Ubrania spakowane, pieniądze w portfelu, samochód zatankowany pod kurek… Byłem gotowy do drogi.
Zaskoczeni?
Ot, usłyszałem niedawno, że przynudzam. Że tylko gadam, gadam, gadam i nic z tego nie wynika. Że wszyscy tęsknią za czasami, gdy nie znałem jeszcze języka niemieckiego. O, właśnie: o tym mówię… przecież mogłem zakończyć na samym „przynudzam”. Tak więc, panowie i panie, przyśpieszamy, sezon za nami, droga przed nami, wszystko opowiem wam w trakcie podróży.
A dokąd jedziemy? Och, naprawdę chcecie sobie zepsuć niespodziankę? Pobawmy się trochę – standardowa relacja autor-czytelnik niektórym znudziła się na tyle, że stracili oni ochotę na opowiedzenie historii, napisanie czegokolwiek, co nie byłoby felietonem, musimy więc strzec się rutyny, próbować rzeczy nowych, przecierać szlaki do tej pory nieznane. Nie, na mej twarzy wcale nie gości nieznaczny uśmiech. Mówię poważnie, całkowicie poważnie.
I możecie to wydrukować.
***
Opowiedzmy więc w telegraficznym skrócie o tym, co przez kilka ostatnich miesięcy zdziałałem na stadionie badenova. A bywało różnie. Wręcz diametralnie różnie.
Przede wszystkim graliśmy w kratkę. Potrafiliśmy wysoko wygrać ze zdecydowanym faworytem, by w następnej kolejce ulec słabiakowi z dołu tabeli. Moi zawodnicy najwyraźniej zamierzali zagwarantować mi nie bezproblemowe przedłużenie kontraktu, a raczej jakąś fajnie nazywającą się chorobę spowodowaną nadmiarem stresu, którą doktor House skwitowałby jednym, krótkim słowem: „cool”.
Och, tak, macie rację – takie mecze jak wspomniany wcześniej debiut z Hoffenheim, czy spotkania z Kaiserslautern (3:1 dla nas) i Aachen (który po niesamowitym dreszczowcu wygraliśmy 4:3) rzeczywiście mogły się podobać. Ale po ciekawym widowisku niemal pewne było, że w następnej kolejce zaliczymy kompromitującą wpadkę. A takich w rundzie zimowej było aż sześć – i gdyby to były remisy lub porażki z drużynami z czuba tabeli, nie miałbym absolutnie żadnych powodów do marudzenia. Tak to punkty traciliśmy kolejno z miejscami: czternastym, piętnastym, szóstym, ósmym i siedemnastym.
Nie wspominając już o porażce z przedostatnim Aue – całkowicie zasłużonej zresztą. Prezes Stocker przez cały tydzień cieszył się jak głupi, przy czym nawet nie próbował tego ukryć.
Przed sezonem 2008/2009 koniecznie musiałem znaleźć sposób na ustabilizowanie formy. Być może piłkarze po prostu potrzebowali więcej czasu, by dostosować się do mojej wizji zespołu, a także do ról, w których ich widziałem? W końcu z powodu braków kadrowych niektórych z nich musiałem wystawiać na całkowicie innych pozycjach, niżby to sobie wymarzyli. Ciągle zmiany w taktyce również nie mogły pozostać bez wpływu na ich formę. W tak trudnej sytuacji z łatwością wypatrzyłem liderów zespołu – Ivicę Banovica, Denisa Aogo i Manuela Konrada; ta trójka grała dobrze bez względu na okoliczności.
Koniec końców, w lidze zajęliśmy jednak zadowalające dziewiąte miejsce. Cieszyli się piłkarze, bo mogli wreszcie rozjechać się na urlopy i odpocząć, cieszyłem się ja, bo coraz większa liczba fachowców zaczęła doceniać moje umiejętności i cieszyli się kibice, bowiem Freiburg został ostatecznie uratowany od kompromitacji.
Na badenova-Stadion coraz chętniej śpiewano:
D’rum grüß ich dich mein Badnerland,
du edle Perl’ im deutschen Land.
frisch auf, frisch auf; frisch auf, frisch auf;
frisch auf, frisch auf mein Badnerland!
W sprawach innych większość rzeczy wróciła do normalności. Starałem się trzymać od dziennikarzy z daleka, by nie powiedzieć czegoś, co potem mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie. Przestałem próbować samodzielnie motywować piłkarzy. Damir Buric wrócił do swojego małomównego trybu pracy. I takie życie mi odpowiadało. Teraz jednak musiało odejść w cień, ustąpić miejsca Żądzy…
Kiedy we Fryburgu czerwcowe negocjacje transferowe i przygotowania do nowego sezonu trwały w najlepsze, ja postanowiłem wybrać się na zasłużony urlop: krótką wycieczkę w rodzinne strony. Bo to właśnie Polska była moim celem. A dokładniej jedno małe miasteczko… Dębice.
Gdzie cała historia miała zatoczyć koło.
***
W Dębicach jako takich nie było niczego niezwykłego – ot, spokojne, nudne, przewidywalne miasteczko; tak jak gdziekolwiek indziej młodzi byli zajęci bawieniem się, wymyślaniem sposób na wyrwanie się z zadupia codzienności i bawieniem się, emerytki miały swoje PKP – Popołudniowe Kółka Plotkarskie, jeżeli nie załapaliście – a tak zwany wiek średni przeważnie zaharowywał się na śmierć za tysiąc pięćset złotych na rękę. Nie ważne, czy była to północ, zachód, czy wschód kraju. Wystarczyło przyjechać, by uświadomić sobie, że zmieniają się jedynie szczegóły.
Tak więc przyjechałem.
Jednak nawet wbrew wszystkim pozorom, Dębice, jak każde małe miasteczko, miało swoje sekrety. Wszyscy ci ludzie, nic innego tylko aktorzy w maskach, czekali, by dać upust swojej mrocznej stronie, swojemu alter ego, swojemu pasożytowi, żywiącemu się najskrytszymi lękami swojego żywiciela i nieszczęściami wszystkich wokół, drzemiącemu w środku zamkniętych umysłów, gotowemu zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie… najmniej odpowiednim momencie. Demonowi, dla którego oglądanie płonącego u samych podstaw świata jest niewypowiedzianą rozkoszą, który jest nienasycony i niespełniony, którego powodów nie można odgadnąć, bo nie ma on takich lub jesteśmy zbyt ograniczeni, by móc je w pełni pojąć; być może jednym z nich jest odwieczna i bezkresna walka dobra ze złem, Światła z Ciemnością, dnia i nocy, a może po prostu uważa on zło za dobrą zabawę, bo taka jest jego natura, bo takim został stworzony?
Każdy z nas, każdy z osobna, ma swoją mroczną stronę i, jak już się chyba domyśliliście, ze mną nie jest wcale inaczej; czasami jednak, gdy robi się ciemno i zimno, prześladuje mnie przypuszczenie, że kiedyś, dawno temu w rozpaczy po stracie rodziny porozumiałem się z nią: nie bacząc na konsekwencje wypuściłem demona z klatki i krwią Pawłowskich podpisałem z nim cyrograf – kilka niesfornych owieczek posłanych w nicość w zamian za moją
(ulgę?)
zemstę. Po co to zrobiłem? By wypełnić rosnącą pustkę, czarną dziurę, która powoli, lecz systematycznie pożera wszystkie uczucia, czyniące nas ludźmi – radość, podniecenie, miłość… złość, zawiść i zazdrość; niezbyt szlachetne, ale jakże ludzkie! – aż wreszcie zostawia tylko pustą skorupę, znającą jedynie wszechogarniającą rezygnację? W tym sensie zemsta miała być lekiem i wybawieniem, miała wywołać dawno zapomniane emocje, których brak tak mi doskwierał. Już dawno stwierdziłem, że nie miałem już nawet siebie samego, że pozostał mi już tylko mój demon i moja zemsta, jedyna, ostatnia i jakże przewrotna szansa na utracone dziesięć lat temu człowieczeństwo.
Teraz trzymam go na smyczy, ale z każdym przebytym metrem, każdym kolejnym krokiem w stronę naszego wspólnego celu, on burzy się i przejmuje coraz większą kontrolę, aż nadchodzi moment nieuchronnego rozwiązania, kiedy zakleja mi usta taśmą, tą samą, którą ja uciszam swoje ofiary i… jest u siebie. Na chwilę przejmuje stery. Do tej pory był uczciwy i dotrzymywał warunków umowy. Do tej pory…
Och, oczywiście – usprawiedliwiam się. Bo, powiedzcie mi, któż nie potrzebuje usprawiedliwienia? Wiem, że to, co robię, nie jest dobre, ale przecież to jedyna rzecz, którą mogę zrobić i musicie to zrozumieć.
Dębice skrywały w końcu część i mojego sekretu… sekretu, który zrobił mnie takim. Chociaż nigdy przedtem nie byłem w tym miejscu, czułem się z nim i z jego nieświadomymi nadchodzącego nieszczęścia mieszkańcami związany jakąś dziwną więzią… było to trochę tak, jakbym miał namiastkę domu, miejsca, do którego można w każdej chwili wrócić, a którego nie miałem w Osinówku. Dom… jedyne słowo, które wywierało jakikolwiek wpływ na moje kamienne serce. Czyżby ostatnia więź łącząca mnie z moim starym życiem?... Iluzja?... Projekcja entuzjazmu demona, który wyczuwa, jak blisko już jesteśmy?
W domu rozpoczął się koszmar, który stał się moją codziennością i w domu się on zakończy. Czyż nie brzmi to sensownie i nie układa się w jedną, logiczną całość? Tak jak „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”… tyle, że ja powstałem z zemsty, wyłoniłem się z bólu i rozpaczy. Nie wiem, czy istnieją podobni do mnie. Dawno, dawno temu słyszałem o Aniołach Zemsty…
Ja byłem Demonem Zemsty.
***
Był upalny, duszny dzień, jak to zwykle bywa w czerwcu. Stałem przed pewnym domem i usilnie, raz po raz naciskałem na dzwonek przy drzwiach. Przez kilka minut nikt nie otwierał; mimo tego nie ustępowałem, wiedząc, że w takich warunkach ludzie bardziej, niż pędzić do niespodziewanych gości wolą wylegiwać się na kanapie, oglądając telewizję i sącząc piwo. Po chwili wreszcie coś zaskoczyło: usłyszałem kilka wątpliwej urody słów dochodzących zza drzwi; następnie szczęk klucza i drzwi stanęły otworem, a w nich niehigieniczny podkoszulek w mężczyźnie i krótkich spodenkach.
– Czego? – warknął niechętnie.
– Witam – odpowiedziałem uprzejmie, przybierając Radosny Wyraz Twarzy Nr Trzy. Mięśnie twarzy posłusznie dostosowały się do polecenia. – Jestem z Telekomunikacji Polskiej…
– Zapłaciłem rachunek.
– Och, nie, proszę pana, nic z tych rzeczy! Przyszedłem w sprawie używania routera w pańskim domu…
– Używania routera?
– Tak, prowadzimy badania statyczne przed wprowadzeniem nowej usługi i nowego typu i mamy do państwa jedno małe pytanie…
– Używania routera?
– Tak, oczywiście proszę być szczerym, cenimy sobie wszystkie uwagi, skargi, czy pochwały… no, dobra, pochwał za często nie otrzymujemy, ale są one mile widziane. Żeby nie zbaczać z tematu, nasze pytanie brzmi…
– Używania routera?
– Tak, jeśli używacie państwo router, to znaczy, że dzielicie państwo Internet na kilka komputerów, to znaczy, że może pan w laptopie korzystać i pana córka może korzystać i pana syn i pana żona…
– Skąd wiesz, że mam córkę i syna? – Spojrzał na mnie nieufnie.
– Zgadywałem.
– Pieprzeni akwizytorzy, nic tylko by zgadywali i zgadywali. – Lęk usunął się nieznacznie w cień. – Tak, mamy takie coś, ale syn z córką ciągle muszą dzielić jeden komputer, żrą się o niego, jak diabli, cholerstwa małe. Działa bez zarzutów…
– Doprawdy? Bardzo się cieszę!
– …to pewnie dlatego, że kupiliśmy go tydzień temu. A teraz muszę już iść, nie mam czasu… Do zobaczenia.
– Może za dwa dni? – Przyjrzałem mu się uważnie, jednocześnie doskonale markując promienny uśmiech. Gdy zamykał drzwi, wyglądał na nieznacznie zbitego z tropu. Rzucił więc niechętnie:
– A won!... idź się sprzedawać komuś innemu.
I poszedł.
Nazywał się Dawid Kosteński. Pamiętacie może to nazwisko? Kosteński był… hm… jednym z przyjaciół, którzy odwiedzili mój dom rodzinny pamiętnego trzydziestego pierwszego sierpnia. Jak już sam nam powiedział, był żonaty, miał dwójkę – w jego mniemaniu zapewne cudownych – dzieci: córkę i syna, mieszkał w Dębicach na ulicy Wrocławskiej 12a.
Chociaż jego nazwisko mogłoby sugerować, że był człowiekiem kościstym, rzeczywistość była zgoła inna, a wielka klata i podkoszulek, którego mógłbym używać jako pościeli, robiły piorunujące wrażenie, porównywalne zapewne z siłą jego pięści. Jednak nie dajcie się zwieść aparycji goryla – wbrew pozorom był to gość równie szybki, co silny, sprytny, a przede wszystkim niebezpieczny, straszny ze względu na swój wielki wzrost, który w przeszłości niejednym zasłużył się swoim szefom.
Mój plan powoli wkraczał w końcową fazę – rozmowa z przyszłą ofiarą oznaczała, że nie będę mógł się jej ukazywać aż do czasu, gdy wyląduje przywiązana na stole, z nożem przy gardle. Pozostało mi jedynie uzbroić się w cierpliwość i obserwować, dogłębnie poznać zwyczaje i plan dnia Kosteńskich.
Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Kosteńskiemu zostały zaledwie dwa dni na dokończenie swoich spraw w świecie żywych.
***
Ławka była długa, brązowa i widać, że niedawno malowana, bo niezniszczona żadnymi bezmyślnymi aktami wandalizmu. Obok niej stał czarno-żółty kosz na śmieci, pusty – można by rzecz, że równie dziewiczy, co odmalowana sąsiadka. Zasadnicza różnica między nimi polegała na tym, że ławkę prędzej, czy później w całości pokryją bohomazy miejscowych domorosłych artystów, a kosz będzie trwał w niezachwianej czystości po wszystkie czasy.
– Jak ja ci mówię, że Bravo jest lepsze od Dziewczyny…
– A ja ci mówię, że kupę się znasz. Dziewczyna jest bardziej słit!
– Phi, o czym wy w ogóle mówicie, amatorki? Dzisiaj czyta się tylko amerykańskie gazetki. Seventeen, na przykład.
– Phi, phi, phi. Jebaj się!
Czuję się zobowiązany wyjaśnić Wam, jakim sposobem znalazłem się na parkowej ławce, przysłuchując się w dodatku dyspucie o wyższości jednego młodzieżowego szmatławca nad drugim.
Jak już wcześniej wspomniałem, był czerwiec i lato z każdym dniem coraz widoczniej zyskiwało na siłach, a ludzie gromadnie i chętnie zaczynali korzystać z jego uroków. Parki, place zabaw, boiska, pizzerie, i właśnie ławeczki, czyli mówiąc krótko – wszystkie miejsca spotkań towarzyskich eksplodowały, narodziły się na nowo po lodowatej zimie i bądź co bądź surowej wiośnie. Wszędzie dało się słyszeć rozmowy i śmiechy – bo i jak tu się nie cieszyć, gdy się przygląda temu nowemu, świetnie się zapowiadającemu latu? Wszędzie dało się również ujrzeć ludzi biegających, grających w piłkę, jeżdżących na rowerach lub rolkach, nawet z dębickiej pływalni znowu dobiegały pluski wody – bo i jak można bezczynnie siedzieć w domu, gdy zdrowie i pogoda dopisują?
Przynajmniej tak – mniej więcej – tłumaczył się mój Kosteński reszcie Kosteńskich, kiedy zachęcał ich do wspólnego, rodzinnego, a także całkowicie spontanicznego wypadu do parku. Oczywiście, reszta radośnie przyklasnęła głowie rodziny, a ja, chcąc, nie chcąc, musiałem za nimi podążyć w sam środek zazwyczaj tak unikanego przeze mnie tłumu. W tym wypadku tłum oznaczał rozwrzeszczane, nastoletnie dziewczyny, sztuk pięć, do których dosiadłem się, by móc obserwować moich urlopowiczów.
– Weź się zamknij, co?
– Bo? Pójdziesz się popłakać twojej starej, że nie masz nigdy racji? Oj, oj, oj!
Wiedziałem, że tak jak pojedyncza, mała iskra potrafi wzniecić trawiący całe miasta pożar, tak dyskusja na nawet najbłahszy temat potrafi się przerodzić w prawdziwą masakrę słowną, by w skrajnej ostateczności przejść nawet do rękoczynów. Rozmowa o szmatławcach powoli obierała właśnie taki kierunek – dziewczyny wytaczały coraz cięższe działa, co chwilę rzucały na pole bitwy nowe mięso armatnie, strzelały niewybrednymi obelgami z prędkością karabinu maszynowego. Już widziałem wyłożone na stole ostateczne argumenty, Hitlera, Stalina, komunizm, ateizm, fanatyzm i polactwo razem wzięte, już błyskały mi przed oczami paznokcie, długie i groźne jak wilcze szpony, już ławka trzęsła się pod ciężarem upadających kolejno bezwładnych ciał, gdy nagle sytuacja całkiem się odmieniła, a Ruda, ta od Bravo, jak gdyby nigdy nic zmieniła temat na wydarzenia ostatniej dyskoteki i zapanował względny spokój.
Cóż, w sumie nic dziwnego – pomyślałem po chwili. Po prostu gazeciarki grały swoje role w spektaklu życia, dopasowywały się do formy społeczności, do której chciały należeć, powtarzały wyuczone i utarte schematy. Jeżeli by tego nie robiły, nie godząc się na żadne kłamstwo, fałsz i udawanie, szybko odpadłyby z gry w życie towarzyskie i miałyby dużo czasu na emanowanie swoim jakże prawdziwym i szczerym jestestwem do nikogo lub, ewentualnie, swojego misia. Tak, to prawda, rola zdecydowanie ogranicza – coś za coś, nie ma lekko – ale daje pewną swobodę w niektórych sprawach, miejsce na tak zwaną indywidualność i oryginalność. Człowiek może przestać grać tylko przed sobą, w zakamarkach własnego umysłu, gdzie nikt go nie widzi, ani nie słyszy. Nie każdy tego chce, bo gdy schodzi ze sceny, okazuje się, że nie ma własnych myśli i idei, tylko wypełniony jest cudzymi, okazuje się, że jest tylko naczyniem, które wypełniły aż po brzegi kultura, obyczaje, religia, polityka i inne rzeczy, które są podstawowymi budulcami naszego społeczeństwa. Cóż mu więc pozostaje? Oszaleć za cenę własnego ja? Czy zaakceptować obraną rolę, zdać sobie sprawę z tego, że myśli myślami innych, by móc trzeźwo na nie spojrzeć, zobaczyć ich wady i zalety, zmodyfikować wedle własnego uznania? Być sprytnym żeglarzem na nieskończonym morzu możliwości, wybierać z niego tylko to, co mu pasuje i to, co przydatne, nie dając się złapać w pułapki zastawiane przez rolę i społeczność?
Jaka była więc moja rola?
Słońce świeciło, liście szumiały, woda w fontannie radośnie pluskała, a dzieci biegały wokoło jak szalone i bawiły się. Gazeciarki przerzuciły się na swoje plany wakacyjne, Kosteńscy piknikowali w najlepsze. Nikt nie oprotestował wysnutych przed chwilą wniosków na temat życia, nie zwrócono także większej uwagi na moje pytanie egzystencjonalne, bo takie przychodzą, tylko gdy jesteśmy sami.
Ja byłem sam od sześciu lat…
Nagle Kosteński junior poderwał się z ławki, gdzie jeszcze przed chwilą rozmawiał z ojcem, i żwawym krokiem ruszył ku parkowemu placowi zabaw. Zaciekawiony i wyrwany z zadumy skierowałem wzrok w jego kierunku.
Dzieciakowi na spotkanie szła powoli i spokojnie młoda, najwyżej dwudziestokilkuletnia dziewczyna. Miała na sobie prostą i zwiewną sukienkę koloru nocnego nieba, słaby wiaterek powiewał jej ciemnymi, prostymi włosami, okalającymi ładną twarz z krwiście czerwonymi ustami. Była boso. Mimo upału na jej twarzy, ozdobionej nieznacznym uśmiechem, nie widać ani jednej kropelki potu – przeciwnie, blada, promieniowała chłodem, który wyczuwałem nawet z odległości, jaka nas dzieliła. Choć, jak już mówiłem, na początku wydawało mi się, że Kosteński zmierzał właśnie ku niej, chłopak poszedł dalej, nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem. Nie zwracając na nią uwagi!.. Wydawało mi się to wręcz nienaturalne – przeszedł tak blisko niej, że musiał okazać jej choć odrobinę zainteresowania, oglądnąć się, czy… czy coś. A on, jak gdyby nigdy nic, minął ją.
Natomiast ona… ona przystanęła i popatrzyła się na mnie… Nie powiedziała ani słowa, uśmiechała się tylko tym swoim uśmieszkiem, odrobinę pogardliwym, i mrużyła oczy.
Zdobyłem się tylko na jedno, głupie pytanie:
– Kim jesteś?
Już nie łączył nas zwykły chłód, tylko przeraźliwe zimno, po chwili już i ja nie mogłem oderwać wzroku od niej, od jej niebieskich oczu, od jej niewypowiedzianego piękna… Świat zamarł, ludzie przestali rozmawiać, dzieci biegać, ptaki śpiewać, woda pluskać, wszystko przestało się liczyć, jest tylko para niebieskich oczu. A ja siedziałem… Siedziałem, gdy dziewczyna podeszła do Kosteńskich, nie mogłem się ruszyć, gdy nachyliła się ku staremu, chciałem coś zrobić, cokolwiek, byleby tylko przerwać tę porażającą niemoc, gdy pogładziła jego policzek, a potem posłała mu całusa. Ojciec, tak jak i wcześniej syn, nie zareagował, nie drgnął nawet.
Ona wiedziała. O wszystkim.
Wstrzymałem na chwilę oddech, a potem ze świstem wypuściłem powietrze.
– Kim jesteś? – powtórzyłem z trudem.
Znowu ten pogardliwy uśmieszek, jedyna odpowiedź na moje pytanie.
Nieznajoma odwróciła się, rozłożyła szeroko ręce i… zaczęła tańczyć. Jej ciemna suknia powiewała na wietrze, którego jeszcze przed chwilą nie było, a pewne, płynne ruchy świadczyły o tym, że nie robiła tego po raz pierwszy. I że jeszcze nie raz to zrobi. Taniec powolny, ale radosny, delikatny i nieuchronny – najpiękniejszy, jaki widziałem w całym moim życiu. Chociaż cała okolica zastygła w milczeniu, wydawało mi się, że gdzieś niedaleko grała muzyka – najpiękniejsza, jaką słyszałem w całym moim życiu.
W pewnej chwili dziewczyna dzięki kilku szybkim obrotom znalazła się przy mnie. Ponownie spojrzała mi w oczy i wyciągnęła rękę w zachęcającym geście. Nie byłem w stanie wyciągnąć swojej – chłód zmroził mnie aż do szpiku kości – w dodatku, mimo jej piękna i spokoju, coś mnie od niej odstraszało. (Czyżby strach?) Kilkanaście sekund czekała na odpowiedź, a potem niebieskie, odrobinę zawiedzione oczy rozpłynęły się we mgle powracającej do życia rzeczywistości.