Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

The Magpies Show (cz.1)

Znudzony zacząłem wodzić wzrokiem wśród dziennikarzy zgromadzonych w małej sali konferencyjnej. Młokosi, jak James Johnson z Angielskiego Tygodnika Sportowego, nerwowo przetrząsali swoje zapiski, doświadczeni, jak Kevin Hunt z Tygodnika Sportowego Newcastle, wymieniali swoje uwagi z członkami naszego stowarzyszenia. Kevin jak zwykle rzucał pikantne uwagi pod adresem zarządu, podsycając nerwową atmosferę wśród oczekujących dziennikarzy, którzy - oświeceni kontrowersyjnymi tezami – w pocie czoła dopisywali kolejne podpunkty do swej listy pytań. Stary Kevin nie omieszkał też delikatnie podchodzić członków stowarzyszenia kibiców, by wydobyć szczegóły związane z procesem przejmowania klubu, albo polityką rozwoju Newcastle. Doświadczony poprzednimi konferencjami postanowiłem wyjść na papierosa, bo wiedziałem, że jako prezes stowarzyszenia kibiców prędzej czy później stanę się ofiarą podchodów.

Keegan jak zwykle się spóźniał, dla mnie nie było to żadną nowością, ale niektórzy paparazzi mijali mnie przed wejściem do klubowego budynku wrzeszcząc przez telefon komórkowy. Zmiętoliłem lekko papierosa, zawsze tak robiłem, kiedy miało wydarzyć się coś ciekawego…

Srebrny Mercedes z piskiem opon wjechał na klubowy parking, a z niego pospiesznie, choć nieco niezgrabnie wysiadł Keegan. Jeszcze przejrzał się w lusterku, rozczochrał nieco włosy i pospiesznym krokiem udał się w kierunku centrum konferencyjnego. Przystanął przed wejściem.
- Przepraszam, czy masz może papierosa? – niepewnie zapytał.
- Jasne – wyciągnąłem otwartą paczkę L&M-ów.
- Ja Cię chyba skądś kojarzę… - rzucił odpalając papierosa.
- Mark Stone, prezes Stowarzyszenia Kibiców Newcastle.
- Faktycznie, a więc to Ty będziesz patrzył mi na ręce. Byłeś już w środku?
- Tak, przed momentem stamtąd wyszedłem.
- I jak… Pewnie wszyscy wnerwieni?
- Młodzi tak, ale reszta w miarę spokojna. Zdążyli się już przyzwyczaić. Tak jak ja…
- Dobra, to idę zanim ogranie ich totalny szał.

Przekraczając próg sali konferencyjnej przywitał go błysk fleszy. Złapał łyk wody i poluzował krawat, wyciągnął się nieco na krześle i mimowolnie rzucił…
- No, to kto pierwszy?
W mgnieniu oka sala ożyła, w górę powędrował las rąk i wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Keegan pokręcił tylko głową i prześmiał się szyderczo… Zaczęła się konferencja. A pytany był o wszystko, począwszy od przebiegu sparingów, poprzez kwestie związane z transferami. Więc tłumaczył spoconemu dziennikarzynie, że w meczu otwierającym sezon przygotowawczy ze Slavią Praga poszło im całkiem nieźle, w końcu odprawili Czechów z pakietem czterech bramek. I podobnie zagrali ze słabiutkim Trenmere, choć dziennikarz usilnie starał się popsuć Keeganowi humor, twierdząc, że wygrana 2-0 z zespołem z League 1 nie była powodem do dumy. W końcu menedżer musiał przyznać rację dociekliwemu panu w stalowej koszuli z pierwszego rzędu, bo sam wiedział, że dalsze spotkania nie były już tak udane. Bo jak wytłumaczyć remis 1-1 z Port Vale, nikłą wygraną z Bedford i dwa kolejne remisy – z Barnsley i Bournemouth? Następnie posypały się pytania odnośnie potencjalnych wzmocnień. Ponoć w kręgu zainteresowanych znaleźli się Micah Richards z Manchesteru City, Vedran Corluka z Tottenhamu, czy też Gonzalo Higuain, który pod koniec sierpnia dołączył do The Citizens. Ostatnia propozycja wyraźnie rozbawiła Kevina…

To był znak, że menedżer Srok nie ma zamiaru wysłuchiwać dalszych bredni. Wstał i uprzejmie podziękował wszystkim zgromadzonym za wspólnie spędzony czas.

Następna konferencja odbyła się na trzy dni przed inauguracją sezonu. Powód był prosty - Sroki chciały zaprezentować swój najnowszy nabytek – Radosława Majewskiego, który miał być nadzieją na przyszłość i jednoczenie alternatywą dla wypożyczonego z Valencii Ignatio Gonzalesa oraz młodziutkiego rozgrywającego - Kazengi LuaLua. Anglik urodzony w Demokratycznej Republice Konga z pewnością był jeszcze zbyt młody, aby na jego barkach spoczęła ofensywna gra zespołu, toteż pozyskanie kolejnego ofensywnego pomocnika nie było zaskoczeniem. Zaskoczeniem natomiast było rozpowszechnienie wśród uczestników konferencji prasowej folderu zawierającego profile graczy pierwszego składu. A prezentowała się ona w następujący sposób:

Bramkarze:
Tim Krul [BR | NED | 19]
Shay Given [BR | IRL |32]

Obrońcy:
Sébastien Bassong [O LŚ | FRA |22]
Tamás Kádár [O LŚ | HUN | 18]
Fabricio Coloccini [O PŚ, DP, P Ś | ARG | 26]
Caçapa [O Ś | BRA | 32]
Steven Taylor [O Ś | ENG | 22]
David Edgar [O Ś, DP, P Ś | CAN | 21]
Habib Beye [O/WO P | SEN | 31]
José Enrique [ O/WO L | ESP | 22]

Pomocnicy:
Charles N'Zogbia [O L, OP LŚ | FRA | 22]
Joey Barton [DP, OP Ś | ENG | 26]
Nicky Butt [DP, P Ś |ENG | 33]
Alan Smith [DP, P Ś, N | ENG | 27]
Geremi [P PŚ | CMR | 29]
Danny Guthrie [ P PŚ | ENG | 21]
Jonás [ OP PL; | ARG | 182 cm | 25]
Kazenga LuaLua [OP PŚ | ENG | 17]
Damien Duff [ OP L | IRL | 29]
Radosław Majewski [OP Ś | POL | 21]
Ignatio Gonzales [OP Ś | URU | 26]

Napastnicy:
Obafemi Martins [ OPL, N | NIG | 23]
Xisco [N | ESP | 22]
Michael Owen [N Ś | ENG | 28]

Nagle rozgadany tłum ogarnęła konsternacja. Dziennikarze popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. Co z budową wielkiego Newcastle United? Czy młokos z Polski będzie jedynym wzmocnieniem przed zbliżającymi się rozgrywkami? Ich pytania pozostały bez odpowiedzi, zaś Kevin posłał w ich kierunku tajemnicze spojrzenie. Dorwany następnego dnia w drodze do obiektów treningowych uchylił nieco rąbka tajemnicy – „do końca okna transferowego jest jeszcze nieco czasu. Może przeprowadzimy jeszcze jedno, dwa wzmocnienia, ale to wszystko na co możecie liczyć”. Nici z wielkiego NUFC?

Odpowiedzi miało dostarczyć pierwsze spotkanie w Premiership, które ekipa Srok rozgrywała na Craven Cottage. W podstawowej jedenastce znalazło się miejsce dla doświadczonego bramkarza rezerw – Steve’a Harpera [BR | ENG | 33], zaś mur defensywy utworzyli: José Enrique, Steven Taylor, David Edgar i Fabricio Coloccini. W drugiej linii miejsce na lewej flance zajął Jonás, po przeciwległej stronie Danny Guthrie, jako środkowy pomocnik wystąpił Geremi, a jako OP Ś – Inatio Gonzales. Atak gości miała straszyć para napastników Obafemi Martins, Alan Smith. Gospodarze tylko do czasu toczyli ze Srokami równorzędny bój, decydująca okazała się 42. minuta, w której to Jonás wpadł w pole karne i posłał piłkę pod poprzeczkę. Fulham zostało złamane i teraz należało dokonać dzieła zniszczenia. Kolejne trafienie przyniosła ostatnia akcja pierwszej połowy, kiedy to w doliczonym czasie Obafemi Martins wykorzystał prostopadłą piłkę zagraną od José Enrique. Po wznowieniu gry jeszcze jedno trafienie dorzucił Alan Smith i z zachodniego Londynu wyjeżdżaliśmy w szampańskich humorach.

Następny w kolejce stał Manchester United. Na St. James’ Park zebrało się ponad 50 tysięcy kibiców, przedstawiciele środków masowego przekazu i kilku menedżerów reprezentacji podglądających poczynania swoich podopiecznych. Katem Srok okazał się Dimitar Berbatov, który już w 25. minucie uciszył kibiców The Magpies, a po przerwie dorzucił jeszcze dwa trafienia. Odpowiedź Newcastle była skromna i nieco spóźniona, aby można było liczyć na jakąkolwiek zdobycz punktową. W ostatniej minucie regulaminowego czasu gry Danny Guthrie potężnym strzałem zza pola karnego starał się zetrzeć fatalne wrażenie. Dobrą minę do złej gry musiał za to zrobić Keegan. Do tej pory wszyscy mieli go za menedżera, który posiadał wszystkie atrybuty gwarantujące sukces – wiedzę taktyczną, umiejętność dbania o dyscyplinę i zapał do pracy. A teraz…
- Wybierasz się na konferencję?
- Tak.
- Zaczekaj tu na mnie, zaraz przyjdę. Będzie mi raźniej wiedząc, że będzie towarzyszył mi ktoś, kto wierzy w ten klub.

Wrócił po 10 minutach z butelką zimnej wody i papierosami schowanymi do kieszonki białej koszuli. Tak… teraz posiadał wszystkie niezbędne dla menedżera atrybuty. Przed nim jednak stało nie lada wyzwanie – niezbyt przyjemna konferencja prasowa, w której pytano o długofalową kondycję Newcastle, aktualną dyspozycję zespołu i przyczyny dotkliwej porażki. Na wszystko patrzył chłodno, zaś niektórzy dziennikarze nieotrzaskani z jego stylem bycia traktowali to jako postawę lekceważącą. Cóż, najwyraźniej taka była jego recepta na przejście podobnych sytuacji.

Na szczęście zarząd klubu nie był skory do wróżenia rychłej katastrofy i zajął się sprawami bieżącymi. Wśród nich najważniejszą była kwestia przejęcia klubu, która co i rusz postępowała i kiedy już wydawało się, że wszystko jest dogadane, stawała w martwym punkcie. Druga, to restrukturyzacja systemu scoutingu. Tutaj pomysł był w miarę ciekawy. Sześciu scoutów zostało podzielonych pomiędzy określone państwa Starego Kontynentu – Anglię, Francję, Włochy i Hiszpanię. Tam w ostatnich latach rodziły się bodaj największe talenty, które zarząd miał nadzieje wyłuskać za śmieszne pieniądze, by w niedługim czasie stanowili o sile drużyny. Na czele sekcji scoutingu stanął Terry John, który miał weryfikować podsyłanych piłkarzy. To on miał decydujący głos w kwestii listy życzeń, która trafiała do dyrektora sportowego – Deana Biketta. Dean był rozważnym człowiekiem, który miał odpowiednią wizję budowy Newcastle w oparciu o młodych zawodników. Pierwszym z nich był Cheikh Gueye [O/ WO PL | FRA | 21] z francuskiego FC Metz.

Jako że Newcastle poszukiwało alternatywy dla starzejącego się Habiba Beye, to pozyskanie młodego Senegalczyka było odpowiednim posunięciem. Natychmiast do Francji został wysłany Dean Bikett, który miał kusić młodzieniaszka perspektywą gry w uznanym klubie i uczciwymi zarobkami.

W tym czasie Newcastle czekała konfrontacja z Brighton w ramach Carling Cup. Zawodnicy grający na co dzień w Coca-Cola League 1 tylko przez 45 minut byli w stanie odpierać ataki rozszalałych Srok. Wynik w 53. minucie otworzył Obafemi Martins, który wykorzystał prostopadłe zagranie od Nicky’ego Butta. Kilka minut później bramkarza gospodarzy pokonał Xisco i było po zawodach. Teraz trzeba było się szykować do trudnej, wyjazdowej konfrontacji z Liverpoolem.

Anfield robiło wrażenie nawet jak było puste. Kiedy było wypełnione po brzegi żyło własnym życiem – rozhulane, rozwścieczone, groźne… Tacy sami byli zawodnicy The Reds. Rafa Benitez tchnął w ten zespół nową jakość, którą spożytkowali na rozjechanie Newcastle. Javier Mascherano szybko otworzył wynik spotkania, wykorzystując spadającą piłkę po wybitym na oślep rzucie rożnym, a tuż przed gwizdkiem wszędobylski Robbie Keane urwał się obrońcom i plasowanym strzałem pokonał Shaya Givena. Keegan kręcił nosem, spodziewając się kolejnej ciężkiej przeprawy z dziennikarzami. W tunelu prowadzącym na murawę pomacał tylko po marynarce, wyciągnął paczkę fajek i wyciągnął w moim kierunku uniesiony kciuk. Niby było OK., ale tylko w głowie Anglika, bo zawodnicy ponownie dali się oszukać Robbiemu Keanowi i nagle zrobiło się 3-0. Odpowiedź jak zawsze przyszła, ale zbyt późno – w 90. minucie świętujących na trybunach zwolenników The Reds na moment uciszył Obafemi Martins. Chwilę później mogli jednak w pełni świętować zdobycie kompletu punktów.

Po powrocie do Newcastle zarząd postanowił wlać miodu w rozgoryczone serce Keegana. Na poniedziałkowym treningu zjawił się Dean Bikett w towarzystwie czarnoskórego zawodnika. Ten był lekko zdezorientowany, ale uśmiechał się od ucha do ucha. To był Cheikh Gueye, który wymienił uprzejmości ze swoim nowym menedżerem, poczym poszedł podpisać pięcioletni kontrakt na specjalnie zwołanej konferencji prasowej.

Nowy nabytek przeszedł ciężki chrzest bojowy, bowiem w weekend miał toczyć walkę z samym Luką Modriciem. Z powierzonego mu zadania wywiązał się w pełni – chorwacki pomocnik na boisku niemal nie istniał, a Cheikh Gueye zaliczył kilka udanych pojedynków główkowych, wziął udział w kilku rajdach prawą flanką i interweniował w krytycznych momentach. Równie dobrze spisali się jego partnerzy, zwłaszcza Alan Smith, który w 70. minucie ustalił wynik spotkania i dał Srokom cenne trzy punkty.

Następny w kolejce był kopciuszek ze Stoke - kandydat do rozjechania, który na szeroką skalę zajmował się rozdawaniem punktów przeciwnikom. Nam nie chcieli tak łatwo ich dać. Co więcej już w 6. minucie postanowili zgarnąć całą pulę i na przekór wszystkim trafili do siatki Shaya Givena. Keegan przecierał oczy ze zdumienia. Uśmiech wrócił po trzech minutach, kiedy Jonás zwiódł rywala i markowanym strzałem położył bramkarza gospodarzy na łopatki, po czym, bez najmniejszych problemów, umieścił piłkę w siatce. W jego ślady poszedł środkowy obrońca – Steven Taylor, który również postanowił wpisać się na listę strzelców wykorzystując rzut rożny. Ostatnie zdanie należało jednak do Jonása – pod koniec meczu jeszcze raz urwał się bocznym obrońcom i uderzył w okienko. Takimi strzałami burzył mury i jednocześnie wlewał w serca kibiców The Magpies ogromną radość.

Kibice liczyli, że taki stan utrzyma się także po domowej konfrontacji z odwiecznym rywalem z Sunderlandu. Mecz rozgrywany był w ramach 3. rundy Carling Cup i przyciągnął na trybuny 51 tysięcy kibiców. St. James' Park jednak umilkł dość szybko, bo już w 2. minucie. Szczęściarzem okazał się Andy Reid, który najlepiej odnalazł się w polu karnym podczas rzutu rożnego i z najbliższej odległości pokonał Shaya Givena. To podziałało jak płachta na byka, piłkarze Srok od razu rzucili się do zdecydowanego ataku, który jednak nie przynosił oczekiwanego efektu. Przełamanie nastąpiło dopiero w 63. minucie, kiedy to Danny Guthrie wykorzystał dośrodkowanie z lewej flanki.

Po tym trafieniu zaczęły się prawdziwe szachy, jednak ani Keegan, ani też Bruce nie zdecydowali się na przeprowadzenie decydującej szarży. Mimo to obydwie ekipy zdołały wypracować sobie dogodne sytuacje, ale najpierw z opresji Newcastle uratował słupek, zaś na drodze Michaela Owena stanął bramkarz. Tak więc o awansie miał zadecydować dodatkowy czas gry, który jednak również nie przyniósł rozstrzygnięcia. Konkurs jedenastek Keegan oglądał na stojąco, od czasu do czasu skrywając twarz w dłoniach, pewno w trosce o zachowanie swojej bujnej czupryny.

Nikt nie życzył sobie podobnych nerwów w następnym spotkaniu z Hull i na szczęście zawodnicy oszczędzili nerwów sobie, menedżerowi i kibicom, rozprawiając się z Tygrysami w dwie minuty (39’ Alan Smith, 41’ Xisco). Sielanka na St. James' Park została przerwana przez kolejnego z głównych przeciwników – Middlesbrough. Tym razem Alfonso Alves rozprawił się ze Srokami, dwukrotnie pokonując Shaya Givena – w 61 i 80. minucie. Kibice byli źli, a jako ich przedstawiciel musiałem to zakomunikować Keeganowi. Ten uśmiechnął się tylko i stwierdził, że jeszcze będą płakać ze szczęścia. Cóż, wypadało zaufać obietnicom Anglika.

Ten jednak zamierzał dopomóc nieco szczęściu i - szykując się do konfrontacji z Boltonem - nieznacznie zmienił ustawienie na boisku. Skrajni pomocnicy praktycznie mieli wcielić się w rolę bocznych napastników, wspomagając tym samym ofensywnego pomocnika i parę napastników. Na przekór angielskiemu stylowi gry zrezygnował jednak z dośrodkowań na rzecz prostopadłych piłek zagrywanych na szósty metr, o które Michael Owen, czy też Obafemi Martins mogli śmiało powalczyć z rosłymi obrońcami. Stoperzy Boltonu jednak zachowywali zimną krew i długo nie można było ich złamać. W końcu Jonás firmowym uderzeniem ze skraju pola karnego zapewnił Srokom komplet punktów.

Na taką samą zdobycz liczyliśmy w kolejnej konfrontacji z Portsmouth. Rywal postawił jednak jeszcze cięższe warunki i od początku stwarzał sobie mnóstwo sytuacji. Jednak każda ich szarża przynosiła im stratę bramki – najpierw w 7. minucie kontrę wyprowadził Geremi, który idealnie posłał piłkę wprost na głowę Xisco, a następnie Hiszpan z małą pomocą Obafemi Martinsa rozmontował obronę Pompeys. Gospodarze snuli się po boisku przez resztę pierwszej połowy, ale w następnej zaczęli zyskiwać coraz więcej przestrzeni i konstruowali coraz groźniejsze akcje. Trzecie trafienie Xicso odebrało gospodarzom chęć do dalszej gry, ale jeden z nich – Jermain Defoe zachował resztkę ambicji i pokusił się o honorowe trafienie.

Terminarz nie przewidywał żadnego odpoczynku, ledwie trzy dni później na St. James' Park zameldowała się ekipa West Bromwich Albion. Mowbray postanowił spłatać Srokom nie lada figla i ustawił swój zespół podobnie do formacji Newcastle z ostatniej potyczki z Pompeys, z tym wyjątkiem, że zdecydował się na jednego napastnika. Mimo to, gracze z Albionu objęli prowadzenie zaraz po pierwszym gwizdku i Newcastle musiało gonić wynik. Nie skutkowały zagrania na głowę do rosłego Xisco, ani też atomowe uderzenia Jonása. Keegan nie mógł sobie pozwolić na stratę punktów w tej konfrontacji i dlatego na samą końcówkę musiał wpuścić zawodników, którzy mieli sobie tego dnia nieco odpocząć przed zbliżającym się spotkaniem z The Blues. Najszybciej w mecz wszedł Obafemi Martins, który pod koniec regulaminowego czasu gry zdobył bramkę, wyrywając WBA zwycięstwo.

Przed meczem z liderem – londyńską Chelsea nikt nie był pewny formy, w jakiej aktualnie znajduje się zespół z miasta nad Tyne. Pewien obraz sytuacji miał zostać nakreślony właśnie przez spotkaniu z ekipą Scolariego, jednak wszyscy zdawali sobie sprawę, że przepaść dzieląca obie ekipy była ogromna. Planem minimum było uniknięcie blamażu na Stamford Brigde, planem maksimum – wydarcie choćby jednego punku. Żadnego z nich nie udało się wykonać, a to za sprawą Didiera Drogby, który już w 16. minucie odebrał zawodnikom Magpies jakiekolwiek nadzieje na udane popołudnie. Wtórował mu Nicolas Anelka, który pod koniec spotkania dorzucił jedno trafienie, wykorzystując dośrodkowanie z rzutu rożnego, a żeby być już w pełni usatysfakcjonowanym, w ostatniej akcji spotkania zerwał się obrońcom i położył na łopatki Shaya Givena. Wszyscy, poza dziennikarzami, wykazali wyrozumiałość. Wiedzieli bowiem, że jeszcze nie przyszedł czas Newcastle i nie stanie się to jeszcze w przeciągu następnego sezonu. Sroki były w przebudowie, a na dzień dzisiejszy byli w fazie kończenia projektu swego nowego ja.

Tydzień przerwy był tym, czego po solidnym laniu było trzeba najbardziej. Zespół nabrał sił, podstawowi zawodnicy na nowo odzyskali świeżość i mogli walczyć o punkty z następnym pseudo-angielskim klubem roszczącym sobie prawa do wszystkiego. Manchester City został solidnie wzmocniony przed tym sezonem, jednak na razie stanowili bandę rozkapryszonych gnojków, którzy swoje własne interesy cenili wyżej niż dobro zespołu. Wyszło to przy okazji ich wizyty na St. James' Park. Z początku hulali niczym w nocnej knajpie, by po 90. minutach schodzić ze spuszczonymi głowami. Lekcji pokory rozwydrzonym smarkaczom udzielił niezawodny Jonás.

Na podobny rezultat liczono podczas konfrontacji w ramach Carling Cup, gdzie los skojarzył Sroki z ekipą Boltonu. Bukmacherzy nie dawali rywalom zbyt dużych szans, mimo że po drodze odprawili z kwitkiem West Bromwich Albion i Queens Park Rangers. W ogólnej opinii to Newcastle posiadało więcej asów w talii, a swoją dobrą formę w ramach pucharu potwierdziło bijąc Brighton i Sunderland. Jednak asy zawodziły i o wyniku rozstrzygnął ten, po kim najmniej się tego spodziewano – Fabricio Colloccini, który wykorzystał schematyczny rzut rożny. Bolton próbował jeszcze straszyć Steva Harpera, ale ani Kevin Davies, ani tym bardziej Kevin Thompson nie byli w stanie wydrzeć tego zwycięstwa Srokom.

Media były nieco rozgoryczone, gdyż twierdzono, że chłodna kalkulacja zmiażdżyła istotę futbolu i ciekawy spektakl. Dla Keegana liczył się jednak wynik i możliwość skrzyżowania rękawic w ćwierćfinale z jednym z głównych pretendentów do tytułu – Arsenalem Londyn.

Przedtem jednak należało rozprawić się z niewygodnym Evertonem, który w ostatnim czasie zebrał grupkę młodych i ambitnych zawodników, którzy pokrzyżowali szyki m.in. The Citizens. Co ciekawe, na trybunach Goodison Park znalazł się także nasz scout – Terry John, który przemierzał kraj w poszukiwaniu młodych i ciekawych zawodników. Jak się później okazało z tamtego spotkania wyciągnął pięciu młodzików, których umiejętności cenił niezmiernie wysoko. Ale po kolei… Przez pierwszy okres gry w jego notesie zapewne znalazłyby się same nazwiska graczy Newcastle, gdyż zespół Keegana grał koncertowo. Szybko zdobyta bramka przez Obafemi Martinsa zbiła z tropu rywali. Zespół nie cofnął się jak dotychczas, ale poszedł za ciosem. Długo jednak burzył mur defensywy liverpoolczyków, aż w końcu pod koniec pierwszej połowy nieszablonowy Nigeryjczyk urwał się obrońcom i pokonał Tima Howarda. Terry kręcił z niedowierzaniem głową i co i rusz pokazywał Keeganowi pusty notatnik. Zapełnił go dopiero w 47 minucie. Wyrwał kartkę, zmiętolił i podał ją asystentowi. Ten odszyfrował – Obafemi Martins, a obok jego nazwiska nagryzmolone siedem gwiazdek. Nic dziwnego, skoro supersnajper ustrzelił właśnie hat-tricka… Pewne, trzybramkowe prowadzenie poskutkowało jednak na piłkarzy Magpies demotywująco i The Toffees za sprawą Phila Jagielki zdobyli gola – jak się wydawało – na otarcie łez, by za moment ustrzelić już kontaktowe trafienie. Na szczęście Keegan szybko zwarł szeregi, przeprowadził kilka zmian i ze względnym spokojem mógł obserwować końcówkę zawodów, w której nie wydarzyło się już nic emocjonującego.

Fenomenalny występ Nigeryjczyka rozniósł się szerokim echem nie tylko na Wyspach, ale i po reszcie kontynentu. Coraz częściej zainteresowanie snajperem przejawiało kilka solidnych drużyn – Manchester City, Liverpool, Barcelona i jego były klub – Inter. Obafemi Martins na wszystkie pochlebstwa spoglądał ochoczo, co od razu wzbudziło niepokoje kibiców, jakoby najlepszy zawodnik miał opuścić szeregi Srok. Tak czy owak należało już teraz poszukać zawodnika o podobnej charakterystyce, ale – jak się okazało – było to nie lada sztuką. Mało było bowiem zawodników szybkich jak błyskawica, którzy na kilku metrach mogliby zgubić rywala. Wśród nich znajdował się – wciągnięty po ostatniej kolejce – Victor Anichebe, albo – już nie tak szybki – Joe Baxter. W odwodzie pozostawał jeszcze znajdujący się w rezerwach Newcastle Shola Ameobi, który jednak co i rusz wypadał z gry na skutek kontuzji. Problem zmiennika dla Obafemi Martinsa pozostał nierozwiązany, ale na szczęście już w połowie listopada Dean Brikett zakontraktował solidnego prawego obrońcę – Stephena Kellyego [O/WO P | IRL | 25]. Irlandczyk z Birmingham miał być alternatywą dla Cheikha Gueye, tym bardziej, że szefostwo klubu zadecydowało, iż trzydziestojednoletni Habib Beye opuści zimą Newcastle i przeniesie się do Marsylii. Kibice byli rozgoryczeni, ale ja rozumiałem takie posunięcie. W końcu 31 lat to już całkiem sporo, a zawodnik w najbliższej przyszłości mógł już nie osiągnąć takiej wartości rynkowej. Tym bardziej, że coraz częściej z podstawowego składu wygryzał go nowy nabytek rodem z Senegalu.

Przewidując spory dreszcz emocji, środki masowego przekazu zjawiły się tłumnie na JJB Stadium w Wigan. I tym razem dziennikarski nos się nie pomylił. Choć Wigan postrzegany był jako dostarczyciel punktów, to potrafił spłatać figla. Głównie za sprawą Ekwadorczyka Antonio Valencii, którego od dłuższego czasu wodziły na pokuszenie Newcastle, Blackburn, Benfica , Everton czy Sampdoria. Obok niego główne zagrożenie stanowił doświadczony snajper Emile Heskey, który w tym spotkaniu zadał pierwszy cios. Na szczęście swoje trzy grosze szybko wtrącił Alan Smith i nastąpiło pełne status quo. Po wznowieniu gry jednoznacznie okazało się, komu na rękę jest taki wynik. Oczywiście Wigan ograniczyło się jedynie do szarż bocznymi sektorami boiska, pozostawiając środek boiska pod opiekę Nickiy’ego Butta i Dannego Guthrie. Ci kreowali sporo akcji, ale napastnicy notorycznie je zaprzepaszczali. Ostatecznie z pracy wyręczył ich obrońca gospodarzy – Kevin Kilbane, który skierował piłkę do własnej siatki po nieudanej interwencji podczas rzutu rożnego.

Na taką uprzejmość ze strony największego rywala Srok – Sunderlandu – nie można było liczyć. Wiedział to Keegan, wiedzieli i zawodnicy, a spośród nich – Danny Guthrie. Środkowy pomocnik zdominował całkowicie środek boiska, a w defensywie wspomagał go doświadczony Nicky Butt, dzięki któremu Kenwyne Jones został od razu wyłączony z gry. Bez swojego jedynego wysuniętego napastnika Sunderland był bezsilny, stąd nikogo nie dziwiła totalna dominacja Srok w tym spotkaniu. Przewaga na boisku została udokumentowana dwoma trafieniami Dannego Guthrie zza pola karnego, każde z nich spokojnie mogło kandydować do miana gola miesiąca.

Pojedynek z Sunderlandem był doskonałym przetarciem przed zbliżającą się nieuchronnie konfrontacją z Arsenalem. A, że Carling Cup jako jedyny puchar krajowy nie znalazł się w gablocie prezesa Deana Williamsona, to oczekiwania były dość spore. Studziły je media, które nie dawały Newcastle zbytnich szans. Na szczęście twierdza St. James' Park i tym razem okazała się szczęśliwa, choć z początku to przyjezdni zaciekle atakowali. Keegan co i rusz podbiegał do linii wyznaczającej granicę strefy trenerskiej i przekazywał uwagi do swoich podopiecznych. Po pierwszej porcji gra się zaostrzyła. Zawodnicy Srok nie szczędzili rozgrywających Arsenalu (Francesc Fabregas, Denilson) oraz nie odstawiali nogi przed skrzydłowymi. Zastraszanie kluczowych zawodników przyniosło długooczekiwany efekt – najpierw wyeliminowano z gry Emmanuela Adebayora, później Theo Walcotta. Oszołomiona bezpardonowymi atakami napastników obrona Arsenalu zaczęła popełniać typowe dla juniorów błędy. Pomyłek ustrzegli się natomiast zawodnicy Newcastle, którzy z chirurgiczną precyzją odegrali ćwiczony miesiącami schemat rzutu rożnego, dzięki czemu Fabricio Coloccini wpisał się na listę strzelców wprawiając w osłupienie Wengera. Poprawił, ledwie kilka minut później, Obafemi Martins… Francuz nie wytrzymał. Natychmiast podbiegł do linii wyznaczającej strefę trenerską i energicznie zaczął krzyczeć i machać rękami…

Wszystko nadaremne. Wynik nie uległ zmianie, dzięki czemu cały St. James' Park mógł zanucić za Chrisem Martinem „Singing la lalalalala la lé. There’s no light over London today”.

Tak jest, nie było światła tej nocy w Londynie. Światła nadziei na Carling Cup, bowiem przez ćwierćfinał nie przeszła żadna z londyńskich ekip. Oczywiście największą sensacją była wygrana Newcastle nad murowanym faworytem, ale równie niespodziewanie odpadł kolejny pewniak – Manchester United. Co prawda Everton potrzebował dodatkowego czasu by strzelić jedyną bramkę, ale i tak następnego dnia w pubach w Newcastle słychać było mieszane reakcje. Zachwyt nad wygraną Srok i skowyt pozbawionych gotówki bukmacherów, którzy z pewnością nie spodziewali się porażki Diabłów. W innych spotkaniach trudno mówić o niespodziankach. Liverpool, z którym zmierzymy się w półfinale, ograł drugą nadzieję Londynu – Tottenham, zaś Manchester City ograł na The City of Manchester Stadium Birmingham City.

Z głową w chmurach przystępowaliśmy do kolejnych grudniowych spotkań. Na sam początek przedświątecznej kampanii ponownie poległa londyńska ekipa. Tym razem lekcji pokory Młotom udzielił Xisco zdobywając hat-tricka. Co ciekawe był to dopiero drugi występ, w którym młody Hiszpan pokazał pełnię swoich umiejętności. Dotychczas spośród wszystkich zdrowych napastników jako jedyny zawodził po całej linii. Nic dziwnego, że już na jesieni wszyscy zaczęli odliczać dni do powrotu Michaela Owena po wyczerpującej kontuzji. Może jednak jego powrót nie będzie aż tak potrzebny? W końcu Hiszpan przebudził się już na dobre i po trzech trafieniach z West Hamem, wpisał się na listę także w pojedynku z Blackburn. Jego trafienie, jak i gol Alana Smitha, nie wystarczyły jednak do zagwarantowania Srokom kompletu punktów. Katem okazał się Benny McCarthy, który w doliczonym czasie gry wykorzystał dośrodkowanie z rzutu rożnego. A, że wcześniej Shay Given dwukrotnie musiał sięgać po piłkę do siatki po strzałach Roque Santa Cruza, to z Ewood Park wyjeżdżaliśmy z kwitkiem. Zadyszka Newcastle przełożyła się na kolejne spotkanie, tym razem z Aston Villą. Być może to świąteczny nastrój i zapach pieczonego indyka sprawiły, że gra Newcastle zupełnie nie wychodziła. Sytuację skomplikowała czerwona kartka, którą Fabricio Colocccini otrzymał w 34. minucie. Nic dziwnego, że O’Neill po 90. minutach gry spokojnie mógł unieść pięść w geście tryumfu. Zapewniły mu to trafienia Gabriela Agbonlahora i Johna Carew.

Dwie kolejki bez punktów stawiały pod znakiem zapytania kwestię trzech punktów z teoretycznie prostym rywalem, z którym Newcastle radziło sobie w połowie sierpnia. Fulham zwęszył szansę na odkucie się za sierpniowe 3-0 i niestety ją wykorzystał. Mimo, że Andy Johnson dosyć szybko trafił dla przyjezdnych, to zespół powinien mieć dostatecznie dużo czasu, aby pozbierać się i powalczyć choćby o jeden punkt. Drużyna pozbierała się i walczyła, tyle że bezskutecznie i w konsekwencji kolejne trzy punkty, zamiast trafić na konto Newcastle, powędrowały do desperatów ratujących się przed spadkiem.

Jakże aroganckie ze strony mediów było przywoływanie w perspektywie kolejnego pojedynku z Arsenalem pamiętnego spotkania, w którym ekipa Wengera niemal nie istniała. Zaiste, że od tamtej potyczki minął niecały miesiąc i choć spekulanci wydawali się być nieco bardziej powściągliwi, to jednak wszelkie atuty stały po stronie przyjezdnych. Newcastle trzeszczało, skrzypiało od wewnątrz. Wszyscy powoli już zaczynali myśleć o zbliżającej się zabawie sylwestrowej i otwarciu okienka transferowego. A, że media podsycały atmosferę wielkiej wyprzedaży u Srok, to zaczęły się rodzić niesnaski, nieporozumienia i zarzuty o blokowanie kariery. I cóż taki szaraczek o przyprószonej czuprynie mógł na to poradzić? Keegan starał się jednak zespajać zespół wtedy, kiedy ten najbardziej tego potrzebował. Tutaj szturchnął, tam szepnął miłe słówko i już atmosfera stawała się znośna. W dzień meczu z Arsenalem na St. James' Park panował względny spokój, niezmącony burzą medialna i serią kiepskich wyników. Z tego pojedynku nie trzeba było wyjść zwycięsko, liczyło się pokazanie prawdziwego oblicza Newcastle. Zadziornego, ambitnego, bezkompromisowego… Ponownie technicy z Londynu musieli się zastanowić zanim zdecydowali się wysunąć stopę po piłkę, ale wysuwali. I choć obrońcy oraz pomocnicy mieli za zadanie urywać je powyżej kostki, to najbardziej kontuzjogennemu Kanonierowi - Eduardo udało się trafić do bramki Shaya Givena. Paradoks, nieprawdaż? A jakby tego było mało kolejny, który miał być zastraszony do granic możliwości - Abou Diaby znalazł sobie dostatecznie dużo wolnego miejsca przed polem karnym, by oddać celny strzał. W odpowiedzi Fabricio Coloccini popisał się firmową główką po rzucie rożnym. Zespół szarpał i trzymał rywala w szachu, ale brakowało skuteczności. Tego dnia ani Xisco, ani Obafemi Martins nie potrafili umieścić piłki w siatce Manuela Almunii. Mimo to po zaciętej walce mogliśmy spokojnie udać się na sylwestrową noc. Wszyscy wiedzieli, że tego dnia Newcastle nie było słabe, tylko rywal był zbyt mocny, choć postawa niektórych zawodników dawała pole do zastanowienia.

Już wszyscy mieliśmy zanurzyć usta w słodkim szampanie, gdy atmosferę świętowania udanego skądinąd roku przerwał zarząd, zwołując w zebranie z udziałem przedstawicieli kibiców, sponsorów, inwestorów i menedżera. Tematem przewodnim było zbliżające się okienko transferowe. Na tamto popołudnie były pewne trzy rzeczy. Zaraz po nowym roku z klubem żegnał się Habib Beye [4 M, Olympique de Marsielle], zaś klub wzmocnią Stephen Kelly [O/WO P | IRL | 25] pozyskany z Birmingham za kwotę 1,2 miliona funtów oraz John Fleck [OP LŚ, N Ś | SCO |17] wykupiony z Rangers za sumę 2,2 miliona Elżbietek.

Reszta ruchów transferowych pozostawała kwestią otwartą. Pierwszy problem wiązał się z zatrzymaniem Obafemi Martinsa, który w swoim kontrakcie miał zagwarantowaną klauzulę odejścia na poziomie 13 milionów funtów. Kwota mogła robić wrażenie, choć wartość rynkowa karty Nigeryjczyka uzyskała pułap 9 milionów funtów. Przebitka była zatem skromna, ale niemożliwa do powiększenia. Zarząd odrzucił zuchwały plan Keegana, aby zaproponować zawodnikowi nowy kontrakt, który nie uwzględniałby klauzuli i sprzedać go za sumę ok. 18 milionów funtów. Tego typu kwoty wchodziły w grę, bowiem w wyścigu ustawiały się bardzo bogate kluby. Zawodnik jednak oszalał, gdy okazało się, że do klubu wpłynęła oferta ze strony byłego pracodawcy – Interu Mediolan. Dean Bikett odrzucił jednak tą propozycję ze względu na niską kwotę (11 milionów funtów). Następny cios był niemożliwy do odparcia – 13 milionów i zarząd musiał puścić zawodnika do Włoch. Były i jednak pozytywy takiego obrotu spraw – w sumie za uzyskane z dwóch transferów 17 milionów można było pozyskać czterech, pięciu utalentowanych zawodników.

Najbardziej poszukiwano defensywnego pomocnika jednak nie o charakterystyce Nicky’ego Butta, a raczej Patricka Vieiry. Tutaj zaskakująco bogaty okazał się rynek francuski, który miał do zaoferowania dwóch niezmiernie ciekawych zawodników – Alfreda N’Diaye [DP, P Ś | FRA | 18] i Stephana Dumonta [DP, P Ś | FRA | 26].

Pierwszy z nich był melodią przyszłości, drugi rozwiązaniem doraźnym. A, że obaj fenomenalnie radzili sobie w powietrzu i potrafili celnie podawać, to stanowili doskonały materiał na zawodnika Newcastle czyszczącego środek boiska. Kiedy koordynator scoutów Terry John zaprezentował próbkę ich umiejętności nagranych podczas podróży jednego ze szperaczy po Francji, wszyscy jednogłośnie zadecydowali, że obaj muszą w tym okienku transferowym dołączyć do drużyny. Spekulowano jedyne co do kwoty odstępnego. Młodzieniaszek wyceniany był na 2 miliony funtów, więc oferta w granicach 4 milionów powinna zostać przyjęta przez Nancy. Zdecydowanie trudniej było wyłuskać Stephane Dumonta. Lille jako jedna z bogatszych ekip we Francji nie myślała zbytnio o wyprzedaży zawodników, którzy posiadali status gracza pierwszego zespołu, więc dopiero oferta w granicach 5 M miała szansę powodzenia. Bikett pokręcił nosem. Jak to Anglik nie lubił Francuzów, a jeszcze bardziej nie lubił rozmawiać z nimi o interesach… Tym razem nie miał wyboru i zaraz po sylwestrowej nocy został wyprawiony w podróż w asystencie koordynatora scoutów oraz tego, który ich wypatrzył – Dave’a Harissona.

Podczas ich nieobecności głowiono się nad zmiennikiem dla Jonása. W grę wchodziła opcja transferu Antonio Valencii, która jednak utknęła na skutek blokady ofert Newcastle. Ponadto na celownik wzięto także Henriego Savieta z Sochaux, choć nie był to zawodnik, który już w pierwszym sezonie mógłby dać odpowiednią zmianę dla Argentyńczyka. Ostatnim pomysłem było sprowadzenie z Birmingham Sebastiana Larssona, który mógł w zasadzie występować na każdej pozycji na prawej stronie boiska. To był odpowiedni człowiek, jednak ponownie nie do przeskoczenia okazały się roszczenia odstępnego Birmingham. Wartego ledwo ponad 3 miliony funtów Szweda władze Birmingram gotowe były wypuścić za 8 milionów funtów. A przecież nie był to taki znowu młodzieniaszek… I wszystko ponownie spaliłoby na panewce, gdyby nie telefon od Lila Fucillo, który utknął w poszukiwaniu talentów we Włoszech. Podał tylko jedno nazwisko - Ignacio Piatti i oczywiste stało się, że Jonás nie zyskał zastępcy, ale rywala do pierwszego składu. I co ciekawe był nim jego rodak wyciągnięty z Livorno za śmieszne 1,7 miliona funtów.

Teraz dopiero zaczęła się budowa wielkiego Newcastle!

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2009
Dodano: 20.07.2009

Liczba wyświetleń: 3844

Średnia ocen: 6.00



Komentarze
Lukaszp
Z kwestii technicznych:
-> baza 9.0.2 (silnik meczowy z 9.0.3) - załatana po drodze do 9.0.3. Stąd obecność Givena w składzie.
-> screeny piłkarzy są zrobione po kolejnym sezonie (widać to po wieku piłkarzy podanym w tekście i na załączonym obrazku). Mogą się mocno różnić od umiejętności zawodników ze świeżej gry na 9.0.3.

Enjoy :)
20 lipca 2009 18:51
draugluindl
Świetny tekst czekam na kolejną część.Lukaszp odwaliłeś kawał dobrej roboty.I mam nadzieje i życzę Ci żę będą puchary:D
20 lipca 2009 21:43
frish
naprawdę ciekawe opowiadanie, bardzo dobrze mi się czytało, nie moge się doczekać kolejnych odcinków.

Grałem Newcastle przez 3 sezony, także zakupiłem Johna Flecka i był to strzał w 10 , a nawet w 20. Zobaczysz jak się ekstra rozwinie.

pozdrawiam Łukasz , zabieraj się do pisania kolejnych części :)
21 lipca 2009 13:56
danielinho
Świetny początek. Bardzo dobrze się czyta, błędów nie znalazłem.
Powodzenia :keke:
21 lipca 2009 14:54
frish
Dla tych co to przeczytali - a pewnie nie jedna osoba się znadzie - czy żal wam poświęcic minute na napisanie komentarza pochlebnego bądź nie ?

Autor tyle sie napracował , tekst wyszedł bardzo dobry i pewnie nie wie czy pisze to dla siebie czy dla 2 osób....

nie dziwię się że scena upada, to nie to co kiedyś gdzie po każdym tekście pojawiało się po kilkadziesiąt komentarzy, a i samych tekstów w tygodniu było tyle co teraz w pól roku...
23 lipca 2009 0:42
Lukaszp
Autor wie dla kogo pisze, to nie pierwszy jego tekst :]
23 lipca 2009 14:35
michalinho93
Świetny tekst. Zaczytałem się. Licze na odbudowanie potęgi NUFC.
Toleruje Ligę europejską, a sczęsliwie gdyby może keidyś nawet było Big Four :)
23 lipca 2009 20:09
Harrvester
Też gralem Newcastle:) w połowie 5 sezonu sie znudziło:) widać wszyscy wygrzebaliśmy Fleck'a:D A Jonas nie jest taki zły da sie go drogo sprzedać, zresztą to co gracz może zrobić z newcastle nie ma się ni jak do jego osiągów w grze ( sterowane przez komp) czy w rzeczywistości:((. Właściciel jakoś zmienić sie nie chce, chyba w grze nie przwidzieli upadku banków i kryzysu:/.
23 lipca 2009 21:33
JackoBB
Saivet gra w Bordeaux, chyba że u ciebie zmienił pracodawcę ;p.
I. Piatti jest na prawdę świetny, tani, wielofunkcyjny - nic tylko brać!
17 sierpnia 2009 22:19


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu