Pod koniec czerwca życie na St. James’ Park zaczęło się na nowo. Klubowe obiekty powoli zapełniały się piłkarzami, członkami sztabu szkoleniowego oraz ekipami technicznymi. Pierwszym znakiem życia dla oddanych kibiców The Magpies było zwołanie corocznego meetingu, w którym włodarze przedstawiali obecną sytuację klubu oraz oczekiwania względem nadchodzącego sezonu. W poniedziałkowy ranek wszyscy byli więc wypoczęci, zwarci i gotowi do pracy… Wszyscy z wyjątkiem Kevina. Prezes David Williamson wiedział, że menedżer Newcastle nie należał do osób szczególnie punktualnych, toteż darował sobie nerwowe spoglądanie na zegarek i zaczął omawiać kwestie niezwiązane bezpośrednio z pierwszą drużyną. Prezes wraz z dyrektorem zarządzającym Davem Wyldem zdali raport z pertraktacji dotyczących konserwacji stadionu i rozbudowy obiektów treningowych. Aby przejść do kolejnych kwestii, potrzebna była spóźniona szara eminencja, toteż ogłoszono 10 minut przerwy.
Nie zdążyłem dobrze zmiętolić papierosa, gdy na klubowy parking zajechał spóźniony Kevin. Jak zawsze wygramolił się niezdarnie z samochodu, pozbierał swoje klamoty i już miał ruszyć, gdy nagle zatrzymał się, odwrócił na pięcie i zaczął starannie układać swoją bujną czuprynę. Do Kevina podeszła bardzo atrakcyjna brunetka, trzymająca kartkę papieru i czarnego markera. Ten jak zwykle w takich okolicznościach zagaił:
- Autograf dla ślicznej panienki? – Kobieta natychmiast się zatrzymała, ku ogromnemu zdziwieniu Keegana oraz prezesa wraz z resztą sztabu szkoleniowego, obserwujących całe zajście przez okno sali konferencyjnej, zaczęła rozpinać bluzę. W końcu zdjęła ją kompletnie. Keegan poczerwieniał, a kobieta splunęła wściekle i rzekła szorstko. - Od Ciebie, nigdy…
Keegan podrapał się po czuprynie. Prezes parsknął śmiechem, gdy ta odwróciła się na pięcie i spostrzegł koszulkę, którą miała pod bluzą.

Kevin stał przez moment spoglądając na oddalającą się kobietę. Pokręcił głową i zaśmiał się z całej sytuacji. W końcu dotarł do sali konferencyjnej… Cóż podryw na Keegana najwyraźniej nie był skuteczną metodą na przyciągnięcie płci przeciwnej. W ten poniedziałkowy poranek nie tylko on mógł kręcić nosem z niezadowolenia. Dean Bikett – znany ze swego uwielbienia do nacji, którą zwykł nazywać „Frogeaters” - przedstawiał raport z letnich negocjacji transferowych, w ramach których musiał odbyć kilka wycieczek do Francji, a konkretnie do Monaco, gdzie finalizował kwestię transferu Nicolasa N’Koulou. Ostatecznie negocjacje zakończyły się powodzeniem i nastolatek z Kamerunu 1 lipca przeniósł się na stadion St. James’ Park. Ta przeprowadzka kosztowała The Magpies 5 milionów funtów.
Dyrektor sportowy zahaczał także o Mediolan. Jego celem stał się młody wysunięty napastnik rodem z Bułgarii, który jednak posiadał włoski paszport. Antonio Mihaylov zdążył już rozegrać jedno spotkanie we włoskiej młodzieżówce, co tym bardziej przekonywało Biketta o słuszności jego wyboru. Sam zawodnik doskonale wiedział, że w rywalizacji z Pato, czy Inzaghim nie ma większych szans przebicia, toteż jego przeprowadzka nad Tyne wydawała się rozsądnym posunięciem. Na szczęście rozumiało to też szefostwo Milanu i panowie w garniakach od Gucciego nie robili większych trudności w finalizacji transferu. Sumę odstępnego ustalono na milion euro, a zawodnik od lipca mógł włożyć czarno – biały trykot z numerem 15.
Jeszcze przed pierwszymi sparingami do rozstrzygnięcia pozostała kwestia transferu kolejnego młodzieniaszka, który na Wyspach zdążył już wyrobić sobie nazwisko. Daniel Sturridge w Manchesterze City także nie miał łatwego życia, mimo że w zasadzie był jego wychowankiem. Szejkowie stawiali jednak na bardziej doświadczonych graczy, a to sprawiało, że napastnik urodzony w Birmingham był tylko kolejnym z graczy ustawionych w kolejce za Adriano i Robinho. Trzy miliony funtów rzucone od tak przed Deana Biketta przekonały dyrektora sportowego The Citizens, że warto jednak podpisać umowę transferową.
Wspomniani wyżej panowie tego lata mieli jeszcze okazję się spotkać. Minęli się w Holiday Inn Hotel w Liverpoolu, gdzie przebywał James Vaughan. Kolejny po Wayne Rooneyu uzdolniony napastnik z Evertonu, wodzony na pokuszenie przez Newcastle, Manchester City, Aston Villę i West Ham United. Dyrektor Jon Woods grał jednak twardo, wysuwając mocno wygórowane żądania w kwestii odstępnego. Ostatecznie tylko The Citizens było w stanie sprostać oczekiwaniom Woodsa i zawodnik za 5 milionów funtów przeniósł się do Manchesteru. Na konferencji Bikett tłumaczył przyczyny porażki transferowej –„już teraz linia ataku została wzmocniona o dwóch uzdolnionych zawodników. Sprowadzenie trzeciego mogłoby zachwiać równowagą w drużynie”. Faktem jest, że zarząd nie planował wydać na kolejnego napastnika więcej niż 2 miliony funtów. Tym bardziej, że w planach było jeszcze sprowadzenie środkowego obrońcy w miejsce Fabricio Colocciniego, który na początku letniego mercato zawędrował do Madrytu.
Wraz z nastaniem lipca z Newcastle rozstali się także zaawansowani wiekowo - Steve Harper (D.C. United, wolny transfer) i Mark Viduka (Huddersfield, 100 tys. funtów). Kibice The Magpies od nowego sezonu nie ujrzą w szeregach Srok także Xisco (West Brom, 6,5 miliona funtów) i wspomnianego Frabicio Colocciniego (Real Madryt, 14,5 miliona funtów – rekord).
Z nieco przemeblowanym składem przyszło The Magpies rozegrać serię letnich sparingów. Na otwarcie sezonu przygotowawczego piłkarze Srok gładko przejechali się po AFC Wimbledon, pakując beniaminkowi Blue Square South sześć bramek. Niespełna tydzień później polegli amatorzy z Clapton, którzy tym razem odjechali z St. James’ z bagażem 13. trafień. Kilka dni później – w ramach zobowiązań wynikających z umowy z klubem filialnym – czekała nas krótka podróż na Kingston Park, na którym należało stoczyć bitwę z lokalnym klubem Newcastle Blue Star. Kolejni amatorzy zostali odesłani z pakietem trzynastu bramek.
Rytm przygotowań do sezonu przerywał dwumecz w ramach 3. rundy kwalifikacyjnej do Ligi Europejskiej. W losowaniu Newcastle trafiło na szwajcarskie FC Luzern. Na stadionie Allmend w Lucernie optymalna jedenastka nie dała szans ambitnym Szwajcarom, a trafienia Nickyego Butta i Daniela Sturridge zapewniały spokój przed rewanżem na St. James’ Park. Drugie spotkanie zaczęło się od zaskakującego trafienia gości w 2. minucie. Jednak niespełna 10 minut później Michael Owen wyrównał stan rywalizacji, a chwilę później wywiódł Newcastle na prowadzenie. Po przerwie trafienia dołożyli jeszcze Jonás oraz Alfred N’Diaye i można było rozmyślać o dalszej fazie, w której zmierzymy się z cypryjskim Anorthosis Famagusta.
Ostatnimi akcentami przygotowań były spotkania z Sunderlandem oraz z kolejnymi amatorami – Aylesbury Vale. Jeszcze przed meczem na The Stadium of Light szeregi Newcastle zasilił długooczekiwany obrońca - Dirk Marcelis. Dwudziestojednolatek zawędrował nad Tyne z holenderskiego PSV za nieco ponad 7 milionów funtów. Nowy nabytek szybko potwierdził swą wartość, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców. Fabocio Coloccini wreszcie został zastąpiony. Holender w sposobie poruszania się po boisku bardzo przypominał Fabricio, a dodatkowo równie dobrze radził sobie w polu karnym podczas rzutów rożnych. Jednak jego trafienia nie zagwarantowały sukcesu, bowiem jeszcze przed końcem pierwszej połowy kontaktowe trafienie zaliczył Kieran Richardson, a wynik konfrontacji na 2-2 ustalił w 70. minucie Adam Lallana. Na otarcie łez i zakończenie przygotowań The Magpies czekała przebieżka z amatorami z Aylesbury Vale, pewnie wygrana 6-0 po trafieniach Ignatio Piattiego, Cacapy, Geremiego i hat-tricku Radosława Majewskiego.
Cztery dni później należało już skupić się na konkretnym zadaniu – wyeliminowaniu cypryjskiego Anorthosis Famagusta. Na stadionie w Larnace ekipa z Łukaszem Sosinem w składzie przez pierwszy okres gry stwarzała sobie mnóstwo dogodnych sytuacji, ale Polak na spółkę z Giorgosem Ioannou seryjnie je marnowali. Nie zmienia to jednak faktu, że większość angielskich dziennikarzy zgromadzonych na stadionie im. Antosis Papadopulos węszyła sporą sensację i nie było to bezpodstawne węszenie. Na szczęście na drugą połowę gracze Magpies wszyli zdecydowanie bardziej umotywowani i głodni sukcesu, jednak na pierwszą bramkę w tym spotkaniu trzeba było czekać aż do 79. minuty. Michael Owen urwał się Cypryjczykom i umieścił piłkę w siatce, puszczając futbolówkę pod ramieniem kładącego się Giorgosa Sielisa. Gol ustrzelony na wyjeździe już teraz dawał znaczną przewagę, ale Michael Owen w 87. minucie postarał się o to, aby nasze głowy były jeszcze bardziej spokojne i podwyższył na 2-0.
Nie było nam dane zbyt długo cieszyć się wyjazdowym zwycięstwem w ramach eliminacji do Ligi Europejskiej. I choć Cypr żegnał nas słońcem, to trzeba było pożegnać się z Wyspą Afrodyty i udać się do deszczowego Londynu. Na Upton Park czekał na nas West Ham United – zawsze groźny, zawsze nastawiony na wdeptanie przeciwnika w murawę. To był zwiastun, że mecz będzie niezwykle emocjonujący, spotkały się bowiem dwie ekipy, które nigdy nie odstawiały stopy przed nadbiegającym rywalem. Wynik spotkania szybko, bo już w ósmej minucie, otworzył Anton Ferdinand, popisując się uderzeniem zza pola karnego. To rozsierdziło Sroki, które natychmiastowo przejęły inicjatywę i przeniosły grę pod pole karne Roberta Greena. Ten grał niczym zaczarowany, wyłapując wszystkie strzały w światło bramki, choćby ten Michaela Owena z 34. minuty. Wyrównanie przyszło wraz z doliczonym czasem gry pierwszej połowy – niezawodny Steven Taylor zawędrował w pole karne i wykorzystał dośrodkowanie z rzutu rożnego od Charlesa N’Zogby. Remis na otwarcie sezonu nigdy nie był zbyt dobrze postrzegany wśród działaczy i kibiców - wiedział to Kevin Keegan i cały sztab szkoleniowy. Tylko jakoś piłkarze, albo udawali, że tego nie rozumieją, albo chcieli przejść obok tego spotkania i poszukać szczęścia z Manchesteem City. Na szczęście najwięcej ambicji zachował Jonás, który zaraz po gwizdku oznaczającym drugie 45 minut, urządził sobie slalom prawym skrzydłem, ściął do środka i posłał piłkę w okienko. Podobnym wyczynem popisał się Dean Aston, tyle że napastnik gospodarzy urządził sobie rajd środkiem boiska, ośmieszając przy tym parę naszych stoperów. Cztery minuty później Newcastle ponownie wyszło na prowadzenie, tym razem rogalem zza pola karnego popisał się Alfred N’Diaye. Keegan nie chciał już oddać tego prowadzenia i cofnął linię defensywną, boczni obrońcy musieli poskromić swoje ofensywne zapędy, a środkowi pomocnicy mieli ściśle kryć. Efekt… Trafienie Scota Parkera z rzutu rożnego. Nie wiem czy przypadkiem menedżer Ronald Nillson nie podglądał treningów Newcastle, ale Młoty zabawiły się z obrońcami Newcastle dokładnie tak samo, jak jeszcze niedawno robił to Fabrizio Coloccini.
Powetowanie sobie straty punktów w meczu z The Citizens może być zbyt trudne do osiągnięcia. Mała Chelsea w nieco bardziej wyblakłych trykotach zaczęła sezon od zwycięstwa z Wigan, a jeszcze wcześniej odesłała FK Moskwa z pakietem czterech bramek. Szczególnie dobrze radził sobie Micah Richards, który w każdym z dotychczasowych spotkań wpisywał się na listę strzelców, głównie po stałych fragmentach gry. Wtórował mu João Moutinho, który już w 16. minucie wywiódł przyjezdnych na prowadzenie, urywając się obrońcom i pakując piłkę do siatki atomowym uderzeniem pod poprzeczkę. Dwadzieścia minut później Robinho obsłużył prostopadłym podaniem Yury Zhirkova, a ten zrobił co swoje i na tablicy było już 2-0. Powrót w tym spotkaniu wydawał się być nie do zrealizowania, nie tylko ze względu na kiepski wynik, ale głównie biorąc pod uwagę brak zaangażowania zawodników Newcastle w grę. Jedynie Ignatio Piatti i Cheikh Gueye starali się poprowadzić zespół do przodu, ale kiepska dyspozycja pary napastników (Fleck, Mihaylov) niweczyła cały wysiłek zawodników występujących na prawej flance. Natomiast The Citizens szaleli po boisku, raz po raz stawiając Shaya Givena w karkołomnych sytuacjach. Irlandczyk skapitulował jeszcze raz w 86. minucie po strzale Andrésa Guardado. Jeden punkt po dwóch kolejkach nie był najlepszym osiągnięciem, bo o ile z Manchesterem City porażka wchodziła jak najbardziej w rachubę, to jednak styl, w jakim została odniesiona, zastanawiał.
Na szczęście spotkania w ramach Premier League były przeplatane tymi z Ligi Europejskiej. Pewnym awansu po pierwszym meczu, można było wreszcie zagrać na luzie i poszukać odpowiedniej formy przed zbliżającą się konfrontacją z Fulham. Kiedy Newcastle wyszło na murawę St. Jame’s Park, zawodników przywitały srogie spojrzenia ultrasów. Kibice rządni byli krwi, którą dostali zaraz po pierwszym gwizdku – dwa szybkie trafienia Daniela Sturridge udobruchały serca fanów Magpies, a trzecie dorzucone od Cacapy napawało optymizmem przed domową konfrontacją z the Cottagers.
Fulham po trudnym sezonie, który zakończyli na ostatniej bezpiecznej pozycji, mieli zapędy, by już na samym początku nowej edycji rozgrywek pozbierać ich dostatecznie, by zapewnić sobie nieco spokojniejsze lato roku 2010. Tyle, że Sroki też miały swoje cele do osiągnięcia i krokiem do ich realizacji miały być trzy punkty zdobyte nad Fulham. Piłkarze konsekwentnie odbudowywali zaufanie kibiców po domowej klęsce z Manchesterem City. Jak przystało na wice kapitana, pierwszy krok poczynił Steven Taylor, popisując się firmową główką z rzutu rożnego. Zadziwiające, że już tyle wody upłynęło, a nadal niemal wszystkie ligowe zespoły nie znalazły skutecznego remedium na kanciaste głowy środkowych obrońców Newcastle. Drugi krok poczynił zawodnik, na którego przybycie trzeba było czekać ponad pół roku…
Roberto Soldado od samego początku był na szczycie listy zawodników, którzy mieliby zalepić dziurę po styczniowym transferze Obafemi Martinsa. A trafił na nią kiedy tylko Pablo Longoria zawitał na Coloseum Alfonso Perez i przywiózł stamtąd film zawierający próbkę umiejętności Hiszpana. Wyjściowa cena 3 milionów funtów była zarezerwowana budżecie klubowym już od lipca, ale oczywiste było, że Getafe nie będzie robiło promocji na swoich kluczowych zawodników. Z pomocą przyszedł wróg, który w tym sezonie splamił honor Newcastle – Manchester City. Ekipa The Citizens na tydzień przed zamknięciem okienka transferowego złożyła ofertę kupna Michaela Owena. Ogromnie burzliwa dyskusja, jaka nawiązała się pomiędzy samymi działaczami oraz kibicami, w końcu zakończyła się konsensusem. Dwanaście i pół miliona funtów za kontuzjogennego zawodnika w chwiejnej formie skłoniło prezesa do przybicia oferty. Teraz, posiadając niemal pięciokrotne pokrycie odstępnego za Roberto Soldado, można było zasiąść do konkretnych rozmów. Negocjacje prowadzone z Hiszpanami ciągnęły się w nieskończoność, a wszystko rozbijało się o sumę odstępnego. Pierwsza oferta Getafe, opiewająca na nieco ponad 4 miliony funtów, została natychmiastowo odrzucona, przy drugiej (5,5 miliona) zaczęli się dopiero zastanawiać… Potrzebne były kolejne – trzecia (6,25 mln) i czwarta (7 milionów), aby w końcu obydwie strony wyszły z sali z uśmiechem.
Tak samo jak kibice Newcastle, którzy szczerzyli zęby do Soldado, kiedy ten trafiał do siatki Fulham pięknym strzałem zza pola karnego. Keegan przetarł oczy, a obecny na trybunach Pablo Longoria wystawił pełne uzębienie – od jedynek, po dziurawe siódemki. Cegiełkę do zwycięstwa dołożył także Jonás, a i goście w samej końcówce dostali prezent od Shaya Givena, który nie popisał się przy rzucie wolnym. Pierwsze zwycięstwo w lidze przyszło w najbardziej odpowiednim momencie, czołówka zgodnie kompletowała punkciki, a grupa pościgowa tylko sporadycznie je gubiła. Newcastle, jako jedna z ekip pretendujących do grupy pościgowej, musiała dotrzymywać kroku najlepszym i szlifować formę przed Carling Cup, który zamierzała obronić, a przynajmniej stoczyć o niego walkę w finale.
Jednak priorytetem na najbliższe miesiące była walka w rozgrywkach europejskich. Puchar wchodził w fazę grupową, czyli etap, w którym można już spotkać niewygodnych rywali. Na szczęście losowanie w Nicei okazało się całkiem pomyślne i Newcastle trafiło do jednego koszyka z Olympiakosem, Hannowerem i szkockim St.Mirren. Po szczęśliwym losowaniu Keegan mógł poluzować krawat i wrócić do Newcastle w niezłym humorze.
Liga Europejska (Puchar UEFA):
Grupa A:
Athletic [ESP]
Tottenham [ENG]
A.S. Saint-Etienne [FRA]
Basel [SUI]
Grupa B:
Villarreal [ESP]
Stade Rennais F.C. [FRA]
Braga [POR]
Salzburg [AUT]
Grupa C:
Porto [POR]
Hertha BSC [GER]
Unirea Urziceni [ROU]
FC Sochaux-Montbéliard [FRA]
Grupa D:
Udinese [ITA]
Celtic [SCO]
Lewski [BUL]
Hajduk [CRO]
Grupa E:
HSV [GER]
Panathinaikos [GRE]
Valenciennes FC [FRA]
CFR Cluj [ROU]
Grupa F:
Newcastle [ENG]
Olympiakos [GRE]
Hannover [GER]
St. Mirren [SCO]
Grupa G:
Leverkusen [GER]
Juventus [ITA]
Wisła [POL]
Young Boys [SUI]
Grupa H:
Lazio [ITA]
PSV [NED]
Recreativo [ESP]
Mlada Boleslav [CZE]
Grupa I:
Feyenoord [NED]
Zenit Sankt Petersburg [RUS]
Vålerenga [NOR]
Club Brugge [BEL]
Grupa J:
Dynamo Kijów [UKR]
Fenerbahçe [TUR]
FC Twente [NED]
Artmedia [SVK]
Grupa K:
Valencia [ESP]
Fulham [ENG]
Helsingborg [SWE]
Dinamo Buk. [ROU]
Grupa L:
Man City [ENG]
Zurych [SUI]
Steaua [ROU]
Legia [POL]
Przerwa na mecze reprezentacyjnie najwyraźniej nie wpłynęła zbyt dobrze na postawę poszczególnych zawodników Newcastle, którzy w następnym ligowym spotkaniu z Sheffield United dali sobie wyrwać dwa punkty, bezbramkowo remisując na St. James’ Park, mimo iż goście nie zdołali oddać nawet jednego strzału na bramkę Shaya Givena. Kolejny tak szalenie nieskuteczny pojedynek nie wchodził w rachubę, bowiem niespełna cztery dni później zawodników The Magpies czekała wycieczka na przedmieścia Glasgow, gdzie mieli stoczyć bój o pierwsze punkty w Lidze Europejskiej.
Szkoci zaczęli to spotkanie z dużym animuszem, jednak wraz z upływem czasu, mijał ich zapał do wydarcia Srokom choćby jednego punktu. Kibice zgromadzeni na St. Mirren Park z minuty na minutę wyciszali się, zagryzając paznokcie, kiedy to Roberto Soldado hulał w ich polu karnym. Twarda, szkocka obrona po raz pierwszy zgubiła się w 36. minucie. Cheikh Gueye otrzymał piłkę na dziesiątym metrze i bez najmniejszych problemów wpakował ją do bramki Crisa Smitha. Wszyscy wiedzieli, że kolejne trafienia są tylko kwestią czasu, jednak Gus MacPherson odważnie wypuścił defensorów o kilka metrów bliżej boiska, zwiększając tym samym dystans dzielący jedynego napastnika Srok od bramki. To jakiś czas zdawało egzamin, a Hiszpan występujący niegdyś w barwach Realu Madryt notorycznie wpadał w pułapki ofsajdowe. Aż w końcu, w 59. minucie, urwał się Johnowi Potterowi i posłał piłkę w przeciwny róg bramki, uprzednio posyłając na łopatki szkockiego golkipera. W drugim spotkaniu grupy F Olympiakos Pireus na stadionie AWD Arena w Hanowerze odprawił gospodarzy z taką samą ilością bramek.
Potyczka z St. Mirren była tylko przygrywką przed prawdziwą wojną, jaka miała miejsce zaledwie trzy dni później. Na Riverside Stadium stało groźne i gotowe zetrzeć lokalnych oponentów w pył Middlesbrough. Konfrontacje pomiędzy tymi zespołami skutecznie paraliżowały życie w okolicy – na czas przejazdu życie w pobliskich miastach zamierało, z wyjątkiem sąsiedniego Sunderlandu. Wiele razy już słyszano opowieści, jak w okolicach Herrington Hill, na trasie z Newcastle do Middlesbgough tłumy kibiców Sunderlandu czekały na samochody przyozdobione w czarno – białe flagi, tylko po to, aby ku ich satysfakcji móc rzucić kamieniem. Z resztą jedna ze zdobyczy dalej stoi zaparkowana niedaleko Doxford International Business Park.

Ci, którzy szczęśliwie dotarli na Riverside Stadium z pewnością nie żałowali swego wysiłku. Już po kwadransie gry doświadczony pomocnik Geremi wywiódł Sroki na prowadzenie, uderzając piłkę z półwoleja zza linii pola karnego. Ross Turnbull nie miał szans, by wybronić lecącą z ogromną prędkością piłkę, która ostatecznie wpadła do bramki odbijając się jeszcze od wewnętrznej strony poprzeczki. Odpowiedział – niemal piętnaście minut później – Darius Vassell, nie tak efektownie jak zawodnik Newcastle, ale równie skutecznie stłumił głośny doping kibiców Srok. Na szczęście ci nie musieli się zbyt długo martwić oddaniem prowadzenia. W 35. minucie bramkarz gospodarzy zmuszony był sparować piłkę na rzut rożny, a to oznaczało, że w pole karne zawędruje Steven Taylor. Anglik po raz kolejny w tym sezonie zgubił indywidualne krycie i potężnie huknął z główki… Riverside Stadium ogarnęła magiczna cisza, a piękna nieznajoma, która latem pofatygowała się na St. James’ Park by ośmieszyć Kevina, skryła twarz w dłoniach. Pomysł na rozegranie kolejnych 45. minut był nadzwyczaj prosty – trzeba było dowieźć prowadzenie do samego końca, ale nie było to zadanie zbyt proste, bowiem z każdą minutą napór gości wzrastał. Pod koniec spotkania, niesieni dopingiem 30 tysięcy zwolenników Middlesbrough, w końcu wyrównali, a to za sprawą precyzyjnie wykonanego rzutu wolnego autorstwa Julio Arki. Nie było czasu na smutki, bo już za trzy dni trzeba było podjąć rękawicę rzuconą przez Arséne Wengera.
Kiedy ostatnio zawodnicy Srok zjawili się w północnym Londynie, zdołali wyrwać Kanonierom jeden punkt. Na pełen pakiet, czyli awans do 4. rundy Carling Cup, zawodnicy Srok liczyli w środowe popołudnie, ale już w pierwszej minucie Carlos Vela popisał się atomowym uderzeniem i umieścił piłkę pod poprzeczką bramki strzeżonej przez Shaya Givena. Keegan dopiero teraz usiadł w wygodnym, kubełkowym fotelu. I szczęście, że to uczynił, bo ledwie siedem minut później mógłby paść z wrażenia po strzale Roberto Soldado. Hiszpan najwyraźniej chciał konkurować z Meksykaninem o miano strzelca najpiękniejszej bramki. Trzeba powiedzieć, że nie byłby w tej walce bez szans, bowiem jego trzydziestometrowy rogal wprawił w osłupienie nawet Arséne Wengera. Francuz szybko zebrał swoich młodzieniaszków, którzy przez niemal całą drugą połowę bili niemiłosiernie, ale przypominało to bardziej tłuczenie czaszką o mur. A ten był wyjątkowo solidny i w zasadzie jedyną jego wyrwę stanowił José Enrique, który nie zagrał swego najlepszego spotkania, ale też nie splamił do końca swego nazwiska. Prym oczywiście wiódł Steven Taylor, który pod koniec pierwszej połowy wpisał się na listę strzelców, oczywiście po rzucie rożnym.
Trzy dni temu opcja dowiezienia zwycięstwa do samego końca nie sprawdziła się i to ze znacznie słabszym rywalem. Nic dziwnego, że kibice Srok zagryzali paznokcie w oczekiwaniu postawy ich ulubieńców po gwizdku oznaczającym drugie 45 minut. Na szczęście postawa zespołu nie była tak szokująco słaba, jak w drugiej połowie konfrontacji z Middlesbrouhg. Newcastle, mimo początkowego szturmu Kanonierów, odparło atak i przeszło do prowadzenia swojej wojny podjazdowej. Trzymanie rywala na dystans i kąsanie raz po raz różnymi zabójczymi zagraniami było najlepszym sposobem na rozmontowanie niezbyt doświadczonej obrony Arsenalu. W pewnym momencie Johan Djourou musiał popełnić błąd, tyle że Roberto Soldado z niego nie skorzystał i posłał piłkę ponad poprzeczką. Druga taka okazja mogła się już więcej nie powtórzyć. Spiker z BBC z czasem zaczął podnosić głos, zapowiadając zebranym przed telewizorami nie lada sensację, ale musiał powstrzymać głoszenie takich tez w 83. minucie. Wszędobylski Carlos Vela jeszcze raz urwał się José Enrique i ośmieszył kapitana Newcastle stojącego pomiędzy słupkami. O dalszym awansie do 4. rundy Carling Cup zadecydować miała dogrywka.
Nie było to na rękę Keeganowi, który wiedział, że znacznie większe doświadczenie w wykonywaniu rzutów karnych posiadają gospodarze. Z drugiej strony obydwie ekipy już znały swoje silne i słabe punkty i asekurowały się podwójnie przed tymi najbardziej niebezpiecznymi zagraniami oponenta. Keegan wiedział, że jeśli awans do dalszej rundy ma rozstrzygnąć się po jego myśli, to musi to mieć miejsce na samym początku doliczonego czasu gry, kiedy to Kanonierzy będą jeszcze mało skoncentrowani. Pierwszy szturm został zdecydowanie odparty przez gospodarzy, którzy z upływem 100. minuty przeszli do szarży na bramkę Shaya Givena. Kiedy już wydawało się, że ustrzelenie czegoś przez zawodników Arséne Wengera jest tylko kwestią upływającego czasu, wprowadzony tuż przed dogrywką Danny Guthrie uczynił coś niesamowitego. Otrzymawszy piłkę na czterdziestym metrze zgubił Denilsona i otworzył sobie drogę do bramki. Piłka posłana pomiędzy Johana Djourou i Mikaëla Silvestra zupełnie zaskoczyła Manuela Almunię, który mógł tylko odprowadzić ją wzrokiem...

Wygrana z Arsenalem była doskonałym sprawdzianem przed marszem w kierunku górnej połowy ligowej tabeli. Aby zadomowić się tam na stałe, należało zdobywać punkty z teoretycznie słabszymi zespołami. Pierwszym z nich był Reading, który dosyć długo nawiązywał ze Srokami równorzędną walkę. Fatalny występ trójki najbardziej ofensywnych zawodników – Daniela Sturridge, Johna Flecka i Jonása - był wyznacznikiem nieporadności zawodników Keegana, a sytuacji nie ułatwiała kontuzja Alfreda N’Diaye, który szybko został zniesiony z płyty boiska. Nowa jakość przyszła wraz ze zmianą stron i korektami w taktyce. Wprowadzenie Dannego Guthrie wyraźnie ożywiło ofensywnych zawodników, a zmiennik Danniela Sturridge – Antonio Mihayolv – znacznie bardziej absorbował uwagę obrońców Reading. Jednak ani on, ani tez żaden z wymienionych graczy nie był w stanie pokonać Markusa Hahnemanna, aż tu nagle na strzał z powietrza zdecydował się Radosław Majewski. Piłka z zawrotną prędkością poszybowała pod poprzeczkę amerykańskiego golkipera. Ten mógł tylko i wyłącznie odprowadzić ją wzrokiem, a Polak mógł się cieszyć z drugiego w swojej karierze tytułu Man of the Match.
Następny w kolejce ustawił się Hannower, którego nie można było zlekceważyć. Wiedział o tym doskonale Kevin Keegan i dlatego na konfrontację z Niemcami oddelegował najsilniejszą jedenastkę, jaka była wówczas dostępna do gry. Na szpicy ataku ponownie znalazł się Roberto Soldado, który otworzył wynik spotkania, a w jego ślady poszedł także Jonás, jakby chciał się zrehabilitować za niezbyt udany występ z Reading. Wygrana 2-0 wywiodła Sroki na drugą lokatę w grupie F, pierwszą – dzięki wygranej 3-0 z St. Mirren i korzystniejszemu bilansowi bramek – zajmowali zawodnicy Olympiakosu Pierus. Decydujące starcie o awans z pierwszej lokaty miało się odbyć 22 października.
Przedtem należało jeszcze nazbierać nieco punktów w tabeli ligowej. Jednak na drodze Srok stanęli zawodnicy z Aston Villi, którzy również chcieli się załapać na bilet do grupy pościgowej i europejskich pucharów. W Birmingham nigdy nie grało się zbyt łatwo, a doświadczeni gracze pokroju Johna Carew, wspierani przez niemniej niebezpiecznych młodzieniaszków, dosyć niechętnie obdarowywali przyjezdnych jakimikolwiek punktami. Jednak ekipa Srok, jako jedna z nielicznych, zdołała zgarnąć na Villa Park pełen pakiet, a to dzięki trafieniom Roberto Soldado i José Enrique z rzutu karnego. Jednak nie były to łatwo zdobyte punkty, gdyż w końcówce kontaktowe trafienie zaliczył Gabriel Abonlahor i do ostatniego gwizdka trwała mordercza walka o dowiezienie wyniku do końca.
Przerwa w rozgrywkach spowodowana występami reprezentacji przyszła w zdecydowanie najlepszym momencie, bo następni w kolejce stali Grecy z Olympiakosu, a zaraz po nich trzeba było stoczyć heroiczny bój na Old Trafford, a następnie z Arsenalem (wyjazd) i Liverpoolem (dom). Przetarciem przed tymi spotkaniami był pojedynek z Blackburn, który jednak nie wyszedł po myśli Keegana. Szybko zdobyta bramka przez Stéphane Dumonta dawała nadzieje, że wszystko dobrze się skończy i goście odjadą z St. James’ Park z kwitkiem. Podobne oczekiwania można było snuć podczas niemal całej drugiej połowy, kiedy to przyjezdni momentami nie opuszczali własnej części boiska. Aż przyszedł doliczony czas gry i rzut rożny, który na bramkę zamienił Matt Derbyshire. Moment rozkojarzenia kosztował Sroki cenne dwa punkty.
Niemiłe doświadczenia z Newcastle trzeba było jednak odstawić na boczny tor i skupić się na nadchodzącej konfrontacji w ramach Ligi Europejskiej, wszak rywal był zdecydowanie groźniejszy aniżeli ten sprzed kilku dni. Pech najwyraźniej nie został nad Tyne i jakimś cudem wcisnął się do samolotu linii Easy Jet lecącego z Newcastle do Aten. Pasażer na gapę pokazał się dopiero na płycie boiska – pierwszy raz w 14. minucie, kiedy to Danny Guthrie w kuriozalny sposób skręcił kostkę (źle kładąc stopę po interwencji w środku boiska) i z grymasem bólu musiał opuścić boisko. Strata środkowego pomocnika rozjuszyła Stevena Taylora, który po kilku spotkaniach przerwy na nowo odkrył w sobie niezwykle cenną umiejętność gry głową w polu karnym podczas rzutów rożnych i wywiódł Sroki na prowadzenie. Próżno było szukać szybkiej riposty ze strony gospodarzy, którzy najwyraźniej bali się położyć wszystko na jedną szalę i powalczyć o pierwsze miejsce w grupie. Wtedy wydawało się to niezrozumiałe… Ale odczekali swoje i los ich za to nagrodził tuż przed gwizdkiem oznaczającym koniec pierwszej części spotkania. Lider formacji ofensywnej – Roberto Soldado –pokazał swoje drugie oblicze, którego do tej pory kibice Newcastle nie uświadczyli. Brutalnie wszedł w Praskevasa Antzasa i w nagrodę został odesłany do szatni. Wtedy to Mr. Bad Luck uśmiechnął się po raz drugi… Trzeci raz wyszczerzył zęby po trafieniu Luisa Morana z 77. minuty, co ostatecznie ustaliło wynik tego meczu. W drugim spotkaniu naszej grupy Hannower gładko przejechał się po Szkotach, aplikując im pięć goli, tracąc przy tym jednego.
Ulewny deszcz, jaki zastał lądujących piłkarzy Newcastle, był całkiem niezłym prognostykiem przed zbliżającą się potyczką z Czerwonymi Diabłami. Koniec końców Newcastle grało szybką piłką na dobieg do jedynego klasycznego napastnika, więc na śliskiej murawie tego typu taktyka powinna całkiem nieźle się spisywać. I rzeczywiście rzęsisty deszcz pomógł nieco przy trafieniu Roberto Soldado z 17. minuty, bowiem piłka skozłowała tuż przed interweniującym Edvinem van der Sarem i zmieniła nieco tor swego lotu. Zmoczeni zwolennicy chłopców Fergussona wybałuszyli oczy ze zdziwienia, a zawodnicy przeszli do natychmiastowej szarży. Newcastle broniło się bardzo umiejętnie, skracając pole gry, pilnując przy tym pary napastników (Carlos Tevez, Wayne Rooney) i wykorzystując pułapki ofsajdowe. Taka linia obrony własnych szeregów zdawała egzamin do 30. minuty spotkania, wtedy to koszmarny błąd w kryciu podczas rzutu rożnego pozwolił Lee Martinowi wpisać się na listę strzelców. Remis z Manchesterem i to na jego terenie byłby do przyjęcia w ciemno, ale widząc nieporadność napastników gości, Keegan chciał pokusić się o prawdziwą sensację i zainkasować komplet punktów. Pomógł mu w tym Patrice Evra, który w 70. minucie został odesłany do szatni po ostrym wejściu w Radosława Majewskiego. To właśnie Polak był w tym spotkaniu motorem napędowym drużyny, raz po raz nękając obrońców gospodarzy ostrymi wrzutkami w pole karne, za co eksperci uznali go zawodnikiem meczu. Jednak wraz z usunięciem Francuza z boiska, Manchester obwarował dostęp do swojej bramki, przez co wynik nie uległ już zmianie.
Trzy dni później trzeba było stawić się w Londynie, by powalczyć o punkty z Kanonierami. Wizyta przy Ashburton Grove nie należała do tych zbyt przyjemnych. Kontuzje Stéphane Dumonta i Stevena Kellyego dosyć poważnie przetrzebiły zaplecze kadrowe, zwłaszcza mając w perspektywie zbliżające się spotkanie z Liverpoolem. Ostatecznie Francuz wyleciał ze składu meczowego na 2 tygodnie, a Irlandczyk zerwał ścięgno podkolanowe i nie zagra w piłkę przez kolejne 3 miesiące. Ale i nasi piłkarze nie szczędzili Kanonierów i odsyłali ich prosto do szpitala – najpierw zabrał się Hatem Ben Arfa (uraz stopy, 2 tygodnie przerwy), a zaraz po nim Theo Walcott. Prawdziwą rzeźnię przerwał Robbin van Persie, który ustalił wynik konfrontacji w końcowych akcentach spotkania.
W mocno zdziesiątkowanym składzie trudno było myśleć o korzystnym wyniku w domowej konfrontacji z Liverpoolem. Kontuzje sprawiły, że do meczowej jedenastki po długiej przerwie powrócił Nicky Butt. Stary – nowy zawodnik utworzył wraz z Alfredem N’Diaye parę środkowych pomocników odpowiedzialnych za kruszenie akcji The Reds. Pomocnicy spisywali się bardzo dobrze, ale kulała linia obronna, a konkretnie Stebasiten Bassong i Steven Taylor. Błąd pierwszego z nich otworzył drogę do bramki dla Robbiego Keana, a reprezentant Irlandii z tego prezentu nie omieszkał skorzystać. Podobną niespodziankę otrzymał Ryan Babbel, tym razem Steven Taylor strącił piłkę wprost pod nogi Holendra, a ten huknął pod poprzeczkę bramki Shaya Givena. Kiedy zanosiło się na prawdziwy pogrom, sprawy w swoje ręce wziął Roberto Soldado, strzelając swoją siódmą i ósmą bramkę w barwach Newcastle. Jeszcze przed gwizdkiem zapraszającym piłkarzy obydwu ekip na przerwę, David Suazo urwał się stoperom i wpakował piłkę do siatki Givena. Na drugą połowę środkowi obrońcy już nie wyszli, zmienili ich Dirk Marcelis i Nicolas N’Koulou, którzy spisywali się znacznie pewniej i krótko pilnowali powierzonych im piłkarzy. Zawiedli tylko raz podczas stałego fragmentu gry. Dirk Marcelis wybił piłkę po rzucie rożnym, przejął ją Xabi Alonso i potężnym strzałem wywiódł The Reds na prowadzenie 4-2. Problemy w szykach obronnych nie absorbowały zbytnio uwagi Roberto Soldado, który ustalił wynik spotkania na 4-3, notując pierwszego hat-tricka w barwach Srok i zgarniając tytuł MoM.
Szczęście, że spotkania Premier League były przeplatane tymi w ramach Ligi Europejskiej. Jako że awans Newcastle był już niemal przesądzony, a dodatkowo w następnym spotkaniu walczyliśmy z najsłabszą drużyną grupy F, szansę gry dostali zmiennicy, tym bardziej że Sroki czekała kolejna ciężka, ligowa batalia z Chelsea. Zmiennicy radzili sobie całkiem nieźle i po okresie totalnej dominacji w końcu przypieczętowali druzgocącą przewagę, a dokonał tego wychowanek Newcastle – Kazenga LuaLua. To uspokoiło nieco ambicje zawodników Keegana, którzy zaczęli grać już bardziej rozważnie, kontrolując przebieg spotkania i zabezpieczając się przed jedyną bronią przyjezdnych – kontratakami. Po zmianie stron Sroki przypuściły kolejną fazę szturmu. Obrońcy St. Mirren zaczęli popełniać proste błędy, wybijając piłkę na oślep. W końcu, przy dośrodkowaniu z prawej flanki, Stephen O’Donell tak niefortunnie interweniował, że pokonał własnego bramkarza. To zdecydowanie odebrało chęci gry przyjezdnym, a The Magpies zaczęli cieszyć się grą. Mark Howard jednak spisywał się całkiem nieźle i skapitulował dopiero pod koniec spotkania, a na listę strzelców wpisał się Ignatio Piatti.
Panowie z FA z pewnością postradali zmysły układając terminarz dla Newcastle. Nie dość, że pod rząd do konfrontacji stawali z Manchesterem United, Arsenalem, Liverpoolem i Chelsea, to jeszcze przerwa pomiędzy spotkaniami wynosiła 3 dni. Widocznie tęgie głowy w FA sądziły, że Sroki są w stanie obsłużyć całą wielką czwórkę w przeciągu 12 dni. Tak czy inaczej trzeba było stanąć do pojedynku z Felipe Scolarim i zachować twarz. Zwycięstwo nie wchodziło w rachubę, tym bardziej że połowa zawodników dopiero odnajdywała rytm meczowy po niedawno przebytej kontuzji, albo też przechodziła rekonwalescencję. Nieliczną grupą byli piłkarze, którzy byli w pełni dyspozycji. W zasadzie w pełni zdolni do gry na odpowiednio wysokim poziomie byli Shay Given, Alfred N’Diaye, Charles N’Zogbia i Roberto Soldado. To właśnie ta czwórka w spotkaniu z Chelsea stanowiła o sile zespołu, ale i tak to nie wystarczyło na pokonanie bandy Abramowicza. Szybko stracona bramka (11 minuta, Didier Drogba) wyraźnie wytrąciła z równowagi zespół Srok. Zawodnicy gubili się, grali niepewnie, dopuszczali do niebezpiecznych sytuacji strzeleckich, ale bardzo długo zachowywali jednobramkową stratę. Przy tym odgryzali się przy każdej okazji, ale długo marnowali je Ignatio Piatti i Roberto Soldado. Hiszpan dopiero w 84. minucie – przy swojej trzeciej próbie – pokonał Petra Cecha, ale w samej końcówce spotkania (90. minuta) Alex wykorzystał rzut rożny i odebrał Srokom jeden, w pełni zasłużony, punkt.
Krucjata przeciwko wielkiej czwórce zakończyła się kompletną klapą jeśli chodzi o dorobek punktowy. Newcastle zdołało urwać punkty tylko Manchesterowi United, by następnie w trzech kolejnych spotkaniach zostać z kompletnym zerem. Faktem jest, że w spotkaniu z Chelsea i Arsenalem brakowało nieco szczęścia by wywieźć dodatkowe oczka. Tak czy inaczej statystycy ligowi odnotowali ostatnie zwycięstwo Srok w dniu 04.10.2009, czyli ponad miesiąc temu.
Na podreperowanie dorobku w lidze trzeba było poczekać, a to za sprawą Carling Cup, w którym ekipa Newcastle na St. James’ Park podejmowała Middlesbrough. We wrześniu pomiędzy zespołami odnotowano remis, tym razem podział punktów był niemożliwy. Na szczęście zawodnicy mieli podobne poglądy, choć na przeobrażenie ich w czyn trzeba było czekać do drugiej połowy. Wtedy to wynik otworzył niezawodny Roberto Soldado, wykorzystując prostopadłą piłkę od Charlesa N’Ziogby. Niespełna dziesięć minut później ten sam zawodnik wykorzystał strąconą przez Antonio Mihaylova piłkę i położył Rossa Turnbulla na łopatki. W odpowiedzi środkowy obrońca Middlesbrough David Wheater zdobył kontaktowego gola po dośrodkowaniu z rzutu wolnego, ale podobnym wyczynem popisał się Steven Taylor, który ustalił wynik spotkania na 3-1. Czwarta runda Carling Cup nie przyniosła zbytnich niespodzianek, choć było o nią blisko na stadionie Molineaux, gdzie Manchester United potrzebował doliczonego czasu gry, aby pokonać Wolverhampton.