Trzy dni po naszym ligowym triumfie, w Edynburgu czekał na nas bojowo nastawiony Hibernian. Szkockie media upatrywały szans ich eksportowej drużyny w naszej chimerycznej formie oraz w tym, że zagrają dublerzy wspierani przez Gomesa, Blasiego i Zhirkova, który otrzymał ostatnią szansę na udowodnienie, iż nie wyrzuciłem 10 baniek w błoto. Nie chcę odbierać gospodarzom szans przed pierwszym gwizdkiem, ale ci sami dublerzy pokonali ich w Londynie 1:0...
Dzięki Bogu żadnych niespodzianek nie było i dość szybko, bo już w 8 minucie objęliśmy prowadzenie. Ricardo Rocha wykorzystał dośrodkowanie z rzutu rożnego autorstwa Zhirkova. Choć mieliśmy znaczną przewagę, to na jej efekty musieliśmy poczekać aż do doliczonego czasu gry pierwszej połowy. Wtedy to Huddlestone wypatrzył przed polem karnym Zhirkova, a Rosjanin popisał się fantastyczną bombą z 20 metrów. Więcej bramek nie było i po dobrym meczu zakwalifikowaliśmy się do fazy grupowej. Zadziwiła mnie dziś fantastyczna postawa Zhirkova, który został piłkarzem meczu zaliczając asystę oraz zdobywając nieprzeciętnej urody gola.
Następnego dnia Bond , który wybrał się na małe wakacje do Szwajcarii, zdał mi relację z losowania grup w Pucharze UEFA.
Okazało się ono dla nas bardzo korzystne, ponieważ trafiliśmy do teoretycznie łatwej grupy B, gdzie jedynym zespołem, który może nam poważnie zagrozić jest Sampdoria. Niemniej jednak nie lekceważę pozostałych rywali i z niecierpliwością czekam na inaugurację z Heerenveen. Grupą śmierci można chyba nazwać zestaw C, gdzie jedyną słabszą ekipą wydaje się być grecki AEK.
Wygląda na to, że coś w naszej grze się ruszyło. Trudny wyjazd do Boltonu miał być testem dojrzałości moich piłkarzy i zdali go na piątkę! Zagraliśmy podobnie jak z City – twardo i mądrze pod względem taktycznym, czekając na swoją szansę niczym tygrys zaczajony w krzakach na swoją ofiarę. Dosyć niespodziewanie, trzy punkty zapewnił nam w 69 minucie Taarabt, który pojawił się na boisku zaledwie 5 minut wcześniej, zmieniając Lennona. Francuz wykorzystał świetne dośrodkowanie Zhirkova i stał się najskuteczniejszym strzelcem w zespole z trzema zdobytymi bramkami. Po raz kolejny brylował Yury, który wziął się ostro do galopu i po serii fatalnych występów, w dwóch ostatnich spotkaniach stał się naszym kołem napędowym.
Kiedy na White Hart Lane przyjechała ligowa czerwona latarnia Premiership – Hull City – nie ukrywam, że oczekiwałem jedynie zwycięstwa. Nie zawiodłem się, ale styl w jakim zainkasowaliśmy pełną pulę drastycznie różnił się od tego, co prezentowaliśmy ostatnimi czasy. Tym bardziej, że goście od 11 minuty grali w osłabieniu. Choć mieliśmy przewagę, to byliśmy wyjątkowo nieskuteczni i zwycięstwo dał nam Zhirkov, który dołożył głowę do znakomicie dośrodkowanej piłki przez swojego rodaka - Pavlyuchenke. Graczem meczu - tak, tak drodzy państwo – został wybrany Yury Zhirkov, przeżywający niewiarygodną metamorfozę. Nie dość, że strzelił jedyną bramkę, to jeszcze dołożył kolejne, nieuznane trafienie i raz po raz siał spustoszenie swoimi rajdami lewą stroną. Na plus należy zaliczyć występ Romana, któremu postanowiłem zaufać na dłużej, mimo zerowego dorobku bramkowego w lidze. Zresztą on się musi w końcu odblokować, a poza tym, jaką mam alternatywę? Świetnie także Jonathan "opoka" Woodgate, fatalnie natomiast, podobnie jak przed czterema dniami, Modrić. Czyżby kryzys formy dopadł teraz Chorwata?
Tak czy inaczej wygrywamy w lidze po raz trzeci z rzędu, co pozwoliło nam na dość znaczny awans w ligowej tabeli. Oby tak dalej!
Przed kolejnym meczem (wyjazd do Sunderlandu) mamy aż 10 dni przerwy na spotkania reprezentacyjne. Paru szczęśliwców z mojej stajni również zostało powołanych na zbliżające się spotkania eliminacyjne. Oby wrócili z nich cali i zdrowi.
Ogólnie wypadli nieźle i szkoda mi jedynie reprezentacji Polski, która po dwóch zwycięstwach na inaugurację, teraz poniosła dwie dotkliwe porażki – z Czechami u siebie i Słowacją na wyjeździe. Czarno widzę nasz awans na Mistrzostwa Świata.
Patriotyzm należy jednak odłożyć na bok, ponieważ nadszedł dzień ligowej potyczki z „Czarnymi Kotami” na Stadium of Light. Gospodarze z dziewięcioma punktami otwierają drugą dziesiątkę i na pewno będą szalenie niebezpieczni przed własną publicznością. Skład raczej nie zaskoczył i jedyną niespodzianką było pojawienie się na skrzydle Taarabta w miejsce Lennona. Francuz ciężko pracuje na treningach i - co najważniejsze - dobrze gra w meczach o stawkę. Otrzymuje więc ode mnie kolejną szansę na zaprezentowanie się w lidze. Jak się później okazało, miałem przysłowiowego 'nosa'...
Na mokrym boisku, przez całe 90 minut trwało swoiste przeciąganie liny. Gra była szarpana i mało składna i już po pół godzinie konfrontacji wiadomo było, że kto pierwszy przełamie impas, ten zgarnie pełną pulę. W 43 minucie o złotej bramce zadecydowały indywidualne umiejętności Miguela Veloso, który cudowną podcinką ze środka pola zagrał do wchodzącego ze skrzydła Taarabta i reprezentant młodzieżówki „Tricolores” bez problemów, w swoim stylu pokonał Craiga Gordona, strzelając tym samym swojego drugiego gola w lidze.
Cieszy wykonanie planu. Nie było efektownie, ale jeśli nie możesz roznieść rywala, strzel o jednego gola więcej. W myśl tej maksymy postąpili moi podopieczni. Oprócz Adela na plus wypadł zdecydowanie Gomes, który popisał się kilkoma znakomitymi paradami, ale również asystent Veloso i świetny Woodgate. Lepiej niż poprzednio zaprezentował się też Modrić.
Nie mieliśmy zbyt wiele odpoczynku, ponieważ już cztery dni później w Londynie pojawili się przybysze z Fryzji, aby rozegrać z nami pierwszy mecz w fazie grupowej Pucharu UEFA. Mimo iż, jak wcześniej mówiłem, daleko mi od lekceważenia tych rozgrywek, to jednak postanowiłem oddelegować do gry niemal w całości rezerwowy skład.
Jedyni piłkarze, którzy na dzień dzisiejszy mogą liczyć na regularną grę w Premiership, to Gomes, Jenas i - chyba mimo wszystko - Lennon. Ciekawy jestem postawy młodego Gassamy, a także Dos Santosa, który powrócił już do pełni dyspozycji fizycznej po ciężkiej kontuzji. Na szpicy kolejną szansę dostaje Lewandowski. Urazy wciąż leczą Bentley i Blasi.
Choć mecz był bardzo wyrównany, zmiennicy nie zawiedli, a egzekutorami okazali się nasi skrzydłowi - Lennon i Dos Santos. Obaj strzeli bramki minuta po minucie i po takich ciosach, nieźle grający Holendrzy nie byli w stanie już się podnieść. Bohaterem meczu został... Gomes! Brazylijczyk obronił aż 10 strzałów w kierunku bramki i zachował czyste konto. Widać w każdym meczu, że Heurelho to fachowiec najwyższych lotów i wszelkie moje obawy co do jego przygotowania mentalnego, zostały rozwiane kilkoma ostatnimi występami. Bardzo pewnie poczynał sobie na prawej stronie Gassama, który po raz drugi w tym sezonie pozytywnie mnie zaskoczył – będą z niego ludzie! Wyróżnić można oczywiście także strzelców goli oraz harującego Jenasa. Mieszane uczucia może budzić za to występ Roberta – zaliczył asystę przy golu Lennona, był aktywny, dobrze się zastawiał, ale jego strzelecka niemoc trwa w najlepsze. A wszyscy wiedzą z czego rozlicza się napastników... Najważniejsze są jednak trzy punkty na inaugurację naszych europejskich zmagań w grupie.
Pokrzepieni imponującą serią zwycięstw (aż sześć, licząc ligę i puchary) wybraliśmy się do Stoke, gdzie podejmował nas zespół rozpaczliwie walczący o utrzymanie. Z tego powodu nasz plan mógł być tylko jeden – zwycięstwo. Aby tego dokonać wróciłem do mojej „żelaznej' jedenastki”. Jedynym nieco nieoczekiwanym wyborem mógł wydawać się Adel Taarabt, ale nikt nie może zaprzeczyć, że w chwili obecnej Francuz odgrywa coraz ważniejszą rolę w zespole. W środku pola pojawił się po kontuzji Manuel Blasi, który nie jest jednak gotowy do gry przez pełne 90 minut. Mimo to, postanowiłem dać mu szansę na oswojenie się z meczowym rytmem.
Zaczęło się bardzo pechowo, ponieważ już siedem minut po pierwszym gwizdku boisko na noszach opuścił... Blasi. W miejsce Włocha zameldował się Jenas, a ja zacząłem się modlić, aby uraz Manuela nie był zbyt poważny. Natomiast w 16 minucie szczęście uśmiechnęło się do nas po raz pierwszy. Do rzutu wolnego z 25 metrów podszedł Miguel Veloso i cudownym „rogalem” trafił prosto w okienko bramki strzeżonej przez Sorensena. Po strzelonym golu nieco się cofnęliśmy i gospodarze przejęli inicjatywę, ale do przerwy wynik nie uległ zmianie. Po reprymendzie w szatni moi podopieczni wzięli się do roboty i raz po raz stwarzaliśmy groźne sytuacje. Niestety, zupełnie nieoczekiwanie, to Stoke doprowadziło w 75 minucie do wyrównania. Stoperzy nie upilnowali ruchliwego Fullera i Gomes nie miał w tej sytuacji nic do powiedzenia. Na domiar złego gospodarze zamurowali bramkę i dowieźli korzystny dla nich remis.
Tego dnia byliśmy lepszym zespołem, czego dowodzi statystyka strzałów, posiadania piłki czy nawet stuprocentowych sytuacji. Niestety, beniaminek wykorzystał swoją szansę i do Londynu wracaliśmy bez dwóch punktów. Cały zespół zagrał nieźle i wyróżnić mogę jedynie strzelca gola oraz niezwykle aktywnego Modrića. Trudno, takie mecze też się zdarzają, oby następnym razem było lepiej.
Po jedenastej i dwunastej kolejce zostaliśmy nazwani w mediach ”jedynym angielskim zespołem uprawiającym na boisku catennacio”. Dwie nieznaczne wygrane u siebie - z Newcastle (2-0 Pavlyuchenko, Modrić) i West Bromwich (1-0 Huddlestone) oraz cała seria tego rodzaju wyników, jakby nie patrzeć potwierdza taką opinie. Gramy niezwykle skutecznie w obronie i bezlitośnie punktujemy kolejnych rywali, aplikując im nie więcej niż dwa gole. Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że gramy nudną i nieefektowną piłkę. Bardzo wysoko ustawieni skrzydłowi przeprowadzają nawet po kilkanaście rajdów w meczu, a nieraz odnajdują się w roli egzekutorów. Świetnie wyszkolony Veloso zaskakuje niekonwencjonalnymi podaniami, podobnie jak Modrić. Jedyne czego nam brakuje to typowego snajpera. Wprawdzie Roman trafił po raz pierwszy w lidze, ale nie zmienia to jego fatalnego dorobku strzeleckiego. Jeszcze gorzej sprawa wygląda z jego zastępcami, zwłaszcza z zerową skutecznością Lewandowskiego... Dobrze, że punktujemy, ale jeśli poprawimy ten mankament, możemy być niezwykle groźni nawet dla czołówki!
A propos czołówki, seria spotkań bez porażki wywindowała nas aż na czwarte miejsce w ligowej tabeli. Kto by się spodziewał takiego początku sezonu?
Zobaczymy na jak długo utrzyma się taki stan rzeczy, ponieważ nasz terminarz na najbliższe tygodnie można określić bardzo krótko - niezły hardcore.
Trzy zespoły z 'Wielkiej Czwórki', ponadto zawsze groźny, szczególnie na Goodison Park, Everton oraz Sampdoria w Pucharze UEFA. Na deser Watford i duńskie Midtjylland, a na przystawkę... Wyjazd do Bazylei na mecz z jedną z najbardziej utytułowanych, szwajcarskich drużyn. Po pokonaniu Hereenven miałem chrapkę na kolejne trzy punkty, które w zasadzie zapewniłyby nam awans z grupy. Niemniej jednak tradycji stało się zadość i po raz kolejny dałem szansę kilku rezerwowym. Na szpicy pojawił się Bent. Po długiej przerwie powrócił także kupiony za ogromne pieniądze Bentley, który ma coś do udowodnienia oraz Blasi, którego bardzo chciałbym wykorzystać w spotkaniu z Chelsea.
Wprawdzie to my otworzyliśmy wynik spotkania, a konkretnie Bentley w 48 minucie, ale gospodarze mieli przewagę od pierwszego gwizdka. Niestety, sprawiedliwości stało się zadość na osiem minut przed końcem, kiedy to Marco Streller pewnie wyegzekwował jedenastkę po faulu Ricardo Rochy. Szkoda straconych punktów i tego, że mimo świetnej postawy Gomesa, nie zachował on czystego konta. Mam nadzieję, że w przyszłości nie będziemy więcej w tak głupi sposób oddawać zwycięstwa, szczególnie że przed nami wielki test dojrzałości...
W grupie zachowany został status quo – wspólnie z Sampdorią zgromadziliśmy po cztery punkty i przewodzimy stawce. Wystarczy już tylko ograć Duńczyków u siebie i będziemy się cieszyć z awansu.
Nie to jednak zaprzątało moją głowę... Wielkimi krokami zbliżały się derby stolicy, w których zmierzymy się na Stamford Bridge z Chelsea. Ten arcytrudny pojedynek będzie prawdziwym wyznacznikiem naszego potencjału i odpowiedzią na pytanie, czy namieszamy kiedyś w czołówce?
W środku pola obok Veloso wystąpi Manuele Blasi. Choć jest nie jest jeszcze w pełni sił, dzisiaj ma do wykonania określoną robotę – wyłączenie z gry Deco. W ataku Pavlyuchenko, a za jego plecami nieobliczalny Modrić. Największy dylemat miałem z obsadą prawej strony, ale ostatecznie zdecydowałem postawić na Lennona. Taarabt jest lekko kontuzjowany, natomiast Bentley nie jest jeszcze gotowy na grę w takich meczach. Zdziwiło mnie nieco ustawienie gospodarzy, którzy skomasowali zawodników w środku pola, rezygnując ze skrzydłowych. To dobrze, Zhirkov i Aaron będą mieli gdzie hasać...
Od początku podopieczni Scolariego przejęli inicjatywę, ale nie zmartwiło mnie to szczególnie, ponieważ moim planem na ten mecz było od samego początku wytrącanie „The Blues” z uderzenia i groźne kontry. W środku pola harowali Veloso z Blasim, a w powietrzu niepodzielnie królował nasz duet stoperów. Wreszcie w 17 minucie rzut rożny wykonywał Lennon. Anglik krótko podał do Woodgate'a, a nasz stoper piętką odegrał do stojącego przed polem karnym Bale'a. Walijczyk dostrzegł niepilnowanego w polu karnym Zhirkova i Rosjanin płaskim strzałem pokonał Cecha! Padłem na kolana i uniosłem ręce do góry. Coś niesamowitego, prowadzimy na wyjeździe z Chelsea! Rozsierdziło to kibiców i przede wszystkim zawodników gospodarzy, którzy rzucili się na nas niczym wściekłe psy. Przetrzymaliśmy 10 minut, głównie dzięki świetnej postawie Gomesa, ale chwilę później nawet on nic nie poradził. Przed polem karnym znakomicie zachował się Lampard, który wyciągnął dwóch obrońców, pozostawiając bez opieki Mikela. Nigeryjczyk otrzymał podanie i z 20 metrów mocnym strzałem pokonał naszego bramkarza. Po wyrównaniu znów zdołaliśmy uporządkować nieco naszą grę i stworzyć kilka dogodnych sytuacji, ale w poprzeczkę trafiali Woodgate i Pavlyuchenko. Jeszcze przed przerwą doznaliśmy poważnego osłabienia, ponieważ na noszach boisko opuścił Modrić. W drugiej połowie, mimo wielu okazji zarówno z jednej jak i z drugiej strony, wynik nie uległ zmianie. Bardzo gorąco zrobiło się od 84 minuty, kiedy to za faul na Deco czerwoną kartkę otrzymał Hutton, ale dzięki waleczności moich piłkarzy udało się dowieźć ten znakomity rezultat!
Piłkarzem meczu mianowano strzelca bramki – Zhirkova. Rosjanin raz po raz nękał defensywę Chelsea swoimi rajdami po lewej stronie i zagrał dzisiaj chyba najlepszy mecz odkąd pojawił się w Anglii. Fenomenalnie spisał się dziś w obronie Corluka, a także asystent Gareth Bale. W środku pola dzielił i rządził Veloso wspierany przez niezmordowanego Blasiego. Ogólnie rzecz biorąc, cały zespół zapracował na ten remis i nie ukrywam, że w potyczkach z kolejnymi drużynami „Big Four” będę znacznie bardziej optymistyczny.
Niestety, euforyczny nastrój w zespole dość szybko przerwał mi fizjoterapeuta, przekazując mi tę oto wiadomość:
Znakomicie. Mając na uwadze kontuzje Majewskiego, nie mam na tę chwilę żadnego ofensywnego pomocnika. Co gorsza, Chorwat zagra dopiero w przyszłym roku, więc możliwe że będę musiał rozejrzeć się za jakimś piłkarzem w styczniu.
Świetny występ moich piłkarzy w ostatnim spotkaniu docenili dziennikarze, którzy umieścili Corluke i Zhirkova w 11 tygodnia.
W międzyczasie, grając rezerwowym składem, pokonaliśmy w ramach 4 rundy Carling Cup Watford na ich stadionie 2:1. Warto odnotować przepiękny gol Mattocka zza pola karnego, a także pierwsze trafienie w barwach Tottenhamu Campbella. Bramkę dla „Szerszeni” zdobył, nieco zapomniany przez polskich kibiców, Grzgorz Rasiak.
Zaledwie trzy dni później nadszedł czas na kolejny wielki szlagier – derby północnego Londynu. Kolejny niezwykle trudny i bardzo ważny mecz, w którym przed kompletem publiczności podejmiemy na White Hart Lane, spisujący się poniżej oczekiwań, Arsenal. W składzie, w porównaniu do pojedynku na Stamford Bridge, zaszły trzy zmiany: na prawej obronie zawieszonego Huttona zastąpił Corluka, natomiast lukę na środku zapełnił Dawson. Za Pavlyuchenką operować będzie z kolei Jenas, którego próbowałem na tej pozycji w początkowym stadium sezonu. Goście przyjechali do nas w najsilniejszym składzie, z Fabregasem na czele. Jego wyłączeniem ma się zająć Manuele Blasi, ponieważ pozbawienie „Kanonierów” ich rozgrywającego jest kluczem do odniesienia korzystnego rezultatu.
Przy ogromnej wrzawie, sędzia Halsey rozpoczął spotkanie. Goście rozpoczęli z animuszem, ale podobnie jak w spotkaniu z Chelsea, wygraliśmy rywalizację w środku pola i generalnie kontrolowaliśmy sytuację. Jeśli już dochodziło do groźnych strzałów, wyśmienicie spisywał się między słupkami Gomes. Zgodnie z założeniami Cesc nie miał z Włochem łatwego życia i raz po raz, zamiast zagrywać trudne piłki, podawał do najbliższego partnera. Mieliśmy również swoje szanse, kiedy to w 23 i 35 minucie sam na sam z Almunią znalazł się Pavlyuchenko, ale Rosjanin dwukrotnie trafiał wprost w bramkarza. Do przerwy 0:0.
Siedem minut po wznowieniu gry faulowany na 25 metrze był Zhirkov. Do rzutu wolnego podszedł Miguel Veloso, przymierzył i... GOOOL! Coś nieprawdopodobnego – przepiękny gol reprezentanta Portugalii. Szał na trybunach, szał a ławce, a zachwycony pomocnik rzuca mi się w ramiona! Od tego momentu Arsenal zabrał się do odrabiania strat i z minuty na minutę ich przewaga w posiadaniu piłki rosła. Niestety dla gości, niesamowicie był dziś dysponowany Gomes. Tego wieczoru Brazylijczyka nie dało się pokonać. I choć pod sam koniec dość rozpaczliwie się broniliśmy, to jednak udało się – na White Hart Lane pokonaliśmy Arsenal. Mimo że „Kanonierzy” przeważali, to dyscyplina taktyczna i determinacja dały nam upragnione trzy punkty.
Fantastycznie spisali się gladiatorzy środka pola: strzelec bramki Veloso oraz „plaster” Fabregasa - Blasi. Graczem meczu został nieprawdopodobny Gomes, który tym meczem jednoznacznie potwierdził swoją klasę. Poprawnie również stoperzy. Krótko mówiąc – odnieśliśmy dziś ogromny sukces!
Po meczu czekały na mnie dwie wiadomości: lista powołanych na mecze reprezentacyjne…
... a także wyniki losowania Ćwierćfinału Pucharu Ligi, w którym zmierzymy się z naszym najbliższym ligowym rywalem - Evertonem.
Ligowe spotkanie na Goodison Park, po krótkiej przerwie reprezentacyjnej, było nadzwyczaj wyrównane. Mieliśmy przewagę w posiadaniu piłki, ale to gospodarze otworzyli wynik. Już w 11 minucie, po strzale głową Fellainiego, Gomes skapitulował. Na naszą odpowiedź kibice musieli czekać aż do 85 minuty, kiedy to przepiękną bombą z rzutu wolnego popisał się niesamowity Veloso. Portugalczyk znajduje się w znakomitej dyspozycji, to już jego trzecia bramka w lidze. Oba zespoły oddały tyle samo strzałów, dlatego remis 1:1 można uznać jako wynik sprawiedliwy. Czy żal straconych dwóch oczek? Powiem szczerze, że jestem zadowolony i już myślę o nadchodzącej batalii z Mistrzem Anglii...
Przedtem jednak na White Hart Lane zameldował się nasz grupowy rywal z Pucharu UEFA - Midtjylland. Do pewnego awansu potrzebne nam było zwycięstwo i rezerwowi nie zawiedli oczekiwań kibiców. Wydarzeniem dnia były dwa trafienia... Roberta Lewandowskiego, który nareszcie przełamał swój strzelecki impas! Polski napastnik jako jedyny wpisywał się na listę strzelców tego wieczoru i jego bramki dały nam awans do 1/16 bez względu na wynik meczu z Sampdorią.
Najważniejszy był jednak nasz ostatni mecz z rywalem z „Wielkiej Czwórki” w tym roku – do Londynu przyjechał wielki Manchester United. Rywale to wice lider Premiership ze startą pięciu punktów do niesamowitego Liverpoolu, ale z jednym zaległym spotkaniem. My natomiast plasowaliśmy się przed tą konfrontacją na bardzo wysokim, trzecim miejscu, dlatego zapowiedzi starcia Dawida z Goliatem wydawały się być, mimo wszystko, nie na miejscu.
Składy nie zaskoczyły nikogo. Na prawą obronę powrócił po zawieszeniu Hutton, a Corluka, kosztem Dawsona, wylądował na pozycji stopera. Goście, podobnie jak my, wystąpili w optymalnym zestawieniu.
Wszystko zaczęło się fantastycznie, ponieważ już w 5 minucie wyszliśmy na prowadzenie! Rzut wolny na bramkę zamienił oczywiście Miguel Veloso. Portugalczyk znajduje się w wyśmienitej dyspozycji, co potwierdził golem w drugim, wielkim ligowym szlagierze z rzędu! Niestety, jak się później okazało, nie byliśmy dostatecznie konsekwentni w naszej grze, co skrzętnie wykorzystały „Czerwone Diabły”. W 28 minucie nieporozumienie pomiędzy Woodgatem a Corluką wykorzystał Tevez i było już 1:1. Do przerwy wynik nie uległ zmianie i moje zadanie polegało na umotywowaniu moich piłkarzy do ostrzejszej walki. Niestety jak się okazało… dałem ciała. Poza tym na drugą połowę nie wyszedł już Woodgate, który narzekał na drobny uraz. W 50 minucie naciskany przez Rooneya, Corluka źle interweniował i umieścił piłkę we własnej bramce obok bezradnego Gomesa. Od tego momentu sędzia tego spotkania, pan Wiley, zaczął wyczyniać istne cuda! Nie dość, że w 79 minucie uznał bramkę zdobytą przez Rooneya ze spalonego , to jeszcze pięć minut później niesłusznie wyrzucił z boiska zrozpaczonego Corluke. To jednak nie był koniec występów arbitra. Już w doliczonym czasie gry podyktował jedenastkę na gości, którą pewnie wykorzystał Tevez, dokonując dzieła zniszczenia.
Była to nasza pierwsza porażka od dłuższego czasu. Przygnębiający wynik, choć zasłużony, wcale nie musiał mieć miejsca. Do przerwy nie graliśmy najgorzej i fatalny wpływ na postawę bloku obronnego miała kontuzja Jonathana, ale nie tylko ona... Dzisiejszy występ sędziego głównego, na konferencji prasowej określiłem jako cyrk. Oby ta klęska nie była zapowiedzią jakiegoś głębszego kryzysu, ponieważ przed nami ciężka końcówka roku. Tak czy inaczej najtrudniejsze mecze mamy już za sobą...
Fizjoterapueta dobił mnie jednak kilka minut po tym, jak dojechałem do mieszkania...
Fantastycznie! Wygląda na to, że ze względu na zawieszenie Corluki, nasz duet stoperów stanowić będzie Rocha z Dawsonem. Czarno to wszystko widzę...
Wycieczka do Genui w środku tygodnia zakończyła się niespodziewaną i zupełnie niezasłużona klęską. Gospodarze ograli nas 3:1, a honor 'Spurs' uratował Campbell, dla którego było to drugie trafienie w sezonie. Nie zagraliśmy źle, co pokazują statystyki, ale Sampdoria była dziś szalenie skuteczna i stąd tak zdecydowana porażka.
Niemniej jednak jest to druga z rzędu przegrana i trzeba się poważnie zastanowić nad tym, co należy natychmiast poprawić, aby ta fatalna seria została jak najszybciej przerwana.
Awans zapewniliśmy sobie już wcześniej i z siedmioma punktami, bez względu na wyniki pozostałych meczów, wychodzimy z grupy na drugiej pozycji.
Po europejskich wojażach nadszedł czas na powrót do Premiership, w którym zmierzymy się na wyjeździe z 19 w tabeli Wigan Athletic. Liczyłem na trzy punkty, a zapewnić je mieli piłkarze w znacznej większości z podstawowej jedenastki. Jedynymi zmianami są: Majewski za Romanem oraz eksperymentalny środek obron Rocha – Dowson. Stoperzy spisali się dziś całkiem nieźle, szkoda że kroku nie dotrzymali im piłkarze ofensywni. Fatalnie zagrał Majewski i Pavlyuchenko, ale wprowadzeni w ich miejsce Jenas z Campbellem nie byli dużo lepsi. Piłkarzem meczu został Dawson, a oprócz niego na plus zagrali na pewno Zhirkov i Hutton. Nie wystarczyło to jednak do strzelenia choćby jednego gola i z racji słabiutkiej ofensywy gospodarzy, bezbramkowo zremisowaliśmy z jednym z najsłabszych zespołów ligi. W tym momencie mogłem oficjalnie potwierdzić, że zespół znalazł się w poważnym kryzysie.
Podobnie jak ja, całą sytuacją zmartwiony był Zhirkov. Rosjanin stał się jednym z kluczowych piłkarzy i w ostatnich tygodniach nie schodził poniżej pewnego poziomu, więc nie dziwiła mnie jego troska o formę zespołu.
O wyrównanej stawce w lidze świadczy fakt, iż dwie straty punktów wystarczyły, aby w tabeli spaść z trzeciego na szóste miejsce.
Mimo wszystko, liczymy się nadal w walce o puchary. Świetnie spisują się Newcastle i Portsmouth, a także liderujący Liverpool. Znacznie poniżej oczekiwań Arsenal, który znalazł się poza pierwszą dziesiątką!
Po ligowych rozczarowaniach przyszedł czas na Carling Cup. W ćwierćfinale zmierzyliśmy się z mocnym Evertonem na Goodison Park, ale nie ukrywam, że chciałbym powalczyć o awans. Wolałbym bowiem, aby nie zabrakło nas w przyszłorocznych europejskich pucharach, a zdobycie krajowego trofeum gwarantuje w nich udział. Mimo to posłałem w bój w większości rezerwowy skład, jedynie Zhirkov i Gomes wystąpili w większości naszych spotkań od początku.
Zaczęło się pięknie. W 6 minucie piłkę w pole karne zacentrował Bentley i na wysokości drugiego słupka najlepiej odnalazł się Zhirkov, który strzałem głową pokonał Howarda. To, co zaczęło się dziać chwilę później można określić... sam nie wiem… koszmarem? Już dwie minuty po wznowieniu gry „The Toffies” cieszyli się z wyrównania. Yakubu wygrał pojedynek biegowy na lewej stronie z Mattockiem i zacentrował wprost na głowę zupełnie niepilnowanego Osmana, a Anglik bez problemów umieścił piłkę w siatce. W 13 minucie gospodarzy przeprowadzili akcję lewą stroną, zakończoną nieudaną wrzutką Yakubu. Odbita futbolówka wpadła jednak pod nogi Bainesa, który perfekcyjnie zacentrował piłkę na nieobstawionego w polu bramkowym Fellainiego i było już 1:2. Gra cały czas była wyrównana, ale w dalszym ciągu to my strzelaliśmy, a Everton zdobywał gole. W 26 minucie po około 15 podaniach wymienionych przed naszym polem karnym, prostopadłe podanie otrzymał Cahill i podciął piłkę nad wychodzącym Gomesem. Było już 1:3, a zawodnicy w niebieskich koszulkach nie kończyli swojej kanonady! Dziesięć minut później Osman znalazł trochę wolnego miejsca przed polem karnym i uderzył na bramkę. Jako że z interwencją nieco spóźnił się Gomes, aż usiadłem z wrażenia. Wynik 1:4 do przerwy nie mieścił się w granicach mojej wyobraźni i na Goodison Park zaczęło pachnieć kompromitacją na niespotykaną skalę. Na nasze szczęście do gwizdka na przerwę nie straciliśmy już więcej bramek i z głową spuszczoną na kwintę udałem się do szatni. Nie wytrzymałem ciśnienia i zastosowałem słynną „metodę suszarki”, aby dotrzeć do fatalnie sprawujących się podopiecznych.
Moje płomienne przemówienie najwyraźniej podziałało, bo w drugiej połowie niemal całkowicie zdominowaliśmy gospodarzy, ale nasza nieskuteczność dzisiejszego dnia była wręcz niebywała. Dość powiedzieć, że oddaliśmy aż 15 niecelnych strzałów (tyle samo co wszystkie uderzenia gospodarzy), przy dwóch w światło bramki – coś nieprawdopodobnego.
Niestety, Everton sprawił nam tęgie lanie i w konsekwencji odpadliśmy z Pucharu Ligi. Pierwszy słaby mecz za mojej kadencji rozegrał Gomes, który dwukrotnie mógł zachować się lepiej. Nie wspomnę o piłkarzach ofensywnych, którzy z wyjątkiem Zhirkova i może jeszcze Bentleya, całkowicie się zbłaźnili. W czterech ostatnich meczach odnieśliśmy trzy dotkliwe porażki i remis ze słabiutkim Wigan. Nie jest dobrze, oj nie...
Miałem nadzieję, że po masakrze w Liverpoolu osiągnęliśmy już dno, że gorzej być już po prostu nie może. Los musiał się odmienić, kiedy na White Hart Lane przyjechało broniące się przed spadkiem Blackburn. Naturalnie wystawiłem najsilniejszą jedenastkę i wahałem się jedynie w kwestii obsady dwóch pozycji. Na prawym skrzydle ostatecznie postawiłem na Lennona, mimo iż coraz lepiej poczynał sobie Bentley. Za Pavlyuchenką znalazło się miejsce dla Dos Santosa, który doszedł do siebie po kontuzji. Majewski ostatnimi czasy potwornie zawodził i w niczym nie przypominał piłkarza z początku sezonu. Wrócił również „wykartkowany” Corluka, który stworzył parę stoperów z Dawsonem.
Po pierwszej połowie kamień spadł mi z serca. Panowaliśmy na boisku grając szybko, widowiskowo i przede wszystkim skutecznie! W 38 minucie prawą stroną świetnie przedarł się Lennon i dośrodkował w pole karne, gdzie znajdował się Pavlyuchenko. Rosjanin cudownie uderzył z woleja bez przyjęcia i rozerwał siatkę bramki strzeżonej przez Robinsona. Już pięć minut później cudownie do Zhirkova zagrał Dos Santos, a Rosjanin natychmiast podał wzdłuż pola karnego do wbiegającego Lennona. Anglik bez namysłu huknął prostym podbiciem i było już 2:0. Po przerwie wprawdzie nie strzelaliśmy kolejnych bramek, ale wzorowo utrzymaliśmy prowadzenie.
Piłkarzem meczu został świetny Aaron Lennon, który zaliczył asystę i pięknego gola. Oprócz niego na słowa uznania zasłużyli Pavlyuchenko, jak i Dos Santos z Zhirkovem. Cała trójka rozegrała świetne zawody, ale szczególnie cieszy dobra postawa Meksykanina i kolejny gol Romana w lidze. Czyżby kryzys został zażegnany?
Odpowiedź na to pytanie miał dać trudny wyjazd do Middlesborough. Dodatkowym smaczkiem tego spotkania miał być, według dziennikarzy, pojedynek dwóch rosyjskich napastników o podobnej charakterystyce: naszego Pavlyuchenki i Pogrbnyaka po drugiej stronie. Jedyną zmianą w składzie był powrót na środek obrony po długiej kontuzji Jonathana Woodgate, który posadził na ławce Dawsona.
Znowu zaczęliśmy z przytupem. W czwartej minucie cudownym podaniem z głębi pola popisał się Veloso i piłkę już w polu karnym przejął Lennon. Nasz skrzydłowy zwiódł jednego obrońcę, zagrał na środek, gdzie nieoczekiwanie najlepiej odnalazł się Blasi i z pięciu metrów umieścił piłkę w siatce! Był to pierwszy gol Włocha w barwach Tottenhamu. Uparcie gnietliśmy „Boro” i już siedem minut później Dos Santos cudownie wypuścił w uliczkę Pavlyuchenkę, a Rosjanin mocnym strzałem pokonał Turnbulla! Uradowany napastnik rzucił się na ziemię – strzelił gola w drugim meczu ligowym z rzędu, a czwartego w sezonie. Chyba nareszcie Roman pokazuje swoje możliwości! Do przerwy więcej goli nie padło, choć stworzyliśmy sobie ku temu kolejne okazje. W 49 minucie rzut wolny fantastycznie wykonał Downing i było już tylko 2:1, ale nie daliśmy wydrzeć sobie zwycięstwa, mimo iż gospodarze przycisnęli nas w ostatnich minutach.
Wywalczyliśmy drugi z rzędu komplet punktów, dwukrotnie w ostatnich występach strzelił Roman. Czuję się jakbym prowadził zupełnie inny zespół niż ten z ostatnich tygodni! Znów fantastycznie prezentował Lennon, który odkąd do formy zaczął dochodzić Bentley, jeszcze bardziej wziął się do roboty. Nie gorzej od Anglika wypadała reszta pomocników, z tymi środkowymi włącznie. Fantastycznie zagrał Blasi, który do tytanicznej pracy w środku pola dorzucił bramkę. Obyśmy rok 2008 kończyli z równie optymistycznymi nastrojami, bo przed nami ostatni mecz przed sylwestrem – derby Londynu z West Ham.
Po spotkaniu otrzymałem telefon od mojego asystenta, Kevina Bonda, który przebywał w szwajcarskim Nyonie na losowaniu 1/16 finału Pucharu UEFA. Trafiliśmy nieźle – turecki Besiktas jest z pewnością zespołem do ogrania. Ciekawie zapowiada się pojedynek Manchesteru City z Celticiem, a także naszego pogromcy - Sampdorii z Villareal.
Jeśli wyeliminujemy Turków, zmierzymy się ze zwycięzcą pary Rennes – Sporting. Nie ukrywam, że wolałbym trafić na Francuzów, ale na wszelkie kalkulacje przyjdzie czas po ewentualnym zwycięstwie z Besiktasem. W każdym razie los okazał się dla nas dość łaskawy i mamy wszelkie szansę na osiągnięcie mojego celu minimum – ćwierćfinału.
Cel wyjazdu na Upton Park był jasny – nie przegrać. Oczywiście w miarę możliwości postarać się również o trzy punkty, ale stadion „Młotów” to gorący teren i remisem nie pogardzę. Jako że moi gladiatorzy w ostatnich dwóch spotkaniach spisywali się znakomicie, nie dokonałem ani jednej korekty w składzie. Spotkanie w drugi dzień świąt było pierwszym w rundzie rewanżowej, a na inaugurację ligi pechowo zremisowaliśmy u siebie 0:0. Wyborna forma Dos Santosa, Lennona, Zhirkova i Pavlyuchenki miała dziś do tego nie dopuścić.
To był dziwny mecz w naszym wykonaniu. Pierwsza połowa wyglądała tak, jakby na placu gry był tylko jeden zespół – Tottenham Hotspur. Już w 10 minucie piłkę z rzutu rożnego zagrywał Bale i najlepiej w zamieszaniu przed bramką odnalazł się... Lennon! Nasz skrzydłowy otworzył wynik spotkania i udowadnił, że jest w niewiarygodnej dyspozycji. Nic a nic nie spuściliśmy z tonu i nacieraliśmy dalej, czego efekt przyszedł w 28 minucie, kiedy to Corluka zagrał długą piłkę w kierunku Pavlyuchenki. Rosjanin świetnie przedłużył podanie głową, a zza jego pleców wybiegł Dos Santos. Meksykanin jednym zwodem zmylił bezradnych Gabbidona oraz Nobla i podwyższył na 2: 0! Wspaniała akcja naszego ofensywnego duetu, kibice gospodarzy mogli tylko bić nam brawa. Pięć minut później sam przecierałem oczy ze zdumienia. Miguel Veloso strzelił trzeciego gola w meczu i swojego piątego w tym sezonie. Portugalczyk oczywiście perfekcyjnie wykorzystał rzut wolny i udowodnił, że jest nie lada specjalistą w tym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Wydawało się, że nic złego nie może się już przytrafić, ale 10 minut po przerwie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Najpierw naszego golkipera pokonał płaskim strzałem Etherington, a chwilkę później fatalny błąd Woodgate'a wykorzystał Bellamy. Anglik nie wytrzymał pressingu napastnika i zrobiło się już tylko 3:2. Zareagowałem natychmiast i ściągnąłem zrozpaczonego kapitana, wprowadzając w jego miejsce Dawsona. Dalsza gra Jonathana w dzisiejszym meczu mogła stanowić dla nas spore zagrożenie. Nie znaczy to, że skreślam Woodgate'a. Tak czy inaczej, mimo kilku prób gospodarzy, dowieźliśmy jednobramkowe prowadzenie i zainkasowaliśmy komplet punktów w trzech ostatnich meczach w roku 2008!
Nie sądziłem, że to powiem, ale teraz żałuje, że ten rok juz się kończy. Do znakomitej dyspozycji doszedł nasz ofensywny kwartet. Wszyscy strzelali i asystowali grając przy tym niezwykle widowiskowo. Dos Santos pokazał na co go stać wyśmienicie zastępując kontuzjowanego Modrića. Zhirkov, po fatalnym początku, jest najrówniej grającym piłkarzem w drużynie, natomiast Lennon to żywe srebro. Reszta zespołu, z pomocnikami na czele, specjalnie nie odstawała i ta zwyżka formy zaowocowała wysokim miejscem w tabeli.
Trzecie miejsce jest naszym wielkim sukcesem. Nie podpalamy się, ale nie ukrywam, że nie uplasowanie się w czołowej szóstce będzie dla mnie sporym rozczarowaniem. Arsenal po długiej niemocy powoli goni czołówkę, natomiast na prowadzeniu niezmiennie plasuje się Liverpool.
Przed nami druga część sezonu. Chcemy zaistnieć w Europie i zająć przyzwoitą pozycje w lidze. Ponadto powoli wdrażam w życie plan sprowadzania bardzo zdolnych nastolatków do klubowej akademii i w związku z tym po nowym roku pojawi się na White Hart Lane nieco nowych twarzy. Kilka klubów robi też zakusy na naszych czołowych piłkarzy, dlatego okienko transferowe zapowiada się ciekawie. Jedno jest pewne – musimy być jeszcze silniejsi!
Czekam na 3 czesc kiedy bedzie??