Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Dwie siostry (cz.2)

Kilka godzin później, zgodnie z planem, zameldowałem się we Fryburgu. Chociaż wcześniej o tym nie wspomniałem, gdy jeszcze miałem dom, dzieciństwo i perspektywy, uwielbiałem futbol – bez jakiejś przesadnej pychy mogę nawet powiedzieć, że byłem świetny w te klocki. Niestety, dom dziecka, do którego trafiłem po 31 sierpnia, nauczył mnie wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie gry w piłkę nożną, można więc powiedzieć, że na dźwięk słów „spełniona kariera piłkarska” mogę się jedynie gorzko zaśmiać. Jak zawsze w sumie.

Mimo początkowego niepowodzenia, nie poddałem się i postanowiłem zostać trenerem. Szło mi nadspodziewanie dobrze i po ukończeniu stosownych kursów, tułałem się najpierw po czwartej lidze, potem po trzeciej, w końcu zaliczyłem krótki i niezbyt udany epizod na zapleczu ekstraklasy. Rok później, za namową pewnego znajomego, którego imię nie jest ważne, udałem się do Niemiec i tam dzięki ciężkiej pracy wyrobiłem sobie niezłą renomę, specjalizując się w niespodziewanym wprowadzaniu słabeuszy do wyższych lig. Ze wszystkich z nich zostałem zwolniony z powodu konfliktów z zarządem, który wolał nabijać sobie kolejne euro na koncie niż zajmować się rozbudową zespołu.

Dlatego możliwość poprowadzenia SC Freiburg w rozgrywkach drugiej ligi niemieckiej była dla mnie ogromną szansą. Po dziewiętnastu kolejkach zespół, któremu przed sezonem bukmacherzy wieszczyli walkę o awans, zajmował zaledwie piętnaste miejsce w tabeli… na osiemnaście drużyn. Jeżeli dalej nie pojmujecie, jak żałosna była to sytuacja – cztery ostatnie lokaty były premiowane zaszczytnym spadkiem w otchłanie niższych lig.

Oczywiście, nie było łatwo wysunąć się na pierwsze miejsce w wyścigu o tę robotę. Przypuszczam, że niejaki Andreas Heun był bardzo zdziwiony i szczęśliwy na wiadomość o spadku pozostawionym mu przez, wydawałoby się, nielubianego i dalekiego wujka. Nie było też niczego dziwnego w tym, że Tino Wemmer wolał lukratywny kontrakt na stanowisku menedżera jednego z czołowych klubów Zjednoczonych Emiratów Arabskich aniżeli przynoszącego straty i mogącego zlecieć z ligi Freiburga. Osobiście trzymałem kciuki za Malka Schulza, którego jednak w dotychczasowym miejscu pracy uziemiła niezłomna wola bestii z piekła rodem, do której nawet ja bałem się zbliżyć – pani Schulz. Ci panowie nigdy nie dowiedzą się, że te wszystkie sztuczki, manipulacje, oszustwa, kłamstwa… to moja sprawka. Zadbałem o to, tak jak o resztę szczegółów.

Ale mimo tego jedna mała i irracjonalna obawa nie dawała mi spokoju – że włodarze zespołu z Fryburga w ostatniej chwili odprawią mnie z kwitkiem. Chociaż… nie, to niemożliwe. Tak jak wiedziałem, że zemsta doprowadzi mnie do Piotra Pawłowskiego, tak z każdą chwilą stawałem się coraz bardziej pewien, że już niedługo będzie można mnie wykreślić z listy bezrobotnych trenerów. Nie było innej opcji.


***

To było jak jakiś zupełnie inny wszechświat, do którego wcześniej nie miałem wstępu, a teraz, gdy już mogłem się po nim przechadzać bez żadnych ograniczeń, oczarował mnie i usidlił, tak bym nie mógł oddychać i żyć więcej bez niego. Z chciwością pustelnika pożerałem każdy, nawet najmniejszy szczegół, nie chcąc niczego pominąć, niczego żałować…

Ekscytacja? To było jak najwspanialszy sen alpinisty, w którym po długiej i trudnej wspinaczce staje się na szczycie góry, bierze głęboki wdech, by móc krzyczeć z radości ile sił w płucach i równocześnie wbija się w śnieg powiewającą na zimnym wietrze flagę…

– Halo, jesteś tu jeszcze?
– Co? – zapytałem, wytrącony z równowagi tak niesamowicie nietaktownym przywróceniem do rzeczywistości.
– Ty. Nowy trener. Konferencja prasowa. Dziennikarze. Oni pytają, potem ty odpowiadasz. – Nieznajomy wskazał na drzwi. Kim był, jak się nazywał i co tu właściwie robił? Było mi smutno, że być może już nigdy się tego nie dowiem.
– Ach… tak, w sumie tak. No, to idę.

A dziennikarze?… Dziennikarze są tacy do de. Nawet w niższych ligach, gdzie nie było ich znowu aż tak dużo, miałem okazję się o tym przekonać. Zadają bezsensowne pytania, a potem żądają sensownych odpowiedzi i jeszcze grożą, że wszystko opublikują. A tu będzie ich w dodatku więcej niż jedna sztuka. Jak z nimi rozmawiać? Tłumaczyć, być cierpliwym i grać dobrego wujka? Czy może wprost przeciwnie – niepokornie przejąć inicjatywę, a na koniec wyjść z hukiem, trzaskając drzwiami? Jestem w końcu mordercą, w przyszłości może nawet seryjnym, prawda? Może, ale to nie oni skrócili mi listę krewnych do długości równej ilości papieru toaletowego na rolce, gdy akurat chce się do kibelka i ma się pecha, więc nie mam właściwie żadnego powodu, by się na nich zemścić…

Gdy położyłem rękę na klamce, w dalszym ciągu byłem niezdecydowany. Jedynym rozsądnym wyjściem było totalne improwizowanie.

***

Zdyszany po krótkim sprincie z krzesła do korytarza, przycisnąłem się do drzwi i starłem z czoła krople potu. Traumatyczne wydarzenia ostatnich dziesięciu minut przypomniały mi kim byłem – samotnikiem bez empatii i zrozumienia dla ludzi. I dlaczego wolę monologi od aktywnych rozmów? Zdecydowanie nie byłem stworzony do uczestniczenia w konferencjach prasowych. Twór szatana! Jeżeli oczywiście szatan istnieje.

Podniosłem głowę i zauważyłem, że tajemniczy odźwierny, który mnie tu przyprowadził, ciągle stał w miejscu, w którym opuściłem go dwadzieścia minut temu. Przyglądał mi się uważnie, nie wypowiadając ani jednego słowa i nie zdradzając żadnych innych oznak życia. Przez dłuższą chwilę tak patrzyliśmy sobie w oczy i, to głupie, ale naprawdę tak było, że przez chwilę czułem, że on wie o mnie wszystko – co zrobiłem… co zamierzam zrobić.

– Chodź za mną.
Poszedłem.

***

Zwiedziliśmy już cały stadion i gdzieś z połowę budynku klubowego, gdy zdecydowałem się zadać pytanie, które dręczyło mnie od czasu, gdy rozstaliśmy się po raz pierwszy.

– Kim ty w ogóle jesteś?
– Damir Buric. Wystarczy Buric.
– Chorwat?
Skinął głową.

Znowu – nie wiem dlaczego, ale po tych słowach jakoś się uspokoiłem i zacząłem cieplej myśleć o moim nowym znajomym. Chociaż nigdy nie byłem w Chorwacji, kraj ten powodował we mnie jakieś niejasne uczucia i przywoływał zamazane wspomnienia.

– A czym się tutaj zajmujesz?
– Asystowaniem.
– Mi?
– Na to wygląda.

Samotny i nierozumiejący ludzi morderca i jego cichy, małomówny, wręcz ascetyczny asystent… nieźleśmy się dobrali, nie ma co. Miałem jednak powód do radości – tak jak każdy szanujący się złoczyńca, miałem wreszcie własnego pomagiera. Mogłem sobie przyznać zasłużoną gwiazdkę.

***

Na treningu, który odbył się następnego dnia, ujrzałem pełną personifikację słowa żałość. Oddani mi do dyspozycji piłkarze nie byli słabi – brakowało im tylko pewności siebie i wiary we własne umiejętności. Rzeczy niezbędnych do wygrywania. Fatalne wyniki i piętnaste miejsce w tabeli sprawiły, że zamiast ciężko harujących wojowników, po murawie powoli truchtała banda maminsynków, którzy nie próbowali nawet przypodobać się trenerowi. Pierwszym zadaniem nowej miotły stało się więc odbudowanie morale drużyny i przywrócenie jej do porządku przed meczem z Hoffenheim… Niewykonalne przy moim szczególnym podejściu do ludzi. Pięć dni na cud?

Pierwszy spędziłem na robieniu rutynowego rozeznania i poznawaniu poszczególnych zawodników. Notowałem w pamięci wypowiedziane przez nich słowa, uwagi, wyrażone gesty, ich entuzjazm do wykonywania poszczególnych zadań – jednym słowem wszystko, co pomogłoby mi ich rozgryźć. Nie znalazłem niczego prócz przysłowiowego czwartego metra mułu.

Drugiego dnia zacząłem ślęczeć nad monitorem komputera i rozglądać się po forach internetowych za potencjalnym rozwiązaniem podobnych problemów. Przygotowałem sobie także listę ośrodków rekreacyjnych, do których moglibyśmy się udać, by odzyskać trochę luzu. Przed treningiem pokazałem ją Buricowi, pytając co o niej sądzi.

– Oni nie muszą spędzać ze sobą więcej czasu – powiedział powoli. – Oni właśnie spędzili ze sobą zbyt dużo czasu. Dutt, poprzedni trener, chciał, żeby po każdej przegranej pracowali ciężej i dłużej, zamiast wyciągnąć wnioski i… – zamyślił się – …i iść dalej.
I wtedy wpadłem na pewien pomysł.

***

Czterdzieści osiem godzin przed debiutem z Hoffenheim zatrzymałem wszystkich w szatni. Moja teoria brzmiała następująco: piłkarze doskonale wiedzieli, że są słabi, ale nie mieli motywacji do poprawy, nawet więcej - nie wymagali tego od siebie nawzajem, wszystko olewali. Byłem głupi, że nie zauważyłem braku okrzyków, pocieszeń, a nawet szyderstw kiedy któryś z nich spieprzył coś podczas treningu czy gierki. Naturalny, zdrowy i potrzebny odruch, którego sam, jako człowiek wybrakowany, pół-człowiek, nie miałem i który łatwo przeoczyłem.

Postanowiłem dać im szansę na konfrontację. Tak jak przez pierwsze pięć minut szło im niemrawo, tak potem było już z górki. Skrzętnie korzystając z tego, że nie byłem im już potrzebny, zostawiłem nasze pocieszne dzieciaczki pod opieką Burica i samotnie ruszyłem na boisko. Nie lubię za bardzo krzyków i hałasu.

Spojrzałem na zegarek. Czterdzieści siedem godzin.

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 01.04.2009

Liczba wyświetleń: 1657

Średnia ocen: 5.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu