Nocna Bułgaria budziła we mnie pewien wewnętrzny niepokój, tak bardzo zmieniał się jej obraz wraz z zapadnięciem zmroku. Zupełnie nieoczekiwanie, znane z turystycznych folderów, przyjemnie przygrzewające słońce znikało za widnokręgiem i ustępowało miejsca zimnemu, obojętnemu księżycowi. Ogarniał mnie nagły, chciałoby się powiedzieć „nie-bułgarski” chłód, a od strony Bałkanów mogłem usłyszeć prawdziwy koncert w wykonaniu wilków, szakali, albo po prostu gromady zdziczałych psów.
Mieszkałem w spokojnej okolicy, nieco na uboczu, mając za oknem urokliwy, trochę zapuszczony ogród. Mimo to moja wyobraźnia, pobudzona wydarzeniami ostatnich tygodni, pracowała na zwiększonych obrotach i domyślałem się, że wieczorem do „pracy” ruszali ci, z którymi musiałem współpracować, chociaż wcale nie miałem na to ochoty. Mając na względzie istnienie Rodziny, nie bardzo uśmiechało mi się zwiedzanie nocnego Sliwenu. Jeszcze nie teraz, to wszystko w dalszym ciągu było dla mnie zbyt nowe, zbyt świeże i zbyt szokujące. Wolałem pozostać w domu i z kubkiem ulubionej herbaty w ręku oddać się analizie ostatnich meczów moich podopiecznych.
Początek sezonu napawał sporym optymizmem. W Swilengradzie chłopcy pokazali hart ducha, walcząc o zwycięstwo do ostatnich sekund, a starciem ze Swetkawicą udowodnili, że efektowną, ofensywną grę mają we krwi i zdobywanie goli nie stanowi dla nich problemu. Biorąc pod uwagę poziom rozgrywek, to właśnie dobry, skuteczny atak mógł być kluczem do końcowego sukcesu.
* * *
Następnego dnia spotkałem się z Yordanem, który nie mógł wyjść z podziwu dla moich dotychczasowych osiągnięć:
- Jak ty to zrobiłeś? – pytał, rozemocjonowany – W zeszłym sezonie zawodnicy ledwo człapali po boisku i szczęśliwie ciułali punkty, a nagle widzę na boisku drużynę z charakterem, zadziorną, gotową stawić czoła każdemu rywalowi! Przyznaj się, czym ty ich karmisz? - Spokojnie przyjacielu, tylko spokojnie. – starałem się tonować entuzjazm pracodawcy. – Sam najlepiej wiesz, że dwa mecze jeszcze o niczym nie świadczą. Na chwilę obecną mamy komplet punktów, ponieważ: A) zawodnicy starają się zdobyć przychylność nowego trenera; B) przeciwnicy nie zawiesili poprzeczki zbyt wysoko.- Jesteś skromny jak zawsze, ale ok, może faktycznie nieco mnie ponosi… Musisz jednak zrozumieć, w jakiej znajduję się sytuacji – każde kolejne zwycięstwo to jak kamień zrzucony z mojego serca i tydzień dłużej spędzony w świecie żywych.
- Moja w tym głowa, żebyś pozostał na tym łez padole jeszcze kilka ładnych lat. Przyznam, że nigdy nie pracowałem pod tak wielką presją. – mówiąc to zdobyłem się na lekko wymuszony uśmiech. Wcale nie bawił mnie fakt, że stawką w tym sezonie było życie przyjaciela oraz moje własne.
Tak, próbowałem na wszelkie możliwe sposoby odgonić ciemne chmury mafijnego gniewu, które zaciągnęły futbolowe niebo w Sliwenie i zwiastowały nadejście bezlitośnie siekącego, krwawego deszczu, ale nie do końca mi się to udawało. Parasol delikatnej ironii i dystansu do świata nieco przeciekał sprawiając, że poczułem na własnym ciele paraliżujący chłód… A to nie mogło dobrze wpłynąć na dyspozycję moją oraz całej drużyny. Mimo wszystko, na przedmeczowej odprawie tryskałem optymizmem. Na ile była to prawdziwa pogoda ducha, a na ile poza – tego z perspektywy czasu nie jestem w stanie ocenić. W każdym razie wydawało mi się, że wygłosiłem całkiem niezłą przemowę, bo moi podopieczni wybiegli na stadion Maricy z zaciśniętymi pięściami, pieśnią na ustach i żądzą mordu w oczach.
Początek spotkania faktycznie był całkiem udany – już w siódmej minucie Nedelchev skosił Stoyanova równo z trawą, za co sędzia, bez chwili wahania wlepił mu czerwoną kartkę. Przed nami jawił się obraz 83 minut granych w przewadze liczebnej – istny raj, tym bardziej, że rywal po dwóch pierwszych kolejkach zajmował zaszczytne dwunaste miejsce. Chłopcy wymieniali między sobą beztroskie uśmiechy, pokazywali uniesione w górę kciuki, po prostu sielanka na murawie… Dobrze, że nie zabrali ze sobą koszyków z prowiantem, bo w przeciwnym razie zapewne zrobiliby sobie mały piknik. Przyznam jednak bez bicia, że w tym momencie podzielałem ich optymizm i ogólna radość w szeregach Sliwenu specjalnie mnie nie irytowała.
Niestety, wkrótce okazało się, że dobry humor niekoniecznie musi iść w parze z dobrą grą. Wbrew pozorom nie przejęliśmy wyraźnej inicjatywy – mało tego, to gospodarze konstruowali groźniejsze akcje, kilkukrotnie testując umiejętności oraz odporność psychiczną Markova. My zachowywaliśmy się tak, jakby zwycięska bramka była jedynie kwestią czasu… Być może, gdyby Mitev po minięciu golkipera Maricy skierował piłkę do pustej bramki, wszystko wyglądałoby inaczej, ale on wolał strzelić panu Bogu w okno. A Bóg pokarał go zaledwie kilka minut później, pozwalając Slavkovowi na wyprzedzenie Yamukova i oddanie przepięknego, celnego strzału z odległości szesnastu metrów. Mitev spojrzał tylko w niebo, jakby chciał powiedzieć: „Przecież zapłaciłbym ci za tę szybę!”, ale na negocjacje z zaświatami było już zbyt późno. Zasłużenie przegraliśmy z drużyną, która niemal cały mecz musiała sobie radzić w dziesiątkę… Nie mieliśmy nic na swoje usprawiedliwienie.
Grupa „B” Wschód [3/26]
Marica [12] – Sliwen [2] 1:0 (0:0)
82’ –Slavkov
MoM: Tsenov (7)
Widownia: 843
Poranek po meczu z Maricą był piękny. Za oknem słyszałem śpiew ostatnich, wiosennych ptaków, a uparte promienie wrześniowego słońca nic sobie nie robiły z zaciągniętych w mojej sypialni zasłon, znajdując najdrobniejsze szparki i wpuszczając do pokoju trochę cytrynowego światła, przypominając o nieubłaganie kończącym się lecie.
Pierwsze podrygi niedzielnego świtu sprawiły, że mój organizm wybudzał się ze snu – przeciągnąłem się leniwie i natychmiast odzyskałem pełnię przytomności, czując, że moja dłoń jest dziwnie ciepła i lepka. Szybko otworzyłem oczy i spojrzałem na lewą rękę – przez chwilę nie do końca wierzyłem w to, co widzę, ale po kilku sekundach zdałem sobie sprawę, że jest cała czerwona… W pośpiechu zacząłem odkrywać kołdrę i z każdym kolejnym ruchem rosło moje przerażenie – całe prześcieradło było pokryte krwią, tak to krew, bo przecież co innego może to być? Nie wiedziałem co jest grane, w końcu kiedy zasypiałem, wszystko było w porządku, byłem cały, zdrowy, chociaż lekko zdołowany porażką… Tysiące myśli przebiegało przez moją głowę, tysiące naprędce skleconych hipotez, potencjalnych przyczyn, mniej i bardziej racjonalnych domysłów. Mój mózg zaczynał wariować, a pościel zdawała się nie mieć końca - fragment po fragmencie odkrywałem ją, by wreszcie dotrzeć do końca i ujrzeć coś, co wywołało we mnie niekontrolowany wybuch panicznego wrzasku.
Słowiki w ogrodzie przerwały poranny koncert i momentalnie poderwały się do lotu, opuszczając przytulne schronienie pomiędzy gałęziami wiśni. Wygrzewający się na balkonie kot nastawił uszu i na wszelki wypadek zwlókł się z wygodnego legowiska, chcąc uniknąć nieprzyjemności. Sąsiedzi drapali się po głowach, zastanawiając się, czy ten przeraźliwy krzyk to jawa, czy tylko dzieło ich sennych koszmarów.
Nie – to nie był sen. To ja wydarłem się w niebogłosy, widząc leżący w moim łóżku, otoczony karminowym jeziorem krwi, koński łeb. Obok znajdowała się lekko zachlapana karteczka z wierszykiem następującej treści:
„Jeśli nie lubisz takich niespodzianek,
Radę mam bardzo prostą, kochanie:
Wygraj w lidze następne spotkanie,
A przyjemniejszy będzie poranek.”
* * *
Naszym następnym przeciwnikiem był klub o nazwie Benkowski Biała. Podopieczni Nazifa Kadira mieli na koncie zaledwie trzy punkty, ale w żadnym wypadku nie zamierzałem ich lekceważyć. W szatni mobilizowałem chłopaków najmocniej jak tylko potrafiłem; zachowywałem się tak, jakby to był finał Ligi Mistrzów. Cóż, oni o tym nie wiedzieli, ale ja po prostu walczyłem, by nie otrzymać kolejnego prezentu w postaci końskiego łba…
Rozpoczęliśmy z wysokiego „c” – Pevec posłał daleką piłkę do przodu, trochę od niechcenia, lecz uczynił to na tyle precyzyjnie, że Stoyanov ze spokojem mógł zwieść obronę gospodarzy i pewnym strzałem pokonać bezradnego Dorana! 1:0 – właśnie taki początek sobie wymarzyłem. W 31. minucie byłem jeszcze bardziej szczęśliwy. Radev zapoczątkował efektowny kontratak, po którym Stoyanov odwdzięczył się Pevecowi, dośrodkowując precyzyjnie na głowę Słoweńca i notując asystę przy jego bramce. Czyżbym tej nocy mógł spać spokojnie?
Wszystko na to wskazywało, tym bardziej, że jeszcze przed przerwą Stoyanov podwoił swój dorobek strzelecki i podwyższył na 3:0. Co prawda w doliczonym czasie pierwszej połowy Genchev popisał się precyzyjnym, mocnym strzałem, nie dając najmniejszych szans Markovowi, jednak nie chciało mi się wierzyć, że w drugiej odsłonie rywale będą w stanie napsuć nam krwi.
Myliłem się, myliłem się i to okrutnie… W 56. minucie do rzutu rożnego podszedł Ivanov i sprytnie wycofał piłkę przed pole karne, gdzie czaił się nadbiegający Kolev, dysponujący piekielnie mocnym uderzeniem z dystansu. Ten kropnął fenomenalnie, w samo okienko i przywrócił nadzieję kibicom Benkowskiego, a mi momentalnie podniósł ciśnienie. Kilka chwil później stało się to, co musiało się stać – Kovachev niesygnalizowanym podaniem uruchomił Kusheva, a napastnik gości bezlitośnie wykorzystał dokładne dogranie partnera, strzelając gola wyrównującego… Nasi przeciwnicy podnieśli się z kolan i wynik 0:3 błyskawicznie zmienili na 3:3. Skąd my to znamy?
Mimo wszystko, fortuna zdawała się być po naszej stronie, ponieważ ostatnie pół godziny mieliśmy grać z przewagą jednego zawodnika – Ilkov słusznie został wyrzucony z boiska po brutalnym faulu na Stoyanovie. W normalnych warunkach zapewne cieszyłbym się z takiego obrotu spraw, jednak mając w pamięci dramat sprzed tygodnia, wciąż z niepokojem spoglądałem na poczynania Sliwenu. Na ratunek moim skołatanym nerwom szybko pospieszył niezawodny Tudor, wpisując się na listę strzelców i przywracając nam zasłużone, choć głupio utracone prowadzenie. Tego już nie mogliśmy oddać, nie było takiej możliwości – limit pecha został wyczerpany. Gwóźdź do trumny Benkowskiego wbił Stoyko Kolev, po rzucie wolnym wykonywanym przez Yaneva.
Odetchnąłem z ulgą – wygraliśmy. Nie bez kłopotów, po czerwonej kartce dla rywala, tracąc trzy bramki, ale wygraliśmy. I tylko to się liczyło, to, że o kolejny tydzień przedłużyłem swoją kadencję w klubie oraz… wśród żywych.
Grupa „B” Wschód [4/26]
Sliwen [3] – Benkowski Biała [11] 5:3 (3:1)
12’- G. Stoyanov (1:0)
31’- Pevec (2:0)
37’- G. Stoyanov (3:0)
45’- Genchev (3:1)
56’- D. Kolev (3:2)
61’- Kushev (3:3)
67’- Tudor (4:3)
85’- S. Kolev (5:3)
MoM: G. Stoyanov (8)
Widownia: 870