Październik, nawet w wiecznie słonecznym Monte Carlo, przyniósł falę chłodu. Kiedy temperatura spadła poniżej 15 stopni Celsjusza, na ulicach można było dostrzec jedynie turystów zwiedzających miasto, obcokrajowców mieszkających w tym ekskluzywnym kurorcie oraz zapaleńców uprawiających sport. Rodowici mieszkańcy Księstwa z miejsca mogli odróżnić „swoich” od przyjezdnych. Dla przykładu stary Harris, którego spotkałem w drodze do ośrodka treningowego La Turbie - rodowity Irlandczyk, właściciel Flashmans’a, a od niedawna mój serdeczny przyjaciel. Od rana krzątał się po ulicach Monte Carlo w poszukiwaniu inspiracji na wieczorną kolację. Małże, krewetki, ośmiornice, kalmary, a nawet kawior - wypróbowane metody nie robiły już wrażenia na wykwintnych gościach, którzy od czasu do czasu spraszani byli do największej meliny w Księstwie. Z racji tego, że na próżno można u mnie szukać pierwiastka Makłowicza, postanowiłem pozostawić starego Irlandczyka jego własnym rozterkom, a samemu ruszyć na długi spacer w kierunku ośrodka. Przybyłem w najlepszym momencie – grupka juniorów właśnie kończyła zajęcia techniczne i była gotowa na dwugodzinny maraton ulicami Monte Carlo. Nikt nie lubił tego etapu ćwiczeń, ale aby podnieść ich nieco na duchu, sam przywdziałem buty do joggingu i wraz z juniorami wyruszyłem stałą trasą – w dół do Monte Carlo i brzegiem morza mijając pod drodze Stadion Ludwika II, port Fontvielle, by rozejść się dopiero przy budynku Cafe de Paris. Po takiej dawce świeżego powietrza, wieczorne spotkanie Stade de Reims było prawdziwą ucztą.
Czerwono - biali rozpoczynali październik od wyjazdowego spotkania z Celrmont, które było transmitowane przez ogólnokrajową telewizję. Dzięki temu mogłem cieszyć się widowiskiem w zaciszu swego pokoju hotelowego. Skład na to spotkanie był dosyć eksperymentalny, gdyż kilku zawodników podstawowej jedenastki wypadło z rytmu meczowego na skutek kontuzji. Między słupkami jak zawsze stał Johan Liébus a czteroosobowy blok defensywny stanowili: Johann Truchet, Julien Ielsch, Habib Baldé oraz Sofyane Cherfa, który wskoczył do składu ze względu na uraz Alexandre Barbiera i Henrique. Drugą linię tworzyli: Abdelsam Akouzar, Malek Aït–Alia oraz Ali Yachir, a dwójkę ofensywnych pomocników: Yann Kermorgant i Zahir Zerdab. Jednym wysuniętym napastnikiem był Cédric Fauré, który ostatnimi czasy dość regularnie punktował rywali. Mój największy niepokój budziła absencja mózgu drużyny - Juliena Féreta, który zmagał się z przeziębieniem.
Jego nieobecność od razu dała się we znaki, bowiem ani Yann Kermorgant, który de facto jest rasowym napastnikiem, ani tym bardziej Zahir Zerdab nie rwali się zbytnio do rozgrywania. Mimo to już w 19. minucie Cédric Fauré pokonał bramkarza rywali wykorzystując prostopadłą piłkę od Abdelsama Akouzara. Jednak niedługo potem gospodarze zerwali się do ataku i wykorzystali wysuniętą linię defensywną. Prostopadłe podanie od Benoîta Lesomiera dotarło do Jèrôme Lemoigne, który delikatnie podciął futbolówkę nad wychodzącym bramkarzem i na tablicy znowu zagościł wynik oznaczający zupełne status quo. Stade de Reims wyraźnie spasowało po wyrównującym trafieniu gospodarzy i zupełnie oddało inicjatywę rywalom. To poskutkowało trafieniem w 37. minucie Ludovica Clèmenta. Ojciec szalał przy linii końcowej starając się zmotywować zawodników do wysiłku, który przyniósłby wyrównanie i pozwolił wyjść na drugą połowę ze spokojem. Jego wrzaski najwyraźniej usłyszał Abdelsam Akouzar, który przeprowadził szaleńczy rajd lewą stroną. Marokańczyk lekko ściął do środka boiska i starą sztuczką „na zamach” położył przylepionego do niego obrońcę. Całość została zwieńczona atomowym uderzeniem pod poprzeczkę bramki strzeżonej przez Mickaëla Fabre.
Drugą połowę można było zacząć z czystą kartą, bez konieczności desperackiego odrabiania wyniku. To pozwalało usystematyzować grę już w pierwszych minutach po gwizdku oznaczającym kontynuację spotkania. Tempo spotkania nieco siadło, ale wciąż była to pierwszorzędna rozrywka dla wszystkich widzów zgromadzonych przed telewizorami. Dużo spokoju w szeregach Reims wnosił Malek Aït–Alia, który przechwytywał większość piłek zagrywanych środkiem pola. Dlatego też z biegiem czasu menedżer Clermont przeniósł ciężar gry na skrajne sektory boiska, a tutaj jakoś nie radziliśmy sobie już tak dobrze, jak w środkowej sekcji. Być może to konsekwencja ofensywnie usposobionych skrzydłowych, którzy rzadko kiedy zdążali z powrotem pod własne pole karne, albo też liczne zapędy skrajnych obrońców, sprawiły, iż w końcu Johan Liébus musiał spasować. Rajd lewą flanką Francka Chaussidière został zwieńczony celnym dośrodkowaniem wprost na głowę wychodzącego Samuela Darchy i choć stoperzy podnosili ręce domagając się uznania spalonego, sędzia Sandryk Biton wskazał na środek boiska. Reims po ciężkim boju musiało uznać wyższość rywala. Porażka była tym bardziej dotkliwa, że wynik do 87 minuty był kwestią otwartą.
Wieczorem odbyła się konferencja prasowa, która oczywiście poświęcona była tylko jednemu zagadnieniu – spornej sytuacji z feralnej minuty, która odebrała ojcu zasłużony punkt. Stary Thierry nie przebierał w słowach, a to z kolei nie spodobało się członkom wydziału dyscypliny francuskiego związku i oczywiście w następnym spotkaniu z Châteauroux ekipa Rémois miała zostać poprowadzona przez asystenta - Stèphane Guillemana. Incydent był szeroko komentowany w porannej prasie, a na domiar złego oliwy do ognia dolał prezes Jean – Pierre Caillot, który stanowczo zaprotestował przeciwko zwracaniu uwagi na klub i jednocześnie zaapelował, aby tego typu incydent już nigdy się nie powtórzył.

To tylko wzmogło uśpioną na moment lawinę niezadowolenia wśród ultrasów Rémois. Jean – Pierre Caillot nigdy nie był ulubieńcem kibiców, głównie z tego względu, że cały czas uchodził za biznesmana, który prezesurę traktował jak niedzielną zabawę. Wygrane w cuglach wybory na prezesa, oparte o wizję bogatego klubu, który na przestrzeni kilku sezonów jest w stanie nawiązać do lat swej świetności, nie sprawdziły się. Jedynym osiągnięciem prezesa była rozbudowa Stade Auguste Delaune, ale i tu można było doszukać się mankamentów. Największym argumentem w dyskusji były nie tyle wyniki, co polityka finansowa. Gdy dziennikarze krążyli wokół tego zagadnienia Caillot natychmiast czerwieniał na twarzy, jakby klubowy krawat zbyt mocno opasał jego szyję. Wody w usta nabierali też inni współpracownicy prezesa – Didier Pernin, Olivier Lètang czy Fabrice Havrey. Fakt był niezaprzeczalny – zarząd nie miał zielonego pojęcia o inwestycjach. Wszyscy zgodnie twierdzili, że najpierw niezbędna jest budowa odpowiedniej drużyny, aby odzyskać przynajmniej czołową pozycję w zapleczu Ligue 1, a później należy wybiegać w przyszłość. W ten sposób otrzymywaliśmy niepewną drużynę z niestabilnym budżetem, który z czasem będzie jeszcze bardziej chwiejny ze względu na wzrost kosztów eksploatacji obiektu. Reims skazane było na ciągłe balansowanie na granicy, jedyne sumy inkasowało wczesnym latem za zajęcie określonego miejsca w ligowej tabeli. Dodajmy tylko, że były to sumy z roku na rok coraz niższe. Nic dziwnego, że Internet aż trząsł się od nadmiaru grafik obrazujących niezbyt przychylny stosunek do prezesa.

Z poranną L’Equipe w dłoni i ze spuszczonym wzrokiem udałem się na poranny trening do ośrodka La Turbie na wzgórzach otaczających Monaco. Wszyscy czuli, że tego dnia będę miał wisielczy humor, toteż każdy z juniorów obecnych na treningu starał się przyłożyć do zadań, aby uniknąć gromów, jakie zapewne spadłyby na jego kark. Tak, miałem w sobie coś z despoty, a do tego lubiłem kogoś ochrzanić tylko po to, ażeby nieco sobie ulżyć… Wieczorem, na spotkaniu z juniorami Auxerre, widać było efekty porannego rozruchu, a moi podopieczni postanowili zrekompensować mi nieco piątkowy koszmar i odesłali przyjezdnych aplikując im dwa trafienia. Niestety, podobnego wyczynu nie powtórzyli seniorzy w domowej konfrontacji z PSG.
Wykluczenie mego ojca miało też swoje plusy. Wreszcie mógł osobiście udać się do Nantes, by obejrzeć w akcji kilku zawodników rekomendowanych przez Alexandre Lebeau. Akademia piłkarska Les Canaris cieszyła się doskonałą opinią we Francji i co roku wypuszczała spod swych skrzydeł ciekawe przypadki. Jednym z nich był Steven Thicot, którego zdążono już ochrzcić mianem drugiego Liliana Thurama. Rosły, bardzo dobrze zbudowany, a do tego stosunkowo szybki, obrońca był łakomym kąskiem dla kilku klubów, które starały się o pozyskanie tego zawodnika, choćby na zasadzie rocznego wypożyczenia. Na szczęście prezes Waldemar Kita, jak na Polaka przystało, był człowiekiem honoru i o kolejności zadecydowało złożenie ofert. W ten sposób Reims zyskało dobrego, środkowego obrońcę, który miał załatać dziurawą defensywę.

Kolejne weekendowe rozgrywki toczyły się bez udziału drużyn wchodzących w skład Ligue 2. Stade de Reims miało więc nieco czasu, żeby podszlifować formę i złapać wiatru w żagle. W tym czasie Monaco toczyło wyjazdowy bój w ramach 13. kolejki Ligue 1 z OSC Lille. Rywal również i tym razem okazał się zbyt mocny, a na dublet ustrzelony przez Ludovica Obraniaka zdołał odpowiedzieć tylko boczny obrońca Monaco - Fábio Santos. Seniorzy z Księstwa, po bardzo udanym wrześniu, postanowili sobie nieco odpocząć, ale to odbiło się na wynikach i na pozycji w ligowej tabeli, która – delikatnie mówiąc – nie satysfakcjonowała ani zawodników, ani zarządu, słowem nie wspominając o kibicach. Atmosfera w szatni zaczęła się coraz bardziej zagęszczać. Za to wśród ekipy juniorskiej panował względny spokój, który jednak został zmącony po konfrontacji z Martiques, z której moi podopieczni zdołali wywieźć zaledwie jeden punkt.
W kolejny piątek postanowiłem ponownie zebrać starą ekipę i, jak miałem poprzednio w zwyczaju, ruszyć do Flashmans’a, by przy kufelku Guinessa spokojnie podglądać poczynania Reims. Nie zdążyłem rozsiąść się na barowym stołku, kiedy to spiker wykrzyczał nazwisko jednego z graczy Châteauroux. Jak się później okazało, Sofyane Cherfa do spółki z Henrique zawalili sytuację, oglądając się na siebie, podczas gdy Mathieu Scarpelli spokojnie położył na łopatki Johana Liébusa i lekkim strzałem umieścił piłkę w siatce. Dziurawa niczym sito obrona Stade de Reims znowu dała o sobie znać i w głównej mierze ustawiła losy spotkania. Tak to już bywa, że jeśli w przeciągu kilku minut, kiedy jeszcze drzemią w człowieku pokłady sportowej złości, nie zrealizuje się zamierzonego celu, to upór i sportowa złość zamienia się w rozpacz i bicie głową w mur. To samo działo się z Reims tego dnia. Gracze uporczywie kreowali sobie dogodne sytuacje i za każdym razem je marnowali. Zaś rywal spokojnie schował się za podwójną gardą i czekał aż się wyszumimy. Błyskawiczna kontra zakończona pięknym lobem nad wychodzącym bramkarzem dała gospodarzom nadzieję, że po wznowieniu gry Reims nie zdoła podnieść rękawicy.
Stèphan Guilleman robił co mógł, aby odepchnąć widmo kolejnej porażki, a że oratorem był niezłym, to po wznowieniu spotkania szanse na uratowanie wyniku nieznacznie wzrastały. Wzrosły zdecydowanie szybciej w 47. minucie, kiedy nasza maszynka do strzelania bramek o nazwisku Kermorgant wreszcie się odblokowała. Płomyk nadziei, który powoli już dogorywał, nagle rozbłysnął na nowo. W przypływie euforii Guilleman popełnił kardynalny błąd – zapomniał zareagować na zmianę okoliczności spotkania. Wiadome było, że zaraz po kontaktowym trafieniu rywal rzuci się z pazurami na Reims, które myślami cały czas pozostawało przy wyniku 2-0 i nastawione było na zmasowany atak. Przy stabilnie grającej linii defensywnej obopólna wymiana ciosów mogłaby przynieść oczekiwane efekty, jednak Rémois nie posiadali zawodników umożliwiających realizację zuchwałego planu. Zaledwie kilka minut po trafieniu Yana Kermorganta, napastnik gospodarzy – Pappis Cissè pogrzebał nadzieje na korzystny rezultat ustalając wynik spotkania na 3-1.
Na osłodę pozostała mi ciekawa konfrontacja Monaco, które na własnym obiekcie podejmowało Marsylię. Trener Gomes bardzo skrupulatnie przygotowywał się na to spotkanie. W klubowym zaciszu krążyły pogłoski, jakoby obmyślił szatańską taktykę, która miała zagwarantować komplet punktów z Marsylią oraz dobre wyniki aż do zimy. Rzeczywiście, gracze Monaco prezentowali się zupełnie inaczej niż podczas konfrontacji z Lille, czy jeszcze wcześniej z PSG. Wzmocniony środek powodował, że rozgrywanie akcji było znacznie utrudnione i rywal automatycznie zmuszony był na przyjęcie stylu gry oferowanego przez Książęcych. Dosyć szybko padła też pierwsza bramka, bo po zaledwie 15. minutach Jérémy Ménez pokonał bramkarza przyjezdnych. Przez większą część spotkania Les Rouge et Blanc trzymali wyżej notowanego przeciwnika na dystans, co znalazło przełożenie w statystykach. W pierwszej połowie marsylczycy oddali tylko pięć strzałów na bramkę Flavio Romy, z czego tylko jeden zmusił golkipera do podjęcia interwencji. Obraz nie uległ zmianie w drugiej połowie, choć stopowanie rozzłoszczonych gości nastręczało coraz więcej problemów. Z biegiem czasu pole gry zostało kompletnie oddane, a sam Gomes przeprowadził szereg zmian, które miały zagwarantować dowiezienie wyniku do końca. Ta sztuka oczywiście nie mogła się powieść. Na 10 minut przed końcowym gwizdkiem Taye Taiwo popisał się swoim firmowym uderzeniem z trzydziestu metrów, odbierając Monaco nadzieje na komplet punktów.
Byłem zauroczony poczynaniami seniorów i choć nasza taktyka do tej pory zdawała egzamin niemal w 100 %, postanowiłem nieco poeksperymentować. Każdy z młodych zawodników w mig złapał mój pomysł na grę, z resztą wszyscy poprzedniego dnia mieli okazję obejrzeć spotkanie z Marsylią. Zagraliśmy podobnie, przez większą część spotkania nie dopuszczając juniorów Nimes pod własną bramkę. Dodatkowo trafienie Jacksona Mendesa w 15. minucie ustawiło przebieg konfrontacji, a już na pewno uczynił to gol do szatni autorstwa Djamela Bakara. Na dokładkę nasz nominalny, środkowy obrońca Cédric Mongongu popisał się nieprzeciętną umiejętnością gry w powietrzu, pokonując brakarza rywali po rzucie rożnym. Taktyczny skok w bok sprawdził się wyśmienicie i postanowiłem częściej przeprowadzać tego typu doświadczenia.
Końcówka października była bardzo intensywna. W czasie, kiedy Reims miało jeszcze nieco czasu na przygotowania do konfrontacji z Le Mans, Monaco zmuszone było stoczyć ligową potyczkę z Metz. Gomes jeszcze raz rzucił wszystko na jedną szalę i postanowił zastosować trick z poprzedniego spotkania. Tym razem rywal okazał się sprytniejszy i jako pierwszy zanotował trafienie. Co prawda po rzucie rożnym i to wykorzystując przewagę wzrostu środkowych obrońców, ale jednak to Monaco zmuszone było gonić wynik. Taktyka opracowana przez Gomesa jednak to umożliwiała i koniec końców, po trafieniu Chorwata - Jerko Leko, należało zadowolić się kolejnym podziałem punktów. Zamiast pewnych triumfów, Monaco odnotowywało kolejne remisy, które oddalały zespół od europejskich pucharów. Srogie spojrzenie trenera w kierunku zawodników mówiło wszystko…

Na takie rozstrzygnięcie liczyłem podczas naszego wypadu do Lyonu na konfrontację z juniorami lidera Ligue 1. Naszym orężem była taktyka, która sprawdziła się podczas poprzedniej konfrontacji, jednak zabrakło nam podstawowej broni – umiejętności. Nie ujmując nic juniorom z Księstwa, to jednak tego dnia stanowili oni wyłącznie tło dla fenomenalnie dysponowanego przeciwnika. Rezultat 4-0 był i tak najmniejszym wyrokiem, jaki mogliśmy otrzymać, mimo że stworzyliśmy sobie kilka dogodnych sytuacji, po których mogliśmy pokonać bramkarza Lyonu. Zawiodła skuteczność oraz brak dyscypliny, a po drugim trafieniu w oczy zajrzała panika, która scementowała nogi młodym zawodnikom, prowadząc za sobą widmo totalnej klęski.
Październik w Księstwie kończył się wyjazdową potyczką z drugoligowym Troyes w ramach Pucharu Ligi. Na tym etapie rozgrywek większość czołowych ekip dawała odpocząć podstawowym zawodnikom. Natomiast drugoligowe zespoły pokroju Reims czy Troyes zacierały ręce szykując podstawowy garnitur na sprawienie nie lada niespodzianki. Kiedy o godzinie 20:45 sędzia Philipe Kait gwizdnął po raz pierwszy, nikt nie spodziewał się tego, że po 90 minutach rywalizacji niżej notowana drużyna odeśle Monaco do domu i to z pakietem trzech bramek!

Na podobną niespodziankę liczono w Reims, które mierzyło się z Le Mans. Po ostatnich wybrykach ekipy szkoleniowej Rémois, to goście byli stawiani w gronie faworytów do awansu. Nie barowało też szaleńców, którzy liczyli na przełamanie serii dwóch porażek właśnie w konfrontacji z wyżej notowanym przeciwnikiem. Może dlatego, że każdy we Francji zdawał sobie sprawę z tego, jak nieprzewidywalne są rozgrywki Pucharu Ligi i że grono ścisłych faworytów w rzeczywistości nie istnieje. To oczywiście tworzyło pewną otoczkę optymizmu w przygnębionym słabszymi wynikami Reims.
Rzeczywistość okazała się nader brutalna. Goście szybko opanowali środek boiska, spychając Rémois do desperackiej obrony. Kilka razy przerwali szczelne zasieki, doprowadzając mego ojca o palpitacje serca. W końcu – po ponad trzydziestominutowym oblężeniu - Johan Liébus skapitulował. Doświadczony bramkarz nie zdążył się jeszcze dobrze ocknąć, zanim Mammadou Samassa dołożył jeszcze jedno trafienie, czym zupełnie pogrzebał morale drużyny.
Nadziei trzeba było upatrywać w drugiej połowie, jednak dwubramkowa przewaga, przy niemal zerowej aktywności Reims, wydawała się przeszkodą nie do pokonania. Aby ożywić nieco boczne sektory boiska, w miejsce Nabila Taidera delegowano Sylvaina Didota, który znacznie lepiej radził sobie na pozycji ofensywnego pomocnika operującego bliżej lewej flanki. To właśnie po tamtej stronie zawiązał się atak, który przyniósł kontaktowe trafienie. W rolę egzekutora wcielił się Abdelsam Akouzar, który złamał atak do środka i atomowym uderzeniem umieścił piłkę w siatce. Mieliśmy jeszcze 40 minut na doprowadzenie do wyrównania. Ojciec chciał pójść za ciosem i nakazał jeszcze bardziej ofensywną grę. Czteroosobowy blok defensywny został przesunięty bliżej środka boiska i miał za zadanie łapać napastników na spalonym. Zawężenie pola gry znacznie ułatwiło konstruowanie ataku pozycyjnego. Niemal do końca spotkania trwała dominacja Reims, która od czasu do czasu przerywana była sporadycznymi wypadami Mamadou Samassa lub Tùlio de Melo. W większości przypadków para stoperów Habib Baldé oraz Steven Thicot niwelowała te ataki poprzez pułapki ofsajdowe. W jednym momencie, już pod sam koniec spotkania, przysnęli i Mamadou Samassa stanął oko w oko z Johanem Liébusem, którego pokonał strzałem prosto w okienko. Rémois pozostał niedosyt, frustracja spowodowana garścią niewykorzystanych sytuacji oraz skromna gratyfikacja finansowa za dotarcie do czwartej rundy Pucharu Ligi.
Spotkaniem z Le Mans ekipa Reims kończyła upokarzający miesiąc październik. Upokarzający z kilku względów, a głównie z powodu wyników. Dość powiedzieć, że na trzy rozegrane spotkania, każde kończyło się porażką. Atmosfera dodatkowo uległa pogorszeniu po idiotycznym wystąpieniu prezesa, które znacznie zawęziło, i tak już minimalne, grono jego zwolenników. Ciemne chmury nie omijały też południa Francji. Ekipa Ricardo Gomesa odnotowała podobną serię, w pięciu spotkaniach inkasując jedynie 2 punkty. To sprawiło, że marzenia o europejskich pucharach należało odłożyć na kolejny sezon i coraz częściej trzeba było spoglądać za siebie. Jednie juniorzy, mimo iż podłamani druzgocącą klęską z Lyonem, trzymali fason i z podniesionym czołem mogli przemierzać kręte uliczki Monte Carlo.