Zawsze uważałem, że dobra atmosfera w zespole piłkarskim jest czynnikiem równie ważnym jak odpowiednie przygotowanie kondycyjne, czy dokładnie przemyślana taktyka. Od samego początku swej kariery dbałem, by relacje między piłkarzami poza boiskiem układały się jak najlepiej – zazwyczaj miało to pozytywny wpływ na komunikację i zrozumienie podczas meczu. Nie brakowało więc wspólnych wypadów na miasto, klubowych imprez oraz długich rozmów, nie tylko o futbolu, ale też o rodzinie, miłości i sensie życia.
Ze względu na specyficzne okoliczności, w Sliwenie scalenie drużyny nie było zadaniem łatwym. Zdecydowałem, że na wszelki wypadek ograniczę się do krótkiej wycieczki zagranicznej, chcąc spędzić z chłopakami kilka dni, z dala od „grupy trzymającej władzę”. Wybór padł na Serbię – konkretnie na niewielki Temerin, w którym rozegraliśmy sparing z miejscową Slogą.
Ekipa gospodarzy składała się z półzawodowców, dlatego liczyliśmy na gładkie zwycięstwo. I faktycznie, od pierwszej minuty to my byliśmy stroną przeważającą, jednak brakowało nam nieco dokładności. Dopiero po pół godzinie gry strzelecką niemoc przełamał Chritistian Tudor, ośmieszając serbskiego obrońcę i płaskim uderzeniem otwierając wynik spotkania. Radość z prowadzenia trwała... minutę. Moi podopieczni, najwyraźniej rozkojarzeni, pozwolili Zamaklarowi na oddanie pięknego strzału z dystansu, w samo okienko. Mimo usilnych starań, rezultat w pierwszej połowie nie uległ już zmianie i garstka kibiców mogła cieszyć się z nieoczekiwanego remisu. Drugą odsłonę rozpoczęliśmy w niemal całkowicie zmienionym składzie. Roszady przyniosły natychmiastowy efekt – krótko po wznowieniu gry Tudor skorzystał z fantastycznego podania Miteva i podwoił swój dorobek bramkowy. Niespełna 60 sekund później, młodziutki Gergov popisał się efektowną szarżą, którą sfinalizował uderzeniem z najbliższej odległości Mitev. Od tego momentu mecz zmienił się w demonstrację siły Sliwenu: atak sunął za atakiem, a moi chłopcy bawili się z defensorami gospodarzy, jak tylko chcieli. Doszło do tego, że nominalny bramkarz – Markov, grał przez kilka minut w ataku i... zdobył gola. Kolejną asystę zapisał na swoje konto rewelacyjny Gergov. A to nie był koniec popisów 17-latka. W 87. minucie po jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego bramkę na 5:1 strzelił Mitev, ustalając tym samym końcowy wynik.
Mecz towarzyski
Sloga – Sliwen 1:5 (1:1)
30'- Tudor (0:1)
31'- Zamaklar (1:1)
47'- Tudor (1:2)
48'- Mitev (1:3)
73'- Markov (1:4)
87'- Mitev (1:5)
MoM: Mitev (9)
Widownia: 55
Wyjazd do Serbii okazał się owocny. Chłopców nie opuszczał dobry humor po bezlitosnym pogromie, a ja dostrzegłem duży potencjał w młodym, prawym pomocniku - Ivanie Gergovie. Poza tym, odpocząłem od Bułgarii, jawiącej się w moich oczach jako kraj mroczny i niebezpieczny.
Z naładowanymi bateriami mogłem powrócić do Sliwenu, którego mieszkańcy niecierpliwie wyczekiwali inauguracji rozgrywek ligowych. Nie dało się ukryć, że pierwsza kolejka zbliża się wielkimi krokami. Ulice miasta zaroiły się od ludzi w czerwonych koszulkach i klubowych szalikach, a na przystankach, w sklepach, pubach i autobusach tematem numer jeden był futbol. Jako regularny pasażer linii numer 13, miałem okazję wysłuchać różnych opinii na temat klubu i nowego, wciąż jeszcze anonimowego, trenera.
- Nie ma szans, żebyśmy cokolwiek osiągnęli w tym sezonie! - emocjonował się wysoki brodacz siedzący tuż przede mną. - Ten nowy trener to przecież Polak... Nie, żebym miał coś do Polaków, ale znasz jakiegoś dobrego szkoleniowca z tego kraju? No sam powiedz, Miro...
- Coś w tym jest, ale z drugiej strony taka rewolucja może nam dobrze zrobić. Żaden bułgarski trener nie był w stanie wywalczyć ze Sliwenem awansu, więc chyba warto zaryzykować.
- Zobaczymy co z tego wyjdzie, ale o awansie i tak nie myślmy. - machnął ręką brodacz. - Módlmy się, żeby nie mieć problemów z utrzymaniem.
Miejscowi kibice nie byli więc zbyt optymistycznie nastawieni, a przecież mieli większe rozeznanie w temacie niż ja. Skoro nawet miłośnicy Sliwenu wątpili w możliwość awansu, to... zapowiadał się bardzo ciężki rok. Dalszego ciągu tej przygnębiającej wymiany zdań już nie słyszałem, ponieważ otrzymałem wiadomość od Yordana, w której prosił mnie o wieczorne spotkanie w klubie „Czarny Kot”. Trochę zdziwił mnie wybór miejsca - zazwyczaj odbywaliśmy nasze narady, zwane też „zebraniami zarządu”, w domu Lechkova, ale nie wnikałem w szczegóły i o umówionej godzinie stawiłem się w niezbyt przyjemnej spelunce na obrzeżach miasta.
Ledwo przekroczyłem próg lokalu, a już zostałem powalony na ziemię i obezwładniony przez dwóch, trochę lepiej zbudowanych panów. Panowie po chwili kulturalnie postawili mnie na nogi, otrzepali ubranie z kurzu i zaprowadzili do stolika, przy którym siedział znajomo wyglądający jegomość.
- Witam serdecznie pana trenera. - powiedział facet, namiętnie oglądający mecze sparingowe Sliwenu, a którego w myślach nazywałem Krukiem. - Siadaj, czuj się jak u siebie. Może coś zamówisz? Mają tutaj bardzo dobrą rakiję, a jeśli wolisz piwo, to polecam Zagorkę Gold.
- Nie, dzięki. Lubię piwo, ale jeszcze bardziej lubię jasne sytuacje, więc czekam na wyjaśnienia – o co w tym wszystkim chodzi?
- Spokojnie, spokojnie... Pozwól, że się przedstawię, ok? Trochę kultury! Otóż, mówią na mnie Bozhidar, bo tak mam na imię. Jestem przedstawicielem Rodziny, odpowiedzialnym za kwestie bukmacherskie. To mnie papa powierzył doprowadzenie sprawy Sliwenu do szczęśliwego końca i nie zamierzam zawieść jego zaufania. Stąd moja ciągła obecność na trybunach – generalnie piłka nigdy mnie nie interesowała... Wolałem, na ten przykład, poezję. Ale teraz trzymam rękę na waszym klubiku i muszę być na bieżąco. Ok, tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do rzeczy – Rodzinie nie podoba się, że trenerem został ktoś spoza Bułgarii. Wolelibyśmy, żeby pewne informacje nie wypłynęły poza granice kraju... Dlatego, w ramach programu motywacyjnego ułożyłem krótki wierszyk wyjaśniający, dlaczego powinieneś postarać się wywalczyć awans do ekstraklasy. Ekhm... „Lepiej awansuj, bo w przeciwnym razie – drogi trenerze, uczciwości wzorze, skończysz karierę w plastikowym worze”.
- Bardzo ładny wiersz, rzekłbym wybitny. - pokiwałem głową z udawaną aprobatą.
- Naprawdę, podoba ci się? Dzięki! Mam nadzieję, że zrozumiałeś przesłanie utworu?
- Mimo nagromadzenia zawiłych metafor i nietypowych porównań, wydaje mi się, iż załapałem, co poeta miał na myśli.
- A więc, w imieniu Rodziny, życzę powodzenia. Liczymy, że osiągniesz cel i dzięki temu nie staniesz się naszym celem... - zakończył kurtuazyjnie Bozhidar.
Grafomański wierszyk gangstera spełnił swoje zadanie – skutecznie mnie nastraszył i wyzwolił ogromną chęć odnoszenia zwycięstw. W samą porę. Następnego dnia czekał mnie trenerski debiut na bułgarskich boiskach.
Druga liga, zwana również Grupą „B” dzieliła się na grupę wschodnią (w której występował Sliwen) oraz zachodnią. W każdej grało 14 drużyn. Bezpośrednio do ekstraklasy awansowały zespoły z pierwszych miejsc, a ekipy, które zajęły drugą lokatę walczyły między sobą w barażach. Drużyny z ostatnich dwóch miejsc spadały niżej, ale to nas specjalnie nie interesowało – w końcu mierzyliśmy bardzo wysoko.
Rozgrywki zainaugurowaliśmy wyjazdowym meczem z innym średniakiem, Swilengradem. Tuż przed pierwszym gwizdkiem podszedł do mnie Yordan, pytając:
- I jak tam samopoczucie?
- W życiu nie czułem się lepiej. - odpowiedziałem z przekonaniem. Nie wiem czy wspominałem, ale zanim rozstałem się z Bozhidarem, wypiliśmy razem kilka symbolicznych kufli piwa.
I zaczęło się. Sędzia nakazał rozpocząć spotkanie, a ja, lekko znieczulony po wczorajszym, przyglądałem się biegowi wydarzeń z ławki trenerskiej. Pierwszą groźną akcję przeprowadzili moi podopieczni, a konkretnie duet Pevec - Tudor. Słoweniec wspaniale podał, wypuszczając Christiana w uliczkę, ale "rumuński Ronaldo" uderzył tak słabo, że bramkarz gospodarzy nie miał najmniejszych problemów ze skuteczną interwencją. Rywale zemścili się na nas okrutnie i to zaledwie trzy minuty później. Przeprowadzili błyskawiczną kontrę, którą efektownym lobem sfinalizował Tencho Vanchev. Zrobiło się niewesoło… Na szczęście, chłopcy dość szybko otrząsnęli się po utracie bramki i jeszcze przed przerwą wyrównali. W 34. minucie Georgi Stoyanov wpadł z piłką w pole karne i piekielnie mocnym, precyzyjnym strzałem umieścił ją tuż pod poprzeczką. Trochę mi ulżyło, ale w szatni namawiałem zawodników do większego zaangażowania w grę ofensywną. Faktem było, że przeciwnicy nic wielkiego nie pokazywali i jak najbardziej mogliśmy ich pokonać. Gdyby nie ta przypadkowa kontra wszystko wyglądałoby inaczej...
Druga połowa, podobnie jak pierwsza, nie stała na najwyższym poziomie. Niby dłużej utrzymywaliśmy się przy piłce, niby konstruowaliśmy ciekawsze akcje, ale w żaden sposób nie przekładało się to na zmianę rezultatu. Zegar wskazywał 90. minutę, więc zrezygnowany dopisywałem w swoim notesie jeden punkcik. Mogło być gorzej, ale to przecież walka o życie, musimy od samego początku... GOOOL!!! Okrzyk tej treści wyrwał mnie nagle z ponurych rozmyślań. W doliczonym czasie gry Swilengrad zginął od własnej broni - Staykov przejął piłkę na środku boiska i zainicjował składny kontratak. W końcowej fazie akcji Mitev popisał się świetnym podaniem, a Tudor zaimponował zimną krwią, wykańczając wszystko pewnym uderzeniem! Po chwili wpadłem w objęcia piłkarzy i mogłem świętować idealny początek sezonu. "Oby tak do końca" - pomyślałem.
Grupa "B" Wschód [1/26]
Swilengrad [-] - Sliwen [-] 1:2 (1:1)
19'- Vanchev (1:0)
34'- G. Stoyanov (1:1)
90'- Tudor (1:2)
MoM: Vanchev (8)
Widownia: 1075
Gratulacjom nie było końca, szczególnie entuzjastycznie reagował Lechkov. Trudno się dziwić, właśnie zrobiłem pierwszy krok w stronę ocalenia mu życia. Czasu na świętowanie jednak nie mieliśmy, gdyż wkrótce czekało nas kolejne starcie - tym razem z niedocenianą Swetkawicą. Miał to być zarazem mój debiut przed własną publicznością.
Patronem naszego stadionu był Hadżi Dimitr - bohater narodowy, XIX-wieczny bojownik o niepodległość Bułgarii. Miałem cichą nadzieję, że jego duch stanie gdzieś obok i natchnie zespół do walki, zsyłając na piłkarzy odwagę, pewność siebie i wolę walki.
Początek meczu był przede wszystkim chaotyczny. Gdy Petrov opukał nasz słupek, zdawało się, że to goście pierwsi poukładali grę. Jednak to moi podopieczni otworzyli wynik - w 28. minucie Tudor przejął piłkę, przebiegł z nią pół boiska, po czym pokusił się o uderzenie. Strzał został zablokowany przez jednego z obrońców, ale futbolówka trafiła wprost pod nogi Peveca, a Słoweniec nie miał problemów z umieszczeniem jej w siatce. Chwilę później Robert zaliczył drugie trafienie - tym razem uderzył bezpośrednio z rzutu wolnego, a piłka odbiła się od muru i zmyliła bramkarza Swetkawicy, Shtereva.
Zbyt wcześnie uwierzyliśmy, że zwycięstwo jest już nasze. Na samym początku drugiej odsłony Aleksandrov strzelił przepięknie z dystansu, efektownie podkręcając przy tym piłkę i zdobywając gola kontaktowego. Kubeł zimnej wody, wylany na gorące głowy moich podopiecznych, poskutkował i wkrótce mogłem się cieszyć z kolejnej bramki Sliwenu. Znów Tudor przebiegł pół boiska, znów piłka po jego strzale odbiła się od obrońcy, ale uczyniła to na tyle szczęśliwie, że wtoczyła się wprost do bramki zdezorientowanego Shtereva. 3:1 - gdybyśmy dali sobie wydrzeć zwycięstwo, bylibyśmy skończonymi frajerami. Na wszelki wypadek, zaaplikowaliśmy gościom gola numer cztery - Najdenov dośrodkował na głowę Tudora, a Christian udowodnił, że tą częścią ciała też potrafi pokonywać golkiperów. Wprawdzie ostatnie słowo należało do Swetkawicy - wynik na 4:2 ustalił Aleksandrov, ale to my zainkasowaliśmy trzy punkty i w pełni na to zasłużyliśmy. Yordan bił brawo w loży vipów, a Bozhidar siedział z kalkulatorem w dłoni i skupiony dokonywał tajemniczych obliczeń.
Grupa "B" Wschód [2/26]
Sliwen [4] - Swetkawica [10] 4:2 (2:0)
28'- Pevec (1:0)
36'- Pevec (2:0)
53'- Aleksandrov (2:1)
68'- Tudor (3:1)
87'- Tudor (4:1)
89'- Aleksandrov (4:2)
MoM: Pevec (9)
Widownia: 882