With or without
To historia o młodym, 32-letnim, utalentowanym menadżerze, pochodzącym z Polski, mieszkającym jednak w Anglii i dla Anglii oddanym. Smutne, lecz prawdziwe będzie tu stwierdzenie, że swoją iskierkę do owego zawodu zawdzięcza tylko i wyłącznie odpowiednio wczesnej emigracji. Dawid Marklowski, bo o nim tu mowa, zmienił swoje imię oraz nazwisko ze względu na większe możliwości zatrudnienia pod pretekstem brytyjskiego obywatelstwa. Teraz nazywa się Dave Harisson.
Szlifował fach w Londynie, w szkółce managerskiej na północy tego miasta. Dzięki swojej charyzmie oraz, w pewnym stopniu, wdziękowi osobistemu, zdobył dobre opinie od profesorów, którzy mieli go pod swą opieką przez cztery piękne lata.. Tudzież dzięki temu w niedalekiej przyszłości trafił w inny rejon Londynu, Chelsea. Tam skrzętnie notował wszelakie uwagi, wskazówki, rady, jakie dawał mu jego ówczesny mentor – sam Claudio Ranieri. Był to bowiem rok 2002, czyli trzy lata przed gwałtownym rozgłosem jego nazwiska. Ale zacznijmy od początku...
Dave, zanim trafił do „The Blues”, miał pewną teorię dotyczącą sukcesu w profesjonalnym świecie. Chciał on połączyć ze sobą różne style – angielską grę siłową, szwedzką konsekwencję taktyczną, włoską obronę, francuską technikę oraz brazylijską niekonwencjonalność. Wszyscy jednak wiemy, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Tak więc gdy tylko pojawiła się szansa dostania się na praktyki u człowieka, który był temu najbliższy, nie wahał się długo. Kilka dni później dostał odpowiedź mailem, że znalazł się wśród dwóch szczęśliwców, którzy będą mieli okazję przyjrzeć się myśli szkoleniowej Claudio Ranieriego. Okazję swą wykorzystał niezwykle mądrze. Trwał u boku Włocha dzień i noc, tygodnie i miesiące, kwartały i lata. Do końca. Aż do kresu możliwości. Ale wkrótce jego lojalność dobiegła końca. Wraz z odejściem Ranieriego odszedł i Harisson. Dlaczego? Przejęcie klubu w obce ręce nie spodobało się obu panom, będących zwolennikami starej dobrej polityki zespołu. Jednak tu ich drogi się rozdzieliły. Claudio wyjechał do Hiszpanii, a Dave pozostał niezależny. Do czasu.
Niedługo później zaczęły do niego napływać oferty z różnych drużyn. Żadna nie była w stanie go przekonać ze względu na posiadane od dziecka ideologie. W końcu pojawiła się jednak taka, którą mógł przyjąć. Gary Megson zaoferował mu pracę w roli asystenta w zespole Nottingham Forest. Klub ten nie był wtedy w dobrej kondycji. Wisiało nad nim widmo spadku, a kasa klubu była gorsza niż zerowa. Jak można się domyślić – nie udało się wyżej wymienionym panom uchronić zespołu przed spłynięciem o jedną ligę w dół, i musieli dać za wygraną kadrowym brakom.
Po tej nieudanej przygodzie Harisson przestał zadowalać się rolami drugoplanowymi. Stwierdził, że jest wystarczająco obyty w branży, aby zacząć pisać własne memento. Przesłał więc swoje CV do paru znaczących angielskich drużyn. Niebawem spotkał go zaszczyt, o którym zapewne wcześniej nigdy by nie marzył, ale który zarazem pojawił się w bardzo nieodpowiedniej chwili i jeszcze mniej odpowiednim miejscu.
Zdarzenie to miało miejsce w przedsionku jednego z klubów zaplecza Premiership. Wchodząc po wysokich, niezliczonych stopniach do siedziby wielkiej, aczkolwiek upadłej historii, którą właśnie ta drużyna stanowiła, jego zdumiony wzrok zaświadczył mu, że widzi...
- Claudio Ranieri? Tutaj? – spytał łamiącym się głosem.
- Dave! Miło cię widzieć! Chyba po raz pierwszy będziemy ze sobą rywalizować, zamiast współpracować. – odparł z lekkim uśmiechem Ranieri.
- Ale... Ty... Ja... Nie rozumiem?!
- Szczerze mówiąc – ja też nie. Widocznie ktoś chciał, aby do tego spotkania doszło... Wchodzimy?
Harrison kiwając głową potwierdzająco powędrował na wpół kroku za Claudio; celowo, bowiem nie chciał iść tuż obok niego. Czuł się strasznie nieswojo. Nawet jego najmroczniejsze koszmary miały łagodniejszy scenariusz niż zdarzenie mające miejsce w tych kilku chwilach, które co gorsza przeradzały się w kolejne, równie beznadziejne. W jego głowie zradzały się różne podejrzenia. Początkowo sądził, że zarząd klubu znów chce, aby połączyli swoje siły. Ale przecież jasno określił, że interesuje go tylko i wyłącznie stanowisko managera! Inna, bardziej sensowna hipoteza, to że spotkanie zostało zaaranżowane celowo, by sprawdzić profesjonalne podejście do pracy u obu panów, poprzez wybadanie odporności psychicznej każdego z nich. W każdym razie wiedział jedno – nie mógł się złamać, mimo że jego kunszt był niewątpliwie dużo bardziej szczupły, niż bardziej doświadczonego kolegi.
Gabinet był niespotykanie biały. Dave miał przed sobą dwa stoliki. Jeden oddalony o półtora metra od niego; drugi stał przy drzwiach. Kazano im usiąść osobno. Jako pierwszego do „testu” wyznaczono Włocha. Oblał. Nagle czoło Harrisona zrosił zimny pot. Niedowierzał w to, co zobaczył. Claudio się złamał? Ewidentnie musieli zadawać mu trudne pytania; może nawet osobiste, o pikantne szczegóły jego życia, albo co gorsza – wypytywano go o sympatie branżowe i odpowiadając, że takowe posiada, odpadł z gry. Co więc teraz? Czy musi zniżać się do kłamstw, aby przetrwać w tym, jakże trudnym i niejasnym, świecie? Miał sobie zadać kolejne pytanie, gdy nagle...
- Harrison! Następny, Harrison D.! – zawołał zimny, wręcz wyniosły głos.
- To ja... – odpowiedział piskliwie.
- Witaj, Dave. Pamiętasz, powiedziałem ci, że jeśli się spotkamy, to właśnie tutaj?
Rzeczywiście. Przypomniał sobie jeden ze swoich snów, w którym ktoś do niego mówił, nie potrafił określić kto, ale głos wydawał mu się znajomy. Zdanie przez niego wymówione brzmiały: „Spotkamy się tam, gdzie nie ma mroku”. Pomieszczenie, w którym obecnie się znajdowali, doskonale pasował do tego stwierdzenia. Teraz wie, kto był ich autorem. Bates. Ken Bates.
- Tak, pamiętam. – uniósł po chwili zawahania.
- Wiesz zapewne, dlaczego tutaj jesteś?
- Tak.
- Doskonale. Przejdźmy więc do sprawy. Zadam ci kilka pytań. Odpowiedz na nie szczerze. Wiesz przecież, że kłamstwo zostanie przeze mnie wychwycone. Za dobrze cię znam. A więc pierwsze... Ile widzisz palców? – zagaił, unosząc dłoń lekko w górę z kciukiem schowanym do tyłu.
- Cztery. – odpowiedział Dave, z lekkim zdziwieniem.
- Dobrze. A gdybym powiedział, że jest ich pięć, ile byś widział?
- Cztery.
- Powiem inaczej. Gdybyśmy kazali widzieć ci ich pięć, dla dobra klubu jak i twojego, dalej widziałbyś cztery?
- Tak.
Bates odwrócił się, odszedł kilka kroków w stronę drzwi, po czym znów spojrzał na Dave’a i nieznacznie się uśmiechnął.
- Przejdźmy dalej... Czy jesteś gotowy poświęcić życie?
- Tak.
- Czy jesteś gotowy być bezwzględny, byleby tylko wygrać?
- Tak.
- Prowadzić akcje sabotażowe, które za cel będą miały wbicie się w każdy czuły punkt przeciwnika?
- Tak.
- Zdradzić swoje idee, aby odnosić triumfy na linii zawodowej?
- Tak.
- Czy jesteś gotowy oszukiwać, mataczyć, niszczyć, słowem robić wszystko, by pomóc drużynie?
- Tak.
- Jeśli dla dobra naszej sprawy zajdzie konieczność oblania twarzy dziecka kwasem siarkowym, czy jesteś gotowy to zrobić?
- Tak. – ciągnął, choć nic z tego nie rozumiał i sam nie wierzył już w to, co mówi.
- Czy jesteś gotów podłożyć się, jeśli i kiedy ci polecimy?
- Nie! – odpowiedział stanowczo Harrison. - Po co zadajecie mi te pytania? Przecież obydwaj wiemy, że mają gówno wspólnego z rzeczywistością! Oszukujesz siebie jak i mnie, a najgorsze, że sam wierzysz w te kłamstwa! A może za chwilę zza drzwi wyjdzie Ranieri i powie: „W porządku, zdałeś, maleńki.”?!
Wtem drzwi uchyliły się, do pomieszczenia wszedł Ranieri i stwierdził:
- W porządku. Zdałeś, maleńki. Muszę badać lojalność moich podopiecznych. – po czym poklepał go po ramieniu.
W niemal tym samym momencie wstąpiła w niego złość. Walnął z całej siły pięścią w stół, po czym wyszedł z pokoju. Bates wybiegł za nim, zatrzymał i starał się od deski do deski wytłumaczyć mu, po co cała ta szopka. Niebawem Dave uspokoił się, a po kwadransie przeszli do ustalania warunków, na jakich będzie pracował.
Budząc się kolejnego dnia, odczuwał niezwykłą radość. Znów będzie mógł współpracować z Ranierim, choć tym razem w innym charakterze. Claudio jest teraz dyrektorem do spraw sportowych, a wyłączną władzę nad kadrą ma obecnie Harrison; nie trzeba chyba podkreślać, że było mu to na rękę. Szansę wykazania się miał zamiar przerodzić w szybki wzrost reputacji klubu jak i jego pozycji w europejskim rankingu.
***
Piłkarze szybko przekonali się, że mają do czynienia z facetem o ciętym języku, u którego najbardziej liczy się oddanie dla zespołu. Ktokolwiek śmiał sprzeciwić się jego zasadom – wylatywał, bez względu na nazwisko, pochodzenie czy też stosunki z zarządem. Rzecz jasna w ich miejsce Harisson musiał sprowadzić nowe twarze, które w odróżnieniu do sprzedanych kopaczy, w pełni by mu zaufali i nie buntowali się, gdyby ich boiskowe przeznaczenie miało się odwrócić do góry nogami. Nazwisk, przed finalizacją transferu, nie chciał jednak ujawniać. Wiadomym jednak było, że drużynę zasili kilku jego rodaków. Pod tym względem nie był oryginalny.
Dave chciał utworzyć w tym klubie nową historię. Zamknąć stary rozdział, który raz przynosił radość, żeby po chwili przejść w rozczarowanie. Nowa era miała zawierać tylko i wyłącznie stały postęp w grze drużyny. Zarząd oczekiwał raczej stagnacji z ewentualną możliwością powalczenia o większe zaszczyty.
W gazetach non stop pojawiały się artykuły zarzucające Harissonowi brak doświadczenia, mimo jego przekonujących i jednoznacznych odpowiedzi w wywiadach. Ten jednak miał je tam, gdzie król piechotą chodzi. Był zapatrzony w siebie. Wierzył, że los miał cel zsyłając go tutaj, a jego zadaniem jest wejście na szczyt niedostępnej jak dotąd dla niego góry, o nazwie „sława”. Trudno się dziwić takiemu podejściu ze strony młodego managera. Nie zdążył się jeszcze przekonać, że w piłce będzie świadkiem zdarzeń, które nie będą mu się podobały, a które będzie musiał tolerować, i jego rola nie będzie tylko polegała na odpowiednim sterowaniu budowanego przez siebie pokładu, ale także na umiejętności rozgryzienia psychiki swoich majtków, co za tym idzie – stanie się ich ojcem, lecz sam będzie od nich równie mocno uzależniony.
Koniec części pierwszej
A w kolejnych:
- Harisson i jego gwiazda,
- Widmo stagnacji przyczyną koszmarów,
- Bez pracy nie ma kołaczy.