Początek lata we Francji przyniósł ze sobą falę niespotykanych upałów. Popołudniowe słońce wypalało betonową pustynię na Place du Fortum, w sercu miasta które niegdyś wydawało się być gwarne. Jeszcze niedawno na głównym deptaku w Reims można było spotkać wiele urodziwych kobiet przechadzających się po mieście w zwiewnych sukienkach. Przydrożne kafejki, zwykle wypełnione do ostatniego stolika kofeinowymi maniakami żłopiącymi kolejne espresso, biły po oczach swoją pustką. Od czasu do czasu z popołudniowego letargu wybudzał stukot damskich obcasów, które - mogłoby się wydawać - niosły się echem aż do Le Lignet, po czym cichły zostawiając senne Reims samemu sobie.
- Na stację proszę, tylko szybko – wbiegłem do pierwszej lepszej taksówki zaparkowanej na Bulevard de la Paix. Kierowca, delektujący się kolejną szklanką ożywczego napoju, spojrzał jakby z wyrzutem. No tak, w tak radykalny sposób zbezcześciłem jego pięć minut ukojenia. Trudno, musiałem pożegnać się z ojcem przed wyjazdem. Taksówkarz ruszył z piskiem opon, minął sklepik starego Augustina znajdujący się na rogu Avenue Jean Jaures i Rue de Cernay, po czym pomknął przed siebie. Tak, ten jazgot na pewno wyrwał całe miasto z objęć senności, ale i tak był lepszy niż gniew starego Thierry’ego, jak ojciec zwykł o sobie mawiać. Gniew, którego pokłady gromadziły się przez lata z kolejnym krokiem, który stawiałem budując swoje życie. Młodzieńcze wybryki po raz pierwszy ukazały troskę ojca o moją przyszłość. A troskę wyrażał dosadnymi słowami, bez zbędnych ogródek, często przyprawione sarkazmem i wzbogacone szczyptą uszczypliwości. Wiedziałem, że kiedy zaczyna mówić w pewnym specyficznym stylu, chce mnie przywrócić „na dobrą drogę”. Problem pojawił się wówczas, gdy zorientował się, że ścieżka którą mi wyznaczył nie przecinała się w żadnym punkcie ze szlakiem, którym ja chciałem podążać. Gniew ojca po raz pierwszy pojawił się w chwili, gdy do rozwiązania została kwestia mojego dalszego kształcenia. Zamiast studiów inżynieryjnych sięgnąłem po zakazany owoc – akademię sportową, która umożliwiała zdobycie licencji trenerskiej. To był dla niego nóż w plecy. Wiedział, że pakowałem się w taką branżę, która pochłania do reszty. Nie musiał mi tłumaczyć, że to nie jest zwykła praca, którą będzie można zostawić za sobą przekraczając próg mieszkania. Doświadczyłem tego na własne oczy, jeszcze zanim przestąpiłem próg akademii. To mnie właśnie zastanawiało, że choć widziałem prawdziwy upadek, wkroczyłem na ścieżkę, która mogła mnie doprowadzić do tego samego miejsca, w którym stał mój ojciec. Jeszcze dziwniejsze jest to, że całe życie mnie przed tym bronił, do tego stopnia, że pochłonęło mnie to do reszty. Śmieszne, co?
Zatrzymaliśmy się przed dworcem, szybko chwyciłem bagaż i pomknąłem w kierunku peronów. Ojciec już na mnie czekał. „Trzymaj się i nie zapominaj o Reims” - rzucił na pożegnanie i pomógł mi wnieść bagaż do środka. W ostatniej chwili udało mu się wysiąść. Otarłem pot z czoła, poluzowałem krawat i złapałem potężny łyk zimnej wody. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, zaraz potem zasnąłem.
Obudziła mnie urocza pani obsługująca podróżnych w pociągu, która informowała pasażerów, że za moment będziemy w Monte Carlo. Przedtem miasto wiedziałem tylko raz, jako kompletny gówniarz, któremu spod nosa ściekało jeszcze mleko. Teraz wszystko widziałem z zupełnie innej perspektywy. W powietrzu unosił się zapach ogromnego bogactwa, a na każdym rogu można było spotkać lanserów w lśniących samochodach, wyżelowanych do granic możliwości i ubranych w pretensjonalne ciuszki. To nie było już Księstwo Monaco, które pamiętam z młodzieńczych lat, teraz to było królestwo kiczu, tandety i groteski. Z trudem udało mi się znaleźć jakiś normalny lokal, w którym postanowiłem spędzić małą godzinkę dzielącą mnie od spotkania z Jeanem Petitem. Jak się okazało Flashman’s, do którego w końcu trafiłem, to lokal stylizowany na typowy, irlandzki pub. Właścicielem nie mógł być kto inny, jak starszy Irlandczyk, który przejął interes po ojcu. To było miejsce dla mnie – ciemny Guinnes zamiast purpury Bordeaux, znacznie lepiej stawiał na nogi. Z resztą… taki ze mnie Francuz, który woli zanurzać dziób w importowanym piwie. Wstyd!
Po godzinie zadzwonił telefon, to był zziajany Jean Petit, który miał mnie zaprowadzić do obiektów klubowych AS. Monaco. Tutaj, na południu Francji nikt nie był punktualny, więc nie zdziwiło mnie, że Jean dotarł pól godziny po czasie. To nie był mój problem, przynajmniej tak mi się wydawało, ale za niecałe pół godziny mieliśmy się stawić na boisku treningowym. Co gorsza, w letnim okienku transferowym zmieniono trenera i poślizg zarówno asystenta, jak i mnie, czyli totalnego żółtodzioba przyklejonego do Jeana, nie będzie dobrą pozycją wyjściową do pracy w klubie. Na szczęście Ricardo Gomes był Brazylijczykiem, który o punktualności wiedział tyle samo, co Rosjanie o trzeźwości… Czułem się nieswojo, ale na szczęście Jean postanowił wziąć mnie pod swoje skrzydła. Przedstawił mnie menadżerowi, uścisnęliśmy dłonie i zabraliśmy się do pracy. Na początek trzeba było przeprowadzić rozgrzewkę, później zostałem oddelegowany do pracy z młodzieżą…
Letnie miesiące mijały dosyć monotonnie – poranny rozruch, popołudniowy trening na siłowni i wieczorny, stricte techniczny. Od czasu do czasu w schemat wdzierały się spotkania kontrolne, rozgrywane m.in. z Salzburgiem, LASK, Primasens, Darmstadt, Schalke i Benevento. W tym czasie oczywiście na bieżąco monitorowałem też wyniki sparingów Reims, które okazały się bardzo obiecujące. Na otwarcie okresu przygotowawczego Reims odesłało z bagażem 4 bramek szwajcarską Bellinzonę, a później zwyciężyła TeBe Berlin w stosunku 6:1. Nic dziwnego, że o klubie, jeszcze przed otwarciem sezonu, mówiło się jako o jednym z faworytów do awansu. Zapędy nieco wyhamował remis z Eupen, ale „Czerwoni” zmobilizowali się na dwa ostatnie sparingi – z Babelsbergiem (3:0) i VW Venlo (2:1).
Był 27 lipca, kiedy to rozgrywki League 2 zostały zainaugurowane. Z racji tego, że w Monaco w tym czasie działo się niewiele, menadżer Ricardo Gomes dał mi dwa dni wolnego, podczas których mogłem zawitać w rodzinne strony. Zdążyłem akurat na konferencję prasową w przeddzień meczu otwarcia z Le Havre.
- Jakie stawia Pan sobie cele i czego oczekuje zarząd? – padło z końca sali, akurat w momencie, kiedy przekroczyłem próg sali konferencyjnej. Ojciec oczywiście natychmiast mnie dostrzegł i zapadła głucha cisza.
- Powtórzyć pytanie? – przerwał dziennikarz.
- Przepraszam… oczywiście mój cel to awans.
- A jak wypada Reims na tle innych kandydatów? Trzeba przyznać, że w trakcie sezonu przygotowawczego zespół prezentował się wybornie.
- Spadkowicze tj. Troyes, Sedan i Nantes są do ogrania. Wiadomo, że w pierwszej kolejności to oni są brani pod uwagę jako potencjalni kandydaci do awansu. Nantes nie wzmocniło się zbytnio w trakcie lata. Na ich szczęście w klub od dawna pompowano ogromne pieniądze, więc dzięki temu mają dobre zaplecze sportowe i jedną z lepszych szkółek młodzieżowych. Z czasem ich ubytki mogą zostać łatwo zalepione. Zdaję sobie sprawę, że ostatnimi czasy Nantes kojarzyło się z tułaczką pomiędzy League 1 i 2. Nie dziwi więc, że wszyscy przed sezonem twierdzą, że jeśli nie wrócą w tym sezonie z powrotem do Legue 1, to menedżer Der Zakarian pożegna się z pracą.
- Sedan to także ekipa do ogrania? Wśród dziennikarzy panuje zgodność co to tego, że największy rywal Reims może liczyć się w wyścigu o awans.
- Jose Pasqualetti przespał letnie okno transferowe. Nie sądzę, że ich skład wystarczy do tego, aby wywalczyć awans.
- A co z Troyes?
- Poza sprzedażą Arnauda do Bastii nie wyprzedawali się zbytnio przed sezonem, za to złapali kilku ciekawych zawodników na prawie bosmana, więc nie zdziwiłbym się, gdyby pokusili się o dobry wynik. Ich problemem pozostaje długość ławki rezerwowych.
- Z tego co nam wiadomo, Remis również ma ten sam problem – rzucił inny dziennikarz.
- Pozwoli pan, że nie odpowiem na to pytanie. Nie chciałbym rozmawiać o słabych stronach mojego zespołu tuż przed inauguracją sezonu.
- Realnie zakładając, bukmacherzy wróżą Reims miejsce z przedziału 5 - 8 z naciskiem na tą dolna granicę. W grze pozostaje jeszcze Bastia, której w poprzednim sezonie nie udało się wrócić do pierwszej ligi i zapewne będą chcieli to sobie odbić tym razem. Bardzo solidnie prezentował się Dijon, niezbyt odstawali Clermont i Amiens. Czy zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że liga się wyrównała?
- Oczywiście. Liga się wyrównała, wszyscy mają apetyt na grubą kasę, którą można zgarnąć za prawa transmisji w League 1.
Ojciec miał rację, doskonale wiedział, że Reims ma syndrom typowego średniaka – mocną pierwszą jedenastkę i krótką ławkę rezerwowych. Utwierdziłem się w tym przekonaniu w czasie konferencji, kiedy to podczas części z prezentacją składu wręczono foldery opisujące zawodników znajdujących się w drużynie seniorskiej. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób:
Imię, nazwisko, pozycja, kraj, wiek, wartość rynkowa zawodnika:
Kossi Agassa [BR | TOG | 28 | 300 tys.]
Mathieu Inthasane [BR | FRA | 21 | 9 tys.]
Johan Liébus [BR | FRA | 28 | 425 tys.]
Olivier Tingry [BR | FRA | 35 | 20 tys.]
Alexandre Barbier [O PŚ | FRA | 27 | 85 tys.]
Ludovic Liron [O PŚ | FRA | 29 | 575 tys.]
Habib Baldé [O PLŚ, DP | GUI | 22 | 50 tys.]
Sofyane Cherfa [O Ś | ALG | 22 | 24 tys.]
Jean-Christophe Devaux [O Ś | FRA | 32 | 190 tys.]
Henrique [O Ś | BRA | 24 | 35 tys.]
Philippe Burle [O Ś, DP | FRA | 34 | 90 tys.]
Olivier Fontenette [O/WO PL | FRA | 25 | 350 tys.]
Johann Truchet [O/WO PL | FRA | 23 | 50 tys.].
Nabil Hamzi [O/WO P, DP | FRA | 21 | 825 tys.]
Marc Giraudon [O/WO L | FRA | 26 | 45 tys.]
Julien Ielsch [O/WO/P L | FRA | 24 | 55 tys.]
Lucas Deaux [DP | FRA | 18 | - ]
Nabil Taider [P LŚ | FRA | 24 | 750 tys.]
Julien Féret [OP PŚ, N Ś | FRA | 24 | 90 tys.]
Shiva-Star N'Zigou [OP P, N Ś | GAB | 23 | 240 tys.]
Ali Yachir [OP PŚ, N Ś | ALG | 22 | 2 M]
Abdelsam Akouzar [OP L | MAR | 25 | 20 tys.]
Sylvain Didot [OP LŚ | FRA | 31 | 400 tys.]
Yann Kermorgant [OP/N Ś | FRA | 25 | 75 tys.]
Zahir Zerdab [OP/N Ś | FRA | 25 | 20 tys.]
Cédric Fauré [N | FRA| 28 | 975 tys.]
Teraz w uszach dziwnie dźwięczały niedawne słowa mego ojca – "walczymy o awans!" Wiedziałem, że był człowiekiem niezwykle ambitnym, ale też nie porywał się do dokonywania rzeczy niemożliwych. Tym bardziej, że fundusz, jaki ustalono na nadchodzący sezon, nie pozwalał na zatrudnienie uznanych nazwisk. Z resztą ich wymagania płacowe zapewne nadszarpnęłyby – i tak już balansujący na granicy maksymalnego wykorzystania – fundusz płacowy.
Ostatnim akordem przedsezonowej konferencji, była prezentacja nowych twarzy pozyskanych w czasie letniego okna transferowego. Tych było niewiele, zaraz po ostatnim sparingu pierwsze 150 tysięcy euro powędrowało do Montpellier, jako zapłata za Malka Ait – Alię (O PŚ, DPŚ | ALG | 29 | 190tys.), który - mimo zawansowanego wieku i słabej motoryki - dzielił i rządził w środku pola, a jego uniwersalność dawała szersze pole manewru. Scout - David Francois w lecie mocno najeździł się po Francji w poszukiwaniu wzmocnień, ale na jesieni musiał już szpiegować rywali. Dlatego też sięgnięto po kolejne 50 tysięcy, żeby zatrudnić drugiego szperacza – Alexandre Lebeau, który zaraz po oficjalnej konferencji został wysłany, żeby znaleźć świeży narybek, który miał wzmocnić rezerwy.
Ponad siedem tysięcy osób zebrało się następnego dnia na Stade Auguste Delaune na meczu inaugurującym zmagania ligowe. Trzeba przyznać, że o końcowym wyniku wszyscy woleli zapomnieć. Drużyna Reims nie była w stanie zatrzymać szalejącego Horreau, który tego dnia był w uderzeniu. Widać było główną koncepcję taktyczną Remis – położono nacisk na środek boiska, bo jeśli przeciwnik wychodzi systemem 4-4-2, to z tej strony można go najłatwiej ugryźć. Przez pełne 90 minut byliśmy stroną przeważającą, dużo graliśmy piłką, wypracowaliśmy sobie mnóstwo sytuacji, z których wszystkie zostały zaprzepaszczone. Natomiast ekipa Le Havre wykorzystała rzut rożny, do którego doszło po kontrze w końcówce spotkania i wszyscy w Reims mieli nadzieję, że słaby start będzie zwiastunem dobrego końca.
Mój krótki urlop szybko dobiegł końca. Cieszyłem się, że w tych najważniejszych momentach mogłem być nie tylko wraz z ojcem, ale też wraz z moim ukochanym klubem. Przez resztę sezonu było mi dane wspierać klub jedynie na odległość. Po powrocie do Monte Carlo czekała nas inauguracja League 1. Jednak zanim do tego doszło, w planach miałem jeszcze jeden pojedynek, tym razem na odległość, bowiem w tym czasie Rémois - jak nazywano we Francji Stade de Reims – czekał wyjazdowy pojedynek z FC Libourne. Na szczęście konfrontacja była transmitowana przez telewizję, dzięki czemu mogłem na bieżąco podpatrywać poczynania mojego ojca. To spotkanie wypadło już zdecydowanie lepiej, być może dlatego, że po raz pierwszy w wyjściowej jedenastce wystąpił Malek Ait – Alia. Algierczyk czyścił dosłownie wszystko, każda górna piłka w obrębie jego pola działania była przecięta i dokładnie zgrana do najbliższego zawodnika. O ile mnie pamięć nie myli, to on asystował przy bramce Cédrica Fauré. Dziesięć minut później, kiedy sędzia gwizdnął karniaka dla rywali, serca kibiców Reims zadrżały. Jeden punkt z przeciętnym rywalem nie mógł być satysfakcjonujący, toteż od tej pory nie było litości. Reims od razu rzuciło się do ataku, ale przeciwnik nie chciał spasować. Nie obeszło się bez strat, kontuzji nabawił się - przebywający na wypożyczeniu ze Stasbourga – Ali Yahir, ale zabrał ze sobą z boiska jednego z rywali, więc status quo zostało zachowane. W miejsce Yahira wszedł Julien Féret, który tuż po rozpoczęciu drugiej połowy ustalił wynik pięknym, mierzonym strzałem ze skraju pola karnego. Takie Reims można było oglądać w nieskończoność!
Dwa dni po zwycięstwie Reims, AS Monaco inaugurowało swój sezon. Okolice Parc Paysager de Fointvieille wypełniły się kibicami czerwonobiałych, oraz zwolennikami OGC Nice - naszych bliskich sąsiadów z Francji. Trzeba przyznać, że – analogicznie do postawy Reims w pierwszym spotkaniu – ekipa Les Rouge et Blanc (czerwonobiałych) wypadła równie blado. Na Stade Louis II wszyscy byli dość mocno zniesmaczeni, kiedy to po 90. minutach na tablicy widniał napis: AS Monaco 2 : 2 OGC Nice. Trener Gomes miał nie lada orzech do zgryzienia, bo w tym spotkaniu strona przeważającą byli przyjezdni, a Monaco rzutem na taśmę zdołało wydrzeć choćby jeden punkt.
Na szczęście dla mnie, niepowodzenia Monaco, z którym de facto niezbyt się utożsamiałem, rekompensowała mi doskonała postawa Reims. W trzecim ligowym spotkaniu na własnym stadionie podejmowali niewygodnego rywala – US Bolougne. Oponent miał twardą drugą linię i rosłych stoperów, a w tym czasie Reims grało głównie skrzydłami, licząc na wrzutki do odgrywającego. Świeżo wdrożona opcja atakowania środkiem spaliła się wcześniej w meczu z Libourne, ale mimo wszystko stary Thierry postanowił zagrać dokładnie tak samo… W efekcie Reims odnotowało drugą wygraną w tym sezonie, po genialnym uderzeniu Yanna Kermorganta z trzydziestu metrów. Niektórzy narzekali, że tylko 1-0, ale najważniejsze że już na samym początku zespół nie gubił punktów z mocnymi rywalami.
Już po moim wypadzie do rodzinnego miasta wśród sztabu szkoleniowego i młodszych piłkarzy, z którymi obcowałem codziennie, dało się słyszeć głosy, że Jeremy Froger miał w sobie coś ze zdrajcy, a już najmniej z podwójnego agenta. Prawda była taka, że nigdy, przenigdy nie wypierałem się mojej miłości do innego klubu. Co prawda, byłem na tyle bezczelny, że po spotkaniu z Libourne nie omieszkałem przywdziać klubowej koszulki, ale to już inna sprawa. Koniec końców to przyniosło pewne korzyści – zyskałem kompana. Na kolejny mecz, tym razem z Grenoble, udałem się wraz z Delio Onnisem – trenerem Monaco, który w latach siedemdziesiątych grał w Reims. Delio doskonale orientował się w sytuacji wokół swego starego klubu. Zapytany przez mnie o jedyne wzmocnienie – Malka Ait – Alię stwierdził, że „stary Thierry” miał nosa do tego transferu. Malek potwierdził swoją klasę także i w tym spotkaniu. To po jego rajdzie sędzia gwizdnął karnego, którego Cédric Fauré skrzętnie wykorzystał, kładąc bramkarza na łopatki. Od tego momentu widać było, że Reims grało się łatwiej. Sporo atakowaliśmy, ale bramkarz Bolougne – Wimbee – robił co mógł między slupami, żeby ratować swój zespół przed katastrofą. Skapitulował dopiero w drugiej połowie, gdzieś tak około 60 minuty. Z biegiem czasu zespół lekko odpuścił i przeciwnicy mogli poszaleć na boisku. Najwidoczniej mocno się zmęczyli, bo pod koniec zupełnie odpuścili krycie, dzięki czemu Cédric Fauré wjechał w pole karne i huknął z impetem. Kibice za bramką cieszyli się, że to wpadło do siatki, bo inaczej ich uśmiechnięte buźki nadawałyby się tylko do wymiany…
Nasz eksces nie pozostał bez echa wśród reszty sztabu szkoleniowego Monaco. Nie chodziło tu o kibicowanie innemu zespołowi, ale o piątkowe wypady do pobliskich barów, w zasadzie do jednego – Flashman’s, który urzekł mnie już w pierwszym dniu mego pobytu na południu Francji. Wszyscy szukali dziury w całym. Może dlatego, że Monaco nie radziło sobie zbyt dobrze. Remis na inaugurację ligi oraz późniejsza, wyjazdowa porażka z Touluse sprawiły, że zespół znalazł się w ogonie tabeli z dorobkiem jednego punktu. Na szczęście kolejne spotkanie z Le Mans przyniosło upragnione pierwsze zwycięstwo. W środku miesiąca Monaco czekała nie lada przeprawa, której na imię było FC Sochaux. Był to dziwny, ligowy twór, który na przestrzeni kilku ostatnich lat potrafił gromić najlepszych i jednocześnie zaliczać totalne wpadki ze słabszymi. Jedno było pewne, jeśli udało im się złapać odpowiedni rytm, to byli w stanie rozegrać bardzo dobry sezon, a nawet włączyć się do walki o europejskie puchary. Dzięki temu stworzyli dosyć ciekawy zespół, składający się z niezmiernie utalentowanych graczy, a kolejna ich generacja ogrywała się w rezerwach i różnych, mniejszych drużynach w całym kraju. Szczególna motywacja na to spotkanie miała inne źródło – mecz był transmitowany przez telewizję. Niestety, ale tego spotkania nikt w Monte Carlo nie będzie dobrze wspominał, z wyjątkiem mojej osoby. W trakcie spotkania natrafiłem na znajomą twarz – Alexande Lebeau, którego poznałem podczas konferencji prasowej w Reims. Jak się okazało Alexandre bacznie śledził poczynania niejakiego Badary Seny, z którym mój ojciec miał wkrótce podpisać umowę wypożyczenia. Miałem nadzieję, że ten zawodnik pojawi się w meczu z Monaco, ale przeliczyłem się. Natomiast jego koledzy wypadli wręcz fenomenalnie, a blamaż, jaki zafundowała ekipa Ricardo Gomesa, był dla kibiców Les Rouge et Blanc niezwykle ciężki do zniesienia. Książęcy na wszelkim kroku starali się udowadniać Francuzom, że są od nich lepsi, a wynik 4:0 zdecydowanie w tym nie pomagał. Na szczęście dwa ostatnie mecze, które były rozgrywane w sierpniu, udało się wygrać, dzięki czemu gorycz tamtej porażki stała się łatwiejsza do przełknięcia.
Byłem pod wrażeniem gry Reims w tym czasie. Podobnie jak Delio, który po meczu z Grenoble stwierdził, że już wkrótce może będziemy mierzyli się z nimi w League 1. Poczciwy sześćdziesięciolatek stał się moim stałym kompanem na weekendowe wieczory, bo podobnie jak ja trafił do Monaco by poznać smak wielkiej piłki, ale swe serce zostawił zupełnie gdzieś indziej – w niewielkim miasteczku na południowy wschód od Paryża. Czuliśmy się jak żołnierze wymykający się z obozu, by zasmakować życia po drugiej stronie barykady. Czasem dołączał do nas John Songne – trener drużyny juniorów, który również zaliczył krótki epizod w Reims, gdzie pracował jako osoba odpowiedzialna za szkolenie techniczne. Głównie z mojej inicjatywy miejscem regularnych spotkań stał się irlandzki pub – Flashman’s mieszczący się w centrum Monte Carlo, przy ave Princesse Alice. Tam też zebraliśmy się w trzyosobowym składzie, by podglądać poczynania Reims w domowej konfrontacji z Bastią. Ich napastnik - Xavier Pentecote, który był w niesamowitej formie, najpierw wbił gola po stałym fragmencie gry, a tuż przed końcem pierwszej połowy poprawił mocnym uderzeniem ze skraju pola karnego. Po wznowieniu gospodarze od razu zabrali się do pracy i wypracowali kontaktowego gola, którego strzelił świeżo pozyskany reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej - Badara Sene. Na więcej niż 2:1 nie było tego dnia stać ekipę Reims. Wszyscy w trzyosobowym gronie zdecydowaliśmy, że większość zawodników przeszła zupełnie obok tego spotkania. W zasadzie obok Seny jedynym, który cokolwiek pokazał tego dnia był Julien Féret.
Identycznie wyglądało pucharowe spotkanie z Guingamp. Na samym początku Reims szybko straciło bramkę po indywidualnym błędzie w kryciu przy rzucie rożnym i trzeba było gonić wynik. I znowu zespół odrodził się w drugiej połowie, a mecz życia rozegrał Yann Kermorgant. Najpierw przeprowadził fenomenalny rajd środkiem boiska, który zakończył soczystym strzałem, ale piłka minimalnie minęła słupek. Na szczęście, przy następnej okazji już się nie pomylił, uderzył bardzo chytrze, w krótki róg i złapał Trevisana na wykroku. Od siedemdziesiątej minuty piłka w zasadzie nie wychodziła poza połowę przeciwnika. Spokojnie budowaliśmy atak pozycyjny wierząc, że w końcu zadamy ostateczny cios. Niestety, zabrakło regulaminowego czasu, więc trzeba było rozegrać męczącą dogrywkę. Ta została bardzo szybko rozstrzygnięta. Już w 94 minucie na nowo obudził się instynkt strzelecki Yanna Kermorganta. To nie pierwszy raz, w którym ten chłopak wykarskał zespół z nie lada opresji i w tym czasie wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie ostatni. To nie był jednak koniec emocji. Pod koniec spotkania ktoś skosił w polu karnym Yanna i sędzia gwizdnął karniaka. Oczywiście, wbrew wielu piłkarskim przekonaniom, sam poszkodowany przystąpił do wymierzenia sprawiedliwości i zrobił to skutecznie. Wynik 3:1 był tym, co nam – kibicom Reims na emigracji – było potrzebne po bezbarwnej konfrontacji z Bastią.
Kilka dni później Reims grało z Sedanem. Jakoś w trakcie popołudniowego treningu wyszło na jaw, że ktoś w klubie nakrył nas pasjonujących się pucharowym spotkaniem z Guingamp – wszyscy wystrojeni w cylindry z barwami Reims. W Monaco ponownie wybuchła mała afera, ale oczywiście nikt nie miał nam za złe… Skończyło się na tym, że na transmisję meczu z Sedanem wybraliśmy się znacznie większą ekipą – z asystentem Jeanem Petitem, trenerem Didierem Christophem i dyrektorem Richardem Conte. Wszyscy ostrzyli sobie zęby na to spotkanie, bo każdy kto bywał w tamtych rejonach wiedział, jaką nienawiścią pałają do siebie obydwa kluby. Ultrasi z Reims nie popuszczą Sedanowi na ich terenie. Z tego co pamiętam mecz poprzedziły zdjęcia z Avenue Philippoteaux, niedaleko stadionu, gdzie toczyła się regularna bitwa pomiędzy grupami kibiców. Mecz zaczął się pechowo, w 16 minucie sędzia gwizdnął wątpliwego karnego dla gospodarzy. Próbowaliśmy szybko odpowiedzieć, ale ani Lucas Deaux, ani tym bardziej Zahir Zerdab, nie potrafili porządnie rozprowadzić akcji. Co gorsza, Julien Féret został zupełnie wyłączony z gry. Najpierw dosyć mocno oberwał, a później przylepiono mu dodatkowy plaster i podstawowy rozgrywający Reims był cieniem samego siebie sprzed tygodnia. W 57 minucie nasz tyłek ponownie uratował Kermorgant, który dostał prostopadłą piłkę, zgubił na kilku pierwszych metrach Badianę i uderzył płasko w przeciwległy róg. Trybuna za bramką bramkarza rywali - Renualda oszalała, posypało się czerwono – białe confetti, a wszyscy kibice natychmiastowo wyciągnęli plastykowe flagi. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć, kiedy Mousa Sow wykorzystał nieudaną pułapkę ofsajdową i przelobował Johana Liébusa. Tego dnia najdłużej ze wszystkich zostałem w barze zalewając smutki najpierw Ballantinesem, a później mieszając Jacka Danielsa i Jima Beama ze znakiem firmowym pubu – Guinnesem przystrojonym na zielono, jak podczas St. Patrick’s Day. Waszak Flashman’s to uroczy kawałek Irlandii w samym sercu Monte Carlo.
| Dodatkowe informacje |
|---|
| Autor: Lukaszp Data: 18 listopada 2008 Liczba wyświetleń: 1655 Ocena: 5.67 Kategoria: Kariery Podkategoria: FM 2008 |
| Zobacz inne artykuły tego autora |