20 lipca
Dobrze, że nikt nie czyta w tej chwili tego, co piszę, bo chyba umarłbym ze wstydu i nie napisał tego, co chcę napisać. I nie moglibyście tego przeczytać. Ale i tak pewnie Was to nie obchodzi. Możliwe nawet, że nie wiecie o mnie nic poza tym, że jestem nowym szkoleniowcem RC Lens. I wiecie o tym, pewnie tylko, dlatego, że weszliście na oficjalną stronę klubu, bo jesteście jego wiernymi kibicami. Na konferencji prasowej osiągnąłem to, co chciałem - nie skompromitowałem się zbytnio i nie byłem też głównym obiektem zainteresowania, mimo że z założenia miałem nim być. Dla bojącego się nic trudnego, aby uniknąć źródła strachu. Pan prezes przybliżył moją osobę i starał się ukryć fakt, że nie nadaję się do tej roli. Spostrzegłem wtedy, że nie tylko ja tak uważałem. Lens mi się bardzo spodobało, bardzo chciałem tu pracować, ale osobiście widziałem siebie w roli jakiegoś analityka otoczonego setkami statystyk, a nie jako menadżera. Na szczęście to mój nowy szef i jego decyzje personalne były głównym obiektem uwagi. Jednak, jak niektórzy niestety widzieli i słyszeli, musiałem coś powiedzieć, lecz słowa wypowiadane przeze mnie podczas konferencji były trudne do zrozumienia. Nie ze względu na skomplikowaną formę zdań i wyszukane słownictwo, a przez to, że pod wpływem stresu nie byłem w stanie nic normalnie powiedzieć. Dlatego wpadłem na pomysł, aby komunikować się z Wami - kibicami poprzez ten blog internetowy. Tak naprawdę, to nie był mój pomysł, tylko mojego asystenta. Tak właściwie, to nie ja go wybrałem na tę posadę, tylko prezes, ale jeśli mi go przydzielono, to już tak go będę nazywał. Pewnie jest on po to, aby mnie pilnował, choć na opiekunkę to on mi nie wygląda. Nie jest zbyt miły, ale za to jest szczery. Pierwsza rozmowa z nim była straszna, ale zapamiętałem ją, bo przychodzi mi to z łatwością. Przytoczę jej treść:
- Dzień dobry panu. Podobno będziemy razem pracować.
- Cześć. Po pierwsze mów mi na ty, bo ja do Ciebie będę się zwracał po imieniu. Może i jestem wilk straszny, ale za to syty. Nie bój się. Ty jesteś szefem, ja mam Ci tylko pomagać. Prezes wyręczył Ciebie z zadania wyboru swojego pomocnika, bo wiedział, że wybrałbyś taką samą pierdołę jak Ty. No i ja Ci to mówię, bo on nie chciał Cię obrazić na początek. A ze mną będziesz miał do czynienia każdego dnia, więc lepiej żebyś przywykł do tego.
- Dobrze, jeśli muszę. - Powiedziałem zmieszany tym, co usłyszałem.
- Nikt nikogo nie zmusza. Opcja odejścia zawsze jest dostępna. Nawet konta pro nie trzeba wykupić. Przejdźmy dalej. Prezes mówił o moim pomyśle pisania blogów? - Przerwał na chwilę, abym odpowiedział, lecz nie dał mi nawet dokończyć słowa - Aha, czyli powiedział. To na początek przedstaw się kibicom, napisz coś o sobie, o tym, co czujesz w związku z przyjściem do klubu, o planach zespołu na sezon itd. Możesz nawet napisać to, co myślisz o mnie, że nie lubisz mnie, źle się do Ciebie odnoszę.
- Ale ja tak nie myślę.
- Myślisz tylko, że starasz się wypierać wszystkie złe poglądy o innych ludziach. A jeśli tak nie jest, to powinno tak być. Kibice będą mieli okazję, aby zareagować. Albo zaczną Cię bronić przed moją osobą tyrana, albo pomogą mi gnębić Ciebie. Módl się do tego swojego Boga o to pierwsze.
- Też o tym pomyślałem.
- Widzisz, rozumiemy się bez słów. Będzie dobrze. I pamiętaj, że nie jestem po to by Cię kontrolować i donosić szefowi. Ja tylko mam robić to, do czego Ty się nie nadajesz. Czyli przede wszystkim kontakty z zawodnikami. Twoje przemowy mogłyby ich tylko zachęcić do przegrywania. Widzę, że chętnie słuchasz, ale dziś to wszystko co mam Tobie do powiedzenia. Jutro powiem Ci wszystko, co powinieneś wiedzieć o zawodnikach i w ogóle. Teraz muszę już iść.
- Żegnaj, do jutra.
Nie było to przyjemne, ale wmawiałem sobie, że to konieczne. Dzięki temu będę potrzebował większej ilości wizyt u mojego terapeuty. Nie spodoba się to mojemu bratu, bo on jest tym terapeutą. Wszyscy inni pozbywali się mnie po pierwszym spotkaniu. Tylko jego mogłem przekonać do tego, grożąc, że się zabiję. Pozostałym nie zrobiłoby to chyba różnicy. Mimo braku chęci brat bardzo mi pomaga. Aby nie być gołosłownym podam przykłady. Dzięki niemu uważam, że powodem, dla którego śpię przy włączonym świetle nie jest mój lęk przed ciemnością, tylko to, że ciemność boi się mnie. Nieco mniej jestem przekonany do zasady, aby nie iść w stronę światła w tunelu, bo to może być pociąg. Powtarza mi też, abym obudził w sobie zwierzę. Chętnie bym to zrobił, ale obawiam się, że tylko tasiemiec może się we mnie ukrywać. Więc wiecie już, że mam brata, ale mnie prawie w ogóle nie znacie.
Urodziłem się w Polsce, ale to było trzydzieści osiem lat temu i już się więcej nie powtórzy. A szkoda, bo najprawdopodobniej zmarnowałem większość swojego życia. Oprócz zgromadzenia sporej kolekcji lęków i fobii moje życie to seria sromotnych porażek, nawet występy reprezentacji Polski nie są w stanie tego przebić. Moje niepowodzenia zaczęły się od przedszkola. Była tam pewna dziewczynka o imieniu Karolinka. Pobiła mnie już pierwszego dnia. Kolejne dni też nie były najlepsze. Pod koniec pierwszego miesiąca... Warczenie mojego psa Sokratesa sugeruje mi, że powinienem przejść do późniejszych etapów mojego marnego żywota. To, co zrobiłem można podsumować jednym zdaniem: „nie ma takiej rzeczy, której nie można zepsuć". A ci, którzy mnie już poznali i przestali się nade mną litować dodają: „jeśli coś nie zostało zepsute, to na pewno on się za to jeszcze nie brał". Mimo że jestem wierzący, to czasem zastanawiam się, czemu nie jest to zawarte w głównych prawdach wiary. W życiu nic mi nie wyszło. Jedyny okres, kiedy myślałem inaczej, to było tych kilka miesięcy po ślubie. Dziwiłem się niezmiernie, że moja już była żona chciała za mnie wyjść. W końcu to od kobiety zależy kogo sobie wybierze, bo mężczyzna to każdą zaakceptuje, szczęśliwy, że go wybrała… Przynajmniej tak było w moim przypadku. Jednak miałem to szczęście, że mnie wybrała. W ogóle spełniała wszystkie moje pragnienia. To, że odeszła ode mnie jest moją winą, gdyż czuła, że myślę ciągle o tym, kiedy mnie zostawi. I opuściła mnie, dla mojego dobra. Było miło, ale się skończyło. W sumie powinienem się cieszyć, że aż tyle od losu dostałem.
Na kolejne takie chwile szczęścia musiałem czekać do momentu, gdy otrzymałem posadę trenera Lens. Choć radość w tym przypadku trwała jeszcze krócej. Oczywiście możliwość prowadzenia takiego zespołu to ogromny zaszczyt, ale też wielka odpowiedzialność i oczekiwania. Gdy pomyślę, że jestem obserwowany przez tysiące ludzi, to ciarki mnie przechodzą. W poprzednich klubach było spokojniej. Wspominałem o nich? Jaki to nietakt z mojej strony. Gorąco państwa przepraszam i już spieszę naprawić ten błąd. Otóż wcześniej pracowałem w polskim czwartoligowcu, którego nazwy, za przeproszeniem, nie będziecie w stanie przeczytać oraz w niemieckim trzecioligowcu. Osiągnąłem pewne sukcesy z tymi zespołami, ale można je łatwo zapomnieć. Przeciwnie do tego, co czułem spędzając czas w tym małych, ciasnych, klubowych szatniach. Zupełnie inaczej jest na obiekcie Lens, chociaż w niektórych miejscach mogłoby być trochę więcej światła i przestrzeni. Chyba Was to nie obchodzi. Ale za to pewnie interesujecie się, dlaczego prezes zwolnił poprzedniego trenera a zatrudnił mnie. W takiej sytuacji logicznym wyjaśnieniem jest to, że wraz z awansem i wzrostem poziomu ligi potrzebny jest ktoś lepszy. Jednak, gdy to stanowisko zostaje obsadzone moją osobą, ta teza upada. Więc dlaczego? Opcja korupcyjna w grę nie wchodzi. Innego dowodu niż mój charakter nie mam. Gdy mnie poznacie, to przekonacie się do tego. Innych racjonalnych wytłumaczeń nie ma. Choroba psychiczna, nienawiść do klubu, żart? Nie, ja bym nawet o tym nie pomyślał, ale Bóg stworzył też takie osoby, które mogłyby tak pomyśleć. Pozostaje jedynie dojść do niewiarygodnego wniosku, że coś potrafię. Pan prezes starał się przekonać mnie do tego. Stanęło na tym, że przyznałem mu, iż ma trochę racji. W sumie, jeśli szef się myli, to mnie zwolni i po kłopocie. Jednak ja nie będę dążył do tego, aby udowodnić, że się mylił. A co, czasem można delikatnie zniekształcić granice zasad. W końcu wszystkie granice w przeciągu wielu lat się zmieniały. Tylko intrygującym pozostaje, to skąd w głowie prezesa znalazła się szalona myśl, że nadaję się na posadę trenera profesjonalnego klubu? W pewnym okresie kultury masowej dużym zainteresowaniem cieszył się serial pod tytułem "Z Archiwum X”. Ta zagadka idealnie do niego pasuje.
Jeśli pozwolicie, to przejdę teraz do mojego poglądu na drużynę. Ach tak, zapomniałem, że nie możecie mi odpowiedzieć. Nawet Internet nie jest idealny. Więc zaryzykuję i przyjmę założenie, że byście się zgodzili. Przepraszam za mą śmiałość. Ze względu na to, iż preferuję minimalizację ilości zmian i przejawiam lęk do osób obcych, zdecydowałem się ograniczyć zespół do dwudziestodwuosobowego składu. Jednak musi on być wyrównany i każdy zawodnik musi mieć konkurenta do walki o wyjściową jedenastkę. Na początku nikt nie był mi bliżej znany, więc nie bałem się przeprowadzać transferów. Wiecie już, kto dołączył do zespołu, ale możecie się tylko domyślać, kto jaką rolę będzie pełnił. Abyście się zbytnio nie zamartwiali przedstawię swoją wizję. Chciałem mieć na każdą pozycję dwóch równych zawodników. Choć czasami lepiej nie mieć wyboru, bo można wybrać źle. Jako że wygrywa ten, który straci mniej bramek, najważniejszą postacią w drużynie jest bramkarz? Pewną pozycją będzie cieszył się Runje. Godnym konkurentem powinien być młody Villalpando. Prawa obrona to pole do rywalizacji dla dwóch nowych nabytków - Shpungina i Betscha ze wskazaniem na tego pierwszego. Po przeciwnej stronie występować będzie Ramos lub Duplus. O spokój w szeregach obronnych dbać będą Chellei oraz Aubey. W razie problemów zastąpić ich mogą Yahia lub Laurenti. Jednak mam nadzieję, że żadnemu z nich nie przydarzy się nic złego. Nie tylko, że boję się stracenia zawodnika, ale nie chciałbym być na miejscu takiego kontuzjowanego zawodnika. Zastanawialiście się jak to może boleć takie naderwanie mięśnia lub jakieś złamanie? Pamiętam jak kiedyś rozciąłem sobie rękę. To było straszne. Aż mnie ciarki przeszły na myśl o tym. Lepiej przejdę do przeglądu pomocników. Będę miał spory dylemat, kogo wystawić. Pewnie nie raz, któryś z zawodników poczuje się urażony. Ale dla mnie to też będzie bardzo trudne. Jak kogoś faworyzować skoro muszę wybrać między znakomitym Demontem i utalentowanym Boukarim? No właśnie, nie jest to łatwe. I jak tu nie pić? Kakao jest mi niezbędne do pracy, a prezes nie umieścił rocznego zapasu w budżecie. No cóż, życie to nie koncert życzeń i sam musiałem zapewnić sobie ten niezbędny do funkcjonowania środek i mleko też. Na lewym skrzydle sytuacja jest nieco bardziej klarowna, choć Jeema tylko nieznacznie odstaje od Roudeta. Ataki rywali w zarodku niszczyć powinien Kovacevic. Jest to zawodnik, który lubi agresywną grę. Osobiście chętnie bym go sprzedał, bo jak można tak brutalnie postępować wobec bliźnich, ale asystent stanowczo mi to odradził. Pocieszeniem dla mnie i dla drugiego defensywnego pomocnika, Mangane, może być to, że Serb może często pauzować przez kartki. O to, aby gra Lens była piękna i skuteczna zabiegać będzie inny Serb, Milovanovic. Gdyby mu zabrakło zapału do gry, zawsze gotowy jest Doumeng. Mam nadzieję, że wszelkie akcje będzie wykańczać duet Maoulida – Eduardo. Zawsze pełni chęci i ambicji będą młodzi Monnet-Paquet i Tamuz. Wierzę, że ci chłopcy będą w stanie, mimo mojej nieudolności, zrealizować powierzone nam cele.
A od początku może być nam ciężko. Żaden układ terminarza nie byłby dobry. Chyba, że byśmy grali przeciw samemu sobie, choć i wtedy porażka nie byłaby nieunikniona. Ja widzę to tak, że nie mamy szans z nikim. Ale niektórzy mówią mi, że mam problemy ze wzrokiem. Czyli wszystko zależy od punktu widzenia. Właśnie, obyśmy zdobyli choć ten jeden punkt. Od czegoś trzeba zacząć, jednak aby nie skompromitować się całkowicie, powinniśmy uzbierać ich kilkanaście. I jeśli chcemy z ligi odejść niepokonanym, to powinniśmy zrobić to dziś, bo gdy wystartuje, to będzie później albo nawet za późno. Teoretycznie na to co będzie mamy wpływ, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Właściwie wszystkich.
Pora już się pożegnać. Jestem ciekaw ilu z tych, którzy zaczęli czytać ten wpis, dotarli do tego miejsca. Praktycznie mógłbym tego nie kończyć, ale moje maniery mi na to nie pozwalają. Więc mam nadzieję, że czeka nas wiele miłych chwil. Przepraszam, skłamałem. Myślę, że czeka nas trudny, pełen rozczarowań sezon. Musimy wierzyć, że nie będzie tak źle. Może złożyć jakąś ofiarę w tym celu? I nie chodzi tu o łapówkarstwo. To podobno jedyna akceptowana forma korupcji. Coś trzeba zrobić. I przede wszystkim być wytrwałym i trwać przy zespole. To jak długo Wy z nim będziecie zależy tylko od Was. Zakończę już to przykre przedstawienie i przestanę się upokarzać. Właściwie i tak to się stanie…