Dwumiesięczne wakacje minęły bardzo szybko. Zresztą, podczas upalnych dni, wolne mieli głównie zawodnicy, gdyż ja raczej skupiłem się na przyszłych wzmocnieniach i zmianach kadrowych niż na biernym wypoczynku. Nasz budżet transferowy oscylował w granicach 350.000 €, co na polskie warunki było sumą całkiem pokaźną. Nauczony doświadczeniem przeczesałem rynek Ameryki Południowej, a także postanowiłem poszukać paru perełek na zapleczu Ekstraklasy.
1.lipca, kiedy z pompą ruszyło okienko transferowe, na Konwiktorskiej zatłoczyło się wręcz od nowych nabytków. Prezentację nowo nabytych graczy rozpocznę od obcokrajowców: Rodrigo Roman to dwudziestoletni prawy obrońca legitymujący się paszportem Paragwaju. Podobnie jak Fernando Ismael Rodriguez, Rodrigo dołączył do nas z klubu Cerro Portero i mam nadzieję, że tak jak jego klubowy kolega, świetnie wkomponuje się w drużynę. Dużą ciekawostką w Warszawie okazał się reprezentant egzotycznej wyspy Tonga – Frederick Saafi (O L), który za 20.000 € odstępnego pojawił się w stolicy Polski. Dużo więcej musieliśmy zapłacić za Nenada Studena, który za 120.000 € dołączył do nas z Radomiaka Radom. W swoim byłym zespole zasłynął głównie ze świetnej gry w destrukcji oraz licznych bramek zdobytych po stałych fragmentach gry. Nenad miał być ważną postacią drugiej linii Polonii, a jego zadania były proste: być twardym jak skała i pomagać Trałce. Ostatnim gościem z zagranicy był Alexis Sanchez, którego z Cobreloi wyciągnęliśmy za 10.000 €. Były to pieniądze po prostu śmieszne, gdyż młodziutki (zaledwie siedemnastoletni) reprezentant Chile to prawdziwa perełka i nieoszlifowany diament. Podczas letniego okienka do składu dołączyło także dwóch Polaków, w których pokrywałem duże nadzieję. Roberta Lewandowskiego za darmo pozyskałem z Legii Warszawa, a równie młodego i zdolnego Adriana Gudewicza udało nam się wyrwać z Jagielonii za 40.000 €.
Z transferów byłem wręcz zachwycony, lecz wiedziałem, że naszym głównym problemem mógł okazać się brak zgrania. Receptą na tę ciężką do okiełznania chorobę miały być sparingi z wymagającymi przeciwnikami. W okresie przygotowawczym dwukrotnie zmierzyliśmy się z Austrią Wiedeń (0:2 i 2:2), Partizanem Belgrad (1:0), Rapidem Wiedeń (0:2), Lewski Sofia (2:1), oraz Club Brugge, który po pasjonującej walce pokonaliśmy 5:4. Wszystkie spotkania rozegrane zostały przy ul. Konwiktorskiej, więc klubową kasę zasilił kolejny, potężny zastrzyk gotówki.
Pierwszy mecz w sezonie 2006/07 rozegraliśmy na wyjeździe z beniaminkiem – Lechią Gdańsk. Mimo że gospodarze przed spotkaniem zostali skazani na porażkę, ja obawiałem się tego pojedynku, gdyż nie byłem pewien, co zaprezentują nowi zawodnicy. Na pierwszą ligową potyczkę wyszliśmy w następującym zestawieniu: Navas – Roman, Szymanek, Napierała, Łukasiewicz – Bąk, Ore, Trałka, Studen – Kosztowniak, Sanchez. W składzie zadebiutowało trzech zawodników, a Napierała z prawej obrony został przesunięty na środek – zmiany były dość spore. Rozpoczęliśmy fatalnie, od razu daliśmy się zepchnąć do defensywy i po 14. minutach już przegrywaliśmy. Zimny prysznic podziałał na nas mobilizująco. W 41. minucie indywidualną akcją popisał się Alexis Sanchez i potężną bombą z ostrego kąta wyrównał stan meczu. Chwilę po wznowieniu, kolejny debiutant dał mi sporą dawkę radości. Z rzutu wolnego przymierzył Nenad Studen i było 1:2. Kwadrans później próbkę swoich nieprzeciętnych umiejętności ponownie zaprezentował nam Sanchez i było po zawodach. Prawdziwy koncert gry daliśmy jednak tydzień później, podczas inauguracji sezonu na Konwiktorskiej. Trzy bramki Lewandowskiego oraz trafienia Sancheza i Studena na zawsze zostaną w pamięci kibiców Wisły Kraków, którzy w sektorze gości niedowierzali własnym oczom. Ograć 5:0 Wisłę na własnym boisku. Niemożliwe? A jednak! Kolejnym obiektem zniszczenia była Amica Wronki, która niczym odważny lew zjawiła się na Konwiktorskiej i liczyła na korzystne rozstrzygnięcie. Trzy bramki Sancheza pokazały gościom miejsce w szeregu, a kibice w Warszawie zyskali nowego idola. Trzy spotkania – sześć bramek!
Pięć dni po kolejnym przekonującym zwycięstwie, wybraliśmy się do Budapesztu, aby powalczyć z miejscowym MTK o awans do 1. rundy kwalifikacyjnej Pucharu UEFA. Co prawda w 14. minucie objęliśmy prowadzenie, lecz chwilę później najpierw je straciliśmy, a następnie musieliśmy grać w dziesiątkę, gdyż czerwony kartonik obejrzał Wojciech Szymanek. Mimo liczebnej przewagi, gospodarze nie potrafili oprzeć się atakom Polonii i po 90. minutach na tablicy wyników widniało 1:3 dla gości – wymarzony wynik przed rewanżem na własnym boisku.
Olbrzymie emocje spowodowane występem w Pucharze UEFA opadły i musieliśmy wrócić do ligowej rzeczywistości, gdzie czekał nas arcytrudny i - jak się później okazało - arcynudny pojedynek z Koroną Kielce. Przez cały mecz z boiska wiało nudą, a jedyną bramkę meczu zdobył nie kto inny, jak Alexis Sanchez, który jak tyczki minął kilku rywali i zapewnił nam kolejne trzy punkty. Terminarz gonił i już po trzech dniach przerwy, po raz kolejny musieliśmy walczyć o swoje. Lech, jak to świetnie we wstępie do poprzedniej części opowiadania ujął Lukaszp, to drużyna bardzo nieobliczalna. Przewidywalny za to jest Alexis Sanchez i chyba nikt nie zdziwił się, kiedy już w 2. minucie cała Trybuna Kamienna ryknęła: SANCHEEEEEEZ! – fetując pierwszą bramkę w meczu. Szybkie trafienie ustawiło spotkanie, które spokojnie kontrolowaliśmy. W 77. minucie drugą bramkę dołożył Krzysztof Bąk i piąte ligowe zwycięstwo z rzędu okazało się faktem. Naszą serię zwycięstw trzy dni później przerwał rywal dla nas niewygodny – GKS Bełchatów, którego podejmowaliśmy na wyjeździe. Przez cały mecz to nasi rywale dominowali i tylko dzięki kapitalnej akcji Alexisa Sancheza w 90. minucie udało nam się wywieźć cenny punkt. Pojedynek z MTK na Konwiktorskiej był hucznym powrotem Polonii do europejskich pucharów. Licznie zgromadzeni kibice przywitali swoich ulubieńców i otrzymali od nich najlepszy z możliwych prezentów. Zwycięstwo 3:0 dało nam spokojny awans do kolejnej fazy, gdzie mieliśmy zmierzyć się z dużo bardziej wymagającym rywalem – Vitesse.
Sukces w Pucharze UEFA dodał nam skrzydeł i pełni wiary podeszliśmy do spotkania z Jagiellonią Białystok. Popularna „Jaga” - jak na beniaminka - prezentowała się bardzo dobrze, zajmując piąte miejsce w ligowej tabeli, lecz my byliśmy bezlitośni. W 30. minut zaaplikowaliśmy gościom trzy bramki, a w drugiej części dołożyliśmy jeszcze jedną. Podsumowanie sierpnia okazało się bardzo okazałe. Do mnie trafiła nagroda najlepszego menedżera, a najlepszym piłkarzem miesiąca okazał się Alexis Sanchez. Podczas przerwy reprezentacyjnej mieliśmy okazję przypatrzeć się kadrze Janasa i… zrobić wszystko, aby w meczu z Groclinem nie zaprezentować się jak nasze Orły. Żenująca postawa zawodników przyczyniła się do porażki 0:1 z Izraelem, a także wyjazdowego łomotu 2:0 od przeciętnej Armenii.
Zgodnie z moimi prośbami, zawodnicy Polonii nie skoncentrowali się na powielaniu błędów ekipy Janasa i bezproblemowo udało nam się wywieźć trzy punkty z Grodziska Wielkopolskiego. Dwie bramki strzelił Alexis Sanchez – to tak dla formalności. Gorzką pigułkę musieliśmy przełknąć pięć dni później w kraju tulipanów, gdzie rozpędzona Polonia Warszawa nie dała rady nawet strzelić bramki przeciętnemu Vitesse Arnhem. Do Warszawy wróciliśmy z bagażem dwóch bramek i z wielkim niedosytem. Pierwszy raz zawiódł Alexis Sanchez, który kilka razy zmarnował stuprocentowe okazje do strzelenia bramki. Słabą postawę w Pucharze UEFA staraliśmy zatrzeć dobrą grą w lidze i Pucharze Polski. W meczu przyjaźni z Cracovią Kraków spokojnie wygraliśmy 3:1, a pucharowy mecz z Łęczną (w rezerwowym składzie) wygraliśmy 1:2. Od pewnego czasu Warszawa żyła jednak zupełnie innymi wydarzeniami. Pierwszym z nich były długo oczekiwane derby stolicy przy ulicy Łazienkowskiej, okrzyknięte także pojedynkiem gigantów czy derbami sezonu. Sam mecz piłkarsko rozczarował. Obie ekipy walczyły zawzięcie, lecz bez pomysłu. Przez większość część meczu prowadziliśmy po bramce Alexisa Sancheza, ale w 78. minucie wyrównał Sead Zilic, który najwidoczniej ma patent na Polonię i musiałem zadowolić się remisem.
Bez chwili odpoczynku, musieliśmy przystąpić do rewanżowego pojedynku z Vitesse Arnhem. Przedmeczowe oczekiwania były wielkie i niestety przerosły moich podopiecznych. Mimo że zagraliśmy nieźle, nie wykorzystaliśmy wielu dogodnych sytuacji i udało nam się wygrać zaledwie 1:0. Ten rezultat oczywiście promował gości, a nam pozostał wielki niedosyt. W pojedynkach z Holendrami nie byliśmy gorsi. Zabrakło nam rutyny, doświadczenia i boiskowego sprytu. Nasza przygoda z Pucharem UEFA zakończyła się dość szybko, lecz miałem nadzieję, że była to dobra lekcja na przyszłość.
Smutni i przygnębieni musieliśmy wyznaczyć sobie nowe cele. Świetny start sezonu spowodował, że nasze apetyty wyraźnie wzrosły. Postanowiliśmy podążać drogą, która miała nas powieść w kierunku podwójnej korony. Ambitny plan od razu został wprowadzony w życie: zaczęliśmy od dość szczęśliwego zwycięstwa 2:1 nad Wisłą Płock oraz remisu 2:2 z Górnikiem Łęczna w Pucharze Polski. Końcówka pierwszej serii spotkań była bardzo udana. Najpierw na wyjeździe rozbiliśmy Odrę Wodzisław 3:0, później znokautowaliśmy Zagłębie Lubin 4:0, a na koniec darowaliśmy życie gościom ze Szczecina, którym pozwoliliśmy zremisować 2:2. Tabela na półmetku sezonu zachwycała:
Rundę wiosenną tradycyjne rozpoczęliśmy w listopadzie. Jako pierwsza zrewanżować za porażkę chciała się Lechia Gdańsk, lecz na dobrych chęciach się skończyło. Dwie bramki Kosztowniaka sprawiły, że gościom szybko odechciało się grać w piłkę, a kolejne trzy punkty pojawiły się na naszym koncie. Tydzień później wybraliśmy się do Krakowa, na bardzo trudny mecz z tamtejszą Wisłą. Faktycznie, nie było łatwo, lecz skromne zwycięstwo 0:1 po bramce Alexisa Sancheza wprawiło w osłupienie wielu znawców futbolu. Czy można ciągle wygrywać? – pytali dziennikarze. Jak się okazało nie można. W następnej kolejce wyjazdowy mecz we Wronkach zakończył się pierwszą porażką. Usprawiedliwia ją jedynie bardzo dobra postawa w pucharowym dwumeczu z… Amicą, którą dwa razy spokojnie ograliśmy i awans do ćwierćfinału tych prestiżowych rozgrywek okazał się faktem. Trójmecz z Amicą przerwała nam kielecka Korona, która podbudowana informacją, że jednak można z nami wygrać, starała się to uczynić. Goście zaprezentowali się jednak z bardzo słabej strony i nasze zwycięstwo 3:0 miało udowodnić, że porażka z Amicą była tylko wypadkiem przy pracy. Niestety, nie udowodniła. Dwa kolejne mecze, to dwie kolejne katastrofy. Najpierw przegraliśmy na wyjeździe 1:0 z ostatnią w tabeli Arką, a następnie uratowaliśmy jeden punkt, bezbramkowo remisując z przedostatnim Lechem. Przerwa zimowa rozpoczęła się chyba w najlepszym możliwym momencie.
Odpoczynek od rozgrywek ligowych był niemal konieczny. Pod koniec rundy jesiennej widać było zmęczenie moich podopiecznych, a zadaniem dobrego menedżera było takie rozegranie przerwy w sezonie, aby na drugą jego część drużyna wyszła zmobilizowana i pełna chęci do gry w stu procentach. Swoich sprawdzonych sposobów nie zamierzałem zmieniać. Najpierw dwa tygodnie przerwy, a potem ciężka praca i mecze towarzyskie z uznanymi, europejskimi firmami. W sumie rozegraliśmy jedenaście sparingów, z czego sześć wygraliśmy, trzy razy zremisowaliśmy i tylko dwa razy schodziliśmy z boiska pokonani. Drugą rundę ligi rozpoczęliśmy wypoczęci i co najważniejsze zdrowi, gdyż żaden z naszych podstawowych piłkarzy nie narzekał na większy uraz.
Na pierwszy ogień poszła ekipa z Bełchatowa, która w pierwszej części sezonu miała czelność odebrać nam trzy punkty. Zemsta była słodka. Szybka, kombinacyjna gra i hat-trick Roberta Lewandowskiego dały kibicom Polonii dużo uciechy. Prawdziwy rozmach w ataku pokazaliśmy jednak dopiero podczas meczu z Jagiellonią. Sześć strzelonych bramek i niestety, aż trzy stracone – taki był bilans wyjazdowego meczu z rewelacją Ekstraklasy. Do Warszawy wróciliśmy szczęśliwi, lecz skuteczność zostawiliśmy w Białymstoku. W kolejnym meczu, mimo wyraźnej dominacji, musieliśmy oddać dwa punkty Groclinowi, który remisując, jako pierwszy urwał punkty Polonii przy ul. Konwiktorskiej. Po stracie dwóch oczek, przyszedł czas na bardzo ważny i zarazem bardzo trudny, pucharowy dwumecz z Wisłą Kraków. Krakowanie już dawno pożegnali się z szansami na mistrzostwo Polski. Wiedziałem więc, że wszystkie siły rzucą na Puchar Polski. Nie myliłem się. 180 minut dwumeczu były prawdziwymi piłkarskimi szachami, podczas których padła tylko jedna bramka. Szczęśliwcem okazał się Pablo Ore, który dzięki strzale głową zapewnił nam upragniony półfinał. Rozgrywki krajowego pucharu zdecydowanie przyspieszyły i już trzy dni po zapewnieniu sobie awansu, musieliśmy rozegrać pierwszy mecz półfinału. Wyjazdy do Płocka nie kojarzyły mi się najlepiej, lecz ja wierzyłem, że podwójna korona jest w naszym zasięgu. Na szczęście, nie myliłem się. Derby Mazowsza rozegraliśmy po profesorsku i skromna, jednobramkowa zaliczka mogła być bardzo przydatna w kontekście rewanżu na własnym stadionie. Po emocjach związanych z Pucharem Polski, przyszedł czas na ostatnią prostą w walce o ligowy triumf. Terminarz był bardzo napięty, więc ważne były rotacje. Na szczęście zmiennicy prezentowali się równie dobrze, jak podstawowi gracze i dwa kolejne zwycięstwa: 4:1 z Arką oraz 4:2 z Cracovią znacznie przybliżyły nas do końcowego triumfu. Jedyną drużyną, która była w stanie pokrzyżować nasze plany była warszawska Legia. I to właśnie z nią przy ul. Konwiktorskiej rozegraliśmy heroiczny bój. Derby, które mogły nam zapewnić mistrzostwo, lecz mogły także zapalić promyczek nadziei dla gości zza miedzy.
Skończyło się fatalnie. W pierwszej połowie graliśmy z Legią jak równi z równym, lecz nasz kat – Sead Zilic znów dał znać o sobie i do przerwy było 0:1. W drugiej części spotkania postawiłem wszystko na jedną kartę. Zdecydowałem się na grę czterema napastnikami i… rwałem sobie włosy z głowy. Napory Polonii trwały całą drugą część spotkania. Legia nie schodziła ze swojej połowy boiska, lecz tamten wieczór należał do Łukasza Fabiańskiego, który ratował wojskowych w niesamowitych wręcz okolicznościach. Derbowa porażka zbliżyła Legię na sześć punktów, a nam pozostał kac, którego wyleczymy najwcześniej dopiero w przyszłym sezonie…
Tydzień po porażce z Legią, udaliśmy się do Płocka, gdzie stoczyliśmy kolejny pojedynek. Tym razem naszym przeciwnikiem była Wisła, która przez całe 90. minut starała się, aby to jednak Legia zdobyła upragnione mistrzostwo. Niestety, płocczanie byli skuteczni, a remis 2:2 hucznie świętowano przy Łazienkowskiej. Na szczęście tak hucznie, że następnego dnia Legia uległa Wiśle Kraków i remis z Wisłą Płock nie okazał się brzemienny w skutkach.
Sytuacja w lidze na szczęście nie skomplikowała się, więc z wysoko podniesionymi głowami po raz kolejny musieliśmy podjąć niewygodnego rywala, jakim nie raz okazywała się Wisła Płock. Zapas jednej bramki dawał nam duże nadzieje w kontekście rewanżowego meczu Pucharu Polski i na szczęście nie zawiedliśmy się. Spokojnie wygraliśmy 2:1 i awansowaliśmy do finału, gdzie czekało na nas lubińskie Zagłębie, które podejmowaliśmy w następnej, ligowej kolejce. Spotkanie w Lubinie miało pokazać nam prawdziwe oblicze naszych rywali i być ostateczną próbą przed pojedynkiem pucharowym. Moi zawodnicy pomylili jednak rozgrywki i przez cały mecz grali tak, jakby wynik 0:0 był dla nas bardzo korzystny. Jak się później okazało… wiedzieli co robią. Legia na własnym boisku przegrała z Bełchatowem, a my mogliśmy świętować zasłużone Mistrzostwo Polski. Na trzy kolejki przed końcem rozgrywek ligowych!
Feta w Lubinie zakończyła się na tradycyjnej lampce szampana, a na większe imprezy czas miał przyjść dopiero po zakończeniu sezonu. Przed nami był dwumecz z Zagłębiem, który miał rozstrzygnąć, czy uda nam się zdobyć podwójną koronę. Pierwszy mecz rozgrywaliśmy na wyjeździe i był on nieco gorszą kopią naszego pojedynku ligowego. Przewagę szybko osiągnęli gospodarze, lecz Keylor Navas wyczyniał cuda. Wynik bezbramkowy oznaczał jedno: na Konwiktorskiej będzie naprawdę ciekawie. W przerwie między dwumeczem finału Pucharu Polski, rozegraliśmy mecz z Odrą Wodzisław. Jako, że mistrzostwo było pewne, pozwoliłem odpocząć najlepszym zawodnikom i dać szansę drugiemu garniturowi. Na szczęście nie zawiodłem się. Rezerwowi zaprezentowali się doskonale wygrywając 2:1, a ja w dobrym nastroju mogłem zacząć przygotowania do finału Pucharu Polski.
9. maja wszyscy kibice Polonii obgryzali paznokcie ze zdenerwowania, trzymali kciuki i robili wszystko, aby ten dzień na stałe zapisał się w annałach historii Polonii. Zaczęliśmy fantastycznie i po 30. minutach wygrywaliśmy po dwóch trafieniach Alexisa Sancheza. W drugiej połowie swoją cegiełkę do triumfu dołożył Kosmalski i wraz z ostatnim gwizdkiem na murawie zaroiło się od kibiców Czarnych Koszul...
Śpiewy towarzyszące niesamowitemu triumfowi niosły się po ulicach Warszawy do wczesnych godzin rannych. Ten rok należał do nas! Polonia w podwójnej koronie! – tak najkrócej można podsumować zakończony sezon. Warto jeszcze wspomnieć, że w ostatnim meczu ligowym zremisowaliśmy 3:3 z Pogonią Szczecin.
Po zakończeniu sezonu jak zwykle przychodzi czas na podsumowanie. Dwa tytuły oraz fantastyczna gra na przekroju całego sezonu zachwyciły zarówno mnie, kibiców a także specjalistów. Przyczyną naszych sukcesów były bardzo udane transfery. Alexis Sanchez został wybrany najlepszym zawodnikiem ligi, a chwilę później odebrał statuetkę Króla Strzelców. Siedemnastolatek rodem z Chile to prawdziwy skarb i podczas letniej przerwy będę musiał zrobić wszystko, aby zatrzymać młodziana w naszych szeregach. Świetnie sprawdził się także Nenad Studen, który uspokoił grę w środku pola, a bramkarzy rywali raz po raz nękał kapitalnymi strzałami dystansu. Jedynym minusem była przeciętna postawa w Pucharze UEFA. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się lepiej wypaść na europejskiej arenie i triumfy będziemy święcić także poza granicami Polski.
Cele na przyszły sezon są jasne: obronić dwa tytuły, oraz awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Szczerze mówiąc, uważam, że następny rok mojej pracy może być dużo trudniejszy od właśnie zakończonego. Od teraz nikt nie może traktować Polonii z przymrużeniem oka i o podobne wyniki będzie niezmiernie trudno. Jeśli chodzi o wzmocnienia, to szczególnie zależy mi na zakupie lewego obrońcy, oraz prawego pomocnika. Uważam, że przydadzą się także wartościowi zmiennicy niemal na każdą pozycję, gdyż długa ławka to gwarancja przyszłych sukcesów. Na koniec krótkie streszczenie tego, co działo się zagranicą:
Mistrzostwa Świata: Brazylia
Premiership: Liverpool
Francja: Monaco
Hiszpania: Barcelona
Holandia: Ajax
Niemcy: Weder Brema
Włochy: Juventus Turyn
Liga Mistrzów: Bayern
Puchar UEFA: PSV