Stephen Kelly? – zapytałem lekko zdezorientowanego chłopaka, który dopiero co wysiadł z zaparkowanego nieopodal srebrnego Volvo. Obserwowałem go już zanim zdążył podejść do głównego wejścia na St. James’ Park. Jego niebieskie oczy wodziły w tą i z powrotem, po całej długości korony stadionu. Był lekko zdezorientowany, jakby wystraszony, ale swą niepewność dobrze maskował zdecydowanym krokiem.
- Tak – odrzucił, na moment nie spuszczając korony St. James’ Park z oczu.
- Witam, mam na imię Mark Stone. Jestem prezesem Stowarzyszenia Kibiców Newcastle.
- Ach, tak mój agent mówił, że będziesz na mnie czekał przed wejściem.
- Imponujący widok, nieprawdaż?
- Tak, robi wrażenie.
- Zapewniam Cie, że jeszcze lepiej wygląda od środka. Zwłaszcza jak jest wypełniony po brzegi.
- Tak, z pewnością sześćdziesiąt tysięcy gardeł potrafi głośno krzyczeć. A ja lubię taki hałas.
- Na Emirates jest ich więcej, ale nie potrafią przekrzyczeć Wengera. Ale skoro lubisz decybele, to dobrze trafiłeś, bo my robimy ogromny hałas. Z resztą zobaczysz…
W pokoju znajdującym się na zapleczu sali konferencyjnej czekał już drugi nabytek Srok. Niemniej zdezorientowany i równie rozmarzony John Fleck. Ten nie zdążył się jeszcze dobrze zaznajomić z atmosferą Ibrox Park, z którego zawędrował na St. James’. Wszyscy w sztabie szkoleniowym mieli o nim wysokie mniemanie, ale nastolatek ze Szkocji nie był typem buńczucznego młodzieniaszka świadomego swego potencjału. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Obaj byli wciąż młodzi, głodni sukcesu i niezwykle zdeterminowani, by pokazać swoje piłkarskie walory.
Okazją do tego było pierwsze w nowym roku spotkanie rozgrywane w ramach Pucharu Anglii. Nieco bardziej doświadczony Irlandczyk dostał szansę gry już od pierwszej minuty. Nic dziwnego, że wszyscy na trybunach wodzili wzrokiem za facetem ubranym w czarno-biały trykot z numerem 4. Panowie po lewej, lekko po sześćdziesiątce, od razu zwęszyli w nim klasowego wingbacka – pewnego w defensywie i zadziornego w ataku. Jedna z jego akcji rozpoczęła szybki kontratak zakończony celnym trafieniem Charlesa N’Zogby. Niespełna kilka minut później pomocnik Boltonu - Mathew Taylor zdołał doprowadzić do remisu, ale po wznowieniu gry szalę zwycięstwa na korzyść Srok przechylił Jonás. Po meczu menedżer Magpies – Kevin Keegan pochwalił zarówno Stephena, jak i, występującego od pierwszych minut drugiej połowy, młodziutkiego Szkota, wróżąc obydwu świetlaną przyszłość w klubie.
Udany występ od pierwszej minuty pozwolił wskoczyć Kellyemu do podstawowej jedenastki Srok w półfinałowym meczu Pucharu Ligi, w którym czekała nas konfrontacja z Liverpoolem. The Reds jak zwykle nie odpuszczali żadnych rozgrywek, awizując najsilniejszą jedenastkę. Ale ani Saami Hypia, ani tym bardziej typowy nerwus – Daniel Agger nie mogli narzekać na brak pracy. Zapewniał im to ostry pressing pomocników i napastnika oraz ultraofensywnie zestawiona środkowa sekcja pomocy, która miała być naszym głównym atutem przeciwko klasycznemu 4-4-2 autorstwa Beiteza. Szybko wykorzystany rzut rożny przez Stevena Taylora mocno zaskoczył fanów zgromadzonych na Anfield. Gerrard i Torres byli niemal wyłączeni z gry i dzięki temu dopiero pod koniec pierwszej połowy zdołali przeprowadzić sensowną akcję, pierwszą w tym meczu. Benitez dwoił się i troił, aby znaleźć sposób na żelazną parę stoperów – Coloccini, Taylor. Jednak napór Newcastle nie słabł, ale brakowało szczęścia. Najwięcej go brakło, kiedy Jonás egzekwował rzut karny po faulu Aggera. Piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka, ale Reina zdołał ją wygarnąć zanim podbiegł rozpędzony Michael Owen. To dodało Liverpoolowi nieco otuchy, a przeprowadzone zmiany wniosły w szeregi The Reds nową jakość. Dało się to zauważyć pod koniec spotkania, kiedy to Dirk Kuyt urwał się obrońcom i pokonał bezradnego Shaya Givena. Newcastle miało realne szanse na ponowne objęcie prowadzenia, ale szyki Keegana pokrzyżował Steven Taylor. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry otrzymał czerwoną kartkę za brutalne wejście w Javiera Mascherano i zamiast myśleć o zwycięstwie, trzeba było zatroszczyć się o dowiezienie remisu.
Podobny rezultat z tym samym rywalem padł trzy dni później, przy okazji potyczki w ramach Premier League. Tym razem na listę strzelców wpisali się: po stronie Liverpoolu – Adam Hammil, a nam jeden punkt zapewniło trafienie Michaela Owena. Trzy dni temu to Sroki kończyły spotkanie w dziesiątkę, a teraz nerwów nie potrafił opanować Martin Skrtel, który jednak wyleciał z boiska zbyt późno, aby mogło to mieć jakikolwiek wpływ na ostateczny rezultat.
W międzyczasie dyrektor generalny - Dean Bikett powrócił ze swojej wyprawy do Francji. Jako spóźniony prezent gwiazdkowy przywiózł ze sobą dwójkę solidnych pomocników – Alfreda N’Diaye [DP, P Ś | FRA | 18] i Stephana Dumonta [DP, P Ś | FRA | 26]. Pierwszy był alternatywą dla słabego w powietrzu Nickyego Butta, drugi zmiennikiem szykowanym do gry w dalszej perspektywie.
Przed rewanżem w Pucharze Ligi, czekała nas jeszcze przeprawa z Tottenhamem. Ta nie potoczyła się po naszej myśli i po szybkich trafieniach Toma Huddelstona i Darrena Benta trzeba było gonić wynik. Gol kontaktowy padł dopiero w 60. minucie, a sygnał do natarcia dał pomocnik – Danny Guthrie. Kiedy wydawało się, że wyrównanie stanu meczu jest tylko kwestią czasu, rzut rożny wykorzystał Fraizer Campbell. Na otarcie łez, piłkę do siatki Gomesa skierował nasz rozgrywający – Ignatio Gonzales. Porażka, choć minimalna, nie była zbyt dobrym prognostykiem w perspektywie rewanżu ze znacznie silniejszym Liverpoolem.
Keegan był jednak optymistą. Dotychczasowe spotkania z The Reds były bardzo zacięte, jedynie zaraz po otwarciu sezonu Benitez zdołał wpakować Srokom trzy bramki. Ostatnio jednak wszystkie konfrontacje grane były na remis, co strasznie rozsierdzało kibiców z Anfield, a tym z St. James’ Park dodawało nadziei na końcowy sukces. Wydawało się, że Keegan znalazł receptę na rozmontowanie kluczowych ogniw liverpoolczyków. Ścisłe krycie napastników, ostre ataki na środkowych pomocników, przyklejenie plastra do Xabiego Alonso i bezpardonowa gra napastnika, który miał straszyć niepewnych przy zdecydowanym pressingu obrońców, zwłaszcza Skrtela i Aggera. Duńczyk i w tym spotkaniu był awizowany do wyjściowej jedenastki, toteż Keegan zwietrzył szansę i postanowił wcielić swój niecny plan w życie. I tak Xabi Alonso nie istniał, Fernando Torres co i rusz przegrywał pojedynki z Fabricio Coloccinim, a Agger… Cóż, dopiero w drugiej połowie zaczął się gubić. Przedtem jednak jego partner z formacji – Jamie Carrager zdołał wykorzystać dośrodkowanie z rzutu rożnego i dał The Reds prowadzenie. Wyrównał, właśnie po błędzie naciskanego Duńczyka, Michael Owen, który - niczym Radosław Matusiak za swych najlepszych lat – lekko szturchnął obrońcę i stanął oko w oko z Reiną. Do końca regulaminowego czasu gry wynik nie uległ zmianie, mimo iż główny reżyser gry Liverpoolu Xabi Alonso nabawił się kontuzji. Prawdziwy kocioł, jaki zgotowali kibice Newcastle dla piłkarzy Beniteza był niczym w porównaniu z zimnym prysznicem przyszykowanym przez piłkarzy. Charles N’Zogbia w 102. minucie pokonał Reinę atomowym uderzeniem zza pola karnego, a dzieła zniszczenia dokończył Alan Smith, który coraz lepiej wywiązywał się z roli typowego jockera. Keegan wreszcie mógł bez żadnych oporów unieść ręce w geście tryumfu – Newcastle jest w finale Carling Cup!

Nie było dane upajać się zbyt długo efektownym zwycięstwem w poprzednim spotkaniu, gdyż Newcastle pozostało do rozegrania spotkanie na kolejnym froncie zmagań – w Pucharze Anglii. Tam czekała już drużyna Sheffield Wednesday. Ekipa z Coca – Cola Championship miała zakusy, by sprowadzić bujające w obłokach Sroki z potworem na Ziemię. Jednak szybkie trafienie Nickyego Butta z 6. minuty oraz atomowe uderzenie Geremiego ledwie pięć minut później podcięło skrzydła Sówkom. Jakby tego było mało, nasz nowy nabytek – Stephen Kelly – również postanowił wziąć udział w konkursie strzeleckim i po pół godzinie gry wpisał się na listę strzelców. Odpowiedział kilka minut później Marcus Tudgay. Ponoć straszne krzyki dało się słyszeć z szatni Sheffield. Cokolwiek to nie było, poskutkowało. Sowy wzięły się do pracy i zaraz po wznowieniu gry zdobyły kontaktowe trafienie, a na osiem minut przed końcowym gwizdkiem, ku uciesze swoich kibiców, doprowadziły do wyrównania. Przy tego typu obrocie spraw, niezwykle napięty terminarz musiał pomieścić dodatkowe spotkanie rewanżowe.
Zostało ono poprzedzone wyjazdem na Old Trafford oraz wizytą na St. James’ Park ekipy Stoke. W pierwszym z tych spotkań nie mogliśmy liczyć na zbyt wiele, choć to Sroki jako pierwsze zadały cios. Konkretnie były zawodnik Manchesteru – Alan Smith, który, po serii udanych występów w roli zmiennika, wskoczył do podstawowej jedenastki. Wyrównał, na piętnaście minut przed końcowym gwizdkiem, niezawodny Wayne Rooney. Jak do tej pory wyniki z silniejszymi ekipami, wchodzącymi w skład tzw. Big Four napawały optymizmem. W tym roku jedynie Chelsea nie oddała nam punktów, ale być może jeszcze to się zmieni?
Spotkaniem ze Stoke kończyliśmy niezwykle intensywny miesiąc styczeń. Okno transferowe powoli się zamykało i pozostało już dosłownie kilka ostatnich chwil na przeprowadzenie jakichkolwiek wzmocnień. Sroki, jeszcze przed meczem z The Potters, zalepiły dziurę, jaka mogłaby powstać wskutek kontuzji Jonása. To oznaczało, że kadra na wiosenne zmagania została skompletowana. Nowy nabytek szybko dostał okazję do gry, z której skorzystał w stu procentach. Argentyńczyk wyciągnięty z Livorno za 1,7 miliona funtów jako pierwszy wpisał się na listę strzelców. Lepszego początku nie mógł sobie wymarzyć. W jego ślady poszedł środkowy obrońca – Sebasiten Bassong, który - obok Stevena Taylora i Fabricio Colocciniego - jako trzeci opanował schemat rzutów rożnych.
Nastał luty, a więc czas na podsumowanie zimowego okienka transferowego. Największy ruch przeprowadził Manchester City, wydając 17,75 miliona funtów na Tima Cahilla z Evertonu. Siedemnaście milionów wydano również w Milanie, ale na pozyskanie 50 % wartości karty zawodniczej Marka Hamsika (Napoli). Popularny Hunter przeniósł się z Ajaxu do Realu Madryt, a Joseph Yobo zamienił trykot Evertonu na koszulkę The Citizens. Piątkę hitów transferowych zamykał Rodrigo Palacio, który za 13,5 miliona Elżbietek wzmocnił Aston Villę.
Natomiast hitem transferowym Newcastle okazało się przejście Obafemi Martinsa do Interu Mediolan za 13 milionów funtów. Sroki opuścił także Joey Barton, który nie spełniał oczekiwań Keegana i w zimie nie był w stanie przedrzeć się do meczowej osiemnastki. Walizki pakował również Habib Beye, który na początku stycznia wzmocnił Marsylię. Łącznie na transferach zarobiliśmy 23 miliony, wydając przy tym lekko ponad trzynaście.
Teraz bez obaw mogliśmy podchodzić do rewanżowego spotkania z Sheffield. Wynik otworzył Stephane Dumont, popisując się „rogalem” ze skraju pola karnego, a w jego ślady poszedł – wyciągnięty z rezerw specjalnie na to spotkanie – Shola Ameobi. Pozycja Anglika z nigeryjskim paszportem nie poprawiła się pomimo odejścia Obafemi Martinsa. Dalej był na szczycie listy zawodników, których Sroki pozbyły by się najchętniej. Głównym powodem takiego stanu rzeczy były nieustanne kontuzje i niska skuteczność, nawet w drugiej drużynie Srok, w której przecież powinien błyszczeć. Podobnie wyglądała sytuacja Marka Viduki oraz rezerwowego bramkarza – Stevego Harpera.
W nieco eksperymentalnym składzie przystąpiliśmy do wyjazdowego spotkania z Tygrysami. Kociaki z Hull długo bały się wystawić swoje pazury, a to było młynem na wodę dla Newcastle. Jako pierwszy na listę strzelców wpisał się Michael Owen, który wykorzystał prostopadłą piłkę od Ignatio Piattiego. Po zmianie stron, firmową główką popisał się Steven Taylor. Na otarcie łez, już w doliczonym czasie gry, Peter Halmosi zdołał pokonać lekko kontuzjowanego bramkarza Tima Krula.
Przebieżki z Hull były tylko przystawką przed ciężką batalią, jaka czekała Newcastle kilka dni później. Na St. James’ Park zameldowała się ekipa The Blues. Ostatnia z wielkiej czwórki, której w tym roku nie udało się wyrwać punktów. Okazją do tego miało być spotkanie w ramach kolejnej rundy Pucharu Anglii. Rozpędzonych graczy Newcastle nie zdołała powstrzymać nawet ogromna ulewa, jaka nawiedziła północną Anglię. Recepta na graczy Scolariego była prosta – bić, szturchać, deptać, byle tylko trafić do bramki. Jednak żaden ze środków nie okazał się tak skuteczny, jak kanciasta głowa Fabricio Colocciniego. Argentyńczyk całe spotkanie grał koncertowo, dzięki czemu Didier Drogba praktycznie nie istniał na boisku. Scolari drapał się tylko po łysinie, próbując wykombinować coś, co mogłoby odwrócić losy spotkania.

Okres niezwykle dobrej gry sprawiał, że coraz więcej drużyn, które chciały wydrzeć Srokom cenne punkty musiało wspiąć się na szczyt swych umiejętności. To zadanie okazało się zbyt trudne do wykonania choćby dla The Pompeys, którzy polegli 2-0. Oczywiście na listę strzelców nie wpisał się kto inny, jak Fabricio Coloccini. Oby w takiej dyspozycji wystąpił w następnym spotkaniu – z Evertonem, z którym przyjdzie walczyć o Carling Cup.
Finał Pucharu Ligi przyciągnął na Wembley niemal 90 tysięcy widzów. Zjawili się możni angielskiego futbolu, kilku selekcjonerów podglądających poczynania swoich podopiecznych. Wśród nich boski Diego Maradona, który bacznie przyglądał się poczynaniom Fabricio Colocciniego i Jonása. Jednak finał Pucharu Ligi długo nie spełniał oczekiwań. Nudna pierwsza połowa oraz skrajna asekuracja obydwu menedżerów w pierwszych minutach drugiej części gry, wyzwalała wśród kibiców jedynie ziewy. Prawdziwe emocje zaczęły się na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem – najpierw, ku rozpaczy kibiców Srok, do siatki trafił niezwykle utalentowany napastnik James Vaughan i wszyscy skryli twarze w dłoniach. Jednak stare, piłkarskie porzekadło mówi, że mecz trwa dziewięćdziesiąt minut i właśnie w tej ostatniej z rozpaczliwej sytuacji uratował nas nie kto inny, jak Coloccini. Maradona złapał się za głowę… Uczynił to powtórnie w dogrywce, kiedy Argentyńczyk po rozstrzygającym trafieniu utonął w objęciach kolegów z zespołu.

„One Man Show” – krzyczały nagłówki większości brytyjskich gazet. Sam Maradona był pod ogromnym wrażeniem gry swego rodaka, a zarząd stał się piewcą kunsztu Keegana, a kibice… Cóż, kibice mieli kolejny powód do świętowania.

Teraz już nic nie było w stanie pokonać rozpędzonej lokomotywy. Pierwszym łupem był Middlesbrough, który pogrążył Steven Taylor, wykorzystując oczywiście dośrodkowanie z rzutu rożnego. A, że następny w kolejce ustawił się zespół Manchesteru United, to bukmacherzy zastanawiali się, czy nie dojdzie do sporej sensacji. Jednak sir Aleks zapewne bardzo chciał przechadzać się co najmniej w podwójnej koronie, dlatego też w szóstej rundzie Pucharu Anglii wystawił najsilniejszą jedenastkę. Ta jednak długo nie potrafiła rozmontować twardej defensywy Srok, co zaowocowało niechlubnym pożegnaniem ze strony fanów, kiedy zawodnicy ManU opuszczali płytę boiska po pierwszych 45. minutach. Na drugie wyszli już głodni sukcesu, co potwierdzili trafieniami Darrena Fletchera i Dimitara Berbatova, jednak w ten sam sposób odpowiedzieli Danny Guthrie oraz John Fleck, tak więc o awansie miało rozstrzygnąć dodatkowe spotkanie. Przedzielała je potyczka z Boltonem, którą mocno eksperymentalny skład rozegrał na remis. Podział punktów był w sumie dosyć szczęśliwy dla gospodarzy, którzy dopiero w doliczonym czasie gry zdołali odpowiedzieć na trafienie Alana Smitha z 51. minuty.
Powtórka z Manchesterem miała dać jasny sygnał co do dyspozycji, w jakiej znajdują się Sroki. Na to spotkanie Keegan wystawił więc optymalną jedenastkę, która miała zagwarantować awans do półfinału FA Cup. Najszybciej w mecz wszedł Geremi, który, jeszcze przed pierwszą połową, firmowym uderzeniem zza pola karnego wywiódł Newcastle na prowadzenie, doprowadzając tym samym stan rywalizacji na 2-1. Dawało to więc dwie bramki zapasu na kolejne 45 minut. Jednak chłopcy Fergusona wykazali się iście chirurgiczną precyzją i wykonali plan niezbędny do awansu. Najpierw strzał Michaela Carricka zaskoczył zasłoniętego Shaya Givena, a później niezawodny Wayne Rooney wykorzystał prostopadłe zagranie z drugiej linii i bez najmniejszych oporów umieścił piłkę w siatce. Drugie trafienie oznaczało, że do awansu potrzeba nam dwóch bramek. Brakło sił i zapału.
Tak więc FA Cup toczył się już bez nas. Szkoda, bo przeskoczeniu największej trudności moglibyśmy śmiało myśleć o finale tych rozgrywek. W przypadku wygranej, zapewne los skojarzyłby nas z Fulham albo fenomenalnym Swansea, które w dalszej fazie postara się zaskoczyć londyński Arsenal. Mimo to, plan minimum został wykonany z nawiązką. Przed sezonem bowiem zarząd oczekiwał dotarcia do piątej rundy, tymczasem my do końca walczyliśmy o półfinał z murowanym faworytem, po drodze eliminując takie ekipy jak Bolton, Sheffield czy Chelsea.
Teraz pozostało już tylko skoncentrować się na pozostałych dziesięciu ligowych spotkaniach. Pierwsze z nich mocno rezerwowy skład przegrał, oddając cenne punkty broniącemu się przed spadkiem WBA. Ledwie trzy dni później próg St. James’ Park przekroczył Scolari, który pałał zemstą za lutową porażkę w ramach FA Cup. Tym razem jednak zastał Sroki w nieco gorszej dyspozycji, dzięki czemu obawa porażki ze strony The Blues była więcej niż realna. I choć wielu ekspertów twierdziło, że Newcastle zasłużyło co najmniej na remis, to Ricardo Carvalho przesądził o wyniku spotkania, gwarantując Romanowi Abramowiczowi uśmiech na twarzy. Kilka dni później od ucha do ucha śmiali się szejkowie trzymający w garści The Citizens. Wszystko za sprawą Yurii Zirkova, który w pojedynkę rozprawił się ze Srokami, aplikując Givenowi dwa trafienia. W odpowiedzi Jose Enrique zdobył chyba swoją najładniejszą bramkę w historii występów w barwach Magpies.
Terminarz nie był naszym sprzymierzeńcem. Po dwóch mocnych rywalach przyszła pora na trzeciego, z którym Sroki zawsze miały sporo problemów. Everton, bo o nim mowa, na dobre zadomowił się w górnej części ligowej tabeli, walcząc właśnie z Newcastle, Manchesterem City, Tottenhamem i Aston Villą o miejsca w Lidze Europejskiej. To był mecz z gatunku tych za sześć punktów, którego, rozklekotana i zmęczona zeszłomiesięcznym maratonem, drużyna Newcastle nie mogła przegrać, jeśli myślała o zakończeniu sezonu w pierwszej szóstce. Ten mecz zrodził bestię – Michaela Owena. Cudowne dziecko angielskiej piłki jeszcze raz wspięło się na wyżyny swoich umiejętności, pociągając Sroki do zwycięstwa. Jego trafienie z 7. minuty szybko zwiodło z tropu menedżera The Toffes, poprawił – zaraz po zmianie stron - Danny Guthrie, a Everton zdołał jedynie odpowiedzieć trafieniem Lee Molyneuxa z 85. minuty. Teraz trzeba było powtórzyć ten wyczyn z West Hamem. Ten jednak postawił zdecydowanie cięższe warunki, potwierdzając, że Upton Park jest dla wielu bastionem nie do zdobycia. Wyrwę w murze zrobił Radosław Majewski (było to pierwsze trafienie Polaka w barwach Newcastle), ale Młoty szybko zwarły szyki i odpowiedziały trafieniami Craiga Bellamyego oraz Mattiasa Vuoso.
Ostatni kwietniowy mecz zamykał serię ciężkich spotkań. Na Emirates Stadium trzeba było wywalczyć choćby remis, tym bardziej, że Keegan już chyba rozpracował zamysł taktyczny Wengera. Zastosował go i tym razem, dzięki czemu na Emirates przez znaczną część spotkania było cicho jak makiem zasiał. Worek z golami otworzył Charles N’Zogbia, który wykorzystał niefrasobliwość obrońców The Gunners i wykorzystał dośrodkowanie na dalszy słupek. W jego ślady poszedł również Jonás, który zakręcił Michaelem Silvestre, zbiegł do środka i huknął pod poprzeczkę bramki Almunii. Uniesiony do góry palec wskazujący Argentyńczyka żegnał udających się na przerwę The Gunners.

Po zmianie stron w poczynaniach zawodników Arsenalu dało się wychwycić iskrę zapału. Szereg przeprowadzonych zmian scementował drużynę i pozwolił jej skupić się na zadaniach ofensywnych. Fabricio Coloccini oraz Steven Taylor mieli pełne ręce roboty. Tym bardziej, że w 57. minucie do siatki Newcastle trafił Robin van Persie, który wjechał w pole karne i położył na łopatki irlandzkiego golkipera The Magpies. O wyniku przesądziła sytuacja z 78. minuty. Fabricio Colloccini – jak na eksperta od stałych fragmentów gry przystało – wykorzystał rzut rożny. Tyle, że tym razem pokonał własnego bramkarza, wyrywając Newcastle cenne trzy punkty. Trzeba było zatem poszukać szczęścia gdzie indziej, ale kolejny mecz na St. James’ Park z Wigan zakończył się bezbramkowym remisem.
W trzech pozostałych spotkaniach zdobycz punktowa była już nieodzowna. Raz, że na samym początku mierzyliśmy się z odwiecznym rywalem z Sunderlandu, dwa że w tabeli niebezpiecznie blisko sąsiadowała Aston Villa, która stanowiła realne zagrożenie dla końcowego układu. Jednak na The Stadium of Light rządziła tylko jedna ekipa – The Magpies, która tylko rozsierdziła zwolenników The Mackems. To spotkanie było popisem umiejętności dwóch nowych nabytków – Alferda N’Diaye, który fenomenalnym uderzeniem z 30. metrów otworzył wynik spotkania, oraz Ignatio Piattiego. Zmiennik Jonása urządził sobie slalom pomiędzy obrońcami Sunderlandu i ośmieszył Craiga Gordona, pakując piłkę obok krótkiego słupka. W odpowiedzi Dean Whitehead umieścił piłkę w siatce, ale wszystko działo się w końcowych fragmentach spotkania i rywalom zabrakło już czasu na doprowadzenie do remisu. Kibice ze The Stadium of Light musieli przełknąć kolejną (trzecią w tym sezonie) porażkę z Magpies.
Na pożegnanie z St. James’ Park, Keegan postanowił dać się wyhulać zmiennikom, pozostawiając w wyjściowej jedenastce tylko kilku podstawowych zawodników. Najwięcej chęci do gry przejawiał Radosław Majewski, który już w 12. minucie wyprowadził Newcastle na prowadzenie. Poprawił zaraz po zmianie stron, ale wówczas do głosu doszli zawodnicy Blackburn. Konkretnie Roque Santa Cruz, który zdobył kontaktową bramkę, oraz David Dunn, który ustalił stan meczu na 2-2. Kiedy wszyscy zgromadzeni na trybunach sądzili, że Newcastle pożegna się z nimi w kiepskim stylu, do głosu doszedł Jonás, a w doliczonym czasie gry „młokos z Polski” po raz trzeci oszukał Paula Robinsona, dzięki czemu bez wahania okrzyknięto go mianem zawodnika meczu.
Ostatnia potyczka nie miała już większego znaczenia. Aston Villa zmarnowała swoją szansę na przeskoczenie Newcastle w tabeli, remisując w ostatnich kolejkach z Wigan i West Hamem. Jednak Martin O’Neill postawił na swoim i w bezpośredniej konfrontacji okazał się lepszy, choć sam mecz nie przyniósł zbytnich emocji.
Newcastle ukończyło sezon na 7. pozycji i z Carling Cup w ręku, co w pełni zadowalało zarząd oraz wprawiało w zachwyt ekspertów. Ci jednogłośnie zdecydowali, że to Magpies zostanie ochrzczone mianem niespodzianki sezonu. Zarząd i Keegan wierzyli, że tegoroczna pozycja Newcastle będzie do powtórzenia w kolejnym cyklu zmagań. W końcu na St. James’ Park nie wychodzili bez uszczerbku takie piłkarskie potęgi, jak Manchester United, Chelsea, Arsenal, czy Liverpool. Pozostało jeszcze wiele do zrobienia, jednak tegoroczne wyniki z pewnością były dobrym prognostykiem przed kolejnym sezonem.
Zwyciężając w Carling Cup, Newcastle już w marcu zapewniło sobie udział w Lidze Europejskiej, a zajęcie siódmej lokaty w Premier League (premiowanej taką samą nagrodą) dodatkowo potwierdziło europejskie zapędy Srok. Droga do Europy w obecnym składzie była jednak niemożliwa do przebrnięcia. Niezbyt szeroki skład dał się we znaki zwłaszcza w końcowych akordach męczącego sezonu, kiedy to Newcastle zanotowało serię słabych wyników z niezbyt wymagającymi rywalami. To wszystko utwierdzało zarząd w przeświadczeniu, że aby myśleć o zaistnieniu na europejskiej arenie, trzeba wzmocnić zaplecze kadrowe.
Aby tego dokonać, wpierw trzeba było racjonalnie spojrzeć na obecny skład. Zarząd zamierzał rozstać się z zawodnikami nie spełniającymi oczekiwań Kevina Keegana. Wśród nich byli: Steve Harper, Mark Viduka, Xisco i Shola Ameobi – wszyscy zostali wystawieni na listę transferową. Na niej znalazł się także Fabriccio Coloccini, który jednak trafił na odstrzał nie ze względu na słabe wyniki, ale z własnej chęci. Argentyńczyk znalazł się na celowniku włodarzy Realu Madryt, Interu Mediolan (który zdążył już zmarnować talent Obafemi Martinsa), Chelsea, Arsenalu oraz dwóch Manchesterów. To wymusiło intensywne poszukiwania jego następcy, połączone z nieustannym łataniem dziury po styczniowym transferze Obafemi Martinsa.
W orbicie zainteresowań znalazł się Sokratis Pastathopulos z Genoi, Dirk Marcelis z PSV, Vedran Corluka z Tottenhamu, Nicolas N’Kolou z A.S. Monaco i Diego Godin z Villarrealu. Wszyscy w wieku poniżej 25 lat, co miało kardynalne znaczenie, gdyż w zasadzie podstawowa para stoperów, pomimo groźby odejścia Fabricio Colocciniego, znajdowała się już w szeregach Srok i należało upatrywać zawodników do szerokiego składu. Najżywiej interesowano się Kameruńczykiem z Monaco – dziewiętnastolatek z pewnością mógłby pełnić rolę zmiennika, co nie wpłynęłoby negatywnie na jego morale oraz morale całej drużyny.
Jeśli zaś chodzi o poszukiwania napastników, to kandydatów do gry w barwach Newcastle było co nie miara. Wśród nich – Alexis Sanchez z Udinese, Antonio Mihaylov z Milanu, Nikola Kalinic z Lecce, James Vaughan z Evertonu, Danniel Sturrdige i Felipe Caicedo z Manchesteru City oraz Roberto Soldado z Getafe. Z szeregu napastników z pewnością zostanie wyłuskany jeden kandydat do gry w podstawowej jedenastce oraz jeden albo dwaj młodzi, którzy zasilą rezerwy, skąd będą mogli podgryzać nierówno grających Michaela Owena i Alana Smitha. Wszyscy wierzyli, że przed końcem sierpnia nad Tyne zbierze się ekipa, która może zaszokować całą piłkarską Europę.
Soldado :)
Tak, tak, tak:) Chelsea Mistrzem Anglii !!