Powitanie przy ulicy Konwiktorskiej było bardzo huczne i przyjemne. W podobnym tonie przebiegła pierwsza rozmowa z prezesem Ranieckim, z którym, przy lampce kalifornijskiego wina, omówiliśmy cele oraz możliwości drużyny w nadchodzącym sezonie. Mój przełożony jasno określił, że nie oczekuje ode mnie cudów, a miejsce w środku stawki przyjmie w ciemno. Jak się szybko okazało mężczyzna jest absolutnym fanatykiem futbolu i zgodnie z jego zapowiedziami będę mógł na niego liczyć niemalże w każdej sytuacji. Jan Raniecki na transfery przeznaczył kwotę 124.000 €, a budżet płacowy ustalił na wysokości 11.250 € tygodniowo.
Pierwsze dni w pracy spędziłem na obserwacji dostępnych zawodników. Kadra Polonii prezentowała się następująco:
Po przeglądzie zawodników natychmiast zacząłem wertować notatki, a także raporty skautów, które miały przyczynić się do zakontraktowania piłkarzy, którzy mieli wspomóc nas w walce o utrzymanie. Jako pierwszy do ekipy dołączył z wolnego transferu – Sebastian Olszar. Kolejnym napastnikiem, który zasilił nasze szeregi był wysoki i potężnie zbudowany zawodnik Śląska Wrocław – Tomasz Kosztowniak, który był niechciany w swym poprzednim klubie, więc kosztował nas zaledwie 1.000 €. Środek pola wzmocnili dwaj Latynosi. Za 30.000 € dołączył Pablo Ore (OP L/N), a Fernando Rodrigueza (OP LŚ) wykupiliśmy mówiąc potocznie: „za półdarmo”, czyli za 10.000 €. Niewielkie pieniądze kosztowali nas także polscy defensorzy. Dariusz Sztylka i Adrian Napierała przyszli za niespełna 50.000 €, a młodziutkiego Pawła Kaźmierczaka udało nam się wyciągnąć z Polkowic za jedyne 10.000 €. Prawdziwym strzałem w dziesiątkę okazała się oferta za młodziutkiego kostarykańskiego bramkarza – Keylora Navasa, którego za 5.000 € pozyskaliśmy z Saprissy. Wydaję mi się, że mimo swojego młodego wieku, golkiper może zająć miejsce między słupkami, gdyż podczas pierwszych obserwacji prezentował się naprawdę wyśmienicie. Podsumowując, okienko transferowe można uznać za bardzo udane. Za niewielkie pieniądze udało nam się zakupić wielu ciekawych graczy, którzy w przyszłości mogą stanowić o sile polskiej piłki.
Przed rozpoczęciem rozgrywek ligowych rozegraliśmy sześć spotkań sparingowych i już na wstępie muszę przyznać, że raczej nie potoczyły się po naszej myśli. Zaczęło się od porażki na własnym boisku ze słynną Borussią Dortmund, następnie przyszedł wyjazdowy remis z trzecioligowym Hutnikiem Kraków. Dotkliwa przegrana 1:5 z CSKA Sofia przekonała mnie, że zmiana taktyki będzie koniecznością. Kolejne wyniki były całkiem obiecujące. Najpierw rozprawiliśmy się 5:0 ze słowackim Puchovem, a następnie nie daliśmy szans bułgarskiemu Beroe. W międzyczasie przytrafiła nam się pechowa porażka 0:2 z Ujpestem i jeśli chodzi o mecze towarzyskie, to by było na tyle.
Rozgrywki ligowe rozpoczęliśmy pojedynkiem na własnym boisku z przeciętną Amicą Wronki. Po dogłębnej analizie meczów towarzyskich zdecydowałem się na klasyczne ustawienie 4-4-2 z wysuniętymi skrzydłowymi. Pierwsze minuty inaugurującego spotkania mijały wyraźnie pod nasze dyktando. Szanowaliśmy piłkę i krótkimi podaniami staraliśmy się rozmontować obronę rywali. W 18. minucie wreszcie dopięliśmy swego, kiedy po dośrodkowaniu Bąka, piłkę do siatki skierował debiutant – Tomasz Kosztowniak. Konwiktorska eksplodowała radością. Mimo zdobycia bramki, nie zrezygnowaliśmy z dalszych naporów. Nasze akcje były składne i raz po raz na trybunach dało się usłyszeć oklaski, które jednoznacznie oznaczały, że mecz mógł się podobać. Wspaniała atmosfera oraz dobra gra moich podopiecznych wprawiły mnie w dobry nastrój. Do pełni szczęścia brakowało jednak skuteczności. Z każdą minutą przybliżającą nas do końcowego triumfu czułem coraz większy dyskomfort, gdyż goście najwyraźniej nie chcieli odpuścić. Końcowe dziesięć minut postanowiłem rozegrać nieco inaczej i zleciłem swoim podopiecznym grę z kontry. Jak się okazało było to genialne posunięcie. Najpierw w 84. minucie piłkę do siatki wpakował Trałka, a w doliczonym czasie gry gości dobił Kosmalski. Pierwsze trzy punkty w sezonie stały się faktem, a jedynym powodem do zmartwień była kontuzja Bąka, która wykluczyła go z gry aż na miesiąc.
Zwycięstwo nad Amicą dodało nam wiary w siebie, która była nam niezbędna przed wyjazdowym spotkaniem z Wisłą Kraków. Mimo, że to gospodarze byli absolutnymi faworytami tego pojedynku, my nie złożyliśmy broni i przez całe 90. minut walczyliśmy z Białą Gwiazdą jak równy z równym. Niestety, to nasi rywale okazali się skuteczniejsi i dzięki wyrafinowanej grze wygrali 2:1. Brak wykończenia był także przyczyną kolejnej straty punktów, jaką zanotowaliśmy w następnej kolejce z Bełchatowem. Wynik 1:1 nie odzwierciedlał jednak przebiegu spotkania, gdyż to moi podopieczni zdecydowanie dominowali, lecz dobrej gry nie potrafili zamienić na bramki. Napięty sierpniowy terminarz wyraźnie pomógł Polonii, gdyż z każdym kolejnym meczem prezentowaliśmy się coraz lepiej. Na cztery ostatnie sierpniowe mecze wygraliśmy aż trzy i to nie z byle kim. Najpierw na wyjeździe odprawiliśmy Górnika Łęczna, a następnie na własnym boisku nie daliśmy szans dwóm zasłużonym polskim firmom – Lechowi Poznań i Górnikowi Zabrze. Na tarczy wróciliśmy tylko z Wodzisławia, gdzie mimo niezłej gry, ulegliśmy lepiej dysponowanym graczom Odry. Duża częstotliwość rozgrywanych spotkań przyczyniła się do powiększenia listy kontuzjowanych, do której dołączyli: Kosmalski, Ore oraz Sztylka – wszyscy mieli być gotowi do gry w połowie września.
Sierpień się skończył i przyszedł czas na mecze reprezentacji, gdzie o Mundial walczyły Orły Janasa. Z występów kadry narodowej nie mogliśmy być zadowoleni. Dwa remisy (1:1 z Austrią i 0:0 z Walią) zdecydowanie oddaliły reprezentację od bezpośredniego awansu do Mistrzostw Świata i najprawdopodobniej wszystko miało się rozstrzygnąć w barażach. Emocje związane z meczami kadry były jednak niczym przy nerwach, które towarzyszyły pojedynkowi derbowemu na Łazienkowskiej. Wspaniała oprawa oraz doping kibiców Legii stworzyły niesamowitą atmosferę, którą widocznie poczuli zawodnicy obu ekip. Zaczęliśmy co prawda fatalnie i po ośmiu minutach przegrywaliśmy już… 3:0, a klasycznego hat-tricka ustrzelił nowy nabytek Legii – Sead Zilic. Pierwsza część meczu upłynęła pod znakiem naporów gospodarzy, którzy zasłużenie prowadzili, a naszą jedyną szansą była czerwona kartka, którą po brutalnym zachowaniu ujrzał Marcin Burkhardt. Prawdziwy thriller kibice obejrzeli w drugiej części meczu. Najpierw gola strzelili Legioniści i było już 4:0. My walczyliśmy do końca. Szybkie dwie bramki Kosztowniaka i Arifovica wprowadziły duży niepokój w poczynania gospodarzy, lecz mimo usilnych prób nie udało nam się wydrzeć im zwycięstwa.
Przegrana w spotkaniu derbowym wyraźnie popsuła dobre nastroje panujące w szatni. Tydzień po dotkliwej klęsce wyruszyliśmy do Lubina, aby powalczyć o trzy punkty. Niestety, na szumnych zapowiedziach się skończyło. Mecz był przeraźliwie nudny i bezbramkowy remis idealnie odwzorował przebieg spotkania. Po dwóch nie najlepszych meczach, wreszcie udało nam się przełamać. Wyjazdowy mecz w ramach Pucharu Polski z Wartą Poznań skromnie wygraliśmy 1:0, lecz jak się później okazało był to początek serii zwycięstw. Po triumfie w Wielkopolsce, dwukrotnie okazaliśmy się lepsi w pojedynkach ligowych. Najpierw spokojnie ograliśmy Cracovię, a następnie nie daliśmy szans Arce, którą wysłaliśmy do domu z bagażem trzech bramek. Kiedy wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, przegraliśmy cztery ligowe spotkania z rzędu i finiszu pierwszej rundy spotkań nie mogliśmy zaliczyć do udanych. Na otarcie łez rozbiliśmy w Pucharze Polski 4:0 Wartę Poznań, lecz szczerze mówiąc, było to marne pocieszenie.
Rundę rewanżową rozpoczęliśmy od fatalnej porażki z Amicą i coraz częściej zerkałem, kiedy rozpocznie się przerwa zimowa, która może pomóc nam odbudować zagubioną gdzieś formę. Niestety, wzorować się na grze moich podopiecznych postanowili także piłkarze kadry narodowej, którzy odpadli z barażowej rywalizacji z Serbią i to przybysze z Bałkanów pojadą na Mundial. Przełamanie naszej ligowej passy przyszło w momencie, w którym zupełnie się tego nie spodziewałem. 19. listopada na Konwiktorskiej zameldowała się ekipa Wisły Kraków i po fantastycznej grze moich podopiecznych, to goście schodzili z boiska pokonani. Cztery dni później, w niemal najsilniejszym zestawieniu, wygraliśmy 2:0 pucharowy mecz z Arką Gdynia i wydawało się, że wszystko zbliża się ku normalności. Niestety, domowe spotkanie z Groclinem, które przegraliśmy aż 1:4, a także bolesna porażka w Bełchatowie pokazały, że mecz z Wisłą był tylko pojedynczym wzlotem. Na szczęście, udało nam się przebrnąć do kolejnej rundy Pucharu Polski i wiedziałem, że podczas rundy wiosennej, to właśnie te rozgrywki staną się dla nas priorytetem. Ostatnie oficjalne spotkanie w roku 2005 rozegraliśmy na własnym boisku, a naszym przeciwnikiem był Górnik Łęczna. Po ciężkim meczu i wielkich męczarniach udało nam się wygrać 3:2, lecz daleko było mi do hurraoptymizmu.
Trzymiesięczna przerwa w rozgrywkach była dla mnie wyjątkowo trudna, gdyż musiałem postawić drużynę na nogi. Receptą na słabe występy miały być mecze sparingowe z silnymi zespołami. Podczas zimowej pauzy rozegraliśmy 11 spotkań towarzyskich, podczas których 6 razy wygraliśmy (2:0 z Duisburgiem, 4:2 z Lokomotiwem Moskwa, 8:1 z Crveną Zvezdą Belgrad, 2:0 z Austrią Wiedeń, 4:0 z Rapidem Wiedeń oraz 2:1 ze Spartakiem Moskwa), raz zremisowaliśmy (1:1 z Partizanem), a cztery razy schodziliśmy z boiska pokonani (0:1 ze Śląskiem, 1:3 ze Stuttgartem, 0:2 z Bochum oraz 2:3 z Levskim Sofia). Pojedynki z wyżej notowanymi zespołami dały mi duży materiał do analizy, a także bardzo duże wpływy z biletów, gdyż niemal na każdy sparing trybuny przy ul. Konwiktorskiej zapełniały się po brzegi. Mimo pokaźnych wpływów do budżetu, nie zdecydowałem się na żadne ruchy transferowe i do rundy wiosennej przystąpiliśmy w niezmienionym składzie.
4. marca 2006 roku wznowiliśmy rozgrywki ligowe. Podczas wyjazdowego spotkania z Lechem Poznań pokazaliśmy kawał dobrego futbolu i spokojnie wywieźliśmy zwycięstwo z gorącego terenu przy ul. Bułgarskiej. Wygrana z Lechem obudziła apetyty kibiców Polonii, którzy licznie stawili się na kolejnym, ligowym pojedynku. Zgarnięte trzy punkty nieco przybliżyły nas do czołówki tabeli i marzenia o awansie do pucharów stały się coraz bardziej realne. Dwa kolejne spotkania pokazały jednak, że naszym przeznaczeniem jest środek tabeli. Remisy z Odrą i Górnikiem Zabrze spowodowały zmianę taktyki, która od teraz brzmiała: „wszystkie siły na Puchar Polski”. 21. marca rozegraliśmy pierwsze ćwierćfinałowe spotkanie ze szczecińską Pogonią, której styl gry sprawiał nam trudności. Nie inaczej było tym razem. Po meczu walki zremisowaliśmy 2:2 i w perspektywie rewanżu na własnym stadionie, to nasi rywale byli bliżej triumfu. Trzy dni później emocje przy ul. Konwiktorskiej sięgnęły zenitu, gdyż nadszedł czas na rewanżowe spotkanie derbów stolicy. Wspaniała oprawa i nieustający doping nie pomógł. Po raz kolejny fatalnie rozpoczęliśmy i po 9. minutach na tablicy wyników widniało 0:2 dla gości. Chwilę później bramkę kontaktową strzelił Arifovic, lecz niestety to było wszystko na co było nas stać tego dnia. Kolejne minuty upłynęły pod znakiem walki w środku pola i trzeba przyznać, że to goście byli bliżej podwyższenia prowadzenia, niż my doprowadzenia do remisu.
Podmęczeni i smutni po porażce z Legią, wyruszyliśmy w daleką podróż do Szczecina, aby walczyć o półfinał Pucharu Polski. Gospodarze zaczęli bardzo uważnie w obronie i nasze ofensywne poczynania były bardzo ograniczone. W 49. minucie czerwoną kartką ukarany został zawodnik Pogoni – Rafał Szwed i nasze szanse stały się coraz bardziej realne. Próby ataków najczęściej kończyły się jednak fiaskiem. Zmianę rezultatu przyniosła dopiero 82. minuta, kiedy strzał życia z 30. metrów oddał Maciej Terlecki i wyprowadził nas na prowadzenie, którego nie oddaliśmy do końca spotkania. W następnej rundzie los przydzielił nam Zagłębie Lubin, z którym powalczymy o Puchar UEFA, a drugą parę utworzyły kluby Legii i Korony, które raczej były pewne występu w europejskich pucharach z powodu dobrej dyspozycji w lidze. Przed pierwszym półfinałowym spotkaniem pozwoliłem odpocząć swoim najlepszym zawodnikom i na mecz z Cracovią wysłałem rezerwowych. Kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, nie wierzyłem własnym oczom. Drugi garnitur Polonii odprawił gospodarzy aż 6:1 i dość poważnie zacząłem zastanawiać się, czy na pewno dobrze zestawiam pierwszą jedenastkę. Po pogromie jaki zafundowaliśmy naszym krakowskim przyjaciołom, przyszedł czas na pierwszy mecz półfinału Pucharu Polski. Przy ul. Konwiktorskiej zjawiła się ekipa Zagłębia Lubin, która na pewno chciała pokrzyżować nam plany łatwego zwycięstwa. Zaczęliśmy katastrofalnie i po 3. minutach było 1:0 dla przyjezdnych. Na szczęście wsparcie kibiców oraz ostre słowa w szatni przyczyniły się do odwrócenia losów meczu przez moich podopiecznych, którzy w drugiej odsłonie zagrali fantastycznie i po 90. minutach utrzymało się nasze skromne zwycięstwo – 2:1. Na mecz rewanżowy musieliśmy czekać aż dwa tygodnie, podczas których rozegraliśmy trzy mecze ligowe. W dwóch z nich wystawiłem skład rezerwowy i myślę, że to właśnie on był przyczyną dwóch porażek (0:1 z Wisłą Płock oraz 1:3 z Arką). W najsilniejszym zestawieniu zagraliśmy z Zagłębiem Lubin i tu także nie udało nam się triumfować. Mimo niezłej gry przegraliśmy 1:0 i wiedziałem, że musimy zrobić wszystko, aby ten rezultat nie powtórzył się podczas spotkania rewanżowego.
25. kwietnia o 19.30 pan Jacek Granat zagwizdał po raz pierwszy i nie było już odwrotu. Musieliśmy zagrać tak, jak potrafimy najlepiej. Zaczęliśmy fantastycznie i po szybkiej akcji w 3. minucie udało nam się objąć upragnione prowadzenie. Zapas dwóch bramek zdecydowanie przybliżył nas do końcowego sukcesu i pozwolił uwierzyć w siebie. W 30. minucie Tomasz Kosztowniak ponownie umieścił piłkę w siatce i mówiąc piłkarskim żargonem - „było pozamiatane”. Do końca meczu nie daliśmy pograć rywalom i jedno było pewne: otworzyły się przed nami bramy Europy. Nie był to jednak koniec emocji, gdyż finałowe potyczki zapowiadały się naprawdę obiecująco. Naszym rywalem w walce o trofeum okazała się być warszawska Legia, więc jedno było pewne - Puchar Polski zostanie w Warszawie. Nasza postawa w pucharze przyczyniła się do całkowitego zlekceważenia rozgrywek ligowych. Głębokie rezerwy, które miały przyjemność zmierzyć się w meczach z Pogonią i Koroną, nie pokazały się z najlepszej strony i zanotowały dwie porażki 2:3. W klubie mówiono jednak tylko o derbowym dwumeczu decydującym o tym, która z warszawskich drużyn sięgnie po Puchar Polski. Pierwsze spotkanie rozegraliśmy na własnym boisku i niestety, po raz kolejny musieliśmy uznać wyższość naszych rywali zza miedzy. Po niezbyt wyrównanym pojedynku ulegliśmy 1:2 i cieszyć się mogliśmy jedynie z rezultatu, który zupełnie nie odzwierciedlał przebiegu spotkania. Dużo inaczej wyglądał rewanż. W 22. minucie wynik otworzył Ensar Arifovic i w długim, ciemnym tunelu wreszcie ujrzeliśmy światło. Z każdą minutą oddalało się jednak coraz bardziej, gdyż przewagę na boisku zyskiwali gospodarze. Końcowy wynik niczym nie różnił się od poprzedniego pojedynku i musieliśmy zadowolić się srebrnymi medalami, które i tak były niewątpliwym sukcesem.
Zmęczeni i smutni przystąpiliśmy do ostatniego meczu w lidze. Mimo, że było to typowe spotkanie o nic, postanowiłem godnie pożegnać się z kibicami i do gry desygnowałem najlepszych zawodników. Pożegnanie z sezonem wypadło owocnie zarówno na boisku, jak i na trybunach. Fani zorganizowali niesamowity doping a także oprawę, którą zapamiętam do końca życia. Wielki transparent: „Ten Puchar należy do nas – Warszawiaków” sprawił, że w oku zakręciła się łezka, a zawodnicy na murawie biegali z podwójnym zaangażowaniem. Zwycięstwo 4:3 z Groclinem przypieczętowało emocjonujący sezon i dało nam awans na dziesiąte miejsce w końcowej tabeli.
Mimo, że pierwszy sezon zakończył się bez spektakularnych sukcesów, powinienem być zadowolony. Kondycja finansowa klubu wydaje się być bardzo dobra, więc latem będę w stanie zakupić naprawdę przyzwoitych piłkarzy. Dziesiąte miejsce w lidze wyraźnie usatysfakcjonowało zarządców, którzy bez wahania zaproponowali mi trzyletni kontrakt, na który od razu przystałem. Warszawa, wspaniali kibice oraz zbliżający się wielkimi krokami Puchar UEFA – to rzeczy, które najbardziej przyczyniły się do podjęcia decyzji o przedłużeniu umowy.
Jeśli chodzi o aktualny skład, najbardziej wyróżniającą postacią był Tomasz Kosztowniak, który z siedemnastoma trafieniami został królem strzelców Ekstraklasy. Bardzo dobrze funkcjonowały nasze skrzydła, a także obrona w której prym wiódł Adrian Napierała. Posiadamy także dwóch bardzo utalentowanych golkiperów, z których każdy ma szansę gry. Naszymi mankamentami był środek pola oraz skuteczność. Myślę, że w okienku transferowym powinienem zastanowić się nad dokupieniem napastnika, który wspomoże Kosztowniaka oraz defensywnego pomocnika, który zagra u boku Trałki.
W Polsce rozgrywki zdominowała Legia Warszawa. Oprócz spokojnego triumfu w lidze, Legioniści dołożyli także Puchar Polski i rok 2006 kibice z Łazienkowskiej zapamiętają na długo. Rozgrywki europejskie zakończyły się niemal tradycyjnie. W Anglii triumfował Manchester United, we Francji – Lyon, w Niemczech – Bayern. Rozgrywki Primera Division zdominowała FC Barcelona, która oprócz triumfu na krajowym podwórku, dorzuciła także końcowy sukces w prestiżowej Lidze Mistrzów. W lidze holenderskiej najlepiej spisał się Feyenoord, a po Scudetto sięgnęli piłkarze Interu. W pucharze pocieszenia - jak często określa się Puchar UEFA - triumfowała Chelsea, która w finale rozbiła Galatasaray 4:0. Może za rok to my będziemy czarnym koniem tych rozgrywek?