Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!
Learning to fly (cz.2)
Lukaszp - 29 listopada 2008

Drukuj artykuł
Przejdź do komentarzy

Obudziłem się następnego dnia w swoim pokoju z obrzydliwym kacem. To był jeden z tych momentów, w których zdajesz sobie sprawę, że lepiej byłoby nie dopuścić do stanu, w którym aktualnie się znajdujesz. Niezależnie od metod, czy to prewencyjnej – polegającej na ciągłym gazowaniu, by nigdy nie zaznać kaca, czy też zwykłej - abstynenckiej. Czekała mnie męcząca sesja treningowa z zespołem juniorów. Aby przeżyć należało wdrożyć środki znane jeszcze z czasów studenckich. Klasyczne – półtora litra zimnej mineralki, sprawdzone – dobry napój energetyzujący lub ekscentryczne – rosół, który cieszył się dobrą opinią wśród Polaków spotkanych w Paryżu. Zdecydowałem się nie eksperymentować z moim żołądkiem. Z resztą czy ktoś w Monte Carlo serwowałby coś tak prostego? Zaopatrzyłem się w butlę wody i ruszyłem na trening…

Obiekty klubowe La Turbie świeciły pustką. Wrzesień był miesiącem, w którym League 1 nadrabiała zaległości z lipca i sierpnia względem niższej ligi i już na samym początku miesiąca Monaco grało wyjazdowe spotkanie z Lorient. Ekipa Ricardo Gomesa dość gładko ograła gospodarzy na ich terenie i do następnego ligowego spotkania, tym razem z liderem tabeli – Lyonem, przystępowała w niezłych humorach. Oczywiście Karim Benzema i reszta towarzystwa nie pozwoliła Książęcym cieszyć się zbyt długo – najpierw młodziutki Francuz z algierskimi korzeniami popisał się fantastycznym uderzeniem z szesnastego metra, a przed końcem pierwszej połowy formalności dopełnił Kim Källström. W tym czasie trudno było liczyć na jakiś inny wynik konfrontacji z obrońcą tytułu, bo pozycja Lyonu pozostawała niepodważalna i to już od dobrych kilku lat. Jeśli ktoś myślał o detronizacji mistrza, musiał liczyć na ogromy łut szczęścia, albo plagę kontuzji, która i tak mogła być szybko załatana. Les Gones, jak nazywano ekipę ze Stade Gerland, zanotowali doskonały start w lidze i nikt na dobrą sprawę nie śmiał twierdzić, że na finiszu rozgrywek Lyon nie będzie na samym szczycie tabeli. Jako jedynych kandydatów, którzy mogli aspirować do włączenia się do walki o mistrzowską koronę, postrzegano Girondins Bordeaux, Saint Étienne czy Toulouse. Monaco wpisywało się w obraz typowego średniaka, który w porywie szczęścia mógł powalczyć o górną część tabeli. To już nie był ten sam zespół, który jeszcze niedawno zaskakiwał Stary Kontynent. Gwiazdy rozjechały się po całym świecie, a Didier Deschamps poszedł za głosem serca i wybrał Włochy. Wszyscy wiedzieli, że po względnie tłustych latach nadszedł okres posuchy. Ricardo Gomes nie był w stanie zebrać dostatecznie dobrej ekipy, która mogłaby powalczyć o coś więcej niż ligowy byt. Mimo to Moanco broniło się samą swoją historią, magią nazwy, która sprawiała, że nikt nie przechodził obojętnie obok zespołu. Drugim bastionem obrony była oczywiście słynna szkółka młodzieżowa, która każdego roku dostarczała jakiegoś ciekawego zawodnika. Koniec końców szkolenie młodzieży nie tylko w Księstwie, ale także we Francji stało się dość dochodowym interesem i znakiem rozpoznawczym tej ligi. Osobne rozgrywki dla juniorów i dla rezerw sprawiają, że zespoły mogą budować szerokie zaplecze kadrowe bez obaw, że malkontenci, którzy nie mieszczą się w składzie, rozniosą morale zespołu w pył.

Na początku września trener Ricardo Gomes powierzył mi bojowe zadanie – miałem poprowadzić obóz przygotowawczy dla juniorów, którzy w połowie września inaugurowali sezon. To była szansa, którą musiałem wykorzystać, aby zyskać nieco w oczach doświadczonego szkoleniowca, jak i w zabłysnąć wśród reszty sztabu szkoleniowego. Okazało się, że młodzi zawodnicy szybko załapali moją filozofię treningu, która stanowiła fuzję podręcznikowego obozu kondycyjnego z niekonwencjonalnymi rozwiązaniami mającymi nieco uprzyjemnić ten ciężki okres. Po męczącym treningu na siłowni zawodnicy regenerowali swoje siły na basenie grając w piłkę wodną, która również kształtowała ich kondycję bez nadmiernego obciążania organizmu. Wieczorna sesja, zgodnie z zaleceniami sztabu szkoleniowego, była już nieco luźniejsza, taktyczno – techniczna. Wraz z upływem czasu zawodnicy prezentowali się znacznie solidniej i osiągnęli już odpowiedni poziom wybiegania, dzięki czemu można było przystąpić do drugiej fazy treningu – wypracowywania szybkości i wytrzymałości, które realizowaliśmy poprzez intensywne treningi aerobiku i organizację biegów przełajowych. We wczesnych godzinach można było dostrzec grupkę juniorów szalejącą po okolicznych wzgórzach znajdujących się niedaleko ośrodka treningowego – La Turbie.


Ośrodek treningowy La Turbie



Ostatecznym testem kondycji miały być wewnętrzne gierki, które rozgrywaliśmy w zwiększonym wymiarze czasowym. Całość projektu zwieńczały testy wydolnościowe, które wypadły dość obiecująco. Taki model przygotowania był podpatrzony przeze mnie w trakcie mojego letniego pobytu w Reims i zyskał on aprobatę zarówno asystenta – Stéphana Guillemana, jak i mojego ojca.

Zaraz potem spłynęło kolejne zamówienie. Tym razem wraz z trenerami zespołu juniorów i z Akademii Monaco miałem stawić się na sobotnim spotkaniu dla amatorów. Co pewien czas na stadionie Stade Louis II zbierała się grupa szkrabów, dla których organizowano treningi pod bacznym okiem członków sztabu szkoleniowego.


Szkolenie amatorów na stzdionie Stade Louis II



Takie spotkania oparte były na obopólnej korzyści – maluchy miały zajęcie na całe popołudnie, dzięki czemu rodzice mogli sobie zagospodarować wolny czas. Klub oferował fachową pomoc, ale w zamian miał już pewien materiał do kształtowania zawodnika. Najzdolniejsi trafiali do Akademii, która zajmowała się dalszym kształceniem zawodników, a ci z czasem dołączali do drużyny juniorskiej.

Intensywne prace z młodzieżą ukróciły moje wieczorne wypady do Flashmans’a, w którym to na bieżąco śledziłem poczynania Reims. W tym czasie zmuszony byłem do znalezienia innego sposobu na podpatrywanie kroków ekipy z mojego rodzinnego miasta. Lekiem okazał się być Internet. Chrzest nowego rozwiązania technicznego przypadł na konfrontację z Dijon. Wcześniejsza porażka z największym rywalem – Sedanem wzbudziła w Reims ogromną falę niezadowolenia. Nikogo nie dziwiło, że w 7. kolejce League 2 wszyscy zażądali zemsty, a w rolę zwierzyny mieli się wcielić właśnie panowie z Dijon. Problem w tym, że rywal dysponował niezwykle silną kadrą, na której zdążyli się rozbić inni faworyci do awansu z Nantes na czele. Na Stade Gaston – Gérard kibice obejrzeli popis ofensywnej gry i to zarówno ze strony gospodarzy, jak i Reims. Już w trzeciej minucie spotkania piłka znalazła się w bramce Florrenta Perrauda po tym, jak atomowym uderzeniem popisał się Cédric Fauré. Od tego momentu inicjatywa przeszła na stronę gospodarzy, którzy długo nie mogli złamać obrony Reims. Johan Liébus skapitulował dopiero w 30 minucie, kiedy to po rzucie rożnym najwyżej wyskoczył Loris Arnaud. Kilka minut później Maxime Jasse urwał się naszym obrońcom i umieścił piłkę w siatce lekkim, mierzonym strzałem w okolicach słupka. Na przestrzeni kilku minut zespół stracił nie tylko prowadzenie, ale przede wszystkim pewność siebie. Niezdecydowanie obrońców sprokurowało kolejną sytuację, którą skrzętnie wykorzystał zdobywca pierwszej bramki dla Dijon - Loris Arnaud. Na nasze szczęście, tuż przed końcem pierwszej połowy, obrońca gospodarzy - Antonie Goulard umieścił piłkę we własnej bramce po niefortunnej interwencji podczas rzutu rożnego. Jednobramkowa strata sprawiała, że śmiało można było myśleć o wywiezieniu kompletu punktów z gorącego stadionu. Oczekiwania szybko zostały zmaterializowane, głównie dzięki fenomenalnej postawie Cédrica Fauré, który ponownie wywiódł stoperów w pole i zdobył gola na wagę remisu. Radość nie trwała długo, bo ledwie trzy minuty. W tym czasie Henrique skosił w polu karnym Nicolasa Sahnouna i sam poszkodowany sprawił, że to Dijon miało w garści komplet punktów, a na tablicy widniał wynik 4:3. Szalone tempo sprawiło, że w środku drugiej połowy zawodnicy nieco się schowali, zbierając siły do zdecydowanego natarcia w końcówce meczu. Niespodziewanie w 64. minucie bramkę po rzucie rożnym zdobył Yann Kermorgant, który zachował najwięcej zimnej krwi w trakcie zamieszania po rzucie rożnym i upadając, zdołał jeszcze wepchnąć piłkę do bramki. Tym razem zespół nie cofnął się w oczekiwaniu na odpowiedź przeciwnika, co poskutkowało kilkoma groźnymi kontrami w wykonaniu graczy Dijon. Na szczęście Cédric Fauré zdołał poskromić zapędy gospodarzy aplikując swoją trzecią bramkę w tym spotkaniu. Jeszcze przez krotki okres czasu udawało się trzymać rywala na dystans, ale w obliczu narastającej dominacji należało coś zrobić, aby zabezpieczyć korzystny wynik. Regułą jest, że zespół grający ofensywnie nigdy nie będzie dobrze wywiązywał się z zadań defensywnych, zwłaszcza w końcówkach spotkania, kiedy to obrona staje się wręcz rozpaczliwa. Ten syndrom złapał Reims, najpierw głupi faul popełnił Ali Yachir, dzięki czemu do futbolówki podszedł brazylijski pomocnik - Schumacher i - jak to Brazylijczyk - pięknym strzałem z rzutu wolnego umieścił piłkę w siatce. To nie był koniec emocji, w doliczonym czasie gry ten sam zawodnik przechwycił wybitą na oślep piłkę i prostym strzałem pogrzebał nadzieje Reims na choćby jeden punkt. Wynik 6:5 szokował, ale samo spotkanie było tym, co każdy znawca określał mianem „atrakcyjnego futbolu”.

Nauczka w poprzednim spotkaniu sprawiła, że w następnej ligowej konfrontacji z liderem – Nantes, ekipa Rémois zagrała zdecydowanie bardziej asekurancko. To oczywiście ograniczyło swawolę przeciwników w polu karnym Johana Liébusa, ale naruszenie balansu pomiędzy ofensywą i defensywą, zabrało kilka atutów. Nadal jednak Reims stwarzało sobie groźne akcje, z których jedną, już na samym początku spotkania, wykorzystał Yann Kermorgant. Obawiałem się, że ojciec popełni ten sam błąd z wcześniejszego spotkania i dojdzie do podobnej katastrofy. Na szczęście ten sam efekt postanowił osiągnąć wdrażając inną, nieco paradoksalną metodę. Skupił się na – jakby to określić - „aktywnej destrukcji”, która polegała na kontrolowaniu przebiegu spotkania poprzez ciągłe utrzymywanie się w posiadaniu piłki. To rzeczywiście okazało się skuteczne i pozwoliło dowieźć korzystny wynik do końca spotkania, ale z drugiej strony kompletnie zabiło nadzieję kibiców na ciekawy spektakl. Ci jednak byli skorzy do wybaczenia, zwłaszcza gdy zrozumieli, że tylko nieliczni zdołali wydrzeć Nantes trzy punkty.

Dyscyplina taktyczna była tym, czego brakowało Monaco w konfrontacji z Lyonem. Zespół nadrabiał zaangażowaniem i wolą walki, ale to nie wystarczyło do osiągnięcia korzystnego wyniku zarówno w przypadku wcześniejszego spotkania, jak i konfrontacji z Bordeaux. Wystarczyło natomiast do zgarnięcia całej puli w kolejnym ligowym pojedynku - z czerwoną latarnią League 1 - Strasburgiem.

Natomiast Reims od zwycięstwa z Nantes nabrało pewnej ogłady taktycznej, a zabiegi przetestowane we wspomnianym meczu okazały się długofalową korzyścią, dzięki której z meczu na mecz zespół prezentował się znacznie solidniej. Wszyscy liczyli, że spokój nie zostanie zaburzony ze względu na wizytę Chamois Niort. Spotkanie przebiegało zgodnie z planem i wszelkie nadzieje przyjezdnych zostały rozwiane w przeciągu pół godziny. W tym czasie Yann Kermorgant trzykrotnie trafił do bramki gości, a ci, widząc bezskuteczność swoich działań, dość szybko spasowali.

Końcówka września zarezerwowana była dla Coupe de la Ligue. W trzeciej rundzie tych rozgrywek ekipa Monaco mierzyła się z drużyną Ireneusza Jelenia – Auxerre. Wyjazdowe spotkanie nie należało do łatwych, na samym początku reprezentant Polski przeprowadził akcję w swoim stylu, tj. zerwał się obrońcom i umieścił piłkę w siatce mierzonym strzałem tuż przy słupku. Monaco długo nie mogło otrząsnąć się z tej sytuacji. W dodatku ostry pressing i wysoko wysunięta linia obrony sprawiały, że ekipa Gomesa długo nie mogła „wejść w mecz”. Udało się to dopiero w ostatnich 20 minutach regulaminowego czasu gry, kiedy nieustanny pressing rywala przyniósł żniwo zmęczenia. Wtedy też Jerko Leko umieścił piłkę w siatce potężnym strzałem zza pola karnego, a w doliczonym czasie gry Jérémy Ménez ustalił wynik spotkania wykorzystując dośrodkowanie z prawej flanki.

W czasie, kiedy Monaco męczyło się z Auxerre, Reims bez najmniejszych problemów rozprawiło się z Gueugnon. Co prawda po bezbarwnej pierwszej połowie przyjezdni liczyli na korzystny wynik, ale druga część spotkania bardzo szybko rozwiała ich nadzieje. Tuż po wznowieniu gry Julien Féret otworzył wynik spotkania popisując się pięknym szczupakiem, a dziesięć minut później przedniej urody strzał Cédrica Fauré zaskoczył bramkarza gości – Ronualda Pesiera. Guegnon zebrało się dopiero w końcówce spotkania zdobywając kontaktową bramkę po tym, jak wykorzystali indywidualne błędy w kryciu podczas rzutu rożnego. Tlący się płomyk nadziei, nagle został podsycony, ale wówczas ponownie błysnął Cédric Fauré i panowie z Gueugnon musieli szukać ukojenia w następnej konfrontacji ligowej.

Środowe puchary sprawiły, że weekendowe spotkania ligowe okazały się być pierwszym, poważniejszym sprawdzianem wytrzymałości danych ekip. Los sprawił, że Reims ligowe spotkanie rozgrywało ze środowym rywalem – Guegnon. Nic dziwnego, że mecz zapowiadano jako okazję do wielkiego rewanżu za porażkę w ramach Coupe de la Ligue, ale stanowił raczej kolejny epizod męczarni Guegnon. Tym razem o tyle bardziej dotkliwy, że doznany na własnym terenie i to w wymiarze jeszcze większym aniżeli jeszcze trzy dni temu. Wynik spotkania otworzył Cédric Fauré, a za jego przykładem poszli Abdelsam Akouzar, Yann Kermorgant i Zahir Zerdab. Ostatnim przejawem litości ze strony Reims było honorowe trafienie Stephena Vincenta w samej końcówce spotkania. Mecz z Guegnon wieńczył bardzo dobry miesiąc w wykonaniu piłkarzy Reims.
Natomiast wymęczona wygrana z Auxerre zasiała wątpliwości co do postawy Monaco w następnej konfrontacji ligowej. Jednak fakty mówiły same za siebie, a seria trzech zwycięstw z rzędu dawała podstawy ku temu, aby liczyć na komplet punktów w ligowej potyczce z Caen. Gospodarze zupełnie oddali pole gry, a piłkarze Monaco skrzętnie to wykorzystali aplikując trzy gole. W Księstwie wrzesień można było uznać na udany, mimo ligowej porażki z Olympique Lyon i Girondins Bordeaux.

Jeszcze w środku września startowała liga juniorów. Teoretycznie zespół miał prowadzić asystent trenera Gomesa – Jean Petit, ale nadmiar obowiązków sprawił, że należało poszukać innego kandydata. Wtedy też pojawiła się moja kandydatura jako młodego chłopaka, który przyjechał do Monte Carlo, żeby zdobyć kolejną porcję doświadczenia. Chrztem bojowym była konfrontacja z Ajaccio, zostało rozgromione w stosunku 4:0. Ta sama sztuka nie udała się tydzień później w meczu rozgrywanym w ramach Pucharu U-18 z Caen. Zespół szybko wyszedł na prowadzenie dzięki trafieniu Djamela Bakara, ale z biegiem czasu to rywale nabrali wiatru w żagle, spychając moich podopiecznych do obrony. Taka postawa nie mogła przynieść dobrego rezultatu i w konsekwencji po gwizdku oznaczającym koniec pierwszej połowy na tablicy widniał wynik 1:3. Przez drugą część spotkania zawodnicy grali z większym zaangażowaniem, ale brakowało skuteczności. Dopiero w samej końcówce spotkania kontaktową bramkę zdobył Distel Zola, jednak na wywalczenie remisu zabrakło już czasu. Miałem nadzieję, że szybkie pożegnanie się pucharem powetujemy sobie w spotkaniu z Marsylią, ale wyjazd do Prowansji również nie należał do udanych, bo ulegliśmy mocniejszemu rywalowi. Następne spotkanie z Niceą musiałem wygrać, aby mieć nadzieje, że trener Gomes pozwoli mi dalej prowadzić zespół juniorów. Na szczęście chłopaki w pełni wywiązali się z założeń taktycznych, dzięki czemu drugie ligowe zwycięstwo stało się faktem. Dobra seria została podtrzymana także w wyjazdowym spotkaniu z Grenoble, które udało się wygrać po bramkach Yanisa Youcefa i Cédrica Mongongu.

Także i ja na płaszczyźnie zawodowej mogłem zamknąć wrzesień in plus. Sprawnie przeprowadzone przygotowanie juniorów do sezonu sprawiło, że trener Gomes zaczął mnie postrzegać jako ambitnego człowieka, który do Monte Carlo przybył jednak w celu nauki, a nie spędzenia wakacji. Budowaniu mojej pozycji w tym klubie sprzyjał fakt, że Monaco znajdowało się na zakręcie i było w trakcie przebudowy, która miała zagwarantować spokój, a może stać się bazą wypadową w kontekście budowania silniejszej drużyny. Dzięki temu wszyscy skupiali się na pracy z pierwszym zespołem oraz bezpośrednimi rezerwami, a ja – wykorzystany jako zapchajdziura – odciążyłem nieco asystenta i w zamian uzyskałem własny plac zabaw. Oczywiście nie pozostawiono mi zupełnie wolnej ręki, bo z ramienia trenera Gomesa moim bezpośrednim przełożonym był jego asystent, jednak praktyka sprowadziła jego rolę tylko do asekurowania moich kroków. Można było powiedzieć, że zyskałem mój własny plac zabaw, na którym mogłem poustawiać wszystko w dowolnej konfiguracji licząc, że rezultaty okażą się być dostateczne, aby rozreklamować nieco swoje nazwisko.



Dodatkowe informacje
Autor: Lukaszp     Data: 29 listopada 2008     Liczba wyświetleń: 921     Ocena: 5.50
Kategoria: Kariery     Podkategoria: FM 2008
Zobacz inne artykuły tego autora


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.


W górę

Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Oskryptowanie: Centrum FM Design: Łukaszp & blur
Czas generowania strony: 0.26716 s
statystyka