Diabelska przygoda cz.2
Winda nagle się zatrzymała, a drzwi zaczęły się powoli otwierać. Ostrożnie postawiłem nogę na bagnistym gruncie, później trafiłem na nieco stabilniejsze podłoże i niepewnie ruszyłem przed siebie, często oglądając się na wszystkie strony, aby zapoznać się z otoczeniem. Po obu stronach drogi leżały śmieci, fragmenty tkaniny, buty, plastykowe torebki. Nie oszukujmy się, widok nie należał do tych z gatunku przyjemnych, przy których gałki oczne mało co nie wyskakują z orbit na widok złocistego piasku, lazurowego morza, czy kwiecistej polany. Tutaj niestety wszystko było inne tak jakby przybite, szare, monotonne. Nawet powietrze miało inny, siarczysty zapach. Jednostajny krajobraz nagle urozmaicił widok samotnie stojącego drzewa. Już z daleka nie dało się zauważyć ani jednego zielonego listka, natomiast kuło w oczy coś innego, pod konarem konającego drzewa leżał szkielet zwinięty w pozycję embrionalną. Natychmiast odwróciłem wzrok i nagle przyspieszyłem. Najrozsądniejsze w tym wypadku było patrzeć pod nogi, a nie gdzieś w dal, tym samym zaoszczędzając sobie zbędnego i nieprzyjemnego widoku. Kiedy jednak podniosłem nieco głowę, by zorientować się w sytuacji moim oczom ukazał się szary, mocno zniszczony budynek. Delikatnie uchyliłem drzwi i po cichu wszedłem do środka.
- Chłopaki mamy nowego! – Usłyszałem nagle, rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale nikogo nie zauważyłem. Bezszelestnie przekroczyłem ścianę działową, oddzielającą obszerny pokój na dwie części. Dopiero wtedy zauważyłem przygarbionego faceta siedzącego na krzesełku.
- No witam, witam, wreszcie pan do nas dotarł. Ja jestem zastępcą Lucka, czyli szefa. Musimy Cię tutaj jakoś ulokować, a uwierz mi to nie będzie łatwe. Nie mamy już prawie miejsc, wszystkie cele przepchane- mówił wertując księgę, którą trzymał na kolanach - chociaż nie, czekaj znajdzie się miejsce dla Ciebie. Poziom 1 cela nr. 666, masz szczęście niedawno zwolniło się miejsce. A tak swoją drogą to powiem Ci jedną rzecz, szef ma słabość do ludzi z tej celi. Chodź za mną.
Ruszyliśmy w drogę. Widok nieco się zmienił, wokół ścieżki były kraty opięte stalowymi płachtami, przez które nawet mucha by nie przeleciała. Przemierzaliśmy tak zawiłe korytarze w denerwującym milczeniu, wreszcie zdecydowałem się dowiedzieć czegoś więcej.
- A ile czasu będę tutaj siedział?
- Do usranej śmierci!- Odparł z wyraźnym zadowoleniem.
- A kto w tej celi był przede mną?
- A kilku takich sławnych, niejaki Józek, ale wyszedł już jakiś czas temu i teraz nazywa się jakoś Putin. No jeszcze był Adolf, ulubieniec szefa. Też wyszedł i teraz sobie siedzi w Polsce i prowadzi radio katolickie, a wszyscy myślą, że on po wyjściu się nawrócił. Nawet szef przez chwilę tak myślał, ale jak spojrzał w jego rachunki to zrozumiał, że za lewą kasę z cegiełek na rzecz „Solidarności” dostanie od niego nowe Ferrari, żeby mógł się po piekle wozić. Ba szef nawet w dowód wdzięczności powołał specjalną organizację militarną „Bereciary”.
- Czyli jest jakiś sposób, żeby się stąd wydostać?
- Kurcze, znowu powiedziałem o jedno słowo za wiele, szef mnie zastrzeli.
- To może inaczej, z kim będę dzielił celę?
- La Vey, znasz kolesia?
- Kto?! ten satanista?
- No to właśnie on, pupilek szefa- przygarbiony facet nagle się zatrzymał, spojrzał do góry, na drewnianą tabliczkę i dodał - Ok. już jesteśmy na miejscu, miłej zabawy.
Otworzył tytanowe drzwi, ostrożnie przekroczyłem próg celi. Drzwi uderzyły z wielkim hukiem. Zerknąłem przed siebie i moim oczom ukazała się… zgniłozielona łąka i domek. Obszedłem posesję w około, za budynkiem był basen wypełniony czerwona mazią. Wszedłem ostrożnie do środka, na ścianie wisiały ludzkie szczątki, powyginane, nieco przysmażone. Nad głową wisiał żyrandol zrobiony z ludzkiej czaszki.
- Kto tam do cholery?!- odezwał się głos z dużego pokoju.
- J, j, j…- wyjąkałem, niechętnie podchodząc, żeby się zaprezentować.
- No wyduś to w końcu!
- J, ja jestem nowym lokatorem.
- A to witam! Ja jestem La Vey, tylko nie rób za dużo szumu, bo szefuncio jest w pokoju.
- Szefuncio? A mogę z nim chwilę pogadać?
- No jak masz odwagę, to zapraszam- wszedłem do pokoju, na krwistoczerwonym fotelu siedział wysoki facet w czerwonej pelerynie. Poszedłem nieco bliżej.
- Aaa do cholery, zejdź mi z ogona!- wstał i złapał za trójząb.
- Przepraszam, ja jestem nowy, ja nie wiedziałem! – Szybko odparłem. Lucek nieco się uspokoił i znowu usiadł.
- Hm… Nasz menagerek przyszedł. Mój zastępca już mi o Tobie opowiadał, sporo się tu na ciebie naczekaliśmy. Wiesz co nawet specjalnie zwolniłem dla Ciebie miejsce w tej celi.
- Dziękuje, ale...- nie zdążyłem dokończyć.
- Miałbym dla Ciebie pewną propozycję. Widzisz, tak sobie oglądam w TV mecze piłki nożnej i powiem Ci, że nawet to fajne jest. Co prawda bieganie w kółko po boisku nie ma zbytnio sensu, ale popatrzeć na to całkiem miło. No, ale przejdźmy do sedna sprawy. Ten jak mu tam Piotrek zaproponował nam, żebyśmy zagrali sobie taki mały mecz. Piekło przeciwko Niebu. Rozumiesz dla nas to jest nie tylko zwykły meczyk, ale tak naprawdę walka o prestiż, coś jakby finał Ligi Mistrzów na drugim świecie. Łapiesz?- Spojrzał delikatnie w moją stronę.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- No Ty będziesz naszym trenerem. Jak chcesz to ja sprowadzę tutaj do piekła Rasiaka, Ronaldinho, Messiego, Buffona, Ibrahimovica, tylko żeby wygrać!
- Z tym Rasiakiem to przesada, a reszta niech sobie trochę po Ziemi pobiega.
- No jak chcesz, ale pamiętaj liczy się tylko wygrana. Mecz masz gdzieś za 3 miesiące.
- A co dostanę w zamian?
- Hmm… niech pomyślę. Może nowe, czerwone Ferrari, jeszcze z małym przebiegiem.
- A nie może być coś innego, na przykład powrót na Ziemię? Nie to, że mi się tu nie podoba, ale wiecie mam tam jeszcze parę spraw do załatwienia.
- Co? Ty mi stawiasz warunki na moim podwórku? Albo niech stracę, ale jak przegrasz to zostajesz tutaj do końca i nie ma mowy o żadnym powrocie.
- Ok., niech tak będzie. A swoją drogą może napijecie się ziemskiego specjału?- wyciągnąłem flaszkę z kieszeni.
- O! A co to?
- „Piekielna Woda” tak to zwą na Ziemi.
- Niech będzie- rozsiedli się wygodnie w fotelach- a jak to się pije?
- Do tego są potrzebne kieliszki.
- A co to kieliszki?- Spytał Lucek
- Coś takiego- wyciągnąłem z płaszcza trzy kieliszki. Postawiłem na stole i polałem. Wszyscy równo przechyliliśmy.
- Ty kolego, a skąd ty masz takie coś?
- Tak się składa, że byłem w drodze do opijania mojego wielkiego sukcesu.
- Ano tak, to wtedy ciebie zawinęliśmy.
Czas w piekle mijał w niezwykle „ziemskiej” atmosferze. Po godzinie, wszyscy byliśmy już mocno wstawieni. La Vey i Lucek kolejne kolejki rozpracowywali już sami.
- Panowie! Trzeba załatwić tego więcej!- Wybełkotał Lucek ledwo trzymając się na nogach. – Zaraz zadzwonię do Adolfa, znaczy się Tadeusza, słyszałem, że on tam zajmuję się takimi różnymi rzeczami, może nam coś przyśle. Ma jeszcze u mnie dług wdzięczności, za wyjście.
- A Ferrari?- Spytał La Vey.
- Wiesz co chrzanić to Ferrari! Kupa blachy! Ja chcę „Piekielnej Wody”!
Wkrótce przyszła przesyłka od wspomnianego wyżej osobnika. Lucek pierwszy dopadł się do tekturowego kartonu. Kolejne godziny mijały. Nagle Lucek rzucił propozycję:
- Panowie może w coś zagramy? Patrzcie mam tutaj karty, gramy w moją ulubioną grę- w tysiąca!
- Dobra, może być, a o co gramy?
- Jak to o co! Człowieku, to jest piekielny rytuał. Jak gramy w tysiąca to o wyjście z piekła. Na razie tylko kilku osobom udało się ze mną wygrać. La Vey już się męczy 9 lat i cały czas dostaje tęgie baty.
Rozpoczęliśmy rozgrywkę, a z racji tego, że na mojej rodzinnej Sycylii hazard był chlebem powszednim całkiem nieźle mi szło. Lucek zafascynowany nie tyle grą co piciem, mocno odstawał z grą, często łapiąc kilkuminutowe zawiasy. Ostatnie rozdanie było niezwykle dla mnie szczęśliwe. Dostałem meldunek 100 z dwoma pełnymi kolorami, co pozwoliło mi wygrać.
- Dosyć tego!- podirytowany Lucek wstał w patetyczny sposób, później zachwiał się nieco i upadł na kamienną posadzkę- patrz La Vey jak nas załatwił! I teraz nici z meczu, będzie trzeba sprowadzić tutaj Rijkaarda, albo Mourinho- diabeł powoli zbierał się z podłogi- słowo się rzekło, jutro odeślemy Cię na Ziemie, ale pod jednym warunkiem. Będziesz musiał objąć klub, w którym prezesem jest mój znajomy. Cały czas mu pomagam, żeby był najlepszy a tu d***! Odpisuje tylko, że znowu mają sezon o utrzymanie. Dlatego Ty będziesz musiał mi przysyłać raporty z tego, co tam się dzieje. Kolejka po kolejce, sezon po sezonie!- Lucek wyraźnie miał już dosyć, przechylając ostatni kieliszek zaliczył zgon.
- Lucek, Lucek- szturchałem diabła, aby wydusić z niego nieco więcej informacji.
- Taa?
- A skąd jest ten klub?
- A bo ja wiem!
***
Lato w Toskanii było jak zawsze niezwykle upalne. Był to doskonały znak dla Giovanniego, plantatora winorośli z San Gimignano. Sucha i parna aura niezwykle cieszyła jego spieczone od wytężonej pracy czoło. Niestety nie dla wszystkich letnie miesiące oznaczały sielankę. Teraz wypada przedstawić Marinę, córkę plantatora. Drobna dwudziestokilkulatka, o ciele charakterystycznym dla top-modelki. Lato witała zawsze ze smutną twarzą. Ojciec perfekcjonista, codziennie obchodził grządki dojrzewającego winogrona rosnące na plantacji Carpineto, bacznie sprawdzając, aby owoce nie były zbyt słodkie i aby nie spaprać szlachetnego trunku Vernaccia di San Gimignano. Giovanni od zawsze pragnął mieć syna, który przejmie po nim dochodowy interes, ale niestety stosunkowo szybko przebyta choroba weneryczna zrobiła swoje i Giovanni musiał się zadowolić tylko i wyłącznie córką. Krew go zalewała, gdy przy wieczornej kolacji z namiętnością opowiadał o swych grządkach, a tymczasem Marina z przytępionym wzrokiem wplecionym gdzieś w dal wypatrywała widoków, które mogła namalować. Biedny Giovanni nie miał zatem sukcesora, po którym mógłby się spodziewać przejęcia interesu. Któregoś pięknego, letniego poranka Giovanni wraz z córką udali się swoim Jeepem na obchód grządek.
Giovanni: Widzisz moja droga córeczko, słońce zalewa grządki. Już niedługo, za jakieś 2 tygodnie będzie można rozpocząć zbiory.
Marina: Znowu się zaczyna. Wiesz dobrze tatku, że nigdy nie namówisz mnie na prowadzenie tej plantacji, ja wolę w życiu robić co innego.
Giovanni: Nie namawiam, ja tylko zwracam uwagę, że jest to dochodowy interes, daje poczucie spełnienia, a kiedy pijesz to winko czujesz się niezwykle dobrze. Wiesz, że ciężka praca zaowocowała czyś doskonałym. Nie tak jakieś malowidła, które niewiadomo czy się sprzeda!
Marina: Tatku nie ma sensu ciągnąc tej rozmowy, kończmy ten obchód.
Giovanni: Czekaj! Trzeba jeszcze odstawić samochód do szopy.
Chwilę później, przy szopie, która pełniła funkcję służbowego garażu.
Giovanni: A co to do cholery?
Marina: Na mój gust to jest człowiek, Tatku.
Giovanni: No przecież widzę, że nie małpa, ale co on tu robi, jak on tu wszedł?
Marina: Nie wiem, ale nie można go tu zostawić. Weźmy go do domu i jak się obudzi to się czegoś dowiemy.
Giovanni: A jak to przestępca?
Marina: To go zwiążemy i wezwiemy policję!
Giovanni: Niech będzie.
Nie ma co, naiwności Marinie nie można odmówić, tak samo jak chęci pomocy drugiemu człowiekowi. Mija czas, może godzina, może kilka dni, ale nieprzytomnemu człowiekowi wydaje się, że jest to chwila, bo otwiera oczy i jest, widzi świat.
Mężczyzna: Przepraszam, gdzie ja jestem?
Giovanni: No, żeś sobie chłopie pospał. Jesteś u mnie w domu, a ja jestem niezmiernie ciekaw jak się dostałeś do mojej szopy?
Mężczyzna: Do jakiej szopy?
Giovanni: Jeszcze chcesz mnie zrobić w konia? Żartów Ci się zachciało?
Mężczyzna: Przepraszam, ale ja naprawdę nie wiem, o czym pan do mnie mówi.
Giovanni: Dosyć tego! Zaraz dzwonię na policję!
Giovanni jak mówił, tak zrobił. Godziny popołudniowe tajemniczy mężczyzna spędził na komisariacie, w towarzystwie dwóch osiłków w mundurach policyjnych. Teraz na deski naszego szalonego teatru wchodzi komendant posterunku, ze swoim psem…
Komendant: Ty, jak Ci tam… wychodź z celi, ktoś wpłacił za Ciebie kaucję.
Mężczyzna: Ja? Pan o mnie mówi?
Komendant: Dokładnie do Ciebie, weź swoje łachy i zabieraj dupę w troki, nie chcę Cię tu więcej widzieć.
Mężczyzna: A może coś milszego lepiej rzucić na pożegnanie?
Komendant: Jeszcze czego! Tam czekają na ciebie twoi znajomi.
Mężczyzna: To fajnie, ale ja nie mam znajomych!
Komendant: Nie dość, że włamywacz, to jeszcze jakiś czubek!
Do posterunku wkraczają dwaj panowie ubrani w czarne spodnie od garniaka, czarne koszule, ciemne okulary, idealnie wypastowane buty. Oglądaliście „Ojca chrzestnego”? No o coś mniej więcej takiego chodzi. Tajemniczy wybawcy w milczeniu wchodzą do komisariatu, biorą ze sobą mężczyznę i pospiesznie wychodzą z budynku policji.
Tymczasem w piekle…
Trwa mała impreza. Widocznie od wizyty ostatniego gościa wiele się w tej instytucji zmieniło. Pomimo nieodpartego wrażenia, że wszystko jest tu podsycane aromatem ziemskiej wódki, diabeł mętnym wzrokiem wodzi po monitorze w nadziei na zakumanie kilku faktów, bo w końcu był na służbie. Nie ma co administracja wszędzie się posypała, w Polsce za rządów Millera, a tutaj małe nie halo w łączności na linii Ziemia - pijany diabeł.
Akcja ma miejsce w prywatnym apartamencie diabła, do którego wstęp ma sama piekielna jegomość i kilka zaufanych osób, a ostatnio próg najczęściej przekracza zaopatrzeniowiec.
Diabeł: La Vey chodź tutaj na chwilkę!
La Vey: Się robi szefie.
Diabeł: Powiedz mi chłopcze… czy myśmy zrobili należycie wypuszczając tego menagera na Ziemie?
La Vey: No nie wiem, ale w zasadzie może jeszcze szef go krótko trzymać. Ma jeszcze dług wdzięczności.
Diabeł: Wiem, ale czy my go dobrze na tą Ziemie wyszykowaliśmy?
La Vey: Dostał nowe papiery, tożsamość… tyle, że teraz nikt go nie zna i musi zaczynać wszystko od nowa.
Diabeł: Nie no, jakie od nowa… przecież możemy lekko pomóc, ale o czym my tam gadamy… lepiej się napić. Ale kolego, czekaj, gdzie ty go zostawiłeś?
La Vey: Osz w mordę! Nie wiem…
Diabeł: Jak to nie wiesz?
La Vey: A szef wie, co się wczoraj działo?
Diabeł: No ten, menager, karton od Tadeusza, gra w karty i… kurna nie pamiętam.
La Vey: To i tak szef dużo pamięta.
Diabeł: Ale to gdzie on jest?
La Vey: Wysłałem po niego chłopców, zdaje się, że siedzi gdzieś w Toskanii. Z resztą mają dać mi cynk, jak go złapią.
Powrót na Ziemię.
Pora na zmianę scenografii. Akcja dzieje się teraz w luksusowej willi na przedmieściach San Remo. Do ociekającego bogactwem kurortu na północy włoskiego buta nasz bohater dotarł wraz z tajemniczymi panami w czerni. Wciąż słaby, wycieńczony fizycznie, wypalony psychicznie, próbował w pełni dojść do siebie. Udało się to dopiero po kilku dniach od przyjazdu do San Remo.
- O Mamma mia. Obudził się!
- Incredible! Rzeczywiście obudził się.
Mężczyzna: Gdzie ja jestem, a co to za mordy?
- Dino, co on do mnie zapodał?
- Nie wiem Damiano, ale nie brzmiało to zbyt sympatycznie. Odważę się nawet stwierdzić, że było to coś obraźliwego.
- Czyli ja mam go w mordę lać?
Do pokoju wchodzi kolejny mężczyzna ubrany w czerń. Potężniejszy od pozostałej dwójki, na palcu błysnęły drogie pierścionki wysadzane drogimi kamieniami.
Boss: Kretino! Jazda mi stąd wy ciemniaki, buty szorować, a nie mi tu gościa niepokoić.
Man in black no.1: Ale szefie, kazał pan go przywieźć, jakoś naprawić…
Boss: No i jest naprawiony, misja wykonana, a wy spadać!
W pokoju zostaje tylko nasz bohater i przepakowany boss. Mężczyzna leży na łóżku, jakby dopiero się ocknął po niezwykle długim śnie.
Boss: Dzień dobry, od razu wyjaśniam, co jest grane. A wiec tak, jest pan w San Remo, u wuja Goznalo. A ten wujek to ja!
Mężczyzna: Dzień dobry wujku.
Gonzalo: Znaczy się, ty koleś jedną chwilę… nie jestem twoim prawdziwym wujkiem, tylko wiesz no tak mnie zwą. Taka ksywka, ale jakby co to ja nie znam ciebie, ty nie znasz mnie.
Mężczyzna: To nie są jakieś jaja? Drogi panie niech mnie pan chwilę posłucha. Najpierw jestem menagerem, chwilę potem jestem w czyśćcu. Jak by tego było mało gram w karty z diabłem, wizyta na komisariacie, wreszcie jakiś wujek, który nie jest wujkiem budzi mnie w willi przesiąkniętej zapachem szmalu… Co jest grane?
Gonzalo: No zamknij tą swoją jadaczkę to ci wytłumaczę!
Mężczyzna: A dobra w takim razie zamieniam się w słuch.
Gonzalo: Dostałem telefon od prezesa, z zaświatów i to w twojej sprawie.
Mężczyzna: Przecież to mi się śniło idioto.
Gonzalo: Ty bez takich, bo ci nogi połamię. Nic ci się nie śniło, wszystko co przed chwilą gadałeś to prawda. Wróćmy do początku. Siedzisz z diabłem w pokoju, gracie w karty, zgadza się?
Mężczyzna: No tak jakby… a co ty wróżka jesteś?
Gonzalo: Morda i słuchaj! Z racji tego, że wygrałeś w tysiaka, wychodzisz z piekła. Od lat to piekielna tradycja, a zarazem jedyny sposób na wyrwanie się z tego gówna. Dobra przejdźmy do sedna. Ja mam zobowiązanie wobec szefa, takie same jak ty obecnie. Znaczy się też udało mi się stamtąd wyrwać, ale w zamian musiałem coś zrobić, dla szefa. No, ale zresztą, chodzi o to, że dostałem zlecenie, z góry żeby odszukać cię gdzieś we Włoszech.
Mężczyzna: Bez kitu lepszy scenariusz od „Mody na sukces”
Gonzalo: Działasz mi na nerwy! Z resztą i tak dwa dni i wypad z mojego domku. Tutaj masz laptopa, sprawdź swoją skrzynkę. Tam masz dokumenty i radze się przejrzeć w lustrze.
Wuj Gonzalo wychodzi z pokoju. Zostaje sam mężczyzna, idzie się przejrzeć w lustrze. Trwa to małą chwilę, bo w końcu musi się zapoznać z własnym, nowym ja. Później wraca do komputera, bierze dokumenty i przegląda.
Nadawca: his_infernal_majesty666@hell.hlTen adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Treść widomości: Zapewne jeszcze nie wiesz zbytnio, o co chodzi, ale myślę, że ta informacja sporo wyjaśni. Pewnie widziałeś już swoje nowe dokumenty. Tak więc od dzisiaj nazywasz się Luca Di Natale, urodziłeś się w Palermo. Załatwiliśmy też papiery trenerskie, plus ukończenie AWF-u, powinno starczyć na początek, do omotania świata śmiertelników.
Jesteś we właściwych rękach u wuja Gonzalo, mojego znajomego, który działa na terenie południowych Włoch. Zgodnie z naszą umową jutro pojedziesz do Genewy w Szwajcarii. Tam odbierze ciebie Thomas. Bilety masz zarezerwowane na jutro, lecisz samolotem z Mediolanu, start godzina 16. Masz się stawić, a zresztą chyba zależy tobie na jakieś ciepłej posadce w kameralnym klubiku?
Na razie to wszystko, a jeszcze jedna sprawa. Bilety powinni dostarczyć dzisiaj wieczorem. Odezwę się do ciebie jak już będziesz u Thomasa w Genewie.
Bohater posłusznie musiał wypełnić swoje obowiązki, tak więc zgodnie z zaleceniami wsiadł na pokład samolotu z Mediolanu do Genewy. Na lotnisku, zgodnie z umową czekał wysoki facet z tabliczką: Luca Di Natale. Był to jasny znak, że to musi być Thomas. Wsiedli do ciemnego Bmw i odjechali.
Akcja przenosi się do stojącego na brzegu jeziora Genewskiego, domku. Jest wieczór, światła w okolicy powoli gasną. Ułożona Szwajcaria zapada w sen.
Thomas: Nie zapomnij, żeby looknąć skrzynkę…
Luca: Pamiętam, za chwilę to zrobię.
Nadawca: his_infernal_majesty666@hell.hlTen adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Treść wiadomości: Dostałem cynk, że jesteś już w Genewie, zatem pora na dalsze instrukcje. A więc tak, umówiłem się z Thomasem, żeby dał ci swojego Astona DB9. Na początek wystarczy, tak do przemieszczania się. Da ci też trochę kasy, na początek.
Wsiadasz w brykę i jedziesz do Aarau, niedaleko Bazylei. Tam musisz odnaleźć prezesa klubu Aarau, każdy racjonalny koleś szukałby go na stadionie Brügglifield. Nazywa się Michael Hunziker, on Ci powie, co masz dalej robić.
Masz mój adres, a od momentu przejęcia przez Ciebie klubu liczę na raporty z wyników Twojej pracy. Na razie nie oczekuję kokosów, teraz masz spełniać wymagania Michaela, na tą chwilę to będzie twój główny przełożony. Reszty dowiesz się w odpowiednim czasie.
Podekscytowany Luca, od razu zszedł do garażu, aby obejrzeć swoje nowe cacko. Wrócił na chwilę do Thomasa, złapał plastykowy kubek z kawą i ruszył przed siebie, mijając malownicze krajobrazy alpejskich dolin. Podróż trwała stosunkowo krótko, a po przybyciu do miasteczka Aarau, od razu rozpoczął poszukiwania bliżej nieznanego stadionu Brügglifield.