29 sierpnia
Witam wszystkich. Pewnie złapaliście się w tej chwili za głowy i pomyśleliście: ”to znowu on!”. Z mojego punktu widzenia to nie jest wielki problem. Możecie odejść od komputera, wyjść z domu i zrobić coś pożytecznego. Ewentualnie pozostaje zamknięcie tej strony i włączenie innej.
Już? Wszyscy nie zainteresowani sobie poszli? Czy zostałem sam? Pewnie by tak było, gdyby ktoś liczył się z moim zdaniem. No dobrze, nie chcieliście się mnie słuchać, więc teraz się męczcie. Kara musi być
Ostatnio opowiadałem wam o moim bracie. Wiele dla mnie znaczy. Drugą bardzo mi bliską osobą jest mój najlepszy przyjaciel, Piotr. Przeprowadziłem z nim ostatnio przez komunikator internetowy rozmowę, którą umieszczę w tym wpisie. Piotr mieszka w Polsce, więc możliwości kontaktu są ograniczone. Dlaczego o nim wspominam i dlaczego zostanie przytoczona rozmowa z jego udziałem? Gdyż ostatni wpis został przez was uznany za niezmiernie nudny, pesymistyczny i całkowicie nie do przyswojenia. Mój asystent uważa, że przez to tracę w oczach kibiców. Podkreślił też, że nie ukazuję w pełni mojego charakteru. Wymyślił, że lepiej wypadłbym w konfrontacji z kimś. Jego zdaniem dość miło się ze mną rozmawia. Jednocześnie on – asystent – do roli rozmówcy się nie nadaje. Dziwnie też wyglądałby zapis takiej rozmowy. Powinien być to ktoś, kto mnie zna i nie zje mnie na śniadanie, nie ośmieszy, ale też przypilnuje, abym nie wpadł w nurt pesymistyczno-pesymistyczny. Powinno to także wyglądać stosunkowo naturalnie. Uznałem, że Piotr nadaje się idealnie. Czasem ma cięty język, ale większość jego żartów znam i potrafię odróżnić od prawdy. W rozmowach z nim potrafię nawet zażartować, co w innych sytuacjach rzadko się nie zdarza. Innej kandydatury tak naprawdę nie było.
Znaliśmy się od podstawówki – zaczęło się od tego, że zabrał mi drugie śniadanie i gnębił na przerwach. Moim motto brzmi, że zawsze może być gorzej, ale – co ciekawe – później między nami układało się coraz lepiej. Najpierw zabierał mi kanapki tylko co drugi dzień i dokuczał jedynie od czasu do czasu. Później zdarzyło się, że wrzucił mi za bluzę martwą żabę. Kontakt pierwszego stopnia z trupem był straszny. Ale potwierdzało to tylko że nasza przyjaźń kwitła. I to naprawdę. Przez pewien czas utrzymywał się pakt o nieagresji między nami. A potem… potem bronił mnie przed innymi. Staliśmy się prawdziwymi kumplami. I nie twierdzę tak tylko, dlatego, że miałem spokój. Jemu moje towarzystwo sprawiało przyjemność. Może bawiła go moja nieudolność. Nieważne. Czasem mu pomogłem, a czasem on potrzebował mojej pomocy. Żył aktywnie, więc przydarzały mu się kłopotliwe sytuacje. Ale za to zawsze potrafił poprawić mi humor, wyhamować mnie w samoobwinianiu. Raczej nie było to dla niego przyjemne. Ale ja nie prosiłem go o nic. Pomagał mi z litości. Ale jak już wspominałem, bywały też chwile radosne. Tak czy siak, świetny z niego człowiek. Pewnie już zauważyliście, że nie był osobą mojego pokroju, czyli zwykłą pierdołą. Jednak rozumie mnie i potrafiliśmy – i w dalszym ciągu potrafimy – miło wspólnie spędzać czas.
Tyle o nim powinno na razie wystarczyć.
- Cześć, Piotruś. Przywitaj się z państwem
- Cześć. Nie denerwuj mnie. Mieliśmy pogadać jak kumpel z kumplem, a nie konferencję robić. I nie nazywaj mnie Piotruś.
- Widzicie, jaki z niego żartowniś. Bądź miły i przywitaj się.
- Mów do mnie, a nie koło mnie. Myślałem, że we dwóch mieliśmy sobie pogadać, a nie monolog do publiczności uprawiać. Dopiero potem miałeś to pokazać swoim kibicom, aby PR sobie poprawić. Nie wiedziałem, że taki jesteś, ale jak chcesz mieć trójkącik to będziesz miał.
- Piotruś, proszę państwa, właśnie tak mówi „witam was serdecznie”. Zacznijmy już.
- Spokojnie. Przecież to nie rozmowa telefoniczna. Wiecie, jak często on do mnie dzwoni? Chyba mu za dużo płacą. Ale to lepsze niż wpadanie do mnie kilkakrotnie w ciągu dnia, a i czasem w nocy.
- Tylko nie wspominaj tego, jak raz przerwałem tobie i twojej żonie… No wiesz
- Wiem. A dziewięć miesięcy później urodził mi się syn. Przez ciebie jest taki niedorobiony.
- A myślałem, że to po tatusiu.
- Łał, brawo.
- Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć, tzn. napisać. Usłyszałem to gdzieś ostatnio. Naprawdę przepraszam.
- Wiem, że naprawdę. Powtórzę ci po raz kolejny, każda obelga z twojej strony to muzyka dla moich uszu, w tym przypadku oczu. Tobie jednemu to uchodzi na sucho. Naprawdę. W porównaniu z tym „na sucho”, na Saharze panuje klimat deszczowy. Możesz obrażać mnie do woli. Tylko że ty nie chcesz. Ale koniec tych czułości. Jak ci w pracy idzie?
- Opowiadałem ci przecież nie raz.
- Ech. Tak, opowiadałeś, ale chciałem, aby to jakoś naturalnie wyglądało. Nie potrafisz kłamać, oszukiwać, udawać?
- Potrafię.
- Mogłeś napisać „nie”. Mniej pisania, a to samo znaczy. Więc nienaturalnie pochwal się. Debiut i zwycięstwo?
- Tak, modlitwy zostały wysłuchane. Saint-Etienne to przecież nie byle kto.
- Tak, ty byś trząsł portkami nawet przed meczem z FC Kozia Wólka.
- No, może trochę zbyt mocno obwiałem się tego meczu. Do rywala trzeba mieć szacunek. A strach motywuje.
- Chyba do wypełnienia majtek.
- Niestety twoje poczucie humoru po raz wtóry okazało się żenujące.
- A twoje odeszło na emeryturę w dniu, kiedy mama wydała cię na świat?
- Ha, ha. Padłem ze śmiechu. Dla równowagi przypomnę o smutnej porażce z Stade de Rennais. Mówiłeś, że oglądałeś gdzieś ten mecz.
- Tak, ale nie cały. Nic nie straciłem, bo wszystko przecież rozegrało się w pierwszym kwadransie. Najpierw wspaniały strzał z dystansu Milovanovicia w pierwszej minucie.
- Pozwól czynić mi honory. Złe wspomnienia do mnie lepiej pasują. I tak oto następne były dwie głupio stracone bramki w ciągu kilku minut. To moja wina. Za bardzo ich strofowałem, aby mieli się na baczności. I za bardzo się przejęli.
- Wyginięcie dinozaurów to też twoja wina.
- A może byli zbyt słabo skoncentrowani? Może źle coś zrozumieli?
- Taki z Ciebie aktor czy mimo tego, że mecz był jakiś czas temu, wciąż go przeżywasz? Tłumaczyłem ci kilka razy, że początki zawsze bywają trudne. A nad taktyką można jeszcze popracować. Przecież pomogło to w kolejnych meczach.
- Przed spotkanie z FC Gueungnon w taktyce nie zmieniałem nic. Pozwoliłem tylko zagrać zmiennikom.
- Nie o ten mecz mi chodziło, ale o inny. Przecież z cieniasami z Guengon graliście w pierwszej rundzie Pucharu Francji. Nawet ty tego nie mogłeś przegrać. Ty ślepy jesteś i pozytywów nie widzisz.
- Tak myślisz? Może masz rację. Powinienem iść do okulisty.
- To żart. Przepraszam, powinienem cię uprzedzić. Chodziło mi tylko o to, że dwukrotnie prowadziliście, ale ta drużyna nie ma jaj. To akurat twoja wina.
- Chociaż raz przyznajesz mi rację.
- Muszę się bardziej powstrzymywać przed dwuznacznymi wypowiedziami. Mistrzem motywacji to ty nie będziesz. Jedynie wannabe samobójcy mogliby prosić cię o porady. Jednak twoim zadaniem jest odpowiednie zmotywowanie zawodników. Niekoniecznie ty musisz te rozmowy przeprowadzać, może robić to twój asystent. A ty najlepiej się do tego nie wtrącaj.
- Niby asystent miał o to dbać, ale jakoś nasza współpraca nie najlepiej się układa. Muszę z nim porozmawiać. Ale pewnie się mnie nie posłucha. Do tej pory miał gdzieś moje decyzje, dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Wiedziałem, że się nie dogadamy.
- Nie martw się. Zacznie się z Tobą liczyć. Załatwiłem ci …
- Co załatwiłeś?
- Nieważne. Potem był trudny pojedynek z Monaco?
- Nie wiem, jakim cudem to wygraliśmy.
- A ja wiem. Z taktyką pokombinowałeś. Masz do tego nie mniejszy talent niż do wyszukiwania perełek.
- Rzeczywiście zmieniliśmy ustawienie na 4-2-3-1. We Francji wiele zespołów gra pięcioma pomocnikami. Pomyślałem, że my też powinniśmy. Nieuprzejmie jest się wyróżniać.
- Obojętnie z jakiego powodu, ale nowe ustawienie działa. Może pogadamy o czymś innym. Kibice dobrze znają te wszystkie wyniki. Za to o tobie wiedzą mało.
- Może i lepiej? Straciliby resztki dobrego zdania.
- Dlaczego tak uważasz? Jest wiele w tobie wiele pozytywów. Nikt ci za nic nie podziękował?
- Oczywiście, że tak. Raz pewien mężczyzna zaczepił mnie na ulicy. Zapytał mnie, czy to prawda, że moja, wtedy jeszcze nie-była żona bierze tabletki antykoncepcyjne. Ona nie chciała mieć dzieci. A ja ją kochałem. Byłem w stanie zrobić dla niej wszystko. Ale byłem uczulony… wiesz na co. A ona wzięła to na siebie. Z resztą, jak większość rzeczy w naszym związku.
- Interesujące. Ale co z tym facetem?
- No chciał mi podziękować za to, że ona bierze te tabletki. Bóg stworzył kobietę z żebra mężczyzny, a one zwracają nam to żebro w postaci rogów.
- Mówiłeś, że Cię zdradzała. Ale o tym nie wspominałeś.
- Czasem potrafię się pohamować. Choć ta moja choroba na to mi nie pozwala.
- Wiem, że nie potrafisz zachować swoich sekretów. Cieszę się, że chociaż ukrywasz większość przykrych prawd o innych ludziach. Ale tak właściwie, to taka przypadłość nigdy nie została uznana za chorobę.
- Mnie to nie przeszkadza. Mogę mieć chorobę, której nie ma. Nie jestem przesadnie wybredny.
- Za to lubisz się nad sobą użalać. Ale do końca sierpnia nie miałeś dodatkowym powodów ze strony Lens do smucenia.
- Niełatwo wygrany mecz z Sochaux. Tamuz potwierdził swój talent. Tylko Roudet wypadł z składu na kilka tygodni.
- Nie marudź. Sam mówiłeś, że masz dwóch równych sobie zawodników na każdą pozycję. Znajdzie się ktoś, kto go zastąpi.
-No, nie wiem. W drugiej rundzie Pucharu Francji, bez niego w składzie wygraliśmy z Dijon dopiero po dogrywce. W dodatkowym czasie Dijon grało w dziewiątkę, a i tak nie było nam łatwo.
- Taka nerwówka dobrze wam zrobi. Skarżyłeś się, że cały czas żyjesz w napięciu. Ale chyba będziesz miał trochę wolnego czasu. Podobno wybierasz się na mecz o Superpuchar Europy między Barceloną a Szachtarem.
- Lubię Barcelonę. I dostałem zaproszenie. I to nie na zwykłą trybunę, tylko na specjalną lożę. Nie zdecydowałbym się meczu Barcelony oglądać z wysokości zwykłych trybun.
-Widzisz. Gdybyś nie wziął tej roboty, nie miałbyś tej przyjemności.
- Ale co mi z chwili radości pośród tylu kłopotów.
- Całe życie będziesz marudził? Zajmujecie miejsce w środku tabeli. Dobrze jest. Macie niezłą passę, można ją utrzymać.
- W przyszłym miesiącu gramy z Lyonem, więc na pewno łatwo nie będzie.
- Teraz się ciesz. Pomarudzisz potem. Pewnie wspominając miłe chwile kakao popijasz.
- Przecież nie skłamię. Jasne, że tak.
- To pij sobie spokojnie. Wystarczy biadolenia na dziś. A teraz powiem coś śmiesznego na koniec. Tylko się nie oburz.
- Postaram się
- Nie kradnij, nie gwałć i nie zabijaj, bo nie lubię konkurencji. Trzymaj się. Do usłyszenia.
- Żegnaj, tylko nigdzie nie wyjeżdżaj, bo cię jeszcze zamkną.
- Nie bój się. A jeśli chodzi o konkurencję, to Hitler był nią dla pralki, tylko że oprócz prania on jeszcze wieszał.
Dla kogoś bardzo ambitnego te wyniki mogłyby być niezadowalające. Dla mnie to wielki sukces. Wierzę, że kibice także są zadowoleni. Chociaż może jednak nie. Każdy pragnie, aby jego ukochany klub zawsze wygrywał. Tylko ja zadowalam się byle czym. Musiałbym to zmienić. Ale to nie takie proste. Właściwie niewykonalne. Cóż, wszystkiego mieć nie można. Powinniśmy zadowolić się tym, co mamy. To moja opinia, więc nikt się z nią nie zgodzi. Mózg mnie swędzi, muszę jakąś książkę przeczytać. Kolejny wpis będzie albo go nie będzie. Pamiętajcie, nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej. Teraz już się żegnam. W imię…
30 września
Siedzę przed pustą stroną i nie wiem, co napisać. O, kartka nie jest już taka pusta. Ale wciąż nie wiem, co napisać. Oprócz tego, by przekazać wam, że nie wiem, o czym pisać.
Zanotowałem te słowa i teraz już naprawdę nie mam nic do napisania. A przecież chciałem opowiedzieć o minionym miesiącu. Tyle że niby jak mam to zrobić? Przecież musiałbym… musiałbym… Nie, nie potrafię nawet opisać czynności, którą miałbym wykonać, a co dopiero – wykonać tę czynność. A niektórzy robią to z taką łatwością.
Gdzie ten Piotr? Miał tu być. I mieliśmy porozmawiać, wiecie o czym. I miał się za mnie pochwalić moimi sukcesami. Ups, użyłem tego słowa. Sukcesy.
No, dobrze, ale mojego przyjaciela wciąż nie ma. A ten wpis musi się pojawić dzisiaj. Obiecałem wam. Sam sobie przecież nie poradzę. Nie w moim stanie. Co mi jest? Mógłbym odpowiedzieć, gdyby ktoś zapytał. Niegrzecznie mówić o swoich problemach, kiedy nikt nie pyta.
Ech, czarna robota jak zawsze spada na mnie.
Więc, proszę bardzo, zapytuje siebie: cóż mi dolega? Otóż, odczuwam ból. Nie ból fizyczny. Raczej ból, który trudno określić. Może spowodował go powietrza elektryczny smak? Może permanentny brak kakao? W Polsce kryzys się nie udał, a kakao nie ma? Fani rzeczywiście mają trudne życie. Jakże często ich idole bywają niedostępni...
Ale nie mieliśmy mówić o kakao, ale o mnie i moim humorze, a właściwie jego braku. Co spowodowało ten brak? Może po prostu nie ma mnie kto przypilnować i pogrążam się w depresyjnym nastroju? A może to nie może tylko morze? Jakie morze? Sam siebie zadziwiam. Tym bełkotem.
Od teraz tylko konkrety!
A może Piotr nie może ze mną porozmawiać? Może nie ma go w domu? Może stara się przyjechać, ale asfalt ulic jest śliski jak brzuch ryby? A może ma mnie dość i zwyczajnie nie chce mu się ze mną gadać? Też nie chciałoby mi się ze mną gadać. Kto by wytrzymał z kimś, kto zadaje tyle bezsensownych pytań? A przecież przed chwilą zadałem kolejne pytanie. Co staje się powoli nieznośne. Jak … Nie! Nie ma żadnego „jak”. Po prostu muszę z tym skończyć. Nie mogę o wszystko pytać. Muszę wiedzieć więcej…
Co tu tak cicho jakby cały świat zgasił świata, poszedł spać? Znowu!
Piotr!
– Słucham cię.
– Gdzie ty byłeś?
– Gdzie indziej
– Skąd mam brać cierpliwość do ciebie?
– Skądinąd.
– Mieliśmy porozmawiać.
– A co, placki smażymy?
– Chcesz? Mogę ci usmażyć. Tylko jak ci je przekażę?
– Daj spokój. Chciałem tylko zauważyć, że mieliśmy porozmawiać i właśnie rozmawiamy.
– Aha. Masz rację. Ale miałeś być wcześniej. Zaczynajmy, straciliśmy już dość czasu. Widziałeś nasz mecz z Auxerre?
– Nie widziałem, ale słyszałem, co tam wyprawiałeś.
– Nic nadzwyczajnego, ale udało nam się zremisować.
– A właśnie, że coś nadzwyczajnego. Twój piłkarz, Yahia, po rzucie rożnym strzela bramkę na 1:1, a ty biegniesz do sędziego i mówisz, że faulował i gol nie powinien zostać uznany. Który trener tak robi? Nie odpowiadaj, sam powiem. Żaden.
– Ale tam był faul, Yahia odepchnął rywala. Jak sędzia mógł tego nie zauważyć? Chyba ktoś go przekupił. Trzeba grać uczciwie. Tylko tak można zwyciężać.
– Nie tylko tak. Wiedziałem, że nie wszystko z tobą w porządku...
– Już w szkole pytali, czy wszystko ze mną w porządku…
– Dobrze, że sędzia cię zignorował. Ale cała piłkarska Francja miała niezły ubaw.
– Proszę bardzo, śmiech to zdrowie. A jakiś powód do śmiechu musi być. Nie chcę żyć w kraju, w którym na każdym kroku czaić się będzie choroba.
– Ale czemu zawsze ty masz być źródłem śmiechu? Choć po kolejnych meczach nabrali do ciebie…
– Szacunku?
– Na to nie licz. Ale wygrane 2:1 z Lille i 3:1 z Nancy dobrze świadczą...
– O mnie?
– Media twierdzą, że o zawodnikach. Ale, w gruncie rzeczy, ty ich wybrałeś, więc w pewnym stopniu i o tobie.
– Prawie mnie ktoś pochwalił. Nieźle.
– Zasłużyłeś. Już dawno. Nie tylko za wyniki osiągnięte z Lens. Dobry z ciebie kumpel. Na piwo nie dasz się wyciągnąć, ale od tego mam innych przyjaciół. Żyjemy w erze specjalizacji. A ty jesteś specjalistą w dwóch dziedzinach: w racjonalizacji wręcz ociekającej pesymizmem i w futbolu. Wracając do piłki, mieliście niezłą serię trzech wygranych pod rząd po zwycięstwie 2:0 nad Grenoble.
– Same miłe słowa. Chcesz żebym poczuł się lepiej? Udało ci się.
– Nie ma sprawy. Cuda się jednak zdarzają. Gdy wszystko idzie dobrze, humor powinien dopisywać. Opowiadałem ci o tej blondynie?
– Ja tu zwierzam się z intymnych, dogłębnych emocji meczowych, a ty zaczynasz mówić o kolejnej łatwej kobiecie, która dała się nabrać na twoje prymitywne sposoby? Ustatkowałbyś się. Zaraz ci czterdziestka stuknie, a dalej nie masz żony.
– Ja jestem stały, tylko kobiety się zmieniają. Tak w ogóle, ty też nie masz żony.
– Ale miałem.
– Swoje wycierpiałeś i kolejnej nie chcesz? Widzisz, uczę się na twoich błędach. I nie tylko na twoich. Pewien starszy mężczyzna opowiadał mi o swoich doświadczeniach. Ktoś mu kiedyś powiedział, żeby się ożenił, bo na starość nikt nie będzie się o niego troszczyć. I wiesz co? Dorobił się majątku, miał służbę w domu, mógł zdobyć każdą kobietę. Na starość nie potrzebował żony.
– Ale póki co twoje życie nie zapowiada się na dostatnie i bogate. Moje też nie, więc nawet nie będziesz miał od kogo pożyczyć.
– Podobno szczęście sprzyja głu... głównie tym, którzy chcą być szczęśliwi i bogaci.
– Znasz mnie i wiesz, że nie chciałbym cię obrazić, ale jeśli miałbyś zostać milionerem, musiałbyś najpierw być miliarderem. Taka twoja natura. Najpierw wydajesz; potem udajesz, że żałujesz; a na koniec zapominasz i koło się toczy.
– Ile kakao wypiłeś, że odważyłeś się powiedzieć coś tak dosadnego? Miło słyszeć. Zapewne będziesz miał jeszcze wiele okazji, aby mi to powtórzyć. Masz może jeszcze jakieś inne rady? Cudze doświadczenia są dla mnie naprawdę cenne. Więc opowiadaj, może dowiem się czegoś ciekawego.
– Ja doświadczam tylko przykrych rzeczy. I prywatnie, i zawodowo.
– Przesadzasz, i nie chodzi o kwiatki. Może wasze ambicje zostały rozbudzone, ale remis z Valenciennes można uznać za sukces.
– Tylko czyj?
– Całkiem niezła riposta, jak na ciebie. Właściwie to nie riposta, ale i tak dobrze ci poszło. Kurde, przez ciebie staję się równie niezdecydowany. Dlaczego? Przecież nie widujemy się. Jesteś z dala ode mnie. Często do mnie dzwonisz, pomagam ci w kontaktach z kibicami, ale nie kręcisz mi się koło tyłka. Ale mimo tego masz na mnie wpływ.
– Cieszę się.
– Nie o to chodzi. To, że nabierasz nieco pewności siebie ode mnie wcale mi nie przeszkadza, bo będąc po prostu sobą, na pewno byś zginął. Ale ja nie mogę stać się tobą.
– Możesz, ale nie chcesz.
– Jak tam uważasz. Masz znajomych we Francji, więc myślę, że poradzisz sobie bez rozmów ze mną.
– Nie rozumiem. Codzienne dzwonienie do ciebie nie stanowi dla mnie żadnego problemu.
– Myślę, że powinniśmy nie kontaktować się przez pewien czas. Dla mojego dobra. Na pewno poradzisz sobie świetnie sam. Podsumowanie kolejnego miesiąca będziesz musiał zrobić z kimś innym lub samotnie. Pamiętaj, dla mojego dobra.
– Dla twojego dobra…
– Dokładnie. Kilka kolejnych minut z tobą mnie nie zabije, więc możemy chyba dokończyć rozmowę. Na czym skończyliśmy?
– Jesteś pewien, że nie zabije? Ani nie uszkodzi w żadnym stopniu?
– Jeśli moja psychika do tej pory wytrzymywała twoją obecność, podoła i temu zadaniu. Więc na czym skończyliśmy?
– Na sukcesie.
– Aha. Na pewno sukcesem można nazwać awans do czwartej rundy Pucharu Ligi po wygranej 6: 1 z Angers.
– Wynik byłby świetny, gdyby nie fakt, że rywala mieliśmy bardzo przeciętnego.
– Jak możesz tak się wyrażać o innym zespole?! Nie wierzę!
– Widzisz, co ta praca ze mną robi? Potwora robi! Chyba muszę odejść.
– Nie potwora, ale człowieka. I nigdzie nie odchodzisz. Jesteś potrzebny tym chłopakom. A Angers wcale nie jest takim złym zespołem. Prawda, mówimy o drugoligowcu, ale całkiem całkiem drugoligowcu.
– Tak, byli godnymi rywalami. Gdyby nie Paquet nie wygralibyśmy tak przekonująco.
– Strzelał jak najęty, w dodatku nie patrzył gdzie. Trzy bramki dla was, jedna dla Angers. Więcej nie mógł zrobić. Tak samo nie mogliście nic więcej zrobić w przegranym meczu z Lyonem.
– Cud, że nie skończyło się gorzej niż 1:3. Jak stwierdziłeś niedawno, dziękujmy i chwalmy Pana!
– Nie taki znowu cud. Piłkarze Lyonu, co prawda, rządzili na boisku, ale dzielnie się broniliście i od czasu do czasu kontratakowaliście. To też jest coś.
– Piłkarze Lyonu robili, co chcieli. I tak mieliśmy tego szczęścia za dużo jak na jeden miesiąc. Chyba wykorzystaliśmy zapas na cały sezon.
– Jest dobrze. I tak będzie. Pokazaliście, że jesteście groźni. Musiałbyś użyć wszystkich swoich sposobów, aby Lens spadło w tym sezonie z ligi.
– Skończ słodzić. Wszystkich po prostu zaskoczyło, że moja drużyna cokolwiek gra. A to zasługa asystenta, który poprawia moje błędy, i piłkarzy, którzy ignorują moje polecenia. Wkrótce nas rozszyfrują i z powrotem będzie tak, jak Pan Bóg przykazał.
– To ty tak uważasz. Żegnaj. przyjacielu. Pogadamy za jakiś czas.
– Żegnaj.
I zostawił mnie. Dlaczego go puściłem? Dlaczego zgodziłem się bez błagania, płaczu i zgrzytania zębów?
Przecież nie ma minuty, w której bym go nie potrzebował.
Co prawda nie potrzebowałem go zawsze, gdy wydawało mi się, że go potrzebuję, ale Piotr to Piotr – kiedy trzeba wesprze dobrym słowem, pomoże, poradzi. Owszem, przed bandytami nie obroni. Przed kotami też nie.
Wspominałem już, że panicznie boję się kotów?
I boję się też, że nie będę miał nikogo, do kogo będę mógł się zwrócić o pomoc i wsparcie.
Postaram się jednak wytrzymać bez niego. Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ja mówię – że upodli. Może w takim razie może powinienem się zabić? Piotr wiele razy mówił, że jestem w stanie nakłonić do tego innych. Siebie pewnie też. A samobójstwo jest jedyną rzeczą, której nie da się żałować.
Tyle że ja odstaję od wszystkich reguł.
Chociaż to byłoby coś… Potrafiłbym żałować czegoś, czego inni nie potrafią. Ech, jak pech to pech. Przecież muszę zrobić kolejne podsumowanie, za miesiąc. Ale z kim podyskutuję o październikowych spotkaniach? W sumie, nie nadaję się do dyskusji, ale coś w rodzaju rozmowy chyba da się ze mną przeprowadzić. Zobaczymy, jak pójdzie. Ewentualnie będziecie skazani na mój indywidualny popis. Albo nie będziecie, bo żadnego podsumowania nie zrobię. To chyba najlepszy pomysł.
Doceńcie poświęcenie, jakie dla was czynię.
Podejrzewam, że jeszcze kiedyś spotkacie się z moim pisemnym monologiem. A jeśli nie, to nie. Czas się pożegnać. I pamiętajcie, nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej.
Rozczaruję Cię. Nie jestem twoim rówieśnikiem , bo nie mam 15 lat. W sumie to piękny wiek.
Każdy ma prawo do wyrażenia swojej opinii. Nie twierdzę, że moje artykuły to arcydzieła i nie wszystkim muszą się podobać.
Pozdrawiam.
Ta samokrytyka, te : "Witam wszystkich. Pewnie złapaliście się w tej chwili za głowy i pomyśleliście: ”to znowu on!”. Z mojego punktu widzenia to nie jest wielki problem...." itd. to trochę przesada...