Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Diabelska przygoda cz.1

- Już? Tak? Jesteśmy na wizji? A więc witamy na stadionie w Stambule- zaczął spiker- już za chwilę zacznie się tworzyć historia. Historia dla jednych piękna, dla drugich okrutna, ale jak wiadomo zwycięzca może być tylko jeden. Dziś przed szansą zapisania się w kartach historii stoją dwa wielkie kluby- Juventus Turyn i F.C. Barcelona. Pojedynek dwóch piłkarskich potęg i dwóch menagerów, z jednej strony holender Frank Rijkaard. Postać nietuzinkowa, świetny zawodnik, a obecnie w roli trenera spisuje się co najmniej dobrze. Na oficjalnej konferencji przed finałem, powiedział, że w grę wchodzi tylko zwycięstwo. „Nie po to pracowaliśmy ciężko na treningach, żeby teraz przegrać. Przeszliśmy Liverpool, Chelsea, PSV, czemu teraz mamy nie wygrać?”- mówił Rijkaard. Jego dzisiejszym rywalem będzie szkoleniowiec Bianconerich- Luca Pavellini. Ku zaskoczeniu wszystkich zaledwie trzydziestopięcioletni trener, wydawało by się z nikąd, najpierw objął posadę w Juve no i oczywiście spełnił pokładane w nim nadzieje. „Dla mnie sukcesem jest sam udział w Lidze Mistrzów. Może to zabrzmieć nieco śmiesznie, ale jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że kiedyś będzie mi dane być na finale. Ba, kto by się spodziewał, że po roku urzędowania w Parmie zapuka sam Juventus? No i teraz ten finał… oczywiście marzy mi się, abyśmy to my podnieśli puchar, ale jak wiadomo Barcelona to legenda dysponująca obecnie niemalże najlepszą kadrą”.
Oboje nie ukrywali zatem, że liczy się tylko zwycięstwo, ale czegoż innego można się spodziewać?. Juventus w drodze do finału eliminował kolejno Real Madryt, Bayern Monachium i Arsenal Londyn.
I wychodzą na murawę, najpierw Juventus. W bramce Buffon- zawodnik, który w tym sezonie udowodnił już swoją klasę. Cannavaro- nieustępliwy i jak zawsze w świetnej dyspozycji. Dalej: Thuram, Zebina, Zambrotta, o którego dopytuje się Real i Manchester United. W pomocy: Nedved, Emerson, Camoranesi i jako cofnięty napastnik Del Piero, który powoli wraca do wyśmienitej dyspozycji. W ataku: Trezeguet i Ibrahimovic- duet napastników, który w sumie zdobył 16 goli w tej edycji Ligi Mistrzów.
Teraz Barcelona: w bramce Valdes, dalej: Belletti, Sylvinho, van Bronckhorst, Puyol. Pomoc: Iniesta, Deco, Ronaldinho, Giuly i w ataku: Eto’o i Larsson.
To będzie wielki mecz a gwarantami świetnego widowiska mają być nazwiska, które właśnie wyczytałem. Mateusz, czego możemy się spodziewać?
- Na pewno świetnego widowiska, bo w końcu już za chwilę rozpocznie się batalia klubów z najwyższej półki, które są nastawione na zdobycie pucharu. Po Barcelonie na pewno można się spodziewać ciągłych ataków, niekonwencjonalnych zagrań i oczywiście geniuszu Ronaldinho. Juventus w tej edycji pokazał, że przechodzi metamorfozę. Już w fazie grupowej udowodnił, że nie zamierza grać tak jak dotychczas- Catenaccio. Być może to „wina” nowego trenera, który tuż po objęciu tej funkcji zapowiadał, że chce w tą drużyną tchnąć nowego ducha, który wybije raz na zawsze nieciekawy futbol. Juventus wreszcie kreuje grę, nie ogranicza się jedynie do obrony, choć w tym meczu ja osobiście się takiej postawy spodziewam.
- Zatem powrót do przeszłości?
- Tak Roman, do Catenaccio, ale to wydaje się słuszne rozwiązanie. Barcelona, jak wiemy, jest mocna w rozgrywaniu piłki, a Juventus mimo wszystko jest mistrzem gry obronnej, należy zatem pozwolić Katalończykom grać i zmęczyć ich, a później przejść do kontrataku. Jeśli ja bym był w tej chwili włoskiego menagera postawiłbym na Catenaccio, bo to chyba najlepsze rozwiązanie w konfrontacji z Barceloną. Przynajmniej już raz poskutkowało, ale wtedy to była zupełnie inna Barca.

- David pamiętaj, ty masz szarpać przód i cofasz się maksymalnie do połowy… kapujesz?- spytałem dla upewnienia się. Ten kiwnął głową na tak, podrapał się po głowie i stanął w szeregu jedenastki z Turynu, która tłoczyła się w korytarzu wprowadzającym na murawę. Szybki czas na koncentracje, ostatnie momenty przed wyjściem. Nagle cały pociąg powoli rusza, a w promieniach świateł na stadionie znikają kolejni zawodnicy Barcelony i Juventusu.
- Jak tam Luca, mała trema?- spytał tuż przed wejściem Ricardo Agricola klubowy lekarz.
- A jakże inaczej, w końcu to finał Ligi Mistrzów…

Błysnęły flesze, powoli stadion wypełniała euforia, która opanowana została dźwiękami hymnu Ligi Mistrzów. Zegar wybił 20: 45, tak więc przedstawienie czas zacząć. Pierwsze podanie i mecz o sławę i puchar rozpoczęty. Kilka ataków na rozpoznanie przeciwnika i gra pozycyjna zdominowały czas 20 minut od pierwszego gwizdka. Około 25 minuty ewidentnie przycisnęła Barcelona zamykając graczy Juventusu na własnej połowie. Na lewej flance błyszczał jak zawsze Ronaldinho, który kilka razy urywał się spod opieki obrońców, ale jakoś nie mógł do końca „wstrzelić się w mecz”. W 30 minucie Larsson po dwójkowej akcji z Eto’o był bliski pokonania Buffona, ale piłka poszybowała nad poprzeczką. Tutaj ewidentnie zawinił Zebina, który dał się ograć Eto’o „na raz”.

- Alex… dawaj do przodu, Zambrotta ty też wbiegaj skrzydłami, my k*** musimy coś strzelić, a nie tylko się bronić!- krzyczałem do Alessandro, który akurat biegł po piłkę. Szybko wykonany rzut z autu zaskoczył nieco obrońców Barcelony, Del Piero przekłada piłkę na lewą nogę, wrzutka w pole karne, Valdez nieco wychodzi… Trezeguet przyjmuje na klatkę piersiową, strzela i mamy 1-0 !!! Piłka po koźle znajduje drogę do bramki.

- Tak ma być! Tak dalej…- krzyczałem ewidentnie pokazując swe zadowolenie. Spojrzałem w stronę Riijkaarda, coś krzyczał, machał rękami, ale minę miał nie tęgą. Nagle poczułem, że wykonałem jeden mały kroczek w stronę wielkiego triumfu. Było jasne, że Barcelona tanio skóry nie sprzeda, ale to my byliśmy w nieco lepszej sytuacji. W końcu zachowawcza gra Juventusu swoją sławą obiegła cały świat i wszyscy wiedzą, że ta drużyna woli się bronić, niż atakować. Na daną chwilę jakoś szczególnie nie satysfakcjonowało mnie to przekonanie o sile defensywy Juve. Wiedziałem, że Barca to klub, który skupia się na grze ofensywnej i wypracowują sobie masę sytuacji, a ja właśnie tego chciałem uniknąć. Należało zatem coś zmienić, no właśnie, ale co? W końcu Włosi catenaccio wypijają niemal z mlekiem matki, a przez kilka minut nie da się zmienić sposobu myślenia drugiego człowieka. Końcowy gwizdek dał jasny sygnał do zejścia z boiska. Teraz czas na pogawędkę.

- Panowie, było nieźle- zacząłem- tylko problem polega na tym, że w piłce nie wszystko jest takie oczywiste. Wiecie, teraz wygrywamy, a za dwie minuty schodzimy bez pucharu. Mecz trwa jeszcze 45 minut, a przez ten czas dużo może się wydarzyć.
Teraz Barcelona musi coś strzelić, my przyjmujemy ich na połowie im dalej tym lepiej. Z krycia zwolniony tylko David, reszta walczy o piłkę. Gramy szybkie kontry i powrót do defensywy… jasne?. Każdy wypad pod bramkę kończymy strzałem, żeby móc wrócić. Pavel, jak nikt nie nadbiega to nie drybluj, nie oddawaj do tyłu, tylko ładuj w bramę. To potrafisz, a 2-0 to już jest lżejsza gra. Zambrotta, szarpiesz do przodu skrzydła, na dwójkowe podania z Nedvedem, któryś z was oddaje piłkę na wykończenie do środka. To samo prawe skrzydło, wszyscy słyszą?! Ten sam schemat!. Nie grajcie wysokich piłek, pod polem karnym, klepka i podania w uliczki. Zlatan ty będziesz dostawał wysokie piłki, gasisz i oddajesz, albo strzelasz.- złapałem głęboki oddech, popatrzyłem po zawodnikach- ktoś jeszcze ma coś do powiedzenia? Ktoś czuje, że nie może grać dalej?- Pokręcili przecząco głowami.
- Dobra to spadać na boisko po puchar!

Arbiter czekał, w tym czasie sędzia techniczny komunikował zmianę w Barcelonie, zszedł Larsson, a wchodzi Maxi Lopez. Teraz już tylko gwizdek i gramy dalej. Barca szarpała, ale my się trzymaliśmy. Zgodnie z przewidywaniami byliśmy zepchnięci na własną połowę, często zamykani byliśmy nawet w obrębie 20 metrów. Na szczęście Buffon pewnie wyłapywał dochodzące piłki, obrońcy podwajali krycie. Niby wszystko pięknie tylko brakowało sytuacji na podwyższenia prowadzenia. Nie załamywałem rąk, na razie chłopaki się trzymali, ale ewidentnie zagrożenie było za blisko bramki, coś z tym trzeba było zrobić.

- Blasi, idź się rozgrzewać, zaraz wchodzisz. Wejdziesz za Del Piero, Zlatan przejdzie na ofensywnego rozgrywającego, a Ty z Emersonem zejdziesz na defensywnego. Niech dadzą opaskę Nedvedowi. Treze gra snajpera.
- OK - pokiwał głową.

Od tej minuty defensywa była wzmocniona, ale samo zabezpieczenie tyłów nie dawało nam pewności wgranej. Należało wzmocnić ofensywę, czyli prowadzić świeżego napastnika.
- Zalayeta na rozgrzewkę! Wchodzisz za Davida, teraz ty biegasz i dobrze będzie, jak coś strzelisz.

Obraz gry nieco się zmienił, teraz piłka krążyła w okolicach środka boiska, rzadko kiedy któraś z drużyn zapędzała się pod pole karne. Około 75 minuty grała już tylko Barcelona spychając moich zawodników do głębokiej defensywy, ale żaden z Katalończyków nie umiał zamienić tej przewagi na gola. Najbliższy tego był Maxi Lopez, który otrzymał piłkę na woleja, ale nie trafił czysto i Buffon musiał ją tylko zgarnąć z ziemi. Wraz z upływem czasu coraz bardziej się denerwowałem, dreptałem w miejscu i obserwowałem, co się dzieje, a działo się coraz gorzej. Barcelona nadal parła do przodu zmuszając cały zespól do cofnięcia się, Schowani teraz za podwójną gardą chcieliśmy przetrzymać ostatnie minuty. Kolejna zmiana u nas w ekipie. Schodzi Zebina wchodzi Pesotto. Jeszcze tylko 5 minut pomyślałem, czas jednak płynął cholernie wolno, a w głowie szybko analizowałem wszystkie aspekty, których wprowadzenie poprawiło by nieco sytuację na boisku. Machnąłem ręką pokazując, żeby wyszli z szybkim atakiem. Zlatan zgasił wysoką piłkę oddał na dobieg do Zalayety, ale Marcelo trafił w trybuny… i znowu powrót. Sędzia techniczny podnosi tablicę, jeszcze 3 minuty. Panie sędzio, za co aż trzy?!- Pomyślałem, przypominając sobie jak Francuzi wygrali na ME z Włochami. I znowu to samo, zostajemy zamknięci pod bramką i wywalamy piłki oby jak najdalej… i nagle gwizdek sędziego.
- Koniec, wygraliśmy, wygraliśmy!!! - krzyczałem biegnąc w stronę chłopaków. Podziękowałem jeszcze Riijkaardowi mówiąc, że Barca rozegrała świetny mecz.

Euforia ogarnęła stadion w Stambule, piłkarze biegali przed trybunami zdominowanymi przez włoskich kibiców. Usiedliśmy na środku boiska, żeby nieco ochłonąć i zregenerować siły na uroczystość wręczenia pucharu. Lennart Johansson obdzielił wszystkich medalami, najpierw graczy Barcelony, a później nas. Po kolei jeden po drugim wchodzili na platformę po odbiór medalu. Później przyszedł czas na puchar, który wręczono Del Piero. Puchar w górę i wielki huk petard rozrywa uszy! Wielka feta właśnie się rozpoczęła!

Po 20 minutach schodziliśmy powoli z płyty boiska, w pomieszczeniach panował ogromny tłok, pełno dziennikarzy. Zatrzymałem się na chwilkę, żeby udzielić krótkiego wywiadu. Natychmiast, zleciało się pełno ludzi z mikrofonami i aparatami krzycząc coś w moją stronę, było coraz mniej miejsca i coraz duszniej… w końcu zapanowała ciemność.

***


Całe życie w klatkach mignęło przez moje oczy. Coś w stylu „życie w 1 minucie” autorstwa Szymona Majewskiego. Obrazy z dzieciństwa, studia, wreszcie wyjazd do Włoch i praca w Parmie. Najwięcej tych slajdów, było jednak z ostatniego roku, a szczególności niedawny finał Ligi Mistrzów. Nagle przenikliwy blask i otwieram oczy… co widzę?
Miejsce co najmniej dziwne. Wokół wszystko nieskazitelnie białe, coś jakby biała nicość, jakaś próżnia zawieszona gdzieś niewiadomo gdzie. Pierwsza myśl, która cisnęła się do głowy brzmiała: gdzie ja do cholery jestem?
Szybo zbierając myśli postanowiłem ruszyć gdzieś przed siebie, a może coś ciekawego gdzieś tutaj spotkam? No i spotkałem, niecodzienny obrazek.
Drewniane biurko z komputerem i telefonem, dalej walały się stosy dokumentów porozrzucanych na ogromnej powierzchni. Przypominało to nieco „papierkowy labirynt”. Przy jednej ze stert dokumentów zauważyłem starca. Leżał, lekko chrapiąc z rękami założonymi na brzuch. Ten widok był dla mnie „lekkim” zaskoczeniem. Jedyne, co wówczas było oczywiste to fakt, że musiałem go obudzić i zapytać, co się właściwie dzieje. Podszedłem nieco bliżej, kucnąłem i szarpnąłem lekko za rękaw jego białej togi. Wstrząsnął szybko głową i powolnie otwierał oczy.

„Niech morza się rozstąpią,
Aniołowie z nieba zstąpią
Stojąc przy niebiańskich wrotach
Zapomnij o ziemskich rozkoszach.
Jam jest Piotr, sługa Pański
Co wrót strzeże, wrót do łaski
Łaski Bożej, świata innego
Śmiechem i radością przepełnionego
Aby przejść na drugą stronę
Musisz schylić swoją głowę
Chwilka mała rozmyślunków
Zrób rachunek swych sprawunków
To co dobre dokonałeś
Czym skrzywdziłeś, co zaniechałeś.
Oto już najwyższa pora
Na wizytę u doktora.
Na takiego, co jest w stanie
Umysłowej Twojej ranie
Dać upustu w jednej chwili
Niech Twa dusza już nie kwili
Tak więc teraz, właśnie stąd
Czas rozpocząć wielki sąd!”


- Ale przepraszam co ja tu robię?- odrzekłem nieco zadziwiony całą tą iście absurdalną sytuacją. Miałem dziwne przeczucie, że ktoś tutaj sobie robi ewidentne jaja, „Mamy Cię”, albo coś w tym stylu, a może koleś się czegoś nawąchał? Miałem ochotę przerwać to wszystko, tylko jak?

„Widzisz synu mój zbłąkany
To są czyśćca zielone polany
Nie zielone, jak te ziemskie
Tylko białe i nie tknięte.
Jeszcze chwila, jeden moment
Zaraz zacznie się nasz koncert
Koncert z Tobą w głównej roli
Będziesz śpiewał nam do woli
O tym jak na naszej Ziemi
Sprawowałeś dzień powszedni
A tym czasem dla otuchy
Weź papierów tych okruchy
Złóż je wszystkie w jedną kulkę
I przeczytaj tą lekturkę:


Kończąc swój monolog zebrał garść papierów z biurka. Nieco wstrząsnął, podrzucił przed siebie i na głowę spadła mi gazeta. Nie no to lepsze niż Coperfield, facet zrobiłby fortunę!- pomyślałem przez chwilę, po czym zdjąłem z głowy gazetę i zacząłem czytać:

Tragiczna śmierć na stadionie w Stambule!

W niewyjaśnionych okolicznościach, po finale Ligi Mistrzów, zmarł młody i niezwykle utalentowany menager, który doprowadził Juventus Turyn do triumfu w rozgrywkach.
Luca Pavellini- był niespełna 35- letnim menagerem drużyny z Turynu, który w swoim debiutanckim sezonie z drużyną Bianconerich zdobył Puchar Europy. Nikt tak naprawdę nie przypuszczał, że ową magię, eksplozję radości po zdobyciu tytułu może coś przesłonić, a jednak.
Pół godziny po ceremonii wręczenia pucharu, wszyscy powolnie opuszczali płytę tureckiego stadionu, a w raz z nimi niezwykle szczęśliwy menager. Jak podaje jeden ze stewardów, gdy drużyna weszła do „rękawa” nagle zebrał się tłum fotoreporterów. Menager na chwilę przystanął, aby udzielić krótkiego wywiadu, w pewnej chwili upadł na dywan wiodący na stadion i stracił przytomność. Pomimo wielkiego tłoku udało się znaleźć sztab medyczny, który natychmiast przystąpił do reanimacji. Dziesięć minut po zdarzeniu przed stadion przyjechał ambulans, którym przewieziono Pavelliniego do szpitala. Około godziny 23:40 świat piłkarski obiegła informacja, że trener Juventusu Turyn zmarł najprawdopodobniej na wskutek niezwykle silnego zawału w drodze do szpitala.
W nocy zarząd klubu z Turynu potwierdził tragiczną informację.
- To nie tak miało być!- mówił po całym zdarzeniu David Trezeguet, napastnik Juventusu, który w finale strzelił decydującego gola. Kibice klubu, zarząd i cały świat piłkarski łączy się w żałobie.


Odłożyłem gazetę na biurko, w tym czasie Piotrek uciął sobie małą pogawędkę przez telefon i szukał czegoś w laptopie.
-No nie, Rich znowu jest z Taylor?. A rozumiem Szefie, a ta, jak jej tam, Brook? Kurczę szkoda, że nie mogę tego zobaczyć, ale jutro obejrzę sobie powtórki. Szefie jeszcze jedna sprawa, jest tutaj ten menager. Mhhhm, tak rozumiem, dobra ja się tym zajmę- odłożył słuchawkę, kolejny raz podrapał się po łysinie i dalej szperał coś w tym sowim komputerku.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale co ze mną będzie?- nieśmiało przerwałem.

„Mamy problem, Twe zapytanie?
Jakieś trzeba rozwiązanie
Znaleźć szybko, bo czas leci
„Moda na sukces” mi przeleci
Już tam Brook coś kręci
Ritcha wabi, wciąż go nęci.
Biedny chłopak zagubiony
Nie chce wracać już do żony!”


- I co?

„Piękna Taylor, zrozpaczona
Wciąż się męczy, prawie kona…”


- Znowu nawija?- Pomyślałem i aby szybko przerwać kolejny bezsensowny monolog szybko wtrąciłem, co swoje- nie obchodzi mnie, co się dzieje w serialu, tylko co będzie ze mną?

„Daj chwileczkę na zebranie
Myśli moich porządkowanie
Problem mamy tu ogromny
Jestem prawie przerażony
Sędzia rozprawy się wyrzeka
A czas płynie, tak jak rzeka
Sądzić tutaj nie zamierzam
Bo się sędzią nie nazywam
Ale jest z tej sytuacji
Pewne wyjście, jedno takie
Użycz chłopcze swej monety
Jam nie przekręt, jam jest święty
A nasz problem przeogromny
Wnet zostanie poskromiony”


- No dobra- nerwowo przeszukiwałem kieszenie płaszcza a’la Mourinho. W jednej z kieszeni wyczułem flaszkę wódki, która miała posłużyć za materiał do świętowania po zwycięstwie. Szukałem dalej, nagle na dnie głębokiej kieszeni wyczułem pieniążek. Podałem go starcowi.

„Decydować to nie dla mnie
Wszak bym złamał przykazanie
Boskie, jakże gniew przeraźliwy
Spadły na mój łeb sędziwy
Taki jest splot okoliczności
By ratować własne kości
Wybacz ty człowieku wątły
Żem sprawiedliwość posłał w kąty
Widzisz srebrny ten pieniążek?
Gdy podrzucę tenże krążek
Gdy orzełek tu wypadnie
Staniesz przy otwartej bramie
Zaś kiedy reszka się nam trafi
Zjedziesz do piekielnej parafii
Tak więc teraz, właśnie stąd
Czas rozpocząć wielki sąd!”


- Ale…- przerwał mi zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. W tym momencie podrzucił wysoko monetę.

„Nie zaprzeczę, pech Twój wielki
Być przeklętym na wieki
Bo moneta tak wypadła
Że nam reszkę ukazała.”


- A gdzie sąd, gdzie sprawiedliwość, czemu w czyśćcu jest hazard?- krzyczałem, ledwie co powstrzymując swoje ciało przed rzuceniem się na starca. W końcu tak nie wypada, zwłaszcza mi, osobie publicznej.

„Dwa tysiące lat tu siedzę
A przyszedłem w dobrej wierze
Aby pomóc Pasterzowi
Dobre owieczki łowić
Teraz, kiedy jestem dłużej
Myślę o mej emeryturze
Tak i ty odejdziesz biedny
W stronę tej przeklętej windy
Co znajduje się za ścianą
Stosów kartek, spiętych klamrą”


Odwróciłem się, aby spojrzeć na windę, nad którą widniał napis „Highway to hell”. Kiedy wróciłem wzrokiem w stronę biurka Piotra już nie było.
- Ja nie chcę tam iść, Piotrze pomooocy!- wołałem głośno uderzając pięściami w biurko- Mam zacząć recytować? Co do cholery mam zrobić, żeby tam nie iść?- odpowiadało mi tylko echo i odgłos uderzanego coraz mocniej drewnianego stolika. Po pewnym czasie zrezygnowałem i udałem się we wskazanym przez Piotra kierunku, do piekła.
O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2006
Dodano: 29.02.2008

Liczba wyświetleń: 1474

Średnia ocen: 3.00



Komentarze


Z tym materiałem nie są powiązane żadne opinie.



Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu