W ręku trzymałem wręczoną przez Yordana kopertę i niechętnie zabrałem się za jej rozpieczętowanie. Spojrzenie prezesa zdradzało, że lektura znajdującego się w środku listu nie będzie należeć do przyjemności. Spodziewałem się najgorszego, doskonale zdawałem sobie sprawę, że Rodzina jest zdolna do wszystkiego, co brutalne, krwawe i niemoralne. Westchnąłem głęboko i wyciągnąłem z koperty list, od razu rozpoznając charakter pisma.
„Jeden z Twoich bliskich jest w naszych rękach. Jeśli przegracie następny mecz, wasz towarzysz wróci na łono rodziny… nieco odmieniony. W jakim stopniu? To zależy od wyniku – im wyższa porażka, tym więcej kończyn straci Pimpek. Krótko mówiąc, lepiej żeby nie powtórzył się rezultat ostatniego spotkania.
Mam nadzieję, że to wystarczająca motywacja? Liczę, że za tydzień będziemy mogli wspólnie zaśpiewać: „łapy, łapy, cztery łapy, a na łapach pies kudłaty”… Tylko od was zależy, czy słowa tej piosenki nie ulegną dezaktualizacji.”
A jednak. Bozhidar i spółka znów mnie zaskoczyli.
- Metody działania faktycznie mają nieludzkie – podsumowałem. – Ale zawsze powtarzałeś, że nie znosisz Pimpka i chętnie byś się go pozbył… - zauważyłem nieśmiało.
- Nie da się ukryć, nigdy za sobą nie przepadaliśmy – przyznał Lechkov. – Jednak wytłumaczenie dzieciom, co stało się z ich ulubieńcem, może okazać się wysoce kłopotliwe. Poza tym, limit porażek został wyczerpany i tym razem musimy wygrać bez względu na wszystko! W tabeli spadamy na łeb na szyję, strata do czołówki niebezpiecznie się powiększa. Dlatego zmobilizuj chłopaków jak najlepiej potrafisz, bo w przeciwnym razie będziesz musiał poważnie porozmawiać z dzieciakami.
Mój pracodawca miał rację – po dwóch przegranych z rzędu w tabeli zrobiło się naprawdę gorąco. Jeszcze niedawno byliśmy wiceliderami, a teraz osunęliśmy się na odległą, szóstą lokatę. Jeśli chcieliśmy zapewnić sobie w miarę spokojną zimę, nie mogliśmy pozwolić na utratę kolejnych punktów. Dlatego też, w myśl zasady „cel uświęca środki”, zdecydowałem się na niewinne kłamstewko przed meczem, chcąc wyzwolić w zawodnikach dodatkowe pokłady energii.
- Słuchajcie, chłopcy! – zaapelowałem podczas odprawy. – Dochód z tego spotkania zostanie przeznaczony na schroniska dla psów, więc byłoby miło, gdybyście dostosowali się poziomem gry do celu, jaki nam przyświeca, okej? Pomyślcie o tych biednych zwierzakach, które potrzebują waszej pomocy… A zwłaszcza o jednym – dokończyłem cicho, gdy piłkarze wybiegali już na murawę.
Tym razem na naszej drodze stanął Panajot, czyli klub z miejscowości o wdzięcznej nazwie Wołow. Goście zajmowali piąte miejsce, wyprzedzając nas lepszym bilansem bramkowym – a więc znów przyszło nam toczyć walkę „o sześć punktów”.
W piątej minucie moje serce zamarło. Właśnie wtedy Andrei Nitu strzelił bramkę samobójczą, nie wytrzymując presji wywieranej przez Todorova i dając prowadzenie drużynie przeciwnej.
No, stary, lepiej się popraw, bo będziesz miał czyjeś życie na sumieniu… - pomyślałem.
Szczęśliwie, moi podopieczni potrzebowali raptem dwóch minut, by doprowadzić do wyrównania. Pevec popisał się znakomitym podaniem, a Georgi Stoyanov wykorzystał fakt, iż obrońcy Panajotu nieumiejętnie zastawili pułapkę ofsajdową. Graczom w żółtych koszulkach nie pozostało nic innego, jak z płaczem pobiec do sędziego, ale ten pozostał niewzruszony i słusznie zaliczył gola zdobytego przez naszego napastnika.
Cóż z tego, skoro kilka chwil później goście znów wyszli na prowadzenie. Po jednej z akcji w polu karnym Markova oglądaliśmy istny pinball – piłka kilka razy odbijała się od obrońców, aż w końcu trafiła pod nogi Todorova, który szczęśliwie skierował futbolówkę do bramki.
Być może było to tylko złudzenie, ale z tyłu, z trybun, wyraźnie słyszałem przeraźliwie skomlenie…
Chłopcy wzięli się do pracy, jednak długo nie byli w stanie pokonać Slavova – w dogodnych sytuacjach Stoyanov i Petrov mylili się nieznacznie.
Dopiero w 29. minucie dopięliśmy swego. Markov dalekim wykopem posłał piłkę do przodu, licząc, że Stoyanov tym razem zachowa zimną krew. Georgi nie zawiódł oczekiwań bramkarza – przepchnął niezdecydowanego Zhecheva i huknął tuż pod poprzeczkę. Przy okazji stał się autorem okazjonalnej „cieszynki” – zdobycz bramkową celebrował biegając na czworakach wzdłuż linii końcowej i beztrosko poszczekując.
Tuż przed przerwą radość w szeregach Sliwenu wybuchła na nowo. Pevec uderzył z rzutu wolnego tak szczęśliwie, że piłka odbiła się od muru i wpadła do siatki, mimo rozpaczliwej interwencji golkipera Panajotu. Po raz pierwszy tego dnia wyszliśmy na prowadzenie!
W drugiej osłonie uzyskaliśmy wyraźną przewagę, chociaż trzeba przyznać, że wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej. Dość wspomnieć, że Kalchev opukał naszą poprzeczkę, a Stoyanov, stanąwszy przed szansą skompletowania hat-tricka, trafił w słupek.
Dlatego ostatni gwizdek sędziego przyjąłem z niekłamaną ulgą, krzycząc radośnie „uratowani!”, niczym bohaterowie „Seksmisji” na widok bociana.
A już zupełnie się uspokoiłem, widząc biegnącego w moim kierunku, całego i zdrowego Pimpka.
Grupa „B” Wschód [8/26]
Sliwen [6] – Panajot Wołow [5] 3:2 (3:2)
5’- Nitu – sam. (0:1)
7’- G. Stoyanov (1:1)
12’ – Todorov (1:2)
29’ – G. Stoyanov (2:2)
42’ – Pevec (3:2)
MoM: G. Stoyanov (8)
Widownia: 881
* * *
- Co ci się stało w rękę? – zapytała troskliwie Maja, gdy przekroczyłem próg jej gabinetu.
- Powiedzmy, że pewien pies ma specyficzny sposób okazywania wdzięczności… - odparłem, poprawiając bandaż. – Ale nie w tym rzecz. Przyszedłem, żeby podziękować za pomoc, której mi udzieliłaś. Twoje metody poskutkowały, czuję się zdecydowanie pewniej i chyba ma to też wpływ na postawę drużyny. Dlatego pomyślałem, że…
- Tak…?
- … że może wpadłabyś na najbliższy mecz? Postaramy się zagrać najlepiej, jak potrafimy, to chyba najlepszy sposób żeby się odwdzięczyć. Taki mecz z dedykacją, co ty na to?
- Jasne, chętnie przyjdę wam pokibicować. Tylko muszę powtórzyć sobie kilka przyśpiewek, zwłaszcza jedną. Jak to szło… O, przypomniałam sobie! „Nic się nie stało, Sliwenie, nic się nie stało!”…
Stało się. Zaprosiłem Maję na stadion, w związku z czym zwycięstwo znów było absolutną koniecznością. Chciałem zaimponować pani psycholog i moja wierna czerwono-granatowa armia musiała mi w tym pomóc. Zresztą, starcie z Dunawem wybrałem nieprzypadkowo – po meczu z Panajotem morale w zespole znacząco wzrosło, a poza tym rywal nie należał do najmocniejszych. Nic, tylko wygrywać i zdobywać uznanie w oczach obiektu mych westchnień.
Niestety, biednemu zawsze wiatr w oczy. Narzuciłem chłopakom takie tempo podczas treningu, że Georgi Stoyanov nie wytrzymał i naciągnął mięsień uda. Svetoslav, klubowy fizjoterapeuta, pozbawił mnie wszelkich złudzeń:
- Trzy tygodnie przerwy. Co najmniej – brzmiał werdykt Staneva. – Chyba trochę przesadziłeś z dzisiejszym treningiem.
Nadmierna ambicja mnie zgubiła i na własne życzenie pozbyłem się swojego najlepszego strzelca. Byłem zmuszony zmienić taktykę, z klasycznego 4-3-1-2, które preferowałem do tej pory, na 4-4-1-1, z osamotnionym Christianem Tudorem na szpicy. Pozostawało modlić się, by nowe ustawienie zdało egzamin i przyniosło tak upragniony triumf.
Stadion Hadżiego Dimitra, zgodnie z tradycją, zapełnił się kibicami w znikomym procencie. Jednak na trybunach pojawiła się osoba, która mimo drobnej postury, przesłaniała mi całą resztę – to dla niej chciałem dziś wygrać i stworzyć niezapomniany, piękny spektakl.
Od razu ją zauważyłem. Wznosiła w górę klubowy szalik, wiatr rozwiewał jej kasztanowe włosy, a w dużych, ciemnych oczach tliły się iskierki, zdradzające radość i podekscytowanie.
Nie było odwrotu. Nakazałem swym żołnierzom, by zmietli przeciwnika z powierzchni ziemi, nie okazując litości i nie biorąc jeńców. This is SLIWEN!
Na początku był chaos – zwłaszcza w naszych szeregach. Markov musiał wyciągnąć się jak struna, żeby obronić groźny strzał Benovicia. Zawodnik gości zdecydowanie zbyt łatwo uwolnił się spod opieki obrońców Sliwenu i bardzo szybko mógł pokrzyżować mi szyki.
W odpowiedzi Najdenov postraszył golkipera Dunawu, ostatecznie trafiając tylko w boczną siatkę.
Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Kilka minut później koncertowo rozegraliśmy stały fragment gry. Z rzutu rożnego dośrodkowywał Tsenov – Tudor przyjął piłkę w polu karnym i przytomnie oddał ją Pevecowi, a Słoweniec z najbliższej odległości pokonał Filipova.
- Idźcie za ciosem! – krzyczałem tak, by mój głos był słyszany na trybunach. – Nie odpuszczajcie ani na moment!
Chłopcy byli tego dnia wyjątkowo posłuszni, jakby wyczuwali, że zależy mi na zwycięstwie jeszcze bardziej niż zwykle. Słuchali moich poleceń i wykonywali je sumiennie – od chwili objęcia prowadzenia nie pozwolili gościom na skonstruowanie choćby jednej składnej akcji.
Mimo to, na przerwę schodziliśmy ze skromną, jednobramkową przewagą i daleki byłem od zachowania spokoju. W miejsce Yaneva wpuściłem Kisyova, licząc na młodzieńczy polot i fantazję dwudziestoletniego pomocnika. Druga linia prezentowała się poprawnie, ale w tym spotkaniu poprawność nie była pożądaną cechą. Chciałem, żeby moi podopieczni byli niepoprawnie zuchwali, pewni siebie i efektowni!
I tacy byli w drugiej połowie. Krótko po wznowieniu gry Tudor zabawił się z defensorami drużyny przeciwnej, a po ośmieszeniu ich spokojnie skierował piłkę do bramki, podwyższając na 2:0.
Chwilę później Tsenov przedarł się efektownie prawą stroną i dośrodkował wprost na głowę Tudora – Rumun nie zmarnował tego prezentu i powiększył swój dorobek strzelecki.
Ale nie był to koniec popisów Sliwenu. W 60. minucie arbiter podyktował rzut karny za faul na Tsenovie. Do wykonania „jedenastki” podszedł Robert Pevec i z uśmiechem na ustach wymierzył sprawiedliwość. Było już 4:0, a my nie zamierzaliśmy na tym poprzestać.
Strzelecki festiwal trwał w najlepsze, gola numer pięć zdobył rezerwowy Mindev, który wykorzystał świetne dośrodkowanie Kisyova.
W końcówce meczu Pevec miał wymarzoną okazję, by ustrzelić hat-tricka. Słoweniec został sfaulowany w obrębie „szesnastki” i po raz kolejny sędzia wskazał na wapno. Robert sam postanowił pokarać Dunaw, ale wyraźnie zabrakło mu koncentracji, gdyż tym razem przestrzelił.
Nie zmieniło to jednak faktu, że wygraliśmy wysoko, w znakomitym stylu, nie dając rywalom najmniejszych szans. To był pogrom, demonstracja siły, one way traffic, teksańska masakra piłą mechaniczną, rzeź niewiniątek, etc., etc….
Gdy Maja podeszła, by mi pogratulować i podziękować za znakomite widowisko, poczułem się jak rasowy samiec alfa. Przecież każda dziewczyna marzy, by dedykowany jej mecz zakończył się pięciobramkowym zwycięstwem!
Grupa „B” Wschód [9/26]
Sliwen [5] – Dunaw [11] 5:0 (1:0)
26’- Pevec
52’- Tudor
56’- Tudor
60’- Pevec – k.
69’- Mindev
MoM: Tudor (9)
Widownia: 891
* * *
Tego dnia miałem znakomity nastrój. Wychodziło mi wszystko, czułem się jak mityczny król Midas – czego nie dotknąłem, zamieniało się w złoto. Drużyna, mimo nowej taktyki oraz utraty najlepszego strzelca, zagrała fenomenalnie i zdobyła najwięcej bramek w sezonie. Zaimponowałem kobiecie, na której zaczynało mi coraz bardziej zależeć. Uratowałem życie Pimpka oraz uspokoiłem skołatane nerwy przyjaciela, rozwiewając czarne chmury, gromadzące się jeszcze niedawno nad jego głową. Wreszcie, uradowałem kibiców, którzy na następnym meczu pojawili się w rekordowej ilości i skandowali moje imię – w pozytywnym kontekście.
Mieszkańcy Sliwenu uwierzyli, że niemożliwe nie istnieje. Chociaż miasto spowijały jesienne mgły, na ulicach czuć było radosną atmosferę piłkarskiego święta. Trudno się dziwić, oto na stadion Hadżiego Dimitra przybył pierwszoligowiec, z którym tubylcy mieli powalczyć w ramach rozgrywek Pucharu Bułgarii. Wprawdzie nie była to firma pokroju Levskiego, CSKA czy innych stołecznych drużyn, ale tutaj nawet Bełasica Petricz należała do rarytasów.
Podopieczni Dimitara Stoycheva radzili sobie w ekstraklasie całkiem nieźle i póki co zajmowali przyzwoite, dwunaste miejsce. Czekało nas pierwsze poważne wyzwanie.
Od pierwszych minut postawa Sliwenu napawała sporym optymizmem. Graliśmy zaskakująco lekko, atakowaliśmy rozważnie, efektownie i bez kompleksów. W 26. minucie przypieczętowaliśmy naszą przewagę fenomenalnym golem – Tudor uderzył bez przyjęcia z 25 metrów i umieścił piłkę w samym okienku! Siła, precyzja, odrobina szczęścia – w tym uderzeniu było wszystko!
Goście ledwo otrząsnęli się z pierwszego szoku, a Christian już wbił im gola numer dwa, ponownie popisując się kolejnym strzałem z dużej odległości.
Rumuński napastnik rozgrywał mecz życia. Zaraz po przerwie podwyższył na 3:0 wykorzystując dokładne dośrodkowanie Marina Tsenova. Tudor udowodnił tym samym, że uwielbia mecze o wielką stawkę z wyżej notowanymi przeciwnikami.
Bełasica nawet nie próbowała się odgryzać, pierwszoligowcy starali się jedynie, by nie doszło do totalnej kompromitacji. Postawili więc na defensywę i przegrali „tylko” trzema bramkami.
Puchar Bułgarii – 2. runda
Sliwen [2L] – Bełasica [1L] 3:0 (2:0)
26’ – Tudor
29’ – Tudor
47’ – Tudor
MoM: Tudor (9)
Widownia: 3201
* * *
Zwycięstwo nad pierwszoligowcem okazało się przełomem. Nagle zainteresowały się nami ogólnokrajowe media, przypominając sobie o istnieniu Sliwenu, Yordana Lechkova i mojej skromnej osoby. Nieoczekiwany, przekonujący triumf sprawił, że doczekaliśmy się swoich pięciu minut sławy, z których najskwapliwiej korzystał Christian Tudor.
Rumuński snajper w błysku fleszy czuł się jak ryba w wodzie: udzielał wielu wywiadów, uczestniczył w sesjach zdjęciowych i wyrósł na niekwestionowaną gwiazdę drużyny. Pięć goli w dwóch ostatnich meczach – to musiało robić wrażenie. Najwyraźniej wymuszona zmiana ustawienia, spowodowana kontuzją Stoyanova, doprowadziły Tudora do rozkwitu – on po prostu uwielbiał znajdować się w centrum uwagi, więc rola jedynego napastnika idealnie mu odpowiadała.
Dobre występy Christiana nie uszły uwadze licznych scoutów. Brukowce, takie jak „Sliwen Express” informowały o zainteresowaniu ze strony Barcelony, Juventusu i Manchesteru United. Bardziej martwiły mnie doniesienia fachowych czasopism, mówiące o kręcących się w pobliżu stadionu wysłannikach Levskiego Sofia i Rapidu Bukareszt. Nie zamierzałem pozbywać się najlepszego strzelca, ale wobec atrakcyjnych ofert oraz ambicji zawodnika, byłbym bezsilny.
Wyjazd do Radnewa na mecz z tamtejszym Miniorem miał potwierdzić naszą dobrą formę i pierwszoligowe aspiracje. Po paśmie zwycięstw, wszyscy spodziewali się kolejnej wysokiej wygranej, nie muszę więc dodawać, że ciążąca na nas presja była wręcz namacalna.
Świadomość oczekiwań kibiców najwyraźniej spętała nogi moim podopiecznym, bo już w 6. minucie gospodarze strzelili nam bramkę. Konkretnie uczynił to Zapryan Ivanov, finalizując składną, koronkową akcję całego zespołu.
Na murawie działo się źle. Gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska, gdyż zawodnicy żółto-czarnych umiejętnie blokowali dostęp do własnego pola karnego, wyprowadzając od czasu do czasu groźne kontry. Po jednej z nich zdobyli gola numer dwa – ponownie na listę strzelców wpisał się Ivanov, tym razem wykorzystując dośrodkowanie Ruseva.
W ataku nie pokazywaliśmy nic godnego uwagi – Tudor nagle zgasł, jakby myślami był już na wymarzonym Camp Nou. W jednej z nielicznych, dogodnych sytuacji, przestrzelił niczym kompletny amator. Chwilę później wyczyn kolegi skopiował Pevec.
Widząc, że dwie największe gwiazdy Sliwenu są tego dnia bez formy, gracze Minioru postanowili to wykorzystać i ostatecznie dobić przeciwnika. Dzieła zniszczenia dopełnił Zapryan Ivanov, który skompletował hat-tricka po dobrze wykonanym rzucie rożnym.
„Kończ waść, wstydu oszczędź” – pomyślałem, spoglądając błagalnym wzrokiem w kierunku arbitra. Nic z tego, czekało nas jeszcze 25 minut piłkarskich tortur.
Na szczęście w końcówce przebudziliśmy się i zdążyliśmy uratować resztki honoru. Najpierw Yanev szczęśliwie wepchnął futbolówkę do bramki, a w końcówce podobnie uczynił Mindev, z bardzo ostrego kąta.
Na doprowadzenie do remisu czasu już zabrakło i musieliśmy pogodzić się z porażką. Jakby mało było złych wiadomości, Robert Pevec doznał urazu stopy, co oznaczało, że w rundzie jesiennej nie mogłem już skorzystać z jego usług…
Grupa „B” Wschód [10/26]
Minior Radnewo [8] – Sliwen [4] 3:2 (2:0)
6’ – Z. Ivanov (1:0)
45’ – Z. Ivanov (2:0)
64’ – Z. Ivanov (3:0)
72’ – Yanev (3:1)
90’ – Mindev (3:2)
MoM: Z. Ivanov (9)
Widownia: 792