Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Dwie siostry (cz.1)

Były dwie siostry: noc i śmierć
Śmierć większa, a noc mniejsza
Noc była piękna jak sen, a śmierć
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Konstanty Ildefons Gałczyński
Ballada o dwóch siostrach


Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Bo gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas.

Fryderyk Nietzsche

***

Nazywał się Piotr Pawłowski i, choć za chwilę miał umrzeć, stał właśnie całkowicie nieuświadomiony przed drzwiami do swojego mieszkania i kręcił kluczem w zamku. Odkąd wszedł do bloku, mówił sobie, że już tylko sekundy dzielą go od zasłużonego odpoczynku po całym dniu długiej i wyczerpującej pracy. Chwilę później stał już w kuchni i wkładał do mikrofalówki wyjęty z lodówki talerz, na którym leżał przygotowany przez jego żonę schabowy z ziemniakami. Czyli to samo co wczoraj. Razem z Hanią byli bardzo zajętymi ludźmi, więc życie w pośpiechu – a w zestawie odgrzewane obiady, jedzenie tego samego dania kilka dni pod rząd i inne takie – nie było dla nich czymś niezwykłym.

Gdy Piotr Pawłowski grzecznie i zgodnie z planem usiadł przy stole, postanowiłem rozpocząć przedstawienie. Szybko wyszedłem z cienia i cichutko stanąłem za jego plecami. Pozwoliłem mu jeszcze przełknąć ostatniego gryza w jego życiu, a potem mocno chwyciłem za gardło, dokładnie tak, jak ćwiczyłem tysiące razy wcześniej. Co zrozumiałe i oczywiste w jego sytuacji, zaczął się wiercić i walczyć o życie… Auua! Pawłowski, naprawdę nie widzę potrzeby machania mi tym widelcem koło twarzy! Zapłaci pan za to już zaraz, za niedługo, za momencik… teraz.

Piotr Pawłowski legł nieprzytomny na krzesło.

***

Pawłowski otworzył oczy i spróbował się podźwignąć. Bez skutku - idealnie przywiązałem go do stołu, dokładnie tak, jak ćwiczyłem milion razy przed „godziną zero”. Spróbował krzyknąć, ale taśma na ustach skutecznie go uciszyła. Nic nie mogło pójść nie tak... nie dzisiaj.
– Nie ruszaj się. Nie masz po co – powiedziałem wstając z krzesła. Pawłowski wzdrygnął się przestraszony i powoli odwrócił głowę w moją stronę.
– I tak nie wyjdziesz z tego żywym. Nie dzisiaj.

Zamknął oczy. Delektowałem się jego strachem, ale było mi go mało, ciągle mało… chciałem więcej. Nic się wtedy nie liczyło, tylko jego strach – on tłumił wrzeszczącą od lat żądzę krwi, on jeszcze utrzymywał Pawłowskiego przy życiu i to on dawał mi siłę, dzięki której powstrzymywałem się przed zarżnięciem go bez uzyskania ostatecznego dowodu. Musiałem usłyszeć go z jego ust – należał mi się po tylu latach nieustającego cierpienia… Tak samo jak należał mi się jego paniczny strach. Podszedłem bliżej i nachyliłem się ku niemu.

– Spójrz na mnie… – szepnąłem.
Nie usłuchał. Złapałem go za głowę i powoli, lecz stanowczo, obróciłem ją w moją stronę. Wyglądał na człowieka, któremu była potrzebna szczera rozmowa twarzą w twarz…

– Spójrz na mnie.
Wstrząsnął nim dreszcz, ale zdołał jakoś unieść powieki. W jego brązowych oczach bez trudu ujrzałem błaganie, prośbę, której nie mogłem spełnić i... coś jeszcze.

- Co ja ci zrobiłem? – pytał żałośnie, nie otwierając w ogóle ust.
- Pamiętasz mnie? – zapytałem, oblizując lubieżnie wargi.
Pokręcił przecząco głową. Nic dziwnego, że nie pamiętał. Bardzo się zmieniłem od czasu naszego pierwszego spotkania i to on był przyczyną, a także powodem tej zmiany… Nachyliłem się jeszcze bardziej, tak by móc mu szepnąć do ucha małe co nieco i odświeżyć pamięć.

– Dziesięć lat temu. Wrocław. Trzydziesty pierwszy sierpnia… – mówiłem coraz szybciej, tracąc powoli panowanie nad sobą. – Czteroosobowa, szczęśliwa rodzina… Ty i twoich pięciu kolesi… – Gwałtownym ruchem zerwałem taśmę z jego ust. – Pamiętasz mnie?!
– Nie! – odpowiedział zadziwiająco żałośnie i cicho.
– Nie?
Nie pamiętasz mnie, Pawłowski? Nawet po tym, jak podałem ci szczegóły dnia, w którym się poznaliśmy? Zupełnie się tego nie spodziewałem, przyjacielu, i cały mój entuzjazm w związku z twoją osobą opadł w jednej chwili… Wiesz, co to oznacza, prawda?...

– Trudno, chociaż szczerze przyznam, że spodziewałem się po tobie więcej, o wiele więcej… – rzuciłem od niechcenia.
Zostawiłem go na chwilę – w końcu mogłem sobie pozwolić na ten luksus, nie wyglądał przecież na osobę, która gdzieś się wybierała. Ruszyłem do stołu kuchennego, na którym leżał i spokojnie czekał na swoją kolej inny bohater dzisiejszego przedstawienia – narzędzie, którym dopełnię dzieła, którym pozbawię świata problemu, jakim jest, czy może raczej był, Piotr Pawłowski. Nóż. Dla pewności naciągnąłem jeszcze raz – ostatni raz – gumowe rękawiczki, które miałem na rękach. Sprawdziłem czas… dwie godziny do powrotu jego żony…

– Co robisz? – usłyszałem przerażony szept, dobiegający z ust czegoś, co leżało na stole i co, praktycznie rzecz biorąc, można już było określić trupem.
Powoli, niespiesznie wróciłem do mojej zdobyczy. Gdy Pawłowski zobaczył, co trzymam w rękach, stracił resztki rozpaczliwej nadziei, oczywiście, o ile trochę mu jej zostało, od kiedy zacząłem się nim opiekować.

– Pamiętam, już pamiętam! – Gorączkowy, szybki głos. Było mi go odrobinę szkoda, bo nie wiedział, że nic go już nie uratuje. Nie zamierzałem go uświadamiać. – Wrocław, trzydziesty sierpnia, tak, tak, pamiętam… rodzina… matka, ojciec i córka!... Tylko oni… nie było… nie pamiętam nikogo innego… uwierz mi, musisz mi uwierzyć… nie miałem wyjścia… zabiliby mnie, gdybym tego nie zrobił… strzeliłem tylko raz… to nie…

Dowód. Miałem swój dowód, a tym samym Pawłowski wydał na siebie natychmiastowy wyrok śmierci i po raz kolejny tamtego wieczora wszystko inne przestało się liczyć. Rzuciłem mojej ofierze ostatnie, znudzone spojrzenie i zacząłem przyglądać się przyszłemu narzędziu zbrodni. Nóż, taki piękny, taki ostry, taki funkcjonalny… Delektowałem się chwilą.

– …zmieniłem się, naprawdę! Rzuciłem to rok po tym… wyrzuty sumienia… koszmary… – Przerwał na chwilę i postanowił chwycić się ostatniego koła ratunkowego. – Przykro mi… naprawdę…
- Przykro ci?!
– …weź co chcesz… pieniądze… samochód… kartę kredytową… wszystko weź, tylko mnie zostaw… tylko mnie zostaw…
Zaczął płakać? Nie wiem. Nie obchodziło mnie to. Nie patrzyłem. Przykro mi – tak powiedział. Tobie jest… przykro? Och… To zmienia postać rzeczy, nieprawdaż? Wywraca ją do góry nogami, wyciąga na lewą stronę, ujmij to jak chcesz, panie Pawłowski.

– …było ich troje, nie czworo…
Ostrze noża błysnęło i polała się krew… Było ci przykro? Bo mi nie.

***

Zaszczyciłem ostatnim spojrzeniem worek, w którym znajdowały się szczątki pana Piotra Pawłowskiego i zamknąwszy uprzednio bagażnik, usiadłem przed kierownicą samochodu zaparkowanego kilka ulic dalej od domu nieboszczyka.

Miasto spało. Och… Cisza i spokój to wszystko, czego mi potrzeba po wykonaniu porządnej roboty. Naprawdę. Blask mijanych po drodze lamp tańczył wesoło na szybie, a ja powoli odpływałem w mroczne zakamarki własnej świadomości, by zrobić krótkie podsumowanie dzisiejszego, jakże aktywnie spędzonego wieczoru.

Więc najpierw rzeczy pierwsze i najważniejsze, te które zaczęły całą sprawę i prowadzą ją do nieuchronnego końca, które sprawiły, że w bagażniku mojego samochodu leżały zwłoki Piotra Pawłowskiego i które, mam nadzieję, w niedalekiej przyszłości sprawią, że będą leżeć tam kolejne. Rzeczy mające swój początek dziesięć lat temu.

Droga, po której jechałem, była pusta. Oczywiście, można by o niej powiedzieć jeszcze kilka innych rzeczy – przykładowo było w niej pełno dziur – ale fakt, że nie jechał po niej nikt prócz mnie, był najlepiej widoczny. Ja również byłem pusty, tam głęboko w środku. Wszystkiego czym mogłem się cieszyć, czym mogłem czuć, co mogłem czuć, pozbawili mnie dziesięć lat temu Pawłowski i jego koledzy. Trzydziestego pierwszego sierpnia tamtego roku przybyli niespodziewani goście i wywrócili moje życie do góry nogami. A taty, mamy i siostry go pozbawili. Kulami wystrzelonymi z pistoletu.
Sześć długich lat zajęło mi odnalezienie i poznanie sprawców, sześć długich lat zastanawiałem się, z jakiego powodu rozbili moją rodzinę, sześć długich lat układałem dla każdego z nich pokutę za życie, którego mnie pozbawili.

Pawłowski… Kosteński… Kradecki… i Orsowski. Zapamiętam te nazwiska już do końca. Czego?

Kim jestem? Nie wiem. Mówię szczerze. W ciągu tych sześciu długich lat stałem się tym, kim jestem obecnie – potworem, którego jedynym celem, jedyną motywacją, jedyną możliwością była zemsta. Nie mogłem o niej zapomnieć, bo każdego ranka, gdy budzę się po kolejnej kamiennej, ciemnej i pustej nocy, przed oczami stają mi twarze osób, które kochałem i które niegdyś kochały mnie. Nie mogłem odpuścić, bo przez Pawłowskiego i spółkę już nigdy więcej nie miałem możliwości schować mojej dłoni w ciepłych dłoniach mojej mamy. Kimże bym był, gdybym zapomniał, gdybym odpuścił? Nikim, tylko szczątkami rozbitego z premedytacją naczynia. Co by mi wtedy zostało? Nic, tylko pustka i ciemność. Czy sądzę, że zemsta cokolwiek zmieni?
Znowu – nie wiem. Ona, resztki Pawłowskiego w bagażniku i samotny domek gdzieś na wsi – to wszystko, co mi zostało. Jestem bezimienną personifikacją zemsty, mojej osobistej vendetty i nic innego się nie liczy, nic nie ma znaczenia – w tym także moje poprzednie miano.

Osinówek - cel mojej podróży, był wioską zamieszkaną przez kilka rodzin na krzyż, przeważnie z trudem wiążących koniec z końcem. Jakiś czas temu stał się również moją bazą wypadową – po śmierci dziadków, tato odziedziczył w spadku ładny i zadbany dom, który mieścił się zaraz po pogiętym znaku głoszącym przybyszom, przez jakie, zapomniane przez Boga, miejsce właśnie przejeżdżali. Po pamiętnym trzydziestym pierwszym sierpnia stał się on moją własnością i bardzo go polubiłem, szczególnie, że w zestawie był duży ogród, po którym mogłem przechadzać się całymi godzinami. Dosłownie.

Jednak domem był dla mnie tylko w znaczeniu budynku. Dom - miejsce, do którego zawsze można powrócić, w którym czekają kochające cię osoby i który jest tylko jeden, jedyny, utraciłem na zawsze i już nigdy go nie odzyskam. Tak jak wielu innych rzeczy. Nie wiem, czy się nie powtarzam – teraz, czy w tych momentach opowieści, które dopiero nadejdą – ale przecież tak faktycznie było…

Dojechałem do Osinówka.

***

Wszyscy przyszli na pogrzeb. Był wiatr i szum, były gwiazdy, przyszły też noc, śmierć i sen, była trawa i ziemia, pot i zmęczenie, łopata i krew. No i oczywiście główny bohater całego przedstawienia – Piotr Pawłowski. Martwy. Wykopałem mu w lesie ładny grób, głęboki na metr i odpowiednio szeroki. Powinno mu być wygodnie. Zadbałem o wszystko – może i był zabójcą moich rodziców, ale ja miałem zasady, których mnie wyuczono i których zawsze się trzymałem. Zawsze.

Tak więc, Pawłowski stawił się na miejscu, a ja trwałem w bezruchu nad dziurą, w której leżał i przyglądałem mu się z pewnym… zakłopotaniem. Nawet kiedy kopałem – a kiedy wykonuję prace fizyczne zazwyczaj wyłącza mi się przycisk z napisem myślenie – czułem, że coś jest nie tak. Inaczej niż to sobie zaplanowałem. Teraz, kiedy on był martwy, jakimś dziwnym sposobem miał nade mną moralną przewagę, która nie pozwalała mi tak po prostu odejść i zostawić go w objęciach zimnej matki ziemi. Z braku laku zacząłem go grzebać, ale wiedziałem, że problem sam się nie rozwiąże i że wróci. Gdy skończyłem, poczułem się po prostu głupio.

Co mam ci powiedzieć, Pawłowski? Teraz, kiedy jesteśmy już na samym końcu? Że zniszczyłeś moje życie, a wraz z nim ostatnie bliskie mi osoby? Przecież wiesz, powiedziałem ci to prosto w twarz wtedy i wykrzykuję jeszcze raz! Leżysz sobie tam, na dnie tego dołu, zadowolony i z uśmiechem triumfu na zimnych ustach… Przegrałeś, umarłeś, zdaj sobie z tego wreszcie sprawę, śmierć jest twoją porażką, a moim zwycięstwem, dlatego że… ja… miałem… powody! Miałem swoją zemstę, miałem utracone życie do odzyskania! MIAŁEM CEL! ROZUMIESZ, PAWŁOWSKI?!

Tak, tak, Pawłowski wstał i rozumiał, a na dowód kiwał gorliwie głową, tak, tak, uspokój się. On nie żyje. Stało się to, co musiało się stać… pierwszy etap ukończony, uspokój się. Masz zasady, masz powody, masz cel i nie jesteś szalony. Przynajmniej nie aż tak.

Odszedłem. Noc kołysała Pawłowskiego do wiecznego snu.

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 13.03.2009

Liczba wyświetleń: 2673

Średnia ocen: 4.50



Komentarze
Dr.Strange
Dwie Siostry czytałem na łamach CM Forum, ale ta dłuższa forma zdecydowanie mi odpowiada, gdyż tam omijałem niektóre części i gubiłem się w fabule.

Bardzo się cieszę, że mamy Cię w naszych szeregach i liczę, że będziesz świetnym wzmocnieniem. Czekam na kolejne części.
13 marca 2009 22:57
Aston
Nieźle :) Na początku przyypominało mi Dextera :D
13 marca 2009 23:29
Czarol
Bardzo fajny tekst.
Myślałeś o pisaniu książek/kryminałów ?? XD
14 marca 2009 19:49
verlee
Może kiedyś. ;)
14 marca 2009 21:19
Łoker
Dobra przeczytałem to już kilka dni temu... ale co dalej!? no dawaj dalej:D tu ludzie umierają:P czekam z niecierpliwością:)))))
15 marca 2009 18:20
vv0ytekk
Ciekawe;] przypomina mi to historię Punishera;] bardzo;]
17 marca 2009 9:09


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu