Chłodny, zimowy wiatr raz po raz próbował strącić mnie z nóg. Mimo to nie czułem mrozu – nie dlatego, że miałem na sobie ciepłą, grubą kurtkę klubową, ręce w skórzanych, czarnych rękawiczkach, zaś szyję szczelnie owiniętą szalikiem; głowę zaprzątało mi zbyt wiele problemów, bym mógł przejmować się takimi drobnostkami, jak niewygody fizyczne.
Praca we Fryburgu zapowiadała się na nie lada wyzwanie – wyzwanie, które mogło zająć mnie na wystarczająco długo, by dać wytchnienie nieustającym myślom o zemście. Cieszyłbym się z tego – w końcu piłka nożna i trenerka stanowiły znaczącą część mojego życia – gdybym oczywiście potrafił się cieszyć; gdybym nie był jedynie zimną maszyną, zaprogramowaną na wykonywanie swojej pracy. Jako taka maszyna musiałem uprzednio przygotować szczegółowy plan działania, pracować z wyrachowaniem i z wyprzedzeniem: grać kogoś, kim nie byłem i kim nigdy nie będę. Właśnie dlatego siedziałem od rana na trybunach Badenova-Stadion, nie zważając na śnieg, czy wiatr, pogrążony w niewesołych myślach. Ani trochę nie podobało mi się to, że w meczu z Hoffenheim będę musiał zdać się przede wszystkim na ślepy los. Za dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że dla tak rozbitej mentalnie drużyny, jaką był SC Freiburg, taktyka jest tylko zbitkiem bezwartościowych frazesów, wypowiedzianych przez trenera w szatni. Moim zadaniem było przede wszystkim zmotywowanie zawodników do gry na pełnych obrotach, do zostawienia serca na boisku.... ale jak zmotywować ludzi, których zna się zaledwie od kilku dni? Jak JA mam kogokolwiek zmotywować? We wcześniejszych latach prowadziłem zespoły budowane praktycznie od zera, pracowałem z osobami, które znałem na wylot: wiedziałem, co jedzą na śniadanie, a co na kolację, komentowałem ich gusta muzyczne, ba, nawet poglądy polityczne… Chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że nie żywię do nich choćby odrobiny prawdziwych i szczerych uczuć, cieszyłem się z tego, co miałem.
A teraz – po raz pierwszy w karierze trenerskiej – musiałem improwizować. I kłamać. Ale kłamać byłem zmuszony każdego dnia, począwszy od owego pamiętnego trzydziestego pierwszego sierpnia, dnia, w którym straciłem rodzinę.
Problem z wyborem pierwszej jedenastki postanowiłem rozwiązać, korzystając z pomocy Damira Burica, który znał chłopaków o wiele lepiej i dłużej ode mnie i, co za tym idzie, miał mniejsze szanse na popełnienie fatalnego w skutkach błędu. Zaufałem Chorwatowi – choć od lat bez mała piętnastu byłem zbyt podejrzliwy, zbyt zapatrzony we własną tragedię, by przyjąć czyjekolwiek wsparcie – i właśnie zaufanie miało stać się podstawą moich rządów we Fryburgu, mieście leżącym na stokach Schwarzwaldu. Musiałem całkowicie zaufać obcym mi ludziom i odwrotnie – oni musieli zaufać mnie.
Kiedy pierwsze z tych osób pojawiły się na Badenova-Stadium, siedziałem spokojnie, z rękoma założonymi za głowę, zanurzony we wspomnieniach.
***
Achim Stocker oparł się o swoje wielkie, dębowe biurko i westchnął ciężko. Ta rozmowa sprawiała mu coraz więcej trudności; z każdą chwilą tracił pewność, czy dokonał słusznego wyboru. On - prezes klubu, człowiek, który zawsze musiał być przeświadczony o trafności swoich racji.
– Pan Robin Dutt musiał zostać zwolniony, to oczywiste – kontynuował po chwili milczenia. – Mimo jego niepodważalnych zasług dla klubu w przeszłości, takie wyniki, jakie zanotowaliśmy w rundzie jesiennej, są niedopuszczalne.
Jasne, pomyślałem, a następnie rozejrzałem się ukradkiem po gabinecie, który mieścił się na ostatnim piętrze budynku klubowego. Było ciemno – żaluzje, ze względu na późną porę, zasunięte – ale jedno rzuciło mi się w oczy niemal natychmiast: wszędzie było czysto, wręcz pedantycznie czysto. Achim Stocker nie wyglądał na człowieka, który mógł pozwolić na brudy w klubie – na skazę na wizerunku swojego dziecka. A taką niewątpliwie było piętnaste miejsce w tabeli po osiemnastu kolejkach.
– Pracował pan wcześniej w trzeciej lidze… w Bayreuth, o ile się nie mylę – stwierdził, drapiąc się nieświadomie po policzku. – To chyba tamtejsza tradycja. W końcu przed panem tamtejszych piłkarzy także trenował Polak.
– Rzeczywiście – odpowiedziałem niezbyt pewnie. – Nazywał się Marcin Stróżyna. Nigdy osobiście go nie spotkałem. Podobno był niezłym cholerykiem.
Achim Stocker wychylił się nieznacznie w fotelu, świdrując mnie swoimi czarnymi jak smoła, przeszywającymi na wylot oczyma. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca, które zdołały przedostać się przez żaluzje, wyglądał groźnie, z nieodgadnionym wyrazem trwającym na jego twarzy, jak cisza, która zwiastuje burzę. Nie podobało mi się to.
– Interesujące. – Stocker nie wydawał się zwrócić większej uwagi na postać Marcina Stróżyny. – Wróćmy jednak do meritum naszego dzisiejszego spotkania. Zatrudniliśmy pana na tym stanowisku, nie tylko dlatego, że zdążył pan zyskać renomę fachowca, który nie boi się stawiać czoła trudnym sytuacjom – tu skrzywił się nieznacznie, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie jest zadowolony z tego, że praca we Freiburgu, którym starał się rządzić twardą ręką, była trudnym wyzwaniem – ale również dlatego, że zespoły, które pan trenował, zawsze grały ofensywną, ładną dla oka piłkę.
Przerwał i sięgnął po stojącą na biurku szklankę wody, by zwilżyć zmęczone mową usta. Dopiero wtedy zauważyłem, że podobnego detalu mi poskąpiono i zrozumiałem, że bez względu na to, co mówił Achim Stocker, nie można było mu ufać. Może i byłem wypranym z uczuć robotem, ale spostrzegawczością i chłodną kalkulacją potrafiłem wiele nadrobić.
– To właśnie ta efektowna gra – rzekł Stocker z nieznacznym uśmieszkiem na ustach, tak jakby spostrzegł moją reakcję – skłoniła zarząd do wybrania pana na zastępcę Robina Dutta. Nasi kibice są zawiedzeni. Czym innym moglibyśmy ich udobruchać, jak nie tym, co kochają najbardziej? – zapytał retorycznie, a następnie położył obie ręce na blacie i wychylił się mocno w moją stronę, czym dał wyraźny znak, że zamierza przejść do sedna swojej wypowiedzi: – Właśnie takie jest pana zadanie na resztę sezonu: uchronić Freiburg od blamażu dzięki gradowi goli, horrorów i dreszczowców. W zależności od tego, jak się panu powiedzie, być może będziemy rozmawiać w lecie o przedłużeniu pana kontraktu.
Odruchowo zacząłem wyłamywać sobie palce.
– Oczywiście. – Mój głos był jednak całkowicie spokojny. W końcu nie było już emocji, nad którymi można by panować, a udawanie było moją drugą naturą. – Dołożę wszelkich starań, by liczba ataków serca wśród kibiców Freiburga wzrosła o sto procent… i żeby zarząd mnie docenił. Żeby pan mnie docenił.
Tym razem Stocker się nie uśmiechnął.
– Cieszę się, że się rozumiemy. – Spojrzał teatralnie na zegarek. Był to znak, że był mną już znudzony. – Myślę jednak, że na tym moglibyśmy zakończyć spotkanie, nieprawdaż? Mam jeszcze sporo papierkowej roboty do załatwienia, a byłoby miło, gdyby poszedł pan wreszcie zapoznać się z drużyną.
Pożegnałem się krótko i wyszedłem.
Achim Stocker wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i wybrał odpowiedni numer.
– Dufner – ostro zwrócił się przez słuchawkę do dyrektora sportowego klubu. – Ten Aritiane mnie nie przekonuje. Zostawimy go do końca sezonu, ale kontynuuj poszukiwania innego menedżera. I na miłość Boską, znajdź wreszcie porządnego Niemca, a nie jakiegoś ciapciatego polaczka. Mam nadzieję, że przez twój wybór nie znajdziemy się przypadkiem w trzeciej lidze… Naprawdę nie mam pieniędzy na zwolnienie kolejnego trenera.
Adam Stocker odłożył telefon, oparł się o swoje wielkie, dębowe biurko i westchnął ciężko.
***
Po chwili dosiadł się do mnie łupiący słonecznika Damir Buric. Kiedy zachęcająco wyciągnął ku mnie rękę z paczką pełną czarnych ziarenek, podziękowałem i wziąłem garść. Pamiętaj – powiedziałem sobie – zaufanie podstawą współpracy.
– Mam problem – zacząłem wolno, rzuciwszy kilka łupinek na ziemię. – Nie jestem pewny, co do wyboru jedenastki meczowej. Trapią mnie wątpliwości. Chciałbym się dowiedzieć, co ty o tym sądzisz… kogo proponujesz. Znasz ich o wiele lepiej ode mnie.
Buric milczał, wiedziałem jednak, że myśli intensywnie. Chorwat rzadko odzywał się bez dogłębnego przeanalizowania tego, co chciał powiedzieć; bardzo go za to ceniłem i czułem podświadomie, że w jakiś sposób jest dla mnie pokrewną duszą.
– W bramce – powiedział wreszcie – pewne miejsce ma Langer. Niepodważalne wręcz… a konkurencji brak – przerwał na chwilę. – Obrona w składzie Krmas, Butcher, Khizaneishvilli i Konrad do tej pory gwarantowała co najwyżej grad bramek dla przeciwników, ale to jedyna sensowna konfiguracja, jaka przychodzi mi na myśl… Aogo można przekwalifikować na środkowego obrońcę, ale póki co radzę go wystawić jako defensywnego pomocnika. Resztę graczy środka pola powinni stanowić Olle-Olle, Sanou, Matmour, ewentualnie Rosenthal. W ataku Banovic i Lauth. – Damir podrapał się po brodzie w roztargnieniu. – W każdym razie tak ja to widzę.
Siedziałem cicho, dłubiąc słonecznika i rozważając propozycje Burica. Po chwili kiwnąłem z uznaniem głową.
– Będzie tak, jak uważasz… sam nie mam lepszego pomysłu. Dziękuję.
Na zwykle zasępionej twarzy Damira Burica pojawił się nieznaczny, zagadkowy uśmiech.
– Dlaczego poprosiłeś mnie o radę? – zapytał, rozsiadając się wygodnie na krzesełku. – Znamy się krótko, bardzo krótko, ale doskonale widać, że nie jesteś facetem, który przejmuje się czyimś zdaniem, który w ogóle zwraca na nie uwagę. A tu nagle taka zmiana...
– Ty za to nie wyglądałeś na faceta, który by tak dużo gadał – zripostowałem szybko. – Chcę po prostu się do was zbliżyć. To jedyny sposób, jaki mi przyszedł na myśl.
– Rozumiem. – Chorwat nie mrugnął nawet powieką. – Ale wcale nie musisz być miły dla osób, które tego nie oczekują. Niektórym przeznaczone jest życie w samotności… – urwał nagle, przeświadczony, że powiedział za dużo, a po chwili milczenia dodał: – Po prostu nie graj tyle.
I odszedł, zostawiając mnie wpatrującego się w niebo. Wspomnienia znów powróciły z całą mocą…
***
Działo się to na rok przed owym fatalnym trzydziestym pierwszym sierpnia. Byłem wtedy trampkarzem w jednej z wrocławskich drużyn futbolowych, nie ważne której. W dzień meczu – a była to sobota... zawsze graliśmy w soboty – siedziałem na trybunach stadionu, dłubiąc słonecznika, dokładnie tak samo, jak dzisiaj, na kilka godzin przed spotkaniem z Hoffenheim.
Razem z kolegą – nazywał się Pieróg – czekaliśmy na zbiórkę. Stadion był niemal całkowicie pusty, nie licząc robotników zajmujących się remontem budynku klubowego. Zazwyczaj pierwszy na mecz przychodził Michał – dla każdego Michaś – ale nie wtedy. Było ciepło, przyroda powoli wracała do życia po długiej zimie. Wiosna!
Powoli zbierało się całe towarzystwo: po mnie i Pierogu przyszedł mieszkający kilka ulic dalej Marek, którego każdy nazywał Romanem z powodu jego nazwiska; następni byli Mędzior, Dańcio i Cielak; tych dwóch ostatnich widziano ze sobą zaskakująco często, co oczywiście pociągało za sobą zgryźliwe docinki z naszej strony; potem Alan – mówiliśmy na niego Borsuk, w sumie sam już nie pamiętam dlaczego. Niemal od razu wziął ode mnie garść ziarenek słonecznika; dziewiąty przyszedł Fuki, a dziesiąty jego brat Lodówa; kolejny był bramkarz Tradek, ostatni – obrońca Danka, którego od razu zdążyliśmy wypytać o jego nową dziewczynę. Przyszli ci, którzy przychodzili zawsze – reszta olała sprawę.
Obserwowałem ich wszystkich – rozmawialiśmy i łupaliśmy słonecznika, którego oczywiście wszyscy ode mnie wysępili. Znaliśmy się od dobrych kilku lat, przeważnie z podstawówki, ale odkąd nasze drogi się rozeszły, odkąd poszliśmy każdy do innego gimnazjum, wiedzę o nich musiałem czerpać niejako z drugiej ręki, z obserwacji ich gestów, zachowań, z analizowania wypowiadanych przez nich słów. Odkąd tylko pamiętam lubiłem to robić: patrzeć i wyciągać wnioski; ciekawiło mnie nie to, co mówią, ale to, czego NIE mówią. Nawet nie przeczuwałem, jak bardzo miało mi się to przydać w przyszłości: mowa ciała, kłamstwo, zagadnienia dotyczące ludzkiej psychiki. Dzięki temu mogłem żyć tak, by inni ludzie myśleli, że jest to życie najnormalniejsze pod słońcem.
Pośmialiśmy się, pogadaliśmy. Kiedy w końcu przyjechał trener niechętnie przenieśliśmy się do szatni, by przebrać się i poczekać na rywali.
***
Kilka lat później dokładnie tak samo siedzieli piłkarze Freiburga. Kiedy ogłosiłem nazwiska piłkarzy, którzy wyjdą w pierwszym składzie – te same nazwiska, które ustaliliśmy razem z Damirem Buricem – nastała cisza. Potem przypomniałem głośno główne założenia taktyczne na ten mecz. Cisza. Słychać było jedynie pierwsze, nieśmiałe przyśpiewki przybyłych na stadion kibiców. Damir Buric stał w kącie z rękoma skrzyżowanymi na piersiach i tylko uśmiechał się kpiąco.
– Rozumiem, że przechodzicie trudne chwile – zacząłem powoli, ostrożnie ważąc słowa. – Ja również; ale taka praca, co poradzić – przerwałem na moment. – Przyszedłem do Fryburga, żeby naprawić to, co spieprzył Robin Dutt. – Na ostatnie słowa położyłem szczególny nacisk. – I chcę, żeby to było jasne, raz na zawsze – to nie wy graliście źle, to Dutt podejmował błędne decyzje: i personalne, i taktyczne. Dzisiaj zaczynamy od nowa – runda wiosenna jest jak pusta kartka, którą musimy własnoręcznie zapisać. Razem. Za chwilę postawimy na niej pierwszą literę, następnie złożymy pierwsze zdanie, ono nada sens całej opowieści.
Dalej cisza. Wszyscy bali się spojrzeć mi w oczy. Dennis Aogo, kapitan zespołu, spoglądał gdzieś w dal, odpłynął myślami. Nawet Buric przestał się uśmiechać.
Gdzieś w górze, na trybunach, kibice Freiburga zaczęli śpiewać z nową werwą
– Posłuchajcie tylko… – kontynuowałem niezrażony. – Zamknijcie oczy… wsłuchajcie się w te słowa. To dla nich, dla kibiców, zagracie. Oni nigdy nie stracili nadziei. Odwdzięczcie im się za to, teraz, kiedy macie szansę. Jesteście silni! Gdybyśmy byli w pierwszej lidze, powiedziałbym dokładnie to samo. Tam też dalibyście sobie radę! Może to tylko Hoffenheim, ale zagrajcie tak, jakby to był Bayern, jakby to było HSV! Zmiećcie ich z powierzchni Ziemi, bijcie, póki nie padną martwi! Nie przestawajcie! Kiedy spróbują oddać – powstańcie i powalczcie za wszelką cenę! Atakujcie wściekle i mocno! Wszystkimi siłami! Atakujcie celnie... Niech poczują na głowach karb waszych pięści! Niech będą, jak zapałki na wietrze; niech ugną się pod huraganem waszej siły!A gdy spojrzą wam w oczy, tak jak ja teraz, niech ujrzą wściekłość i ból, wściekłość i żądzę! ZEMSTĘ! Zemścijcie się za wszystko, co straciliście, za wszystkie upokorzenia, których doznaliście w tym sezonie! Pokażcie im koniec! Pokażcie, gdzie jest należne im miejsce! Tak, by wszyscy wiedzieli, że Freiburg jeszcze się nie poddał, że nigdy się nie podda… że Freiburg wrócił do gry! Jesteście silni!
Wypowiadane słowa powoli zaczęły mnie przerastać, ale mimo to ciągnąłem dalej. Dziś wiem, że tego dnia przekazałem im między wierszami swoją historię, że bardziej motywowałem siebie niż zawodników.
– Dajcie się ponieść emocjom, ulegnijcie najpodlejszym żądzom! – Głos również wyrywał mi się spod kontroli. – Myślcie sercem, nie głową! Zaufajcie intuicji! Moja rola kończy się w tym miejscu – to WY będziecie grali na boisku. Pozwólcie się nieść kolejom meczu! Zapomnijcie o zmęczeniu, zapomnijcie o strachu, zapomnijcie co mówię! Niech nie liczy się nic, oprócz zwycięstwa... prócz zemsty! A kiedy przyjdzie koniec, będziecie chcieli więcej i więcej… Gwarantuję to wam… Musicie jedynie mi zaufać. Pokażę wam drogi, których do tej pory nie znaliście. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę… Bo tam, zaraz za rogiem, czai się inny świat, którego beze mnie nie będziecie mogli ogarnąć. – Urwałem na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. – Przeszliście piekło, teraz nadszedł czas vendetty… Chrzest ognia! A za rogiem…
Urwałem. Nie wiedziałem, co czeka za rogiem… kto za nim czeka.
Kurtki cicho szemrały na wieszakach.
– Musimy już iść na boisko. – Buric pierwszy zdecydował się przerwać ciszę, która nastała po moim przemówieniu. – Ruszcie się.
Kiedy wszyscy piłkarze wyszli na korytarz, otumanieni, Chorwat spojrzał na mnie zaciekawiony.
– Jednak nie grasz AŻ tyle – powiedział przeciągając słowa. – Tak, czy siak, myślę, że chyba spieprzyłeś sprawę.
I również opuścił szatnię.
***
Po dziewiętnastu kolejkach Hoffenheim było w niemal identycznej sytuacji, co my – mieli bardzo silny skład, zdolny nawet wygrać ligę, zajmowali jednak odległą i rozczarowującą czternastą lokatę. Byliśmy sąsiadami w tabeli i od tego spotkania zależało, czy zajmiemy ich miejsce, czy zaczniemy systematycznie piąć się w górę.
Chłopaki – wyrwawszy się z otępienia, które napadło ich po mojej „przemowie” – ruszyli do ataku zaraz po pierwszym gwizdku sędziego i w efekcie pierwsze celne uderzenie na bramkę przeciwników oddaliśmy już w drugiej minucie. Niestety, Lauth nie zdołał się uwolnić od krycia dwóch obrońców i strzelił prosto w bramkarza. Kolejną szansę nasz napastnik dostał w 23’, ale jego bombę z rzutu wolnego obronił bramkarz gości, Meier. Dwie minuty później mogło zrobić się 1:0, ale ktoś – zgadnijcie, kto – nie wykorzystał sytuacji sam na sam… Tak, oczywiście – był to nasz niezawodny Benjamin Lauth! Na szczęście, wypożyczonego z Hannoveru dwudziestosześciolatka, na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy, wyręczył ofensywny pomocnik Ivica Banovic, zdobywając bramkę potężnym strzałem z rzutu wolnego, który po drodze odbił się jeszcze od muru i całkowicie zmylił dobrze dysponowanego tego dnia Meiera. Pech towarzyszący moim piłkarzom w poprzednich spotkaniach nie zamierzał się jednak łatwo poddać i w 44’ futbolówkę do naszej siatki głową skierował Vedad Ibisevic, korzystając z błędu w kryciu lewego obrońcy - rosłego Czecha - Krmasa. Był to jedyny strzał oddany przez zawodników Hoffenheim w pierwszej połowie.
W czasie drugich czterdziestu pięciu minut nie zamierzaliśmy spocząć na laurach i w dalszym ciągu naszym celem było wygranie tego meczu. W 47’ płynną, dwójkową akcją popisali się Lauth i Banovic, dzięki czemu Niemcowi nareszcie udało się trafić do siatki - płaskim, precyzyjnym strzałem nie dał żadnych szans bramkarzowi gości. Minutę później Teber groźnie uderzył z okolic trzydziestego metra, ale mogłem odetchnąć z ulgą, bowiem wylądował on w bocznej siatce bramki strzeżonej przez Langera. Goście w dalszym ciągu próbowali wyrównać; dwie dobre sytuacje zmarnował autor pierwszej bramki, Ibisevic. Bośniak zrehabilitował się jednak, gdy w 71. minucie bezlitośnie wykorzystał błąd naszego defensywnego pomocnika Dennisa Aogo i głową zgrał piłkę do wbiegającego w pole karne Edu, który nie miał żadnych problemów z pokonaniem Langera. Rzuciliśmy się do desperackich ataków, ale swoje szanse marnowali kolejno Rosenthal, Banovic, Lauth i Matmour. Nadzieja powróciła na trzydzieści sekund przed końcem spotkania, gdy Matmour został sfaulowany w polu karnym, a do jedenastki podszedł Ivica Banovic i pewnym strzałem w prawe okienko bramki dał nam tak upragnione zwycięstwo!
19/34 [15.] Freiburg — Hoffenheim [14.] 3:2