że Ghańczyk był skautem piłkarskim). Czuł wielki sentyment do Niortu, poza tym według Abediego jest to świetne miejsce do rozwoju młodego piłkarza. Wymieniliśmy się numerami telefonów komórkowych oraz adresami mailowymi. Po tym jakże ciekawym spotkaniu poszedłem do swojej nowej kwatery mieszkaniowej. Nie wyobrażacie sobie jaki byłem szczęśliwy. Po spotkaniu z Pelé tylko utwierdziłem się w swoim wyborze klubu. Niort to fantastyczne miejsce. Wieczorem zacierałem ręce z radości jak i zapału do pracy…