Nie jesteś zalogowany! Załóż konto już teraz!

Bułgarski pościg (cz.5)

Siedziałem właśnie w klubowej stołówce i mozolnie próbowałem obrać jajko ze skorupki. Ewidentnie nie udawała mi się ta karkołomna sztuka, gdyż niedoszły kurczak złośliwie wyślizgiwał się z moich rąk, tańcząc na talerzu coś w rodzaju jajecznego breakdance’u. Powoli zaczynałem tracić cierpliwość i z miną seryjnego mordercy chwyciłem za nóż. Valeri Valkov, który siedział naprzeciwko, spojrzał na broń z lekkim niepokojem.
- Wybacz szczerość, ale mam wrażenie, że od kilku dni zachowujesz się dosyć… dziwnie – wyrzucił z siebie, zadowolony, że znalazł odpowiedni eufemizm.
- Co konkretnie masz na myśli? – zapytałem, odraczając moment wykonania wyroku.
- Wszystko wypada ci z rąk, chodzisz jakiś zestresowany, rozkojarzony, często spoglądasz gdzieś na boki… Jakbyś był na celowniku mafii, hehe.
- MAFIA?! GDZIE?! – krzyknąłem w przypływie paniki, podskakując i wyrzucając jajko aż pod sufit.
- Sam widzisz… - skwitował Valeri. – Jak dla mnie chorujesz na zaawansowaną nerwicę. Powinieneś coś z tym zrobić, nie wiem, do klubowego psychologa najlepiej idź!
- A od kiedy mamy w klubie psychologa? – zdziwiłem się szczerze.
- Od tego tygodnia, prezes nic ci nie mówił? Jakaś babka zaproponowała, że będzie współpracować z klubem, a że kwalifikacje ma niekiepskie i niewiele każe sobie płacić, to Yordan się zgodził. Normalnie ze Sliwenu robi się europejski klub, na zachodzie podobno każda drużyna ma swoich specjalistów. Przynajmniej na Internecie tak pisało.
- Było napisane – poprawiłem automatycznie.

- No, w każdym razie, idź do niej, bo, sam przyznasz, coś ci w głowie nieprzyjemnego musi siedzieć.
- Wiesz co, chyba nie zaszkodzi spróbować – przyznałem, zbierając z podłogi resztki jajka.


* * *


Jeszcze tego samego dnia udałem się do wskazanego przez Valkova gabinetu. Z tabliczki wiszącej na drzwiach wywnioskowałem, że pani psycholog nazywa się Maja Ivanova. Przez chwilę biłem się z własnymi myślami, aż wreszcie wziąłem głęboki wdech, odchrząknąłem i zapukałem.
- Proszę wejść! – rozległ się dźwięczny, kobiecy głos.
Jeśli jednak głos budził „tylko” pozytywne skojarzenia, to widok pani Ivanovej wprawiał w prawdziwy zachwyt. Moim oczom ukazała się piękna, młoda dziewczyna, która olśniewała swymi kasztanowymi, opadającymi na ramiona włosami, okalającymi twarz o niebanalnych, szlachetnych rysach. Dodajmy do tego smagłą cerę, duże, orzechowe oczy z firankami długich rzęs i obraz ideału zostanie dopełniony.
Miała na sobie – pamiętam jak dzisiaj – tunikę w kolorze złoto-brązowego piasku, przewiązaną na wysokości pasa, dzięki czemu jej figura przypominała klepsydrę z czarnomorskiej plaży.
- O, kogo ja widzę! – uśmiechnęła się rozbrajająco. – Pan trener, jeśli się nie mylę?
- Ekhm, w istocie, nie zaprzeczę… - udawałem spokój, ale wewnątrz szalałem z radości, że zostałem rozpoznany przez piękną psycholożkę. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Nie skądże, proszę usiąść i powiedzieć, co pana do mnie sprowadza.
Opadłem ciężko na krzesło i zawahałem się. Przecież nie będę zwierzał się jej ze swoich słabości, pomyśli, że jestem mięczakiem… Czemu Yordan nie zatrudnił na to stanowisko faceta?
- Właściwie nic szczególnego, taka drobnostka… Drobiazg taki, kompletnie nieistotny – ot, bzdurka, naprawdę. Pani na pewno ma ważniejsze rzeczy na głowie.
- Wręcz przeciwnie, na nadmiar zajęć na razie nie narzekam - od początku tygodnia miałam zaledwie trzech pacjentów. Pierwszym z nich był piłkarz, który czuł, że jest obserwowany. Co ciekawe, miało to miejsce tylko na stadionie, w czasie meczów ligowych. Drugim był bramkarz, piąstkujący piłkę przez sen – po kolejnym uderzeniu żona zagroziła mu rozwodem. A trzeci pacjent po prostu chciał wyciągnąć mnie na randkę.
- I jak, zgodziła się pani? – zapytałem, niby mimochodem, chociaż w środku zadawałem sobie pytanie: który cwaniaczek miał czelność…?
- Odmówiłam, chodzenie z gwiazdą drużyny nie jest dla mnie…
Gwiazda drużyny? Tudor! Tudor, na bank! Może pożegnać się z pierwszym składem!
- … zawsze bardziej pociągali mnie bohaterowie drugiego planu…
To ja, to ja! Bohater drugiego planu = trener! Daje mi te słynne kobiece „znaki”, jak w mordę strzelił!
- Jak więc widać, mogę poświęcić panu mnóstwo czasu, co zrobię zresztą z ogromną przyjemnością. Proszę się odprężyć i spokojnie opowiedzieć o swoim problemie. Wszystko zostanie między nami.
Spojrzałem w brązowe oczy mojej terapeutki. Były spokojne, ale jednocześnie patrzyły na mnie badawczo, z uroczym błyskiem. Nagle odniosłem wrażenie, jakbym znał ją od lat, więc zdecydowałem się powiedzieć prawdę. Ze szczegółami przedstawiłem swoje zmartwienia, poskarżyłem się na warunki, w jakich przyszło mi pracować, i na odpowiedzialność, która spadła na moje wątłe barki.
Kobieta nie spuszczała ze mnie wzroku, przytakiwała i od czasu do czasu zadawała pytania pomocnicze, przerywając wywód, który można by nazwać „monologiem sfrustrowanego managera”.
- … i tak to się w skrócie przedstawia. – zakończyłem opowieść. – Co pani zaleca?

- Cóż, nie jestem zwolenniczką faszerowania pacjentów kilogramami lekarstw i myślę, że na medykamenty na razie nie będą konieczne. Proponuję za to coś banalnego – coś, czego brakuje w rozkładzie pańskiego dnia. A mianowicie: rozrywka, relaks, zabawa! Nie można przez całą dobę myśleć wyłącznie o pracy. Rozumiem, że Sliwen jest z pozoru mało przyjaznym miastem, ale myślę, że znam znakomity sposób na rozładowanie pańskich emocji…
To mówiąc, Maja uśmiechnęła się kusząco i mrugnęła zalotnie. Męska wyobraźnia podpowiadała tylko jedno rozwiązanie…

 

* * *


Mecz wkraczał w decydującą fazę – przy piłce wciąż utrzymywali się zawodnicy w czerwonych strojach. Obrońca dalekim wykopem posłał futbolówkę do przodu, wprost pod nogi jednego z napastników. Ofensywnie usposobiony gracz nie był jednak samolubny i dostrzegłszy lepiej ustawionego partnera popisał się efektownym, niesygnalizowanym podaniem do kolegi, a ten nie pozostawił złudzeń bramkarzowi niebieskich - potężnym, precyzyjnym strzałem umieścił piłkę w samym okienku, zapewniając zwycięstwo swojej drużynie! Na stadionie zapanowała trudna do opisania euforia – kibice czerwonych padali sobie w objęcia, świętując sukces swoich ulubieńców…
- A nie mówiłam, że gra w piłkarzyki świetnie działa na stres? – Maja przybiła mi piątkę po kolejnym udanym zagraniu.
- Miałaś rację, zupełnie zapomniałem, że to taka fajna zabawa!
- To co, rewanż? – bardziej stwierdził niż zapytał Valkov, który wraz z żoną tworzył drużynę przeciwną.
- Jak najbardziej, ale po krótkiej przerwie.
Kiedy panie na chwilę nas opuściły, Valeri nie ukrywał podziwu dla mojej partnerki.
- Muszę przyznać, że laska jest naprawdę konkretna!
- No, ba! Stary, wieczór ledwie się zaczął, a my już zdążyliśmy przejść na „ty” i przybić sobie pięć „piątek”!
- Proszę, proszę! No to dzisiaj zaliczysz, nie ma bata.
Będąc pod wpływem euforii nawet nie dostrzegłem ironii zawartej w komentarzu Valkova.



* * *


Wieczór spędzony na beztroskiej zabawie dobrze mi zrobił. Faktycznie, stres się zmniejszył, moje ruchy stały się pewniejsze, a głowy nie zaprzątały już myśli o futbolowej mafii. Ze względnym spokojem mogłem przygotować zespół do kolejnej ligowej potyczki. „Względnym”, ponieważ naszym następnym rywalem okazała się ekipa Kaliakry, która przewodziła tabeli grupy wschodniej. Moi chłopcy nie potrzebowali dodatkowej motywacji, wystarczyło rzucić standardowe hasło „bij lidera!” i kwestię odprawy przedmeczowej miałem z głowy.
Już nasza pierwsza akcja mogła przynieść gola – Georgi Stoyanov fantastycznie przedarł się lewą stroną i dośrodkował w pole karne, gdzie wbiegał Christian Tudor – ale obrońca gospodarzy w ostatniej chwili wybił piłkę spod nóg Rumuna. Były gracz FK Moskwa chyba nadal myślał o randce z panią psycholog, zamiast o strzelaniu bramek.
W następnej sytuacji Tudor zachował się jednak zdecydowanie lepiej – groźny strzał głową tylko cudem został wybroniony przez bramkarza Kaliakry.
Golkiper drużyny przeciwnej na nudę nie mógł narzekać. Zaledwie minutę później Yanev przetestował jego refleks, precyzyjnie uderzając piłkę z rzutu wolnego. I tym razem Jovcic nie dał się zaskoczyć.
Pierwsza, bezbramkowa połowa pozwalała żywić nadzieję na uzyskanie korzystnego rezultatu. Sliwen przeważał w niemal każdym elemencie - jeśli nie liczyć efektownej szarży Yashara, gospodarze nie stworzyli żadnej klarownej sytuacji bramkowej. W przerwie dokonałem tylko jednej zmiany: w miejsce wyjątkowo bezbarwnego Peveca wszedł głodny gry Ivan Mitev.
W drugiej odsłonie tempo meczu siadło, nie tak wyobrażałem sobie spotkanie na szczycie drugiej ligi bułgarskiej. Jedynie Hristov nieco nas postraszył, uderzając piekielnie mocno w poprzeczkę.
Wszystko wskazywało na to, że Sliwen i Kaliakra podzielą się punktami, ale doliczony czas gry przyniósł dramatyczne rozstrzygnięcie. Yanev zagrał w obręb „szesnastki”, rezerwowy Mitev elegancko przyjął piłkę i kropnął mocno z ostrego kąta. Strzał rozpaczy? Niekoniecznie! Futbolówka musnęła jeszcze któregoś z obrońców i wpadła do bramki! Rzutem na taśmę wydarliśmy komplet oczek faworyzowanym gospodarzom!

Grupa „B” Wschód [5/26]
Kaliakra [1] – Sliwen [3] 0:1 (0:0)

90’- Mitev

MoM: Yanev (8)
Widownia: 2193



* * *



Następnego dnia wystąpiłem jako gość w najpopularniejszym bułgarskim magazynie piłkarskim „Dogrywka”. Dziennikarz o swojsko brzmiącym nazwisku Borkov poprosił, bym krótko podsumował pierwsze mecze w wykonaniu Sliwenu.
- Cóż, za nami dopiero pięć kolejek, więc trudno w tym momencie oceniać zespół. Jednak fakt, że zajmujemy obecnie drugie miejsce napawa sporym optymizmem.
- Większość ekspertów uważała, że celem Sliwenu na ten sezon będzie uniknięcie degradacji. Czy po obiecującym początku wstępne założenia zostały zweryfikowane?
- Naszym celem od samego początku był awans. Zdawaliśmy sobie sprawę, że mamy potencjał, by namieszać w czołówce tabeli. To „eksperci” wróżyli nam spadek, ale najwyraźniej nie byli dość dobrze zorientowani w sytuacji kadrowej klubu – odpowiedziałem nieco prowokacyjnie. W końcu jeśli nie awansujemy, żaden dziennikarz i tak nie zdąży mnie rozliczyć z tych słów…
- Musi pan jednak przyznać, że poprzedni sezon nie był w waszym wykonaniu najlepszy.
- Wolałbym nie oceniać pracy mojego poprzednika, z pewnością chciał dla drużyny jak najlepiej. Zresztą skład wymagał kilku uzupełnień, więc krótka ławka rezerwowych mogła stanowić jedną z przyczyn kiepskich wyników.
- No właśnie, wszystkie transfery dokonane za pana kadencji są uważane za trafione. Jedyne, co może budzić wątpliwości, to narodowość nowych nabytków – niektórzy zarzucają, że chce pan stworzyć w Sliwenie istną legię cudzoziemską, złożoną między innymi z Rumunów i Słoweńców.
- Naprawdę ktoś tak twierdzi? W takim razie mam dla tych osób radę – niech wyjdą wreszcie ze swoich drewnianych chatek i otworzą się na piłkarski świat. W Bułgarii macie wielu świetnych zawodników, ale mogą stać się jeszcze lepsi, jeśli zaczną podpatrywać utalentowanych graczy z zagranicy i uczyć się od nich. Kto nie idzie naprzód, ten się cofa – zakończyłem wywiad, parafrazując klasyka. Chciałem jeszcze dodać coś o jasnej stronie księżyca, ale biorąc pod uwagę moją sytuację, byłby to bardzo ponury żart.



* * *


Po dwutygodniowej przerwie, rozgrywki ligowe powracały na stadion im. Hadżi Dimitra. Tym razem podejmowaliśmy zespół Nesebyru, który zajmował odległą, dziesiątą lokatę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że odniesiemy gładkie zwycięstwo – byliśmy w dobrej formie, mogłem wystawić najmocniejszy skład, a do tego należało dodać atut własnego boiska. Nic dziwnego, że bukmacherzy po raz pierwszy uznali nas za faworyta.
Tymczasem mecz rozpoczął się od małego wstrząsu – już w pierwszej minucie zawodnicy Nesebyru przeprowadzili akcję zakończoną strzeleniem gola. Radev w fatalnym stylu stracił piłkę na rzecz Velichkova, dzięki czemu napastnik gości znalazł się w wyśmienitej sytuacji. Nitu również nie zdołał go powstrzymać i po chwili piłka zatrzepotała w siatce…
Na szczęście moi chłopcy zareagowali prawidłowo i wyrównali… minutę później. Tudor skorzystał z biernej postawy defensorów Nesebyru i oddał przepiękny, potężny strzał w okienko. Ręce same składały się do oklasków! Dwie minuty – dwie bramki, zapowiadał się fantastyczny spektakl.
Po okresie lekkiego uśpienia kolejny cios zadali nasi rywale. Tym razem zaskoczyli nas za sprawą stałego fragmentu gry – Zhelev dośrodkował z rzutu rożnego, a Dimitrov głową skierował piłkę do siatki.
Outsiderzy w niebieskich koszulkach zdecydowanie zbyt śmiało poczynali sobie na naszym stadionie. Grali twardo, odważnie i bez kompleksów, nie pozwalając nam na zbyt wiele. Dopiero w drugiej połowie mocniej przycisnęliśmy – dobre okazje mieli Mitev oraz Tudor. Niestety, strzał pierwszego wybronił Uzunov, a drugi, wywołany do tablicy, spudłował niemiłosiernie…
Przykra niespodzianka stała się faktem. Przegraliśmy 1:2.

Grupa „B” Wschód [6/26]

Sliwen [2] – Nesebyr [10] 1:2 (1:2)

1’ – Velichkov (0:1)
2’ – Tudor (1:1)
21’ – Dimitrov (1:2)

MoM: Tudor (8)
Widownia: 1089



* * *


Na chwilę mogliśmy odpocząć od ligowej rzeczywistości, ponieważ rozpoczęły się rozgrywki Pucharu Bułgarii. Zdobycie właśnie tego trofeum w 1990 roku pozostawało największym sukcesem w historii Sliwenu. W wygranym finale z CSKA Sofia grał między innymi nasz obecny prezes, Yordan Lechkov. Tym bardziej miło byłoby nawiązać do triumfu sprzed lat, ale zdecydowanie ważniejsza była dla nas liga, dlatego powiedziałem swoim podopiecznym, żeby zagrali na luzie, bez niepotrzebnej napinki.
W pierwszej rundzie wpadliśmy na drugoligowy Naftex – jednego z głównych faworytów do awansu. „Różowi” jak dotąd nikt nie pokonał, odnieśli trzy zwycięstwa i trzykrotnie remisowali. Na domiar złego mecz miał się odbyć w Burgas, istnym kotle czarownic.
Mimo tego początek należał do nas. Tylko znakomitemu refleksowi Krizmanica gospodarze zawdzięczali zachowanie czystego konta. Bramkarz Naftexu popisywał się wręcz kocią zręcznością, broniąc uderzenia Yaneva oraz Tudora. Zwłaszcza interwencja po strzale Rumuna zasługiwała na wyróżnienie, ponieważ piłka po drodze odbiła się jeszcze od któregoś z obrońców i Krizmanic musiał się zmierzyć z niebezpiecznym rykoszetem.
I kiedy wydawało się, że na przerwę zejdziemy remisując, do głosu doszedł Georgi Stoyanov. Nasz napastnik ze stoickim spokojem odebrał piłkę stojącemu na piątym metrze Lefterovowi i kompletnie zaskoczył golkipera gospodarzy. Gol do szatni, zdobyty w takich okolicznościach, podłamałby każdego.
W drugiej połowie kontrolowaliśmy przebieg gry i ostatecznie dobiliśmy rywala. Katem Naftexu okazał się Stoyanov, który z ostrego kąta pokonał Krizmanica po raz drugi. Od tego momentu nie wydarzyło się już nic godnego uwagi i zaskakująco łatwo pokonaliśmy „różowych” 2:0, awansując tym samym do drugiej rundy Pucharu Bułgarii.

Puchar Bułgarii – 1. runda
Naftex [2 L] – Sliwen [2 L] 0:2 (0:1)

44’ – G. Stoyanov
53’ – G. Stoyanov

MoM: G. Stoyanov (8)
Widownia: 2615



* * *


Smolian to niewielkie miasto na południu Bułgarii, położone w samym sercu malowniczych Rodopów. Piękny region, stolica bułgarskiego narciarstwa. My jednak nie przyjechaliśmy do Smolianu, żeby podziwiać górskie widoki czy jeździć na nartach. Przybyliśmy tutaj, by zgarnąć komplet punktów w starciu z miejscową drużyną. Ba, był to mecz z gatunku tych „o sześć punktów”, gdyż Rodopa sąsiadowała z nami w tabeli – zajmowała drugie miejsce, zaś my, po ostatniej porażce, spadliśmy na trzecią lokatę.
Bardzo szybko przekonaliśmy się o sile popularnych „górali” – już w drugiej minucie Semerdzhiev oddał piękny strzał zza pola karnego, nie dając Markovowi najmniejszych szans na skuteczną interwencję.
Nie minął kwadrans, a gospodarze skarcili nas po raz drugi. Tym razem Dimitar Petrov strzelił z jeszcze większej odległości niż jego kolega, wprawiając nielicznych kibiców w zachwyt. Gol – marzenie, nasz bramkarz znów nie miał nic do powiedzenia.
Moim chłopcom zaczęły puszczać nerwy i w ten sposób sami się osłabili. Tuż przed przerwą Najdenov otrzymał drugą żółtą kartkę i byliśmy zmuszeni radzić sobie w dziesiątkę.
Nic dziwnego, że Rodopa tylko powiększała swoją przewagę. Trzecią bramkę gospodarze zdobyli – a jakże – z dystansu. Sabec huknął precyzyjnie z rzutu wolnego, a piłkę ustawił na 25. metrze.
Wszystko wskazywało na to, że będziemy świadkami pogromu, ale zawodnicy z gór sami pomogli nam uratować honor. Bachkov sfaulował Staykova w polu karnym, a Tsenov perfekcyjnie wykonał „jedenastkę”.
Rzecz jasna, był to tylko gol na otarcie łez. Nasi przeciwnicy szybko się otrząsnęli i wrócili do gry, podwyższając na 4:1 – autorem kolejnej bramki okazał się słynny Anatoli Todorov, który wykorzystał błąd Radeva.
Piłkarze Rodopy byli tak pewni siebie, że często zapominali o obronie – jedną z takich sytuacji wykorzystaliśmy, by zmniejszyć rozmiary porażki. Staykov popisał się dokładnym podaniem, a Tudor wykończył akcję z zimną krwią.
Strzelanina na stadionie Septemwri nie miała jednak zamiaru jeszcze się kończyć. W samej końcówce Hadzhiyski kropnął bez przyjęcia i ustalił wynik na 5:2. Gospodarze pokazali nam nasze miejsce w szeregu – druga ligowa porażka z rzędu bolała i mogła mieć bardzo nieprzyjemne konsekwencje…

Grupa „B” Wschód [7/26]
Rodopa [2] – Sliwen [3] 5:2 (2:0)

2’ - Semerdzhiev (1:0)
14’ – D. Petrov (2:0)
53’ – Sabec (3:0)
55’ – Tsenov – K (3:1)
63’ – Todorov (4:1)
70’ – Tudor (4:2)
87’ – Hadzhiyski (5:2)

MoM: Semerdzhiev (8)
Widownia: 438

Po meczu podszedł do mnie Yordan. Liczyłem na to, że pocieszy mnie jakoś, poklepie po ramieniu, powie „nic się nie stało, jeszcze wiele kolejek przed nami, spokojnie odrobimy te kilka punktów.” Wyrzekł jednak coś zupełnie innego, wręczając mi podejrzanie wyglądającą kopertę:
- Przeczytaj, co ci zwyrodnialcy wymyślili…

O artykule
Kategoria: Kariery
Podkategoria: FM 2008
Dodano: 27.11.2009

Liczba wyświetleń: 1140

Średnia ocen: 6.00



Komentarze
megorasz
Nareszcie nowa część :-) wątek o pani psycholog bardzo ciekawy ;-) fajnie, że pojawiają się poboczne wątki, a nie tylko "od meczu do meczu". Jak zawsze czytało się super.
28 listopada 2009 15:07


 


Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany!

© Centrum FM
Mapa serwisu