Początek pracy dla każdego menedżera jest okresem wzmożonego wysiłku. Jeszcze ciężej jest, kiedy podejmuje się zadania w nowym otoczeniu. Poznanie zawodników, wyznaczenie reżimów treningowych, a także wymyślenie idealnej taktyki, to czynności bardzo trudne i czasochłonne. Na szczęście w warszawskiej Polonii przegląd kadry wypadł obiecująco. Niemalże w każdej formacji mieliśmy zawodnika, który spokojnie mógł kandydować do gry w czołowym klubie Ekstraklasy. Miejsce między słupkami należało się Sebastianowi Przyrowskiemu, który na pierwszych treningach prezentował się bardzo pewnie. W linii defensywnej również mieliśmy kilku ciekawych zawodników. Tomasz Jodłowiec to jeden z najbardziej obiecujących obrońców młodego pokolenia. Vlade Lazarevski jest podstawowym obrońcą reprezentacji Macedonii, a Radek Mynar swoim doświadczeniem powinien wspierać nasze szyki obronne. Oprócz nich do wykorzystania miałem wszechstronnych zawodników jak: Sokołowski, czy Krzysztof Bąk. Kulała jedynie lewa strona obrony, gdzie oprócz mocno przeciętnego Telichowskiego nie było nikogo. Linia pomocy także prezentowała się nieźle. Radosław Majewski to niewątpliwie wielki talent. Jego dokładne podania oraz błyskotliwość miały pomóc nam odnieść sukces. Na skrzydłach mieliśmy doświadczonego Jarosława Latę, a także młodego ulubieńca kibiców – Daniela Mąkę. Na dokładkę jest jeszcze Łukasz Piątek, a także młodzian – Michał Ciarkowski. Nie najgorzej jest także w ataku, choć tu akurat brakowało nam klasowego zawodnika. Ivanovski i Kosmalski to solidni kopacze, lecz brakuje im błyskotliwości i spokoju pod bramką rywali. Wypożyczony z Korony Kielce Krzysztof Gajtkowski, a także młodzi – Gołębiewski i Kaźmierowski, to zawodnicy nieco za słabi na poziom Ekstraklasy.
Wiedziałem, że chcąc spełnić założenia zarządu (awans do europejskich pucharów) będę musiał się wzmocnić. Długie poszukiwania na szczęście przyniosły oczekiwane efekty. Na Konwiktorskiej 6 zameldowało się co prawda zaledwie dwóch piłkarzy, lecz byli to gracze, którzy mieli walnie przyczynić się do przyszłych sukcesów. Za 40.000€ naszą kadrę zasilił Jacek Popek, a oferta 20.000€ była wystarczająca, aby z Municipal Limeno wykupić Francisco Fuentesa. Jeśli chodzi o taktykę, to postawiłem na prostotę. Taktykę 4-4-2 z niewielkimi urozmaiceniami mieli sprawdzić nasi sparingpartnerzy.
Początek meczów towarzyskich był dla nas wyśmienity. Rozpoczęliśmy od przekonującego triumfu nad słoweńską Dravą - 4:0. Na listę strzelców dwukrotnie wpisał się Radek Majewski, natomiast po jednej bramce dopisali Fuentes i Ivanovski. Trzy dni później na Konwiktorskiej nie daliśmy szans rezerwowej drużynie Dynama Kijów, którą odprawiliśmy do domu z bagażem trzech bramek. Mimo zmęczenia i ciężkich treningów, na kolejne spektakularne zwycięstwo kibice musieli czekać tylko dwa dni. Przyjezdni ze Smederewa dostali zimny prysznic w postaci pięciu trafień, a ja zaczynałem zastanawiać się czy dobre wyniki ze sparingów będziemy w stanie przenieść do ligowej rzeczywistości. Wyjazdowe spotkania z NK Medimurje oraz Stalą Stalowa Wola również wygraliśmy, lecz nie tak przekonująco. Pierwszych pokonaliśmy 2:1, a na drugich wystarczyło tylko jedno trafienie Jarosława Laty. Pod koniec okresu przygotowawczego zorganizowałem w Warszawie mały turniej pod nazwą Konwiktorska Cup. W zawodach wzięły udział drużyny Polonii Warszawa, Sandecji Nowy Sącz, Zagłębia Sosnowiec oraz Kolejarza Stróże. W półfinale tych rozgrywek zmierzyliśmy się z tą ostatnią drużyną i dzięki zwycięstwu 3:0 awansowaliśmy dalej. W finale czekała na nas drużyna Zagłębia, którą spokojnie ograliśmy 4:0 i pierwsze trofeum w sezonie spoczęło w naszych rękach. Miałem wtedy nadzieję, że nie będzie ono ostatnim.
Runda jesienna:
Udany okres przygotowawczy sprawił, że przy Konwiktorskiej nastroje były bardzo bojowe. Jako pierwsi nasze umiejętności mieli sprawdzić piłkarze z Bełchatowa, których podjęliśmy na ich stadionie. Mecz od początku nie układał się po naszej myśli i GKS szybko objął prowadzenie po bramce Costly'ego. Przewaga gospodarzy była widoczna przez całe spotkanie, lecz na szczęście anioł stróż czuwał nad nami. W 83. minucie przypadkową bramkę zdobył wprowadzony po przerwie Krzysztof Bąk i mogliśmy cieszyć się ze zdobycia niezasłużonego punktu. Tydzień później czekał nas debiut przed własną publicznością. Przeciwnikiem był kandydat do spadku - Piast Gliwice, więc oczekiwania były naprawdę duże. Graliśmy niestety bardzo ospale i tylko dzięki samobójczemu trafieniu Pawła Gamly udało nam się uniknąć prawdziwej kompromitacji. Tydzień później, kiedy do Warszawy przyjechała kolejna drużyna ze Śląska - Górnik Zabrze, wszystko było jak należy. Graliśmy ładnie, składnie i przyjemnie dla oka, a co najważniejsze skutecznie. Dwie bramki Francisco Fuentesa bardzo zadowoliły zarówno mnie, jak i kibiców zgromadzonych na stadionie. Pewne zwycięstwo 2:0 dało nam awans na pozycję lidera. Kiedy wydawało się, że może być już tylko lepiej, przyszedł niezbyt udany wyjazd do zaprzyjaźnionej kibicowsko ekipy Cracovii Kraków. Gospodarze nie okazali się jednak gościnni na boisku i po twardej walce, po 90 minutach na tablicy widniał wynik 0:0. Prawdziwym bohaterem spotkania został Sebastian Przyrowski, który od początku sezonu prezentował się wyśmienicie. Tym razem przeszedł jednak samego siebie i bronił wręcz niesamowicie. Powrót do Warszawy oznaczał kolejny pojedynek z drużyną ze Śląska. Polonia Bytom, podobnie jak poprzednie kluby z tamtych rejonów Polski, nie dała nam rady i po samobójczym trafieniu Komorowskiego i fantastycznej bramce Fuentesa mogliśmy świętować zdobycie kolejnych trzech punktów, a także śrubować rekord spotkań bez straty gola. Cztery dni po triumfie nad Polonią, wyruszyliśmy do Zamościa na mecz pierwszej rundy Pucharu Polski z miejscowym Hetmanem. Spotkanie rozpoczęliśmy w rezerwowym zestawieniu i zwycięstwo 2:0 było najmniejszym wymiarem kary. Po przerwie związanej z meczem Pucharu Polski, wróciliśmy na boiska ligowe. Wyjazd do Białegostoku na mecz z ostatnią w tabeli Jagiellonią miał być łatwym spacerkiem. Mimo że gospodarze nie chcieli łatwo sprzedać skóry, musieli uznać naszą wyższość. Bramki Piątka i Kosmalskiego oraz kolejne czyste konto Przyrowskiego wprawiły mnie w naprawdę dobry nastrój.
Podczas przerwy reprezentacyjnej nie próżnowaliśmy, gdyż ruszyły rozgrywki Pucharu Ekstraklasy zwanego także „Pucharem O Nic”, lub „Pucharem Bezcelowych Męczarni”. Losowanie przydzieliło nas do grupy z: Legią Warszawa, ŁKS Łódź oraz Jagiellonią Białystok. Jako, że te rozgrywki postanowiłem traktować bardzo luźno, w wyjazdowym meczu z ŁKS-em do gry wyszedł rezerwowy skład. Drugi garnitur mojej drużyny niestety nie dał rady łodzianom, którzy dzięki trafieniu Jarki zdobyli komplet punktów. Trzy dni później po raz pierwszy w sezonie mieliśmy szansę obejrzeć derby stolicy. Na ulicy Konwiktorskiej zameldowała się naszpikowana gwiazdami Legia, która miała się zmierzyć z rezerwami Polonii Warszawa. Mimo fatalnej postawy w pierwszej połowie, udało nam się urwać jeden punkt. Bramki Gajtkowskiego oraz Kaźmierowskiego ucieszyły kibiców, którzy docenili, że grając w drugim zestawieniu, potrafiliśmy walczyć z Legią jak równy z równym.
Powrót na boiska ligowe był dla nas szczęśliwy. Ruch Chorzów potwierdził regułę, że dla drużyn ze Śląska stadion Polonii nie jest gościnny i po bramkach Kosmalskiego, Piątka i Mąki mogliśmy cieszyć się z kompletu punktów. Niestety, bramkę w końcu wpuścił Przyrowski i bicie kolejnych rekordów musiał odłożyć na później. Zwycięstwo z Ruchem dało nam awans na pierwsze miejsce w tabeli, lecz przed nami było nie lada wyzwanie. Najpierw jechaliśmy do Poznania, aby zmierzyć się z Lechem w ramach 8. kolejki Ekstraklasy. Później z podopiecznymi Franciszka Smudy mieliśmy stoczyć heroiczny bój o awans do kolejnej rundy Pucharu Polski. Bitwa przy ulicy Bułgarskiej została nierozstrzygnięta, gdyż na trafienie Piątka odpowiedział Murawski. Przy Konwiktorskiej, na murawie panowała już tylko Polonia. Trafienia Kosmalskiego, Bąka oraz Fuentesa pokazały Lechitom miejsce w szeregu i sensacyjne, szybkie pożegnanie się Lecha z Pucharu Polski stało się faktem. Dwumecz z Lechem był już za nami, lecz kibic na Konwiktorskiej nie mógł się nudzić, gdyż już trzy dni po triumfie nad poznaniakami, w Warszawie zameldowała się krakowska Wisła. Nieco zmęczeni po spotkaniach z Lechem zagraliśmy słabiej, lecz i to wystarczyło na pokonanie Wiślaków. Decydujący cios zadał Krzysztof Bąk, który zamienił na bramkę doskonałe zagranie od Radka Majewskiego. Kiedy tydzień później po bramkach Mąki i Fuentesa triumfowaliśmy nad rewelacyjną Odrą Wodzisław, na trybunach zaczęły pojawiać się głosy na temat walki o mistrzostwo Polski. W międzyczasie drugi garnitur Polonii rozprawił się z Jagiellonią Białystok w Pucharze Ekstraklasy. Wynik 2:1 był bardzo zadowalający.
Pięć dni przed derbowym spotkaniem z warszawską Legią, rezerwowi pokonali 1:0 ŁKS i w bardzo dobrych nastrojach jechaliśmy na Łazienkowską, aby zmierzyć się z odwiecznym rywalem. Wojna medialna między mną, a trenerem Urbanem zaczęła się już na kilka dni przed spotkaniem, lecz i tak wszystko rozstrzygnęło się na boisku. Do przerwy wygrywaliśmy 0:2 po trafieniach Piątka i Kosmalskiego. W drugiej połowie za odrabianie strat wzięła się Legia, lecz jej akcje były mało płynne. Trafienie Wachowicza w 85. minucie dodało kolorytu końcówce, lecz kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, to na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Zwycięstwo nad Legią było bezcenne, gdyż dzięki niemu udało nam się odskoczyć rywalom aż na cztery punkty. Po świętowaniu zwycięstwa nad drużyną zza miedzy przyszedł czas na zimny prysznic, który zafundowali nam piłkarze Arki. W Gdyni zaprezentowaliśmy się bardzo słabo i mimo trafienia Ivanovskiego, musieliśmy obejść się smakiem i poczuć gorycz porażki. Z podniesionymi głowami wyszliśmy jednak na pucharowy mecz z Koroną Kielce. Spotkanie z zaprzyjaźnioną drużyną było obfite w bramki. Kibice obu drużyn mogli cieszyć się z gradu goli, lecz tylko jedni cieszyli się z awansu do kolejnej rundy. Dwa trafienia Kosmalskiego, a także bramki Ivanovskiego i Fuentesa, dały nam przepustkę do kolejnej rundy. Co prawda martwiła mnie postawa naszej obrony, która dała sobie zaaplikować aż trzy gole, lecz podobno zwycięskiego składu się nie sądzi. Wyłącznie z dobrej strony pokazaliśmy się trzy dni później, kiedy na Konwiktorską zawitała ekipa ŁKS Łódź. Fantastyczne spotkanie i zasłużona wygrana 3:0 zdecydowanie poprawiły mi humor. Super szczęśliwy byłem jednak 05.11, kiedy na Łazienkowskiej rozprawiliśmy się z Legią wygrywając 3:2. Był to co prawda mecz Pucharu Ekstraklasy, lecz wywalczenie pierwszego miejsca w grupie przed odwiecznym rywalem było rzeczą bezcenną. Triumf nad Legią dał nam siłę na kolejne zwycięstwo. Wyjazd do Wrocławia na mecz ze Śląskiem miał być trudny, a okazał się nudny. Na boisku nie działo się zbyt wiele, a trzy punkty zawdzięczamy głównie Fuentesowi - strzelcowi bramki, a także Przyrowskiemu, który genialnie spisywał się zarówno na przedpolu, jak i na linii. Ostatni mecz przed rundą rewanżową rozegraliśmy na własnym boisku z gdańską Lechią. Bardzo dobra gra dała nam spokojne trzy punkty, a bohaterem meczu został Francisco Fuentes - strzelec dwóch bramek.
Przed przerwą zimową rozegraliśmy jeszcze dwa spotkania rundy rewanżowej. Najpierw podjęliśmy u siebie GKS Bełchatów, któremu srogo zrewanżowaliśmy się za urwanie nam punktów podczas ligowego debiutu. Fantastyczny mecz rozegrał Radosław Majewski, który dwa razy umieścił piłkę w siatce i aż dwukrotnie asystował. Ostatecznie zwyciężyliśmy 5:1, a na listę strzelców wpisali się Fuentes, Jodłowiec i Gajtkowski. Ostatni mecz przed przerwą zimową rozegraliśmy na własnym boisku z Cracovią Kraków i zamiast skupić się na powiększeniu przewagi nad Legią, zanotowaliśmy głupi, bezbramkowy remis. Rundę jesienną zakończyliśmy z dwupunktową przewagą nad drugim zespołem. Na szczególne wyróżnienie zasługiwali: Fuentes, Majewski oraz Przyrowski. Wiedziałem jednak, że walka o mistrzostwo będzie bardzo długa i kręta, a moim nowym celem było jak najlepsze przygotowanie zespołu do walki na wszystkich frontach.
Przerwa zimowa:
Okres między pierwszą, a drugą częścią sezonu był niemal równie ważny, jak przygotowania do otwarcia rozgrywek. Musiałem idealnie rozłożyć siły zawodników, tak aby gracze na pierwszy mecz rundy wiosennej wyszli wypoczęci i głodni gry. Najpierw zarządziłem tygodniową przerwę w treningach, która miała na celu przywrócenie świeżości. Następnie skupiliśmy się na meczach towarzyskich. 22 stycznia stawiliśmy się w Ząbkach, aby rozegrać sparing ze swoim klubem filialnym - Dolcanem. Mecz był dość wyrównany, lecz bramka Jacka Kosmalskiego przechyliła szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Tydzień później na własnym stadionie podjęliśmy Sandecję Nowy Sącz. Drugoligowa ekipa wyraźnie odstawała od moich podopiecznych i zwycięstwo 4:0 było jak najbardziej zasłużone. Po triumfie nad Sączersami, przyszedł czas na kolejny mecz sparingowy. Wyjazdowa potyczka z GKS Katowice również zakończyła się dla nas pomyślnie. Wygraliśmy 3:1 po bramkach Kosmalskiego, Piechniaka i Radka Mynara. Passę zwycięstw przerwała Korona Kielce, która po raz kolejny pokazała, że ma na nas patent. Spotkanie zakończyło się hokejowym rezultatem 3:3, a bohaterem meczu został Kamil Radulj - pomocnik gości, który w 93. minucie doprowadził do wyrównania. Jako, że wznowienie rozgrywek ligowych zbliżało się wielkimi krokami, postanowiłem nieco podkręcić tempo sparingów i już trzy dni po meczu z Koroną, na Konwiktorskiej zjawiła się drużyna Lechii Gdańsk. Mimo naszej dominacji, po raz kolejny musieliśmy zadowolić się z remisu. Dużo lepiej było 19.02, kiedy po bramkach Jacka Kosmalskiego i Krzysztofa Gajtkowskiego udało nam się odprawić ŁKS Łódź. Ostatni mecz towarzyski wygraliśmy 2:1, a naszym rywalem było II-ligowe Zagłębie Sosnowiec.
W zimowym okienku transferowym przeprowadziłem tylko dwa wzmocnienia. Edson Aubert i Federico Quiroga to młodzieńcy, którzy dopiero w przyszłości mogą odegrać ważną rolę w klubie. Inwestycja w tych piłkarzy, to trochę kupowanie kota w worku, lecz niewielkie sumy transferowe sprawiły, że postanowiłem zaryzykować.
Runda wiosenna:
Na inaugurację drugiej części rozgrywek stawiliśmy się w Wodzisławiu Śląskim, gdzie podejmowaliśmy... Piast Gliwice. Mecz od początku prowadzony był w ospałym tempie, lecz na szczęście i w takich męczarniach udało nam się odnieść zwycięstwo. Dobrze rozegrany stały fragment gry dał nam bramkę, która przesądziła o naszym skromnym zwycięstwie 0:1. Szczęście opuściło nas jednak już cztery dni później, kiedy podczas wyjazdowego meczu z Górnikiem Zabrze udało nam się zaledwie zremisować 1:1. Pechowo stracona bramka na początku spotkania zdecydowanie wybiła nas z rytmu. Potem grzeszyliśmy nieskutecznością i gdyby nie powtórka akcji z meczu z Piastem, do Warszawy wrócilibyśmy bez ani jednego oczka. Remis z Górnikiem oznaczał spadek na drugie miejsce w tabeli. Na fotel lidera wspięła się rozpędzona Legia. Kolejne spotkanie z cyklu Tour De Śląsk rozegraliśmy w Bytomiu, gdzie podejmowaliśmy naszą imienniczkę - Polonię Bytom. Tym razem, po chaotycznym początku, udało nam się postawić na swoim i zwycięstwo 3:1 można było uznać za zasłużone. Powrót na Konwiktorską w rundzie wiosennej okazał się udany. Wygrana 1:0 nad Jagiellonią Białystok była formalnością, lecz styl, w jakim udało nam się tego dokonać, pozostawiał dużo do życzenia. Na dodatek lekkiej kontuzji nabawił się Jacek Kosmalski, którego w składzie będzie musiał zastąpić Filip Ivanovski. Po emocjach związanych z rozgrywkami Ekstraklasy, po raz kolejny udaliśmy się na Śląsk, aby przy wypełnionym po brzegi stadionie Ernesta Pohla w Zabrzu, walczyć o przepustkę do półfinału Pucharu Polski. W pierwszym spotkaniu dwumeczu padł wynik 0:0, który tak naprawdę nie zadowalał nikogo. 21. marca po raz kolejny przywitał nas Śląsk. Tym razem naszą formę miał sprawdzić chorzowski Ruch. Mimo że to my pierwsi straciliśmy bramkę, udało nam się szybko otrząsnąć i zepchnąć gospodarzy do głębokiej defensywy. Efektem tego były trzy bramki i końcowy rezultat 3:1, który widocznie ucieszył zarówno mnie, jak i fanów, którzy małą grupką zjawili się na stadionie przy ul. Cichej. Po triumfie nad Ruchem przyszedł czas na przerwę w rozgrywkach spowodowaną rozgrywkami Pucharu Ekstraklasy. Naszym ćwierćfinałowym rywalem była ekipa Arki Gdynia, z którą postanowiłem zmierzyć się w rezerwowym składzie. Dwumecz z Arkowcami nie wyszedł nam najlepiej. Najpierw przegraliśmy 1:2 na własnym boisku, a trzy dni później w Gdyni, Arka pokazała nam miejsce w szeregu wygrywając 2:0. Cóż, nasze rezerwy okazały się za słabe.
Po pożegnaniu się z Pucharu Ekstraklasy nie zamierzałem rozpaczać. W fatalnym nastroju byłem jednak po wyjazdowym spotkaniu z Odrą Wodzisław, która zupełnie nie przejmując się naszą dobrą dyspozycją, zaaplikowała nam cztery bramki i do Warszawy wracaliśmy ze spuszczonymi głowami. Wynik 4:0 był zasłużony, a bohaterem meczu został Maciej Korzym, który popisał się hat-trickiem. Porażka w Wodzisławiu zepchnęła nas na trzecie miejsce w tabeli, gdyż Legia i Lech w rundzie wiosennej po prostu szły jak burza. Po fatalnej porażce, nie miałem za dużo czasu, aby pozbierać drużynę do kupy. Już cztery dni później mieliśmy rozegrać arcyważny mecz z Górnikiem Zabrze o awans do kolejnej rundy Pucharu Polski. Obie ekipy zaczęły bardzo powoli i spokojnie, bojąc się o stratę głupiej bramki. Na szczęście w piłkarskich szachach nieco lepsi okazali się moi podopieczni, którzy dzięki trafieniu Tomasza Jodłowca w 89. minucie i zwycięstwu 1:0 mogli świętować awans do kolejnej rundy.
Po olbrzymich emocjach, których dostarczył nam dwumecz z Górnikiem Zabrze, w lidze musieliśmy stawić czoła całej wielkiej trójce. Po kolei naszą formę mieli sprawdzać: Legia Warszawa, Lech Poznań, a na końcu Wisła Kraków. Byłem świadomy, że właśnie te trzy spotkania zadecydują o końcowym układzie tabeli. Derby przy ulicy Konwiktorskiej od początku prowadzone były pod dyktando Legii, którą trener Urban wyśmienicie przygotował do rundy wiosennej. Nasza rozpaczliwa obrona przynosiła dość długo efekty, lecz w 57. minucie Takesure Chinyama dopiął swego i pokonał interweniującego Sebastiana Przyrowskiego. Po stracie gola, nie byliśmy w stanie się podnieść i mecz zakończył się przykrą porażką 0:1. Przegrana z odwiecznym rywalem oznaczała, że nasze szanse na mistrzostwo Polski pozostały czysto teoretyczne. Nieco podłamani przegraną wyszliśmy na mecz z Lechem Poznań. Mimo przewagi własnego boiska i dużo lepszej gry niż podczas spotkania z Legią, po raz kolejny nie udało nam się wygrać. Remis 0:0 oznaczał, że układ w tabeli nie zmienił się. Pierwsza była Legia, drugi Lech, trzecia Polonia, lecz czwarta Wisła Kraków zaczęła niebezpiecznie się zbliżać. Wyjazdowa potyczka z Białą Gwiazdą miała więc kolosalne znaczenie. Ewentualna porażka spowodowałaby spadek na czwarte miejsce, które zdecydowanie mnie nie zadowalało. 25 kwietnia szczęście jednak było po naszej stronie. Mimo nie najlepszej gry i słabej postawy naszych napastników, udało nam się wygrać 2:0, lecz olbrzymi wpływ miała na to czerwona kartka, którą już w pierwszej połowie ujrzał Marek Zieńczuk. Zwycięstwo nad Wisłą zdecydowanie przybliżyło nas do finiszu w tabeli na miejscu gwarantującym udział w Pucharze UEFA.
Przepustką do europejskich pucharów miał być także Puchar Polski. W półfinale mieliśmy zmierzyć się z teoretycznie łatwym rywalem - bytomską Polonią. Pierwszy mecz rozgrywaliśmy przed własną publicznością i bardzo ważne było, aby dobrze wypaść. Niestety, mimo bramki Krzysztofa Bąka nie mogłem być szczęśliwy, gdyż odpowiedź w postaci trafienia Podstawka była bardzo bolesna. Remis 1:1 oznaczał, że to bytomianie byli w nieco lepszej sytuacji przed rewanżem, a ja miałem kolejny powód do zmartwień. Naszą nie najlepszą formę potwierdził mecz z Arką Gdynia. Mimo że wygrywaliśmy już 2:0, pozwoliliśmy sobie wbić dwie bramki i pod koniec meczu na tablicy wyników widniało 2:2. Wpadka z Arką oznaczała jedno - walka o trzecie miejsce w lidze będzie trwała do końca. Zapominając o kiepskim spotkaniu przy ulicy Konwiktorskiej, pojechaliśmy do Bytomia na rewanżowe spotkanie Pucharu Polski. Zaczęliśmy nieźle i z każdą minutą nasze akcje były coraz groźniejsze. Na trafienie Daniela Mąki, szybko odpowiedział Jakub Zabłocki i kiedy wydawało się, że będziemy świadkami dogrywki, Ivanovski świetnie wypatrzył wybiegającego na czystą pozycję Fuentesa, który tuż przed końcowym gwizdkiem pokonał rozpaczliwie interweniującego Peskovica. Rezultat 2:1 utrzymał się do końca i pozostał nam tylko finał, w którym mieliśmy zmierzyć się z krakowską Wisłą.
Powrót na boiska ligowe znowu nam nie wyszedł. Mimo że przed meczem z ŁKS byliśmy murowanymi faworytami, musieliśmy zadowolić się wynikiem 1:1. Spotkanie ze Śląskiem Wrocław na własnym boisku było dla mnie wyjątkowo trudne i to wcale nie dlatego, że przeciwnik był bardzo wymagający. Cztery dni po ligowym meczu rozgrywałem finał Pucharu Polski i musiałem podjąć ważną decyzję, czy dać odpocząć swoim najważniejszym zawodnikom. Sytuacja w lidze również nie była za ciekawa, gdyż dwa punkty za nami była Wisła Kraków. Po długich namysłach, zdecydowałem się jednak zaryzykować i zaufać rezerwowym zawodnikom. Zaczęliśmy nieźle, lecz wraz z upływem czasu do głosu zaczęli dochodzić goście. Kiedy w 68. minucie Ulatowski pokonał Majdana, byłem zrozpaczony. Na szczęście drugi garnitur Polonii pokazał, że potrafi walczyć. Bramki Kaźmierowskiego i Gajtkowskiego dały nam zwycięstwo 2:1, które dzięki remisowi Wisły, zapewniło nam trzecie miejsce w lidze.
Wypoczęci i w świetnych nastrojach stawiliśmy się na Stadionie Śląskim w Chorzowie, aby rozpocząć bój o prestiżowe trofeum, jakim niewątpliwie był Puchar Polski. Rozpoczęliśmy bardzo dobrze. Powoli konstruowaliśmy akcje, lecz brakowało nam wykończenia. Odpowiedzi Wisły były bardzo chaotyczne i niezbyt groźne. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy remis. W drugiej połowie mecz się nieco wyrównał, lecz szczęście uśmiechnęło się do mojej drużyny. W 73. minucie świetnie wykonany rzut rożny dał nam bramkę autorstwa Tomasza Jodłowca. Wisła ruszyła do frontalnego ataku i ku uciesze naszych fanów, szybko nadziała się na kontrę. W 85. minucie piłkę do siatki wpakował Filip Ivanovski i wydawało się, że jest po zawodach. Nerwowo zrobiło się jednak na kilkanaście sekund przed końcem meczu, kiedy kontaktową bramkę zdobył Andrzej Niedzielan. Wisła rzuciła się jeszcze do ostatnich ataków, lecz nic nie była w stanie zrobić. Polonia Warszawa - Wisła Kraków 2:1! Polonia z Pucharem Polski!
Triumf w tych prestiżowych rozgrywkach świętowaliśmy krótko, gdyż już trzy dni później musieliśmy zjawić się w Gdańsku, aby rozegrać ostatni mecz sezonu z Lechią. Wiedziałem, że to spotkanie nie zmieni już nic w tabeli, lecz chciałem godnie pożegnać się z rozgrywkami. Wynik 0:0 nie zadowolił nikogo. Mecz był nudny jak flaki z olejem i chyba najlepiej o nim szybko zapomnieć.
Podsumowanie:
Triumf w Pucharze Polski i trzecie miejsce w lidze niewątpliwie cieszą. Szczególnie sukces w tych pierwszych rozgrywkach wprawił w zachwyt zarówno mnie, cały zarząd, jak i kibiców. Uważam, że sezon 2008/2009 w wykonaniu Polonii Warszawa był bardzo udany. Świetnie funkcjonowała defensywa, która dzięki takim zawodnikom jak: Tomasz Jodłowiec, Vlade Lazarevski, Marek Sokołowski, czy strzegący naszej bramki Sebastian Przyrowski, była monolitem ciężkim do przejścia. Świetny sezon rozegrał Radosław Majewski, który dzięki dwunastu asystom stał się jednym z lepszych pomocników w ligowej hierarchii i wygrał plebiscyt na najlepszego piłkarza sezonu w rankingu kibiców. W ataku mieliśmy niezawodnego Francisco Fuentesa, którego transfer był strzałem w dziesiątkę. Obywatel Salwadoru do końca walczył o koronę króla strzelców, lecz zniżka formy pod koniec sezonu spowodowała, że ten tytuł powędrował do Takesure Chinyamy.
Oczywiście znalazłem także minusy. Nie najlepsza kondycja naszych finansów sprawia, że w okresie przygotowawczym możemy zapomnieć o spektakularnych transferach. Będę zmuszony raczej rozejrzeć się za młodymi piłkarzami, którzy przyjdą do nas za symboliczną opłatą. Zastanowić się muszę także nad faktem spadku formy w rundzie wiosennej. Szczerze mówiąc, myślałem, że jako królowie jesieni, na wiosnę będziemy się bić o mistrzostwo, lecz Legia i Lech były zdecydowanie poza naszym zasięgiem. W następnym sezonie postaram się nieco inaczej przygotować zespół do rundy rewanżowej.
W Polsce sezon udany był głównie dla drużyn z Warszawy. Legia sięgnęła po mistrzostwo Polski i Puchar Ekstraklasy, a my zdobyliśmy Puchar naszej ojczyzny. Najbardziej rozczarowani mogą się czuć kibice Wisły Kraków, która zajęła zaledwie czwarte miejsce i daleka była od obrony tytułu. Zrozpaczeni także powinni być kibice Górnika Zabrze, który uległ Koronie Kielce w barażu o Ekstraklasę i za rok będzie musiał walczyć na pierwszoligowych boiskach.
W Europie triumfował Manchester United, który rozbił w finale Ligi Mistrzów Real Madryt 2:1. Puchar UEFA pojechał do Włoch, a konkretnie do Mediolanu, który w finale pokonał 2:1 Atletico Madryt i mógł zacząć świętować.