I
Karczma pachniała piwem, potem. I ostrym zapachem bójki.
Nie, żebym miał coś przeciwko bójce – ale piwo piję od święta, siedzenie w ścisku i tłoku mnie nie kręci, smrodu zaś w ogóle nie lubię. Dlatego w pubach bywam rzadko. Niezwykle rzadko. Swoje powody mam, nie myślcie sobie. W przeciwieństwie do niektórych wiem, że alkohol plus ludzie plus emocje równa się kłopoty.
Właściwie, w większości przypadków wystarczają sami ludzie.
Kiedy wielki osiłek w czerwonej bluzie trzasnął w twarz innego wielkiego osiłka – ubranego, dla odmiany, w biały dres – tak, że ze strachu zachybotały nawet ściany, zacząłem się zastanawiać, co dziennikarz mojego kalibru robi w TAKIM miejscu. Lecz gdy po chwili szamotaniny role się odwróciły i biały rzucił czerwonym przez stolik, przemknęło mi przez głowę, że szykuje się całkiem niezłe widowisko.
Chleba, panowie barmani! I piwa! Nie, dziękuję – igrzyska już mamy.
Podobno dziennikarz musi uważnie obserwować rzeczywistość. No to obserwuję, co następuje:
po pierwsze, biały dostaje w pysk. Znowu. Szkoda, zaczynałem mu kibicować. Po drugie, nikt nie kwapi się, by walczących rozdzielić. Widocznie mamy w kraju samych dziennikarzy, w dodatku brukowych, bo wszyscy nic, jeno obserwują. Po trzecie, skończyły mi się frytki…
O!
Cóż za comeback białego! Rozpaczliwy prawy sierpowy przebija gardę przeciwnika i trafia prosto w nos, który wybucha wulkanem krwi! Czerwony zatacza się, potyka o krzesło i leci… leci… leci…
Wprost na mnie.
Nie podoba mi się to. Myśl, że za chwilę rozkwasi mnie facet przypominający wypełniony cegłami wór, ani trochę mnie nie pociąga. Cholera. Naprawdę nie mam nic przeciwko bójce – dopóki, oczywiście, ktoś mnie do niej nie wciągnie.
Odsuwam się gwałtownie, krzesło szura po podłodze, czerwony, miast trafić we mnie, grzmoci głową o podłogę. I mdleje. Koniec! Panie i panowie, biały zwycięzcą! Brawa!
Chwilę potem służba bezpieczeństwa – w postaci trzeciego osiłka, z napisem „ohrona” na plecach – wyrzuciła obu delikwentów na zewnątrz (czerwonego trzeba było najpierw ocucić). Coś niezbyt prędka reakcja, aż strach do barów chodzić… Sam sobiem winny, mogłem zostać w domu.
Zniecierpliwiony, spojrzałem na zegarek. Było w pół do dziewiątej. Mój rozmówca się spóźniał.
***
– Pan Wysocki?
Nie, Paris Hilton, do cholery. Dlaczego co niektórzy są tacy irytujący?...
– Owszem. – Uśmiechnąłem się. W końcu wyrozumiałość to podstawa.
Gość – ubrany w zniszczoną, śmierdzącą kurtkę mężczyzna po pięćdziesiątce – przysiadł się do stolika, nie czekając na zaproszenie. Zionął alkoholem. Z trudem pohamowałem uczucie rosnącego obrzydzenia.
– A pan, jak mniemam, nazywa się Jabłoński? – dodałem.
– Tak, tak… – pokiwał nerwowo głową. – Jabłoński, Ryszard. Niech pan dobrze zapamięta. Nie chcemy się przecież pomylić…
– Nie chcemy – przytaknąłem, nie zdejmując z twarzy sztucznego uśmiechu. – Zapamiętam, obiecuję.
– Wszystko tak, jak ustaliliśmy przez telefon?
– Oczywiście.
– Dobrze… dobrze. Lubi pan futbol?...
– Nie – odparłem, szczerze zdziwiony pytaniem. – Nie lubię. Patrzenie na dwudziestu dwóch facetów ganiających za okrągłą piłką nie sprawia mi przyjemności.
– Aha…
Natychmiast zganiłem się w myślach. Dlaczego, do jasnej cholery, wyznałem mu, że nie interesuje mnie piłka nożna? Idealny punkt zaczepienia poszedł się kochać. Co za żenująca chwila słabości…
– A czy… – Jabłoński wyciągnął papierosa; palce mu się trzęsły. – Czy moglibyśmy pomówić o jakiejś dodatkowej motywacji? Wie pan…
Zmarszczyłem brwi – choć skrycie cieszyłem się, że nie onieśmieliłem go zbytnio.
– Jak mam rozumieć, umieszczenie pana w mojej książce nie jest już odpowiednim rodzajem motywacji?
– Nie bardzo. – Pijaczek nie odwrócił wzorku. Nie wyglądał już na pijanego, zdecydowanie. – Równie dobrze mógłby pan iść do kogoś… innego. Tyle że widocznie nikt inny gadać nie chce. Lub, co gorsza, nikogo innego po prostu nie ma. Jesteś pan na mnie skazany, Wysocki.
Ha, a więc jednak! Nie zapomniał, stary lis, wszystkiego, czego się nauczył w czasach, gdy po kieliszek sięgał jeno okazjonalnie. Historię Ryszarda Jabłońskiego, pseudonim „Rysiek”, powszechnie znano w całym Bytomiu. Niegdyś czołowy działacz pewnego śląskiego klubu piłkarskiego, członek zarządu, w swoim czasie prezes – stanął na skraju przepaści, gdy tenże klub ogłosił bankructwo i został rozwiązany. Dzieło całego życia obróciło się w pył. Został alkohol i smutek i żal.
Ale szczwany lis na zawsze pozostanie szczwanym lisem.
– Myli się pan – skłamałem, oczywiście. – Nie jest pan pierwszą osobą, z którą rozmawiam. Nie będzie pan też ostatnią. Lista jest długa, zapewniam. A każdy, kto się na niej znajduje, stanowi element układanki. Może pan nie wie, ale są części puzzli, bez których i tak można odgadnąć sens całego rysunku.
Jabłoński nie dał się zbić z pantałyku.
– Są jednak i puzzle kluczowe dla całej układanki. – Rude wąsy zatrzęsły się w szerokim uśmiechu. – Pan nie wiesz, jaką częścią dysponuję; czy jestem potrzebny, czy może zbędny. A ryzyko można podejmować, mając asa w rękawie. Słucham więc.
Zamyślił się na chwilę.
– Chyba, że pan blefujesz i tak naprawdę gówno masz.
Kontrast między osobą Jabłońskiego – i przesiąkniętą zapachem wódki kurtką, którą nosił – a wypowiadanymi przez niego słowami sprawił, że zamilkłem. Nie na długo, ale fakt pozostaje faktem: zamilkłem. Stary dziad uzyskał nade mną przewagę. Byłem, jak widać, w wybitnie słabej formie…
– Panie Ryśku – szepnąłem w końcu przymilnie i pochyliłem się nad stołem. – Jest pan jedynie trybikiem w machinie, którą uruchomiłem, włączając się w śledztwo policji. Naiwnie wierzyć, że na panu się wszystko zaczyna i kończy. Nie jestem pierwszym lepszym pismakiem, z jakimi mógł się pan spotkać w czasie swojej… kariery… w Szombierkach. Jestem profesjonalistą. I fachowcem. A tacy mogą wiele, zapewniam pana.
– Grozisz mi?
– Ja nie grożę. Ale też nie ostrzegam. Zwyczajnie stwierdzam fakt – i uprzejmie proszę o odpowiedź.
– Pięćset.
Nawet nie drgnąłem.
– Mieszka pan, o ile dobrze pamiętam, na ulicy Grunwaldzkiej?
– Życzę sobie pięćset złotych – powtórzył nerwowo.
– Lubi pan to mieszkanie?
Jabłoński osłupiał.
Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
– Żegnam – rzuciłem krótko. – Mam sprawę do załatwienia.
I zabrałem się do wyjścia.
– Kłamiesz! – wrzasnął Jabłoński, kiedy wychodziłem. – Wszystko, co powiedziałeś, to jedno wielkie kłamstwo! Gówno prawda!
Mylił się. Nie kłamałem. Naprawdę miałem sprawę do załatwienia.
***
Cicho.
Lubię, kiedy w domu panuje cisza. Lubię, kiedy jest pusty. Wtedy można pomyśleć, skupić się. Tłum tylko przeszkadza. Dlatego większość wolnego czasu spędzam samotnie. Nigdy nie byłem przesadnie towarzyski – choć powinienem. Wymaga się ode mnie perfekcyjnej znajomości ludzkiej psychiki. Za to mi w końcu płacą. Tyle że nikt nie powiedział, że muszę kochać swoją pracę.
Kocham ją tak czy siak.
Ludzie z kolei są mi obojętni, po prostu. O wiele bardziej lubię siedzieć wygodnie w fotelu.
I słuchać ciszy.
Ciemno.
Na dworze noc. Nie palę świateł; cisza dobrze współgra z ciemnością. Tylko blask latarni igra na muskanych przez wiatr firankach. Ulice martwe. Siedzę w fotelu, na wprost okna, obserwuję księżyc i gwiazdy wokół. Ludzie powinni częściej wpatrywać się w niebo… Przecież niebo przypomina zwierciadło. Lustrzane jezioro upstrzone falami planet i słońc.
Wyciągam się w fotelu i widzę, jak moje odbicie w jeziorze uśmiecha się do mnie. Wiem, że nieszczerze. Prawdę mówiąc, szczerość jest ostatnią rzeczą, o jaką mógłbym się posądzić. Tym właśnie różnię się od innych – nie jestem hipokrytą. Po prostu zdałem sobie sprawę z własnych wad i uczyniłem z nich zalety.
Jestem jak maska, która, kiedy trzeba, nabiera odpowiedniego kształtu.
I właśnie za to mi płacą.
Cicho. Ciemno. Pusto.
Siedzę w domu i czekam.
Puk, puk, odzywa się nagle pięść, trzask, trzask, klucze witają się z zamkiem.
Gość wreszcie przybył. Trzeba by go godnie powitać… Ale nie ruszam się z miejsca.
Nakładam tylko maskę na twarz.
***
Z przedpokoju wyszedł Ryszard Jabłoński.
Rozejrzał się: w całym domu ciemno i cicho. Ściągnął kurtkę i zawiesił na wieszaku, wkroczył do saloniku, zapalił światło. Zmarszczył brwi – zapewne zauważył, że fotel, w którym zazwyczaj oglądał telewizję i w którym na niego czekałem, stał teraz zwrócony ku wychodzącym na podwórze oknom. Och, nie martwcie się, zostawiłem go tam celowo. W końcu jestem profesjonalistą.
Jabłoński, nie zastanawiając się dłużej nad faktem tajemniczej podróży fotelu, po prostu przesunął mebel na stare miejsce. Ech… nie żal mi skórować takich frajerów.
Chłopie, w tym momencie powinieneś się skapnąć, że coś jest nie tak. Tak, do ciebie mówię, ty tępy, tłusty pijaczynko; włamałem ci się do domu, zmieniłem wystrój, a ty nic nie zauważyłeś.
Ba, żeby tylko! Rozwaliwszy się po królewsku na kanapie, zaczynasz oglądać… wieczorną Panoramę. Zbiorowy gwałt na nieletniej, kolejna ofiara A/H1N1, brutalne morderstwo… Nastraja niezbyt optymistyczne, nieprawdaż?
„...w czwartek w nocy udusił 18-latka…” – leniwie sączą się słowa prezenterki, przed oczyma stają kolejne obrazy. Miejsce zbrodni… twarz ofiary… areszt. Sąd. Bezwiednie łykasz wszystko, co mówią; równocześnie większość wypuszczasz drugim uchem. Trwasz w stanie nieuważnej koncentracji.
„…według nieoficjalnych informacji mężczyźni pokłócili się o kobietę…” – słuchasz, a ja robię pierwszy krok, wychodzę z cienia.
Widzę, jak drapiesz się po karku, kiedy „ciało odnaleziono następnego ranka”. Słyszę ziewnięcie zaraz po wywiadzie z sąsiadką podejrzanego („…miły chłopczyk, zawsze pomocny, uczynny…”). Z łatwością wyobrażam sobie, jak wpatrujesz się w ekran telewizora tymi swoimi na wpół przymkniętymi, świńskimi oczkami. Ale, mimo wszystko, nie atakuję.
Chcę się zabawić. Szanse na pokojowe rozwiązanie, Jabłoński, tak czy siak zniweczyłeś w barze.
Więc kiedy mordercy zaczyna grozić dwadzieścia pięć lat więzienia, wstaję i krzyczę:
– Niespodzianka!
Podrywasz się jak oparzony.
I dostajesz pięścią w gębę.
Trafiając prosto w moje troskliwe objęcia.
Cóż, nikt nie powiedział, że lubię wysublimowany humor.
***
Nóż… wytrychy… pistolet… nie, nie… potrzebuję taśmy. Sprawdzę w drugiej kieszeni. Cholera… Może w torbie? Albo w bluzie…
Gorączkowo przetrząsam kolejne kieszonki. Taśmy nigdzie nie ma.
Super. Naprawdę super. Wszystko oczywiście musi iść nie tak. Przynajmniej Jabłoński nie ma nic przeciwko... W końcu trudno protestować, leżąc nieprzytomnym na podłodze. Może jeszcze poczeka z pobudką, aż znajdę taśmę…
Niemożliwe, żebym jej nie wziął. Do każdej akcji przygotowuję się najstaranniej, jak tylko potrafię, wszystko sprawdzam po pięć razy. Jestem profesjonałem. Zresztą, pamiętam, że przed przyjściem Grubego skubałem z nudów kawałek taśmy. Co jak co, ale pamięć mam dobrą. Inaczej nie połapałbym się w tych wszystkich kłamstwach, w masie fikcyjnych imion, nazwisk i historii, którymi się posługuję.
I dlatego przylepiec musi gdzieś tu leżeć, zdecydowanie.
Zajrzałem za kanapę, sprawdziłem w przedpokoju, potem w kuchni. I dupa. Nie ma przylepca.
Wróciłem do saloniku i usiadłszy w fotelu, wbiłem wzrok w telewizor. Głupio wyszło… wszystko przygotowane, Jabłoński na miejscu… i zwykła taśma psuje cały wieczór. Zrozumiałbym problemy podczas włamania. Zrozumiałbym, gdyby Gruby postanowił walczyć. Ale taśma? Cholera.
Wstałem i poszedłem do sypialni. Po chwili wróciłem z powrotem, niosąc naręcze ubrań. Musiałem improwizować.
Miałem szczęście, bo kiedy skończyłem, Jabłoński drgnął i otworzył oczy.
***
Spoglądam w nalaną twarz Jabłońskiego z umiarkowanym zaciekawieniem. Przez pewien czas wiercił się niespokojnie, skrępowany i zakneblowany, potem zrezygnował, opadł na krzesło. Złapawszy oddech, podnosi głowę i bełkota kilka słów, zagłuszonych, oczywista, przez wepchniętą do ust szmatę – prosi o litość. Szarpie się znowu. Może chciał wyciągnąć ręce w błagalnym geście? Nie wiem. Obserwuję.
Widzę człowieka na skraju wytrzymałości, zanurzonego w rozpaczy i śmierdzącego ze strachu, człowieka gotowego na wszystko, byleby wydostać się z potrzasku. Cóż z tego? Liczył się efekt. Musiałem skłonić Jabłońskiego do gadania, nie ważne, jak. Czysto praktyczne podejście. I dlatego, Jabłoński, porozmawiamy jak dwaj poważni, racjonalni mężczyźni.
Niech się dzieje wola nieba…
– Pozdrowienia od wspólnych przyjaciół, Gruby.
Jabłoński robi wielkie oczy. Cóż, nigdy nie sprawiał wrażenia mistrza intelektu.
– Pan Wysocki powiedział, że cię tu znajdę – dodaję, by rozjaśnić sytuację.
Wiem, co musiał sobie pomyśleć. Wysocki? Ta miła, ulizana dziennikarzyna, którą brzydził widok baru? Niemożliwe. Gość mocny w gębie, nic więcej… Niemożliwe! To jakiś żart. Albo pomyłka. Albo i żart, i pomyłka na raz. Wysocki?... Wierzga, próbuje się odezwać, i jak poprzednio – bez skutku.
– Wynik wieczornego spotkania bardzo zasmucił pana Wysockiego – ciągnę. – A ja nie lubię, kiedy pracodawca chodzi smutny, bo wtedy bardziej skory do marudzenia, obcinania pensji i zwalniania. Dlatego postanowiłem poprawić mu humor.
Drapię się po policzku, zapominając, że na twarz nałożyłem przecież maskę, a ręce ubrałem w gumowe rękawiczki.
Wstaję. Posyłam Grubemu szeroki uśmiech. I z całej siły uderzam w twarz. Krzesło chwieje się niebezpiecznie, Jabłoński wydobywa z siebie stłumiony jęk.
– Dlaczego – szepczę, pochylając się nad nim – dlaczego po prostu nie przystałeś na propozycję Wysockiego? Dlaczego musiałeś wszystko utrudnić?
Jabłoński zdaje się nie słuchać; wpatruje się w sufit, oddychając niespokojnie.
– Nie, żebym o ciebie dbał. – Prostuję się. – Po prostu chcę wiedzieć, dlaczego postanowiłeś uprzyjemnić mi dzień. Wystarczyło powiedzieć Wysockiemu, co chciał, a ten by podziękował i zniknął. I nie miałbyś mnie na karku.
Żadnej reakcji.
– A więc tak się bawimy – mówię w końcu. – Muszę cię rozczarować: nie jesteś niezastąpiony. Wysocki tak czy siak zdobędzie informacje, których potrzebuje. Jeśli nie chcesz współpracować, będę się musiał ciebie pozbyć.
Jabłoński chce zaprotestować, wierzga dziko, próbując wydostać się z pęt. Interesujące. Świadomie blefowałem, wypowiadałem zdania, które nie trzymały się kupy pod względem logicznym (w końcu kto chciałby się pozbyć kogoś, kogo wiadomości nie są mu niezbędne), a Jabłoński i tak wierzył w każde słowo.
– Będę się musiał ciebie pozbyć – powtarzam, schylając się i grzebiąc w torbie. – W możliwie powolny sposób.
Z torby wyciągam nóż.
Jabłoński kwiczy przez knebel.
– Chyba poszerzymy ci uśmiech, Gruby – przesuwam nożem po własnych wargach.
Kwik cichnie. Jabłoński zaczyna się wiercić, szarpać, rozpaczliwie wykręca nadgarstki, uderza kostkami o nogi chyboczącego się krzesła. Przyglądam się z zainteresowaniem, jak balansuje na granicy upadku.
BUM!
Oto Jabłoński uderza o podłogę. Przez moment jęczy z bólu – w końcu wylądował na związanych za plecami rękach – i milknie. Przysuwam się bliżej, klękam i widzę oczy, w których, choć serce kazało inaczej, gasła powoli chęć walki.
– Nie masz jak uciec – szepczę. – Nie masz jak uciec!
Desperacja i rozpacz, strach i śmierć.
– A teraz powiesz mi wszystko, co wiesz. Nie krzycz.
Wyciągam szmaty z ust Jabłońskiego.
Natychmiast: krzyk. Nie, nie krzyk. Wrzask.
Kolejne trzaśnięcie w twarz.
– Przecież prosiłem, żebyś nie krzyczał – krzywię się teatralnie.
Jabłoński milknie.
– A teraz powiesz mi wszystko, co wiesz. Gdzie jest Verlee Aritiane?
Jabłoński mówi.
Znowu cios w głowę. Z rozciętej wargi Jabłońskiego cieknie krew.
– Myślisz, że jestem idiotą? – powoli tracę nad sobą panowanie. – Wyznasz, gdzie schował się ten skurwiel Aritiane, albo umrzesz. MÓW!
– Nie wiem… – bełkocze Gruby. – Nie wiem, gdzie Aritiane… Ale znam kogoś, kto będzie wiedział…
– Potrzebuję konkretów. Nazwisko. Imię. Miejsce zamieszkania.
Jabłoński mówi.
Po chwili podnoszę krzesło, na które opadł, i uśmiecham się.
– Widzisz… dla chcącego nic trudnego.
– Łaski… wypuść mnie… proszę.
Ponownie wkładam mu knebel do ust.
– Dzięki za pomoc, Gruby. Miałem zamiar cię po wszystkim wypuścić, ale… cóż … rozmyśliłem się. Nie jesteś już więcej potrzebny panu Wysockiemu. W dodatku wiesz zbyt dużo. I dlatego będziesz sobie tu siedział do czasu, aż ktoś odnajdzie twoje śmierdzące truchło. Przykro mi.
I naprawdę, kiedy pakowałem ekwipunek do torby, czułem się źle.
Czułem się źle, kiedy zacierałem ślady zbrodni.
Czułem się źle, kiedy wychodziłem na klatkę schodową, nie mogąc się pozbyć wrażenia, że za mną Ryszard Jabłoński właśnie umiera ze strachu.
***
Kiedy wyszedłem na podwórze pod blokiem, czułem się już całkiem dobrze. Obraz Jabłońskiego błagającego o litość zdążył wylecieć mi z głowy, w której pojawiła się z kolei natarczywa myśl o późnej kolacji… a raczej wczesnym śniadaniu. Zasłużyłem na przerwę, o tak. Spojrzałem na zegarek. Druga nad ranem, młoda noc. Cała robota – skrępowanie, ocucenie, przygotowanie i przepytanie Grubego – zajęła mi zaledwie półtorej godziny. Nieźle. Chyba należy mi się jakaś premia… no cóż, w każdym razie należałaby się, gdybym sobie płacił.
Miałem tylko jeszcze jedną małą rzecz do zrobienia…
Podszedłem do najbliższej budki telefonicznej i wykręciłem numer.
– Halo, Policja? Słyszałem hałasy u sąsiada. Mieszka samotnie, rozumie pan, rodzina go opuściła… myślę, że mogło mu się coś stać. Chyba krzyczał. I coś jakby szamotanina… Tak, oczywiście. Osiedle Kazimierza Wielkiego blok 3a/4. Ryszard Jabłoński. Tak. Tak. Że w czym niby są wam potrzebne moje dane? Aha. No, cóż… skoro nie mam wyboru…
Przerwałem na chwilę.
– Proszę przekazać panu Jabłońskiemu, że Piotr Wysocki pyta o zdrowie.
Odłożyłem słuchawkę.
Piękna noc, nieprawdaż?… Zapowiada się równie ładny ranek. I dzień. Czas wracać do domu, zjeść kolację. Może potem, po południu, posłucham muzyki - w sklepie na rogu widziałem zestaw koncertów Chopina – albo pójdę na spacer do parku, albo do kina. Właśnie lecą „Bękarty wojny”, dobry film, jak słyszałem. Długi, co prawda…
Ale mi się nie spieszy.
Verlee Aritiane i tak w końcu dostanie, na co zasłużył.