Korsyka od zawsze kojarzona była z nieskazitelnie czystym morzem, skąpanymi w słońcu piaszczystymi plażami i hordami turystów, którzy w ciągu lata przewijali się przez ciasne uliczki Ajaccio. Kogo to dziwi, skoro w każdym folderze turystycznym witał nas taki obrazek:

Korsyka jaką zastałem nie była skąpana w słońcu. I choć morze dalej było nieskazitelnie czyste, to mało kto mógł to docenić, gdyż w listopadzie nad wysepką na Morzu Śródziemnym szalały burze. Był jeden pozytyw – miasto tętniło swoim własnym życiem, nie podsycanym gromadą turystów. Można było więc uzbroić się w parasol i ruszyć w kierunku przystani, a następnie odbyć godzinny spacerek brzegiem morza. I kiedy chwilami deszcz ustawał, robiło się niezwykle przyjemnie i w spokoju można było podziwiać cytadelę wzniesioną tuż nad brzegiem morza oraz rozsiane wokół niej strome klify.
Wieczorem czekała mnie jeszcze jedna atrakcja – wizyta na Stade François Coty, by podejrzeć zmagania Stade de Reims z AC Ajacco. Przystrojony w czerwono-biały szal i klubową koszulkę ruszyłem w kierunku obiektu. W planach miałem jeszcze wizytę w szatni Reims, by przywitać się z ojcem i zamienić słówko z piłkarzami. Zastałem ich akurat w chwili, gdy odbywała się ostatnia przedmeczowa odprawa. Wyglądało na to, że w obliczu październikowych niepowodzeń, ojciec postanowił przebudować nieco wyjściowy skład i zmienić taktykę. Sięgnął po wysłużone 4-4-2, które we Francji było dość rzadkim rozwiązaniem, ale stosowanym głównie przez silniejsze ekipy występujące w rozgrywkach kontynentalnych. Parę napastników stanowili Yann Kermorgant wraz z nominalnym rozgrywającym - Julienem Féretem. Opoką drugiej linii miała być para Nabil Taider oraz Badara Sène, wspomagani przez ofensywnie usposobionych skrzydłowych - Abdelsama Akouzara po lewej stronie oraz Ali Yachira po przeciwległej flance. Najwięcej problemów pozostawiała obsada dwójki stoperów. W końcu utworzyli ją Habib Baldé wraz ze Stevenem Thicotem. Po bokach wspierali ich Julien Ielsch oraz nasz kapitan - Alexandre Barbier. Między słupkami nie było innego kandydata do gry, jak nie Johan Liébus.
Widownia na Stade François Coty nie była zbyt liczna, ledwie powyżej trzech tysięcy zapaleńców przyszło obserwować poczynania Reims. Ci, którzy zdecydowali się zostać w domu nie mieli czego żałować. Przez całą pierwszą połowę trwała zażarta walka w środku boiska, która nie przyniosła jednak otwarcia wyniku. Na tym etapie konfrontacji można było zauważyć pewne oszołomienie graczy Reims spowodowane nieznajomością nowych rozwiązań taktycznych.
Nadzieją na uratowanie widowiska miała być pogadanka podczas przerwy, w trakcie której ostro nadszarpnięto ambicje zawodników. Thierry liczył na ich naturalny gniew i chęć ukazania, że się mylił. I rzeczywiście, dosadne słowa wypowiedziane w szatni sprawiły, że po gwizdku oznaczającym rozpoczęcie drugiej połowy, zawodnicy nabrali wiatru w żagle. Środek pomocy wreszcie wziął się za rozgrywanie akcji, ale napastnicy seryjnie je marnowali. Kiedy już wszyscy pogodzili się z bezbramkowym rezultatem, Thierry wpuścił na boisko swego asa w talii - Cédrica Fauré. Wątpiłem, by chimeryczny napastnik w przeciągu 10. minut mógł odwrócić losy spotkania, a jednak sprawił mi miłą niespodziankę. Zerwał się bocznemu obrońcy i zbiegając z akcją do środka boiska, wpadł w pole karne i przelobował wychodzącego bramkarza. Gospodarze próbowali jeszcze się odgryzać, jednak wynik bezpiecznie dowieziono do końca. Po bezbarwnym spotkaniu, okraszonym jedynie popisem nieskuteczności (8 na 11 strzałów było niecelnych), wywoziliśmy z zachmurzonej Korsyki komplet punktów.
W chwili, gdy wracałem z mojego krótkiego urlopu, Monaco szykowało się na ciężką przeprawę z RC Lens. Jak wyczytałem nazajutrz w L’Equipe, podopieczni Ricardo Gomesa rozpoczęli to spotkanie od mocnego uderzenia i już po 10. minutach gry, po strzale Frédérica Piquionne, piłka zatrzepotała w siatce. Lens od razu rzuciło się do odrabiania strat, ale wzmocniony środek boiska stanowił skuteczne zabezpieczenie przed atakami Razaka Boukariego czy Ignatio Scocco. Po odparciu pierwszej fali naporu, gracze Monaco przeszli do drugiego uderzenia. Przez dobre 10. minut bramkarz rywali raz po raz zmuszany był do ekwilibrystycznych interwencji. Vedran Runje był w swoim żywiole, i mimo że stoperzy co chwilę wpuszczali napastników Monaco w pole karne, to reprezentant Chorwacji zachowywał zimną krew. Skapitulował dopiero w 40. minucie, kiedy to po dośrodkowaniu z rzutu rożnego najwyżej wyskoczył Massamba Sambou. Po zmianie stron Lens zdołało uporządkować swoją grę, a ich menedżer zagęścił środek boiska, aby powstrzymać niesłabnący napór graczy Monaco. Od tego momentu goście stwarzali sobie coraz groźniejsze sytuacje, aż w końcu zmusili Flavio Romę do wyciągnięcia piłki z siatki. Przyjezdni poszli za ciosem i przeprowadzili szereg akcji bocznymi sektorami boiska, z których jedna przyniosła wyrównanie. Dokonał tego Ignatio Scocco, który wykorzystał mocne dośrodkowanie i strzałem z główki pokonał bramkarza Monaco. W odpowiedzi piłkarze z Księstwa wykorzystali rzut wolny, precyzyjnie egzekwowany przez Jerko Leko, który uratował trzy punkty. Gomes mógł być zadowolony, choć końcówka dała mu się mocno we znaki i z pewnością w zaciszu ławki trenerskiej zaczął obgryzać paznokcie.
Natomiast w Reims gryziono trawę, gdyż listopad był miesiącem, w którym Ligue 2 nadrabiała straty względem wyższej ligi. Terminarz ułożony był tak paskudnie, że spotkania rozgrywano w trybie trzydniowym. Po powrocie z Korsyki, piłkarzy Thierrego czekał krótki odpoczynek i kolejne zadanie – walka z Angers. Był to nieprzyjemny rywal, któremu zdarzały się fenomenalne spotkania z lepszymi przeciwnikami. Stąd też bezpieczniej było powrócić do starego ustawienia. Na szpicy ataku znalazło się miejsce dla Yanna Kermorganta, którego powoli wprowadzano w rytm meczowy. Parę ofensywnych pomocników utworzyli Abdelsam Akouzar i Julien Féret, którzy mieli być asekurowani przez Malka Aït–Alię. Lewą flankę zabezpieczali Sylvain Didot oraz Ludovic Liron, a po przeciwnej stronie delegowano Shivę-Star N'Zigou i Alexandre Barbiera. W środku defensywy partnerem dla Habiba Baldé był Sofyane Cherfa, gdyż Steven Thicot nie spisywał się zbyt dobrze w kilku ostatnich spotkaniach i należało dać mu nieco więcej czasu, aby mógł się lepiej zaaklimatyzować.
Od pierwszego gwizdka na Stade Auguste Delaune istniał tylko jeden zespół. Ekipa Angers długo nie mogła uporządkować swoich szyków w środkowej strefie boiska, dzięki czemu zupełnie oddała pole gry. Kiedy przewaga była już niepodważalna, zacząłem modlić się o skuteczność napastników, głównie patrząc przez pryzmat ich wyczynów w poprzedniej konfrontacji. Co i rusz rozszarpywaliśmy struktury obronne Angers, głównie poprzez stosowanie prostopadłych piłek zagrywanych na dobieg od Juliena Féreta w kierunku Yanna Kermorganta, ale nasz snajper jeszcze nie powrócił do dawnej dyspozycji. To wróżyło wyłącznie problemy, gdyż Cédric Fauré miał jeszcze większe problemy z celnością. Na szczęście napastnicy zostali wyręczeni przez pomocników, a konkretnie przez Abdelsama Akouzara, który w swoim stylu zbiegł ze skrzydła, spychając za sobą obrońcę i uderzył pod poprzeczkę bramki strzeżonej przez Davida Kleina. Od tego momentu grało się jeszcze łatwiej, akcje zyskały nieco polotu i wszystko zaczynało się zazębiać. Rywal był na kolanach, co było doskonale widoczne w statystykach pierwszej połowy. Przeciwnik tylko raz uderzył na bramkę Johana Liébusa, zaś my oddaliśmy ponad dziesięć strzałów, z czego pięciokrotnie zmuszaliśmy golkipera przeciwników do interwencji.
Kiedy Sèbastien Moreira zaprosił zawodników na kolejne 45 minut rywalizacji, byłem pełen obaw, mimo iż z obrazku nakreślonego przez graczy w pierwszej połowie wynikało, iż powinienem być raczej spokojny. Impas strzelecki napastników Reims był zatrważający, a jak wiadomo niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Po wznowieniu gry dało się zauważyć zaostrzenie gry, efektem czego była seria żółtych kartek dla trójki obrońców Angers. Ponadto, w 60. minucie brutalnego faulu w polu karnym dopuścił się Fabrice Levrat, przez co Shiva-Star N'Zigou musiał opuścić murawę na noszach. W zamian otrzymaliśmy rzut karny, pewnie wyegzekwowany przez kapitana - Alexandre Barbiera. Drugie trafienie tylko uwypukliło naszą dominację w tym spotkaniu, a że o wynik można było być spokojnym, to na boisku pojawili się zmiennicy – Thicot oraz Taider, zaś wcześniej, w miejsce kontuzjowanego Gabończyka, wszedł Senegalczyk Badara Sène.
Kontuzja skrzydłowego Rémois nie była jednak na tyle poważna, by wykluczyć go na dłużej z rozgrywek. Można było odetchnąć z ulgą, gdyż dobry zmiennik był niezwykle potrzebny, a zwłaszcza na tej pozycji. Wypożyczony ze Stransourga Ali Yachir miał tendencję do ostrej gry, a że dosyć ochoczo przychodził z odsieczą Alexandre Barbierowi, to równie często bywał przedmiotem obrad komisji dyscyplinarnej FFA.
Wyglądało na to, że kryzys został w porę zażegnany i cały zespół mógł w spokoju przystąpić do jednego z trudniejszych wyzwań – spotkania z Troyes, które znajdowało się w gronie ścisłych faworytów do awansu. Thierry ponownie postanowił sięgnąć po 4-4-2, a w pierwszej jedenastce zaszły pewne zmiany – partnerem w ataku dla Yanna Kermorganta został Cédric Fauré, a do środka pomocy oddelegowano Badara Sène. Aby wzmocnić siłę w defensywie, jako stopera ustawiono Malka Aït–Alię, który do tej pory był opoką w środku boiska, ale w razie konieczności mógł grać również jako środkowy obrońca.
Mecz zaczął się po naszej myśli, już w 6. minucie spotkania Yann Kermorgant wpisał się na listę strzelców wykorzystując prostopadłą piłkę na dobieg od Badara Sène. Miałem nadzieję, że jest to bodziec, który sprawi, że nasz etatowy łowca bramek wreszcie odnajdzie zagubioną po krótkiej kontuzji formę. Inaczej niż w niedawnym spotkaniu z Angers, rywal od razu podjął rzuconą rękawicę. Mimo wyraźnych protestów ze strony Thierrego Frogera, Stade de Reims cofnęło się w oczekiwaniu na ruch przeciwnika, przez co zupełnie oddało pole gry. Na szczęście wzmocniona defensywa całkiem dobrze radziła sobie z szarżami Christophe Meslina, a groźne strzały pomocników Troyes parował niezawodny Johan Liébus. Na dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy udało się wyrównać proporcje w środkowej strefie boiska, dzięki czemu zachowano względny spokój. Ten jednak został zmącony na sześć minut przed gwizdkiem. Jesper Mikklesen w starciu powietrznym bez pardonu powalił w polu karnym Yanna Kermorganta. Sztab medyczny natychmiast interweniował, ale zawodnik stracił przytomność i musiał opuścić płytę boiska na noszach. Taki prezent otrzymał od Duńczyka ledwie dzień po swoich 26 urodzinach. Przez moment zapanował chaos, zawodnicy rozpoczęli przepychanki, a ich główni aktorzy zostali obdarowani kartkami. Na płycie boiska pojawił się Julien Féret, który jeszcze raz miał wcielić się w rolę egzekutora. Tymczasem do podyktowanej jedenastki podszedł kapitan Alexandre Barbier i precyzyjnym strzałem zapewnił dwubramkową przewagę.
Po wznowieniu gry konfrontacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. I choć arbiter szastał kartkami, to żaden z boiskowych rozrabiaków nie odstawiał nogi. Tak to już jest, kiedy naprzeciw siebie stają dwie zacięte ekipy. Gra zaogniła się jeszcze mocniej w 60 minucie, kiedy to drugi nominalny napastnik - Cédric Fauré otrzymał cios łokciem prosto w łuk brwiowy. Fizjoterapeuci nie zdecydowali się na szycie na miejscu, a prowizoryczna czapka z bandaży nie gwarantowała powstrzymania krwotoku. Potrzebna była zmiana, więc obok Juliena Féreta zagrać miał Sylvain Didot, który nominalnie występował na pozycji lewoskrzydłowego. Formacja ataku, złożona z dwóch pomocników, nie mogła przynieść podwyższenia rezultatu, ale w obliczu tego rodzaju okoliczności, każdy liczył raczej na dowiezienie korzystnego wyniku. Dlatego też zespół został lekko cofnięty, nakazano grę na czas i operowanie krótkimi podaniami. To tylko rozsierdziło oponentów, którzy w obliczu totalnej kompromitacji sięgnęli po najlepszą metodę – agresję. Sędzia robił co mógł, aby powstrzymać zawodników od kolejnej bójki, ale kolejny brzydki faul jednego z obrońców w końcówce spotkania przepełnił czarę goryczy. Na płycie boiska wybuchła regularna przepychanka, zaś podirytowany Thierry ruszył w kierunku Jeana-Marca Furlana i gdyby nie sędzia techniczny, na Stade Aguste Delaune mogłoby dojść do skandalu. Arbiter Lionel Jaffredo natychmiast zakończył mecz, po czym, przy towarzyszących mu gromkich gwizdach, zniknął w tunelu. Agresja została wyładowana na pomeczowej konferencji, ale tym razem Thierry nie atakował sędziego, a menedżera przeciwników. Fakty były niezaprzeczalne – Kermorgant pojechał do szpitala, zaś dwójka zawodników odniosła nieco mniejsze urazy. Jean-Marc Furlan z pewnością delegował na płytę boiska prawdziwego killera, który miał wykluczyć z gry podstawowych zawodników Reims.
Plaga kontuzji przyszła w najmniej oczekiwanym momencie, gdyż terminarz nie dawał ani chwili wytchnienia i po trzech dniach odpoczynku, Reims czekała kolejna walka o punkty na własnym stadionie. Rywal miał być równie zaciekły jak Troyes, a w związku z kontuzjami skład nie mógł być najsilniejszy. Na szczęście łuk brwiowy Cédrica Fauré został szybko doprowadzony do stanu używalności i zawodnik mógł wystąpić w meczu ze Stade Brestois. Gorzej wyglądała sytuacja z Yannem Kermorgantem, który co prawda doszedł do siebie po wstrząsie, ale czekał go tydzień odpoczynku. Kilka dni przerwy miał również inny poszkodowany w tamtym spotkaniu - Julien Ielsch, tak więc w jego miejsce wprowadzono Oliviera Fontenette. Nieciekawa sytuacja wytworzyła się również na prawej flance. Shiva-Star N'Zigou leczył kontuzję, której nabawił się w meczu z Angers, zaś Ali Yachir naciągnął mięsień pachwiny podczas treningu i czekało go kilka tygodni przerwy.
Wyraźne braki kadrowe dały się tego dnia mocno we znaki. Prowizoryczna druga linia oraz na wpół zdrowy napastnik nie gwarantowały sukcesu. Priorytetem stała się gra na zero z tyłu i poszukanie szczęścia w indywidualnych akcjach lub przy okazji stałych fragmentów gry. Nie było to widowisko godne złamanego centa i to nawet za miejsce w loży VIP-ów na Tribune Henri Germain. Kiedy po 45 minutach sędzia Dominique Fraise oznajmił koniec pierwszej połowy, zawodników obydwu ekip żegnały gwizdy.
Widowisko nabrało rumieńców dopiero po wznowieniu gry. Seria ataków Reims, przeprowadzonych głównie prawą stroną boiska, gdzie operował Julien Féret, zakończyła się wyłącznie strzałami na wiwat. Następnie inicjatywę przejęli przyjezdni, którzy szturmowali bramkę Johana Liébusa, torując sobie drogę poprzez zagęszczony środek boiska. Tutaj jednak rozbijali się o nasze zasieki w postaci Abdelsama Akouzara, Badara Sène i Nabila Taidera, który wcielił się w rolę środkowego pomocnika. Pech nie omijał Cédrica Fauré, któremu po interwencji Marvina Martina, puścił jeden ze szwów i lepiej było, aby opuścił boisko. W jego miejsce wprowadzono prawego obrońcę, który zmienił na skrzydle Juliena Féreta, a ten z kolei jeszcze raz miał okazję wykazać się jako napastnik. Jednak Julien to przede wszystkim genialny rozgrywający, który zdecydowanie pewniej czuje się operując tuż za napastnikiem. Mimo tego, stworzył sobie kilka dogodnych sytuacji i oddał kilka celnych strzałów zmuszając Steeva Elanę do wysiłku. Wszyscy zgromadzeni na trybunach zgodnie sądzili, że bezbramkowy remis będzie najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem. Jednak pod sam koniec spotkania gola z rzutu rożnego zdobył Julien Viale i na odrabianie start było już zdecydowanie zbyt późno.
Chwiejna forma z pewnością była podyktowana częstotliwością rozgrywania kolejnych meczów i niezwykle krótką ławką rezerwowych. W konsekwencji ojciec musiał eksploatować niemal niezmienioną jedenastkę i to nawet w pojedynkach ze słabszymi zespołami. Dlatego też trudno było wyrokować, nie tyle rezultat spotkania, co samą postawę Rémois. Jako odskocznia od huśtawki formy Stade de Reims, czekało mnie wyjazdowe widowisko z Monaco w roli głównej. Na Stade de la route de Lorienne zebrał się komplet sympatyków Stade de Rennes. A był to zespół bardzo nieprzewidywalny, który w przeciągu ostatnich sezonów potwierdzał swoją pozycję tuż za ligowymi potentatami. Mimo iż wszyscy spodziewali się prawdziwego pokazu ofensywnego futbolu, to trenerzy obydwu ekip postawili jednak na grę na zero z tyłu. To zabiło widowisko, ale Gomes, po trafieniu Frédérica Piquionne z 75. minuty, zgarnął całą pulę, co umocniło zespół na 7. pozycji w ligowej tabeli.
Byłem lekko zniesmaczony widowiskiem, jakie zaproponowali podopieczni brazylijskiego szkoleniowca. Dlatego też z ogromną nadzieją patrzyłem w kierunku Reims, które ledwie trzy dni później czekał pierwszy od dłuższego czasu mecz wyjazdowy. Na nieszczęście w konfrontacji z Amiens rozjemcą miał być Lionel Jaffredo – cichy bohater meczu z Troyes, który przyzwolił przyjezdnym na wykoszenie bez konsekwencji trzech zawodników. Nic dziwnego, że na trybunach w sektorze gości pojawiły się niezbyt przychylne transparenty. Co gorsza, w tym czasie w Reims panował istny szpital, a pierwszą jedenastkę budowano w oparciu o jedno zasadnicze kryterium – zdrowie. I tak do meczowej szesnastki trafił najlepszy snajper drużyny rezerwowej – Jèremy Chouard, który jednak usiadł na ławce rezerwowych. Na szpicy ataku ojciec ponownie postawił na rozgrywającego, który w przeszłości udowadniał, że sztuka zdobywania bramek nie jest mu obca. W każdym bądź razie był on bardziej pewnym punktem niż dwudziestolatek z rezerw. Problemem było także obsadzenie prawej flanki. Powracający do zdrowia Shiva-Star N'Zigou nie był jeszcze gotowy na grę w pełnym wymiarze czasowym, dlatego też w trybie awaryjnym sięgnięto po prawego obrońcę - Johanna Truchet.
Worek z bramkami otworzył się już po 15 minutach gry. Stały fragment egzekwował Julien Féret, który posłał ostre dośrodkowanie na długi słupek. Do piłki wyskoczył Habib Baldé, ale Bakaye Traorè zdołał zmienić tor lotu piłki. Uczynił to jednak tak niefortunnie, że ta wpadła do siatki Amiens. Jednak już w 19. minucie zawodnik gospodarzy – Titi Buengo wykorzystał rzut rożny i potężnym uderzeniem z głowy posłał piłkę obok bezradnego Johana Liébusa. Od tego momentu żadna z drużyn nie rezygnowała i widowisko przybrało formę równorzędnej wymiany ciosów. Jednak w 29. minucie szala przechyliła się na stronę Amiens. Habib Baldé dopuścił się faulu w polu karnym, zaś Sèbastien Hetizmann nie miał żadnych problemów z wymierzeniem sprawiedliwości. I gdyby tego było mało, to od dobrych kilku spotkań nie opuszczała nas klątwa kontuzji. Na kilka minut przed końcem pierwszej części gry lekkiego urazu nabawił się Badara Sène i na płycie boiska musiał pojawić się rekonwalescent - Shiva-Star N'Zigou.
Wynik 2-1 był jeszcze do odrobienia w przeciągu kolejnych 45 minut drugiej części spotkania. Od samego początku zawodnicy skrupulatnie torowali sobie drogę do bramki strzeżonej przez Sèbastiena Chabberta, jednak tego dnia Julien Féret nie bardzo odnajdywał się w roli egzekutora. Nie pozostało nic innego jak wprowadzić na płytę boiska nominalnego napastnika – Jèremyego Chouarda, obok niego do gry wszedł także Steven Thicot, gdyż Sofyane Cherfa również nabawił się lekkiego urazu. Te zmiany nie uchroniły Rémois od utraty dwóch kolejnych bramek i to w bardzo krótkim odstępie czasu. Najpierw wysuniętej parze stoperów uciekł zdobywca pierwszej bramki - Titi Buengo, który elegancko przyjął spadającą piłkę i pokonał naszego bramkarza strzałem z półwoleja. Nieco później Nicolas Raynier oszukał Stevena Thicota i delikatnym strzałem zmusił Johana Liébusa, by po raz czwarty sięgnął piłkę z siatki. Honor drużyny uratował młodzieniaszek Jèremy Chouard, który w końcówce spotkania wyszedł do prostopadłej piłki, a następnie precyzyjnym strzałem w kierunku bliższego słupka zniwelował rozmiar klęski.
Morderczy maraton ligowy wreszcie przewidywał nieco odpoczynku, jednak w jego trakcie do rozegrania był mecz w ramach Pucharu Francji z Crèteil. Mimo iż była to drużyna z Ligue National, to można było obawiać się tego pojedynku, gdyż znajdowała się na fotelu lidera i pewnym krokiem zmierzała do Ligue 2. Na szczęście osiem dni odpoczynku wystarczyło, aby Yann Kermorgant mógł wystąpić w tej konfrontacji. W obliczu deficytu ofensywnych zawodników, nominalny napastnik został cofnięty na pozycję ofensywnego pomocnika i wraz z Julienem Féretem miał utworzyć parę rozgrywających. Na szpicy postawiono na tego, który uratował honor Reims w meczu z Amiens, czyli Jèremyego Chouarda, a w poszukiwaniu prawoskrzydłowego trzeba było zajrzeć do rezerw, by wyciągnąć Nabila Hamziego.
Zgodnie z oczekiwaniami, od pierwszego gwizdka trwała ostra rywalizacja. Niżej notowany przeciwnik nie ustępował nam o krok, wobec czego coraz częściej było słychać zgrzyt łamanych kości i jęk rozpaczliwego bólu. W ten sposób występ w Pucharze Francji zakończył Malek Aït–Alia, który nabawił się lekkiej kontuzji i lepiej było, aby opuścił płytę boiska i doszedł do zdrowia. W jego miejsce trzeba było wprowadzić Stevena Thicota. Młody zawodnik wypożyczony z Nantes nie popisał się jednak w 14 minucie, kiedy to zawinił przy bramce strzelonej przez Rui Patacę. Tym razem spóźnił się o krok, na skutek czego nie powiodła się próba złapania napastnika przyjezdnych na ofsajdzie. Do końca pierwszej połowy staraliśmy się odpowiedzieć, by w drugiej odsłonie skupić się wyłącznie na odskoczeniu rywalom. Ta sztuka jednak nie powiodła się i po 45 minutach musieliśmy gonić wynik.
Na drugą część spotkania zawodnicy wyszli niezwykle umotywowani, czego dowodem była szybko strzelona bramka dająca wyrównanie. Co zaskakujące, sztuki tej dokonał Jèremy Chouard, który już dwukrotnie w przeciągu ostatnich tygodni wpisywał się na listę strzelców. Tym razem była to jego najważniejsza bramka, która dała nam prawo uczestnictwa w dogrywce, gdyż do końca regulaminowego czasu gry wynik nie uległ zmianie.
Od samego początku dodatkowego czasu gry staraliśmy się zdominować zawodników Crèteil. Udało nam się to osiągnąć stosunkowo szybko i praktycznie już po 5 minutach rywal był na łopatkach. Brakowało wyłącznie dopełnienia formalności, jednak bramkarz Crèteil - Cheikh N’Diae dwoił się i troił na linii bramkowej, zaskakując nas swoją zwinnością. Dopiero po 104 minutach gry, Reims po raz pierwszy w tym spotkaniu wyszło na prowadzenie. Przepięknym strzałem z rzutu wolnego popisał się Julien Féret. Kiedy wydawało się, że kryzys został zażegnany, atomowy strzał autorstwa Jeana- Françoisa Rivère sprawił, że Johan Liébus musiał poszukać piłki w siatce. Tak więc o awansie do następnej rudy zadecydować miał konkurs jedenastek.
Porażka z Crèteil była jednym z bardziej zaskakujących wyników tej rundy. O krok od podobnej sensacji byli amatorzy z Albi, którzy dopiero w doliczonym czasie gry ulegli Guingamp. Tak czy inaczej dosyć szybko zakończyły się dla nas krajowe puchary. Choć dotarcie do 4 rundy Pucharu Ligi można uznać za wynik satysfakcjonujący, to występy w drugim z nich raczej należy postrzegać jako kompromitację.
Reims miało ledwie trzy dni na to, by spokojnie dojść do siebie przed zbliżającą się konfrontacją z Montpellier. Jeszcze raz sięgnięto po 4-4-2, które miało zapewnić komplet punktów. Dwójkę napastników utworzyli Yann Kermorgant oraz Jèremy Chouard, który w ostatnich tygodniach zyskał na zaufaniu trenera i kibiców. Do podstawowego składu wrócił także Badara Sène, który wraz z Nabilem Taiderem utworzył parę środkowych pomocników odpowiedzialnych za tworzenie akcji ofensywnych. Do defensywy wrócił Steven Thicot, który zyskał jeszcze jedną szansę, by przekonać mego ojca, że jego sprowadzenie na Stade Auguste Delaune było zasadne.
Podobnie jak na przestrzeni kilku ostatnich meczów, tak i teraz zaczęliśmy od przygniatającego ataku, który zepchnął przeciwnika do głębokiej defensywy i to na dłuższy czas. Teraz mogliśmy skoncentrować się na przyszykowaniu decydującego ciosu. Spokojnie rozgrywaliśmy piłkę przed polem karnym gości, raz za razem rozciągając ich defensywę za pomocą przerzutów na skrzydła. Po jednym z takich zagrań, celnie dośrodkował Abdelsam Akouzar i piłka najpierw wylądowała na głowie Yanna Kermorganta, zaś później w siatce. Goście nie zdążyli się dobrze otrząsnąć, gdy napastnik zerwał się do prostopadłej piłki i huknął niczym z armaty, pozostawiając Stèpahe Rufflera w osłupieniu. Yann Kermorgant wreszcie był w swoim żywiole, a to oznaczało tylko i wyłącznie kłopoty dla przyjezdnych. Mimo to zdołali oni odpowiedzieć jednym trafieniem autorstwa Grègorego Thila, jednak bramkę do szatni wbił im nie kto inny jak Yann Kermorgant. Ponad siedem tysięcy osób zgromadzonych na Stade Auguste Delaune oglądało koncert w wykonaniu Francuza, który pierwszy raz popisał się klasycznym hat-trickiem.
Wydawało się, że drugie 45 minut będzie już tylko formalnością. Tym bardziej, że w 63. minucie Cédric Fauré popisał się celnym strzałem, dzięki któremu Reims wygrywało już 4:1. Jednak dosyć nieoczekiwanie, po rzucie rożnym, wynik zmienił się na 4:2. Goście zwęszyli okazję i rzucili wszystko na jedną kartę, a zawodnicy Reims, jakby oszołomieni ich zaciętością, cofnęli się do głębokiej defensywy, sporadycznie wyprowadzając groźne kontry. Goście jednak nie kończyli swego koncertu, a ich upór został wynagrodzony na siedem minut przed końcowym gwizdkiem. Olivier Fontenette dał się oszukać na lewym skrzydle, zaś centra od Philippe Delaya powędrowała wprost na głowę Egutu Oliseha. Montpellier potrzebowało już tylko jednego trafienia, aby wywieźć z Reims jeden punkt! Na szczęście szyki obronne zostały wzmocnione wprowadzeniem Malka Aït–Alii, który stanął oko w oko z niedawnymi kolegami. Wysoki, dobrze zbudowany i niezwykle doświadczony Algierczyk scementował drugą linię, dzięki czemu defensywa mogła nieco odetchnąć. Jednak dramatyczna końcówka spotkania zebrała swe żniwo odbierając nam na 4 dni kapitana - Alexandre Barbiera.
Reims miało jeszcze w planach wyjazd do Guingamp w nadziei na powtórzenie wyczynu z sierpniowego spotkania w ramach Pucharu Ligii. Wtedy to rywale zostali odesłani z bagażem trzech trafień autorstwa Yanna Kermorganta, które zostały przypomniane przy okazji świętowania hat-tricka z Montpellier. Pod koniec sierpnia Yann potrzebował jednak drugiej połowy oraz doliczonego czasu gry, by zapewnić Reims awans do trzeciej rundy. Teraz liczono na podobną dyspozycję tego napastnika.
Tego spotkania kibice czerwonobiałych nie będą mile wspominać. Już dwie minuty po gwizdku, brazylijski napastnik Eduardo posłał piłkę pomiędzy nogami wychodzącego Johana Liébusa. Zawodnicy szybko przeszli do zdecydowanego ataku, by w miarę jak najwcześniej wyrównać i zacząć mecz od początku. To jednak w cale nie było takie proste do wykonania, głównie ze względu na specyficzną taktykę, która uniemożliwiła przeprowadzanie jakichkolwiek akcji w środkowej strefie boiska. Yann Kermorgant, który ledwie trzy dni wcześniej błyszczał, tego dnia był ledwie zauważalny, gdyż był zupełnie odcięty od podań. Nie lepiej radził sobie Cédric Fauré, który w przeciągu całej, pierwszej połowy tylko siedem razy dotknął piłki!
Coś trzeba było zmienić w grze Rémois inaczej zespół prowadzony przez mego ojca czekała totalna kompromitacja. Niestety, napastnicy gospodarzy byli tego dnia w świetnym nastroju, a w miarę czasu humor im się tylko i wyłącznie poprawiał. W końcu, w 59 minucie William Souza znalazł patent, by pokonać naszego bramkarza, a Eduardo poszedł za jego przykładem. Tego dnia ekipa Reims była jedynie tłem dla świetnie spisującej się drużyny Guingamp, dlatego w domowej konfrontacji należało poszukać zemsty.
W tak fatalny sposób kończyliśmy piekielny miesiąc listopad, w którym rozegraliśmy aż 8 spotkań. Jego trudy przełożyły się na liczbę kontuzji. Było to prawdziwe apogeum, które w konsekwencji musiało odbić się na osiąganych wynikach. Położenia Reims nie poprawiała sytuacja kadrowa, gdyż brakowało klasowych zmienników. Dlatego też zdecydowanie wcześniej zaczęto rozglądać się za stosowanymi wzmocnieniami. Brakowało jednak gotówki, gdyż na wartościowych zawodników należało wydać co najmniej kilkaset tysięcy euro. O takiej kwocie można było tylko pomarzyć, dlatego scout Alexandre Lebeau zdecydowanie częściej zaglądał do szkółek młodzieżowych, na mecze juniorów oraz rezerw. Raz widziałem go nawet na meczu juniorów A.S. Monacco, jednak nie udało mi się zamienić z nim ani słowa. Po tym incydencie zdecydowałem się odezwać do ojca z pytaniem, czy nie zamierza zabrać mi jakiegoś podstawowego zawodnika, na co on zdecydowanie zaprotestował. Reims dramatycznie potrzebowało odpowiednich i długofalowych wzmocnień. Jednak plany rozbijały się o szarą rzeczywistość i tak na prawdę jedyną okazją było poszukiwanie swego szczęścia po nowym roku, gdy wygaśnie okres ochrony kontraktów.
Listopad kończył także rundę jesienną, którą śmiało można było uznać za udaną.
W spotkaniach ze słabszymi rywalami gromadzono spore zasoby punktowe, zaś w pojedynkach z faworytami zdarzały się miłe niespodzianki. To umocniło Reims na pozycji w środku ligowej stawki. I choć dziewięciopunktowa strata do lidera Nantes wydawała się być możliwa do odrobienia, to jednak drugą część sezonu należało zagrać ze zwiększoną skutecznością. Problemem była liczna grupa pościgowa, która nie pozwalała odskoczyć Kanarkom na więcej niż 3 punkty, ale też powiększała liczbę zespołów bezpośrednio zainteresowanych awansem. Przed kolejną rundą spotkań można było spodziewać się równie zaciekłej rywalizacji. Niewielkie różnice punktowe sprawiają, że dla Reims każdy scenariusz jest możliwy do spełnienia.